środa, 5 maja 2021

Odzyskajmy normalną normalność!


Wspomnę, że prekursorzy postępu zmienili nazwisko mojej babci, ale bez jej  zgody, bo „wiedzieli lepiej”, Stanisławy Sowińskiej na numer 46499. Zmienili także jej ciało do wagi małego dziecka, przyznam jednak, że osiągnęli to klasyczną metodą redukcji kalorii. I w związku z tym mam prawo być nieufny do wszelkich ideologicznych nowinek.

W 2019 roku pojawiła się książka Jacka Dukaja pt. „Po piśmie”, ale… rozpoczęła się wkrótce po jej wydaniu tzw. pandemia i publikacja umknęła uwadze zwykłego czytelnika. A szkoda. M. in. dlatego, że to pasjonująca opowieść erudyty o tym jak widzi on naszą teraźniejszość, która stała się już (co wielu z nas jeszcze nie dostrzega) przyszłością.

Możemy się także przekonać, że nawet umysł tego kalibru „pięknie” nie przewidział, że już tak szybko (nie w odległej, bliżej nie określonej przyszłości) pod pretekstem „pandemii”, przy pomocy technologii zamiast dobrobytu, zdrowia i wolności „dla każdego”, można wprowadzić dyktaturę sanitarną i globalny obóz internowania.

Najpierw kilka zdań o autorze „Po piśmie”. Dla miłośników fantastyki jest postacią niezwykle ważną. Bo to najczęściej nagradzany polski pisarz w swoim gatunku literackim, którego utwory są tłumaczone na wiele języków. M.in. „Ruch Generała”, także fragmenty „Katedry” zostały przetłumaczone na angielski przez Michaela Kandela, głównego tłumacza Stanisława Lema (dziesięciu pozycji). Ale jak dotychczas nie opublikowano tego rezultatów.

Szerzej konsumenci kultury poznali Dukaja dopiero wtedy, kiedy „Katedra”, film animowany Tomasza Bagińskiego na podstawie opowiadania autora „Po piśmie” został nominowany do Oscara (2003) . Wspomnijmy, oprócz „Imperium chmur” i pierwszego wydania „Xavrasa Wyżryna”, okładki wszystkich książek Dukaja są właśnie autorstwa Bagińskiego.

– „Katedra”. Opowiadanie niezłe. Ale wtórne do „Solaris” – podpowiada mi z sąsiedniego pokoju Agnieszka Majcher, autorka obszernej dysertacji doktorskiej zatytułowanej „Stanisław Lem w anglojęzycznym obszarze kulturowym”.

Mnie jednak (przyznam, że do niedawna nie doceniałem produkcji science ficition tak literackiej, jak i filmowej, uważając to za wytwory kultury drugiego rzędu, nie zauważając ich m.in. roli predykcji), bardziej od utworów Dukaja interesują jego wypowiedzi filozoficzne właśnie takie jak te zawarte w „Po piśmie”.

Ta rzecz, to zbiór tekstów pisanych przez szereg lat. Ich autor podejmuje w nich m.in. zagadnienie przekazu informacji przy użyciu słowa. Analizuję to zjawisko od czasów Platona do dzisiejszych. Zastanawia go w jaki sposób pisarz „odpowiada za swoje książki”?  Pyta Dukaj – szerzej – o granice, a także warstwy („w intuicji-matrioszce”) ludzkiej podmiotowości. Po przeżyciu, które pojawia się po lekturze tekstu pisanego, kieruje się ku „przeżyciu oryginalnemu, przedjęzykowemu”. W tym momencie jest bliski postrzeganiu świata jakie oferuję tradycja buddyzmu zen. Medytujemy w niej, nie po to, żeby lewitować, czy żeby czuć się bardziej komfortowo, ale po to, żeby dostrzec iluzje wytwarzane poprzez język, po to, żeby dostrzec matryce metafor i implikowanym przez nie naszym zachowaniom. Bo jak spointował te rozważania Shoma Morita, psychiatra zenista – nie mamy wpływu na nasze myśli, ale mamy wpływ na nasze działania.

Eseje Dukaja są okazją do jego autoanalizy jako pisarza i narzędzi jakim się posługuje – jego języka i struktury zdań. W końcu autor dochodzi do wniosku (nie jest w tym prekursorem), mówiąc o jednym z utworów: „Nie ja go napisałem; napisał się mną”. Ale co istotniejsze, dostrzega, że rolę literatury przejmują coraz doskonalsze (jeśli chodzi o iluzję realnego uczestnictwa) np. gry „komputerowe”. Rezultatem tego są powszechne u ludzi uzależnienia od technologii. Już są kliniki „deprogramingu”, których celem jest skłonienie pacjenta do powrotu… do własnego ciała.

Wiemy to. Nie oszukujmy się. Są elity pieniądza i władzy, które mając wszystko chcą nieśmiertelności i żywią m.in. nadzieję, że przyniesie im to technologia, że osiągną np. nieśmiertelność cyfrową. Dukaj nazywa to „przesiadką Umysłu Ciała w Cyfrę”.

Postęp ludzkości jest zagwarantowany przez prawo Moore’a, według którego nieustannie podwaja się moc procesorów. Pojawia się zatem pokusa (?) podłączenia technologicznych implantów bezpośrednio do ludzkich mózgów, by je „wzmocnić”. A wszystko po to, żeby „poprawić kondycję człowieka”.

Przypomnijmy. W roku 1966 futurysta F.M. Esfandiary nazwał się „transczłowiekiem” (transhuman – skrót od transitory human, „przejściowa forma człowieka”) zmienił nazwisko na FM-2030. (Wspomnę, że inni prekursorzy postępu zmienili nazwisko mojej babci, ale bez jej  zgody, bo „wiedzieli lepiej”, Stanisławy Sowińskiej na 46499, zmienili także jej ciało do rozmiarów dziecka, przyznam jednak, że osiągnęli to klasyczną metodą redukcji kalorii, i w związku z tym mam prawo być nieufny do wszelkich ideologicznych nowinek). Transludzie mają być według niego „istotami pośrednimi między człowiekiem a postczłowiekiem, które przyswajają sobie najnowsze technologie, style życia i poglądy na świat”. O tych poglądach mówił niegdyś (1970) ideolog szeregu ludzi globalnej władzy Zbigniew Brzeziński – elit przyszłości nie będą krępowały w ich decyzjach tradycyjne poglądy etyczne.

„Transhumanizm różni się od humanizmu przez przyzwolenie (a nawet oczekiwanie) na radykalne zmiany w naszej naturze i dostępnych nam możliwościach oferowanych przez różne nauki i technologie – dopowiada filozof Max More („Transhumanism  Towards a Futurist Philosophy”, 2015).

Generalnie panuje przekonania (także jak sądzę podziela je Dukaj w „Po piśmie”), że dzięki transhumanizmowi (zdobyczom takim jak: nanotechnologia, biotechnologia, technologia informacyjna, kognitywistyka czy sztuczna inteligencja)  polepszymy życie człowieka. Co najważniejsze dla Dukaja – będziemy mogli dokonać bezpośredniego transferu przeżyć. Pierwszą technologią transferu była fotografia – mówi polski pisarz za Susan Sontag. Później fonograf, radio. Teraz mamy internet, smartfony, tablety, Virtual Reality, neuroczytniki, neuroindukcje. Będziemy mogli np. zdobywać obszerną wiedzę w „jednej chwili”, bez żmudnego procesu uczenia się, poprawimy słabości naszego ciała, nasze ułomne geny i etc. I to wszystko będzie dla dobra „ludzkości”!

W 2015 roku Zuckerberg zapowiadał: „Będziesz w stanie zarejestrować myśl – co sobie akurat myślisz czujesz co czujesz w swojej głowie – jakby w doskonałej formie – i następnie podzielić się tą myślą ze światem w formie dostępnej dla wszystkich”. Po prostu nieograniczona niczym wolność dla każdego!

A jak wygląda rzeczywistość parę lat po tej deklaracji? Smartfony to dziś urządzenia pomagające w stałej inwigilacji każdego z nas. A na fb projekt bezpośredniego transferu pt. „podziel się każda myślą!” zakończył się wszechobecną cenzurą i  stygmatyzacją myślących nie tak jak życzą są globalni liderzy „postępu”. Coraz więcej naukowców dostrzega, że wraz z coraz większą z roku na rok serwowaną ludziom ilością farmaceutyków… spada średnia inteligencja. Warto także odnotować, że przy pomocy „szczepionki” pod pretekstem walki z wirusami, realizowano w 21 wieku „w biednych krajach” programy sterylizacyjne.

Coraz mocniej wyłania się taki oto taki obraz – ludzkość dzieli się na dwie różne rasy (być może trzy, trzecia to służba pierwszej) – pierwsza nieliczna, korzysta ze zdobyczy nauki – żyje w komforcie, bezboleśnie. Niepokojona tylko myślą o śmierci. Dzięki technologii osiąga  wiek „biblijny”. Dla tych drugich wydaje się nieśmiertelna. Elity pilnują, żeby ta druga grupa – mniejsza, dychawiczna, umysłowo zapóźniona, osadzona w gettach nie zużywała  zbyt wiele zasobów planety i w rozsądnych ilościach się rozmnażała. A dla buntowników ma sprawdzone izolatoria.

W prozie pt. „Starość aksolotla” Dukaj pokazuje świat w którym po katastrofie ludzie przenieśli swoje umysły do sieci, ale nie są szczęśliwi za wszelką cenę chcą jednak odbudować organiczne życie.

Kończę zatem apelem - odzyskajmy normalną normalność zanim na to nie stanie się za późno.

Krzysztof Sowiński

wtorek, 13 kwietnia 2021

„Trudno oprzeć się uczuciu wstydu, że się do takiego pokolenia należy”

 


Pojęcia, którym powinniśmy się teraz szczególnie dokładnie przyjrzeć to m.in.: autorytet, bełkot, dziennikarz, nauka. Bowiem parafrazując Bocheńskiego - „wypada raz wreszcie z tym skończyć, odróżnić hipotezę naukową od widzimisię demagoga, naukę od propagandy, uczciwy wysiłek filozoficzny od pustej gadaniny.

A to tym bardziej, że owa gadanina miewa, niestety, tragiczne skutki: wystarczy pomyśleć o dialektyce Hegla i o mordach, jakich w jej imię dokonano”, czy współcześnie - o zabiciu dziesiątków tysięcy niekowidowych pacjentów, w celu ratowania domniemanych ofiar wirusa.

Jak wielu zauważyło ten „pandemiczny” kryzys, który się zaczął nieco ponad roku temu i według ministra zdrowia Niedzielskiego nie skończy się już nigdy, to nie kryzys medyczny, ale edukacyjny. Także wielu zadaje pytania – jak z tego kryzysu wybrnąć? Jedni wołają – rzucić na rynek jeszcze więcej (niediagnostycznych)  testów, trzeba nam jeszcze więcej kwarantanny, lockdownów i szczepień – czyli gasić ogień benzyną. Ale garstka postuluje powrót  do normalności, w tym reformy edukacji, powrót do sprawdzonych publikacji, które szeroko niosą mądrość. Oddzielają plew od ziarna. Do takich zaliczam w swoim prywatnym rankingu „100 zabobonów”, autorstwa światowej sławy logika i filozofa Józefa Marii Bocheńskiego.

Już sam J. M. Bocheński (1902 -1995), autor książki  miał wątpliwości, (z perspektywy czasu pierwsze wydanie 1987, drugie 1992 - okazało się, że jak najbardziej słusznie), kiedy mówił: „nie jestem pewny, czy to słowo zostało wybrane trafnie - może byłoby poprawniej mówić o przesądach, a nawet o błędach”. Rzeczywiście lepiej byłoby mówić o błędach.

„Mój słownik pokazuje, że w naszym świecie panuje aż tyle zabobonów i jakich zabobonów! Nie potrzeba być wyznawcą zabobonu o stałym Postępie Ludzkości, aby przecież ufać, że ludzie XX wieku są choć trochę przytomniejsi, choć trochę rozumniejsi od troglodytów. A tymczasem lista zabobonów wyznawanych przez miliony w Londynie, Nowym Jorku i Paryżu zadaje kłam tej pobożnej nadziei. Trudno oprzeć się uczuciu wstydu, że się do takiego pokolenia należy. Jeśli o mnie chodzi, przykrość jest tym większa, że, jak wspomniałem, byłem sam ślepym zwolennikiem wielu spośród wymienionych tutaj zabobonów” – wyjaśniał w przedmowie filozof.

Przyjrzyjmy się pierwszemu z wymienionych przez mnie pojęć – autorytet. Logik wyjaśnia: „Istnieją dwa rodzaje autorytetu: autorytet znawcy, specjalisty, nazywany uczenie “epistemicznym” i autorytet przełożonego, szefa, zwany autorytetem deontycznym”. Jak widzimy we współczesnym nam świecie, także w Polsce, właśnie autorytet „epistemiczny” został wyparty, przez ten drugi oparty na wydawaniu rozkazów.  Nie byłoby większych problemów gdyby te rozkazy wyrażane na rządowych konferencjach prasowych, miały jeszcze jakiś sens, jakby to były autorytety nazywane przez Bocheńskiego „autorytetami solidarności”, czyli wydający rozkazy i społeczeństwo mieliby taki sam cel. Niestety. Mamy bowiem do czynienia z „autorytetem sankcji”. Rozkazy rządu są wykonywane przez większą część społeczeństwa tylko „z obawy kary”.

Codziennie jesteśmy przez media bombardowani  sprzecznymi wewnętrznie informacjami. Mają one wspólną cechę, która można zaobserwować od pierwszych komunikatów o „wybuchu pandemii” - odwołują się do emocji, nie rozumu. „[…] jest całkowicie wykluczone, aby bełkot mógł przekazać jakąkolwiek informację przedmiotową, o czymkolwiek różnym od przedmiotu. Stąd bełkot jest najzupełniej bezużyteczny tam, gdzie chodzi o przekazanie informacji przedmiotowych, a więc w szczególności w nauce” – konkluduje takie zjawiska Bocheński. Bełkot to – jego zdaniem – „mowa ludzka pozbawiona sensu”. Oczywiście nadawca „bełkotu” może specjalnie przy pomocy takiego, a nie innego  komunikatu, który nie ma żadnej wartości merytorycznej manipulować odbiorcami.

Obok większości lekarzy, polityków w tym naszym kryzysie jedną z najbardziej haniebnych ról odgrywa właśnie lwia część dziennikarzy, zwłaszcza tzw. main streamowych. Ci ostatni zamiast dociekania prawdy rezonują tylko i aż propagandę. Bowiem jak zauważył przed laty Bocheński, zamiast być sprawozdawcą i niczym innym, „w ciągu ostatniego wieku dziennikarze przywłaszczyli sobie inną funkcję, a mianowicie występują w roli nauczycieli, kaznodziei moralności. Nie tylko informują czytelników i słuchaczy o tym, co się stało, ale wydaje się im, że mają prawo pouczać ich, co powinni myśleć i czynić”. Pamiętajmy o tym przyswajając kolejne „madrości” z mediów.

I na koniec „nauka”. Wciąż słyszymy wokół słowo „nauka”. Nawet ci, którzy są przekonani, że noszą maseczki, bo te „powstrzymują i ograniczają transmisję wirusa”, uważają, że ich stanowisko jest oparte na przesłankach naukowych. Tymczasem nie ma żadnego randominizowanego badania, które by potwierdzało ten pogląd. Nie ma też badań, które by potwierdzały, że można ograniczać transmisję wirusów stosując kwarantanny i lockdowny. Mało tego – nie ma żadnego badania, które by pokazało proces wyizolowania „kowida”. Bowiem według Bocheńskiego: „nauką nazywa się zespół zdań posiadających następujące cechy: 1. dotyczą wyłącznie faktów zachodzących w świecie, 2. mają charakter obiektywny, są sprawdzalne intersubiektywnie, tj. przez co najmniej dwie różne osoby, 3. zostały ustalone ze starannością, którą odznaczają się naukowcy, 4. zostały ogłoszone przez specjalistów pracujących w danej dziedzinie”. Tymczasem najczęściej rewelacje naukowe we współczesnym świecie ogłaszają nam politycy na konferencjach prasowych, powołując się na opinie ekspertów będących na rządowych i wielkich firm farmaceutycznych listach płac.

Krzysztof Sowiński

PS. W Internecie można znaleźć darmową wersję „100 zabobonów”.

wtorek, 6 kwietnia 2021

I tyle z nas pozostaje

W drugi dzień Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, o 17 umarł brat mojej matki, 85 letni wujek Julek. Chorował już dość długo, miał chyba dwa wylewy i w trakcie przyjmowania kroplówki zasnął i już się nie obudził. Pozazdrościć.

Bywał trudnym człowiekiem, ale honorowym, miał "charakter". Do późnych lat wykazywał się dużą, w każdej dziedzinie życia, witalnością. Krążyły o tym legendy. Nie był typem intelektualisty (jednak niekiedy potrafił wyrazić zaskakująco głębokie sądy), ale cale życie bywał niezależny od cudzych opinii. Był - co dziś jest taką rzadkością - odważny.

Na początku lat 50.  był w wojsku (dwa lata w namiotach, w ekstremalnie ciężkich warunkach) i wolał być bitym po gębie przez dowódców i siedzieć w wojskowym "anclu" o chlebie i wodzie  - niż przyznać, że ministrem obrony narodowej w PRL jest Konstanty Rokosowski.

Miał fantazję. Kiedyś już będąc starszym człowiekiem nagle postanowił odwiedzić kuzyna mieszkającego za Buskiem Zdrojem (ponad 50 km). Nie będąc typem sportowca (dużo palił i pił jak wielu z jego pokolenia), wsiadł na zwykły, ciężki rower bez przerzutek i pojechał. Przywitał się z kuzynem Zygmuntem, wypili po parę piwek i... wujek Julek wrócił do swojego domu jeszcze tego samego dnia.

Był też jednym z nielicznych źródeł wiedzy o moim ojcu, który "nagle" umarł w wieku 36 lat, jak ja miałem 5. Lubił mojego ojca i mile, i z szacunkiem go wspominał (nazywał go "honorowym"), w odróżnieniu od innych osób z mojej rodziny. Ci nie „kochali” mojego ojca. Niektórzy mieli zapewne ku temu powody.

Julka łączyła niezwykła więź ze zmarłym kilka lat temu bratem bliźniakiem Stanisławem. Problemy z odróżnieniem ich miała nawet ich matka Julia. Co dopiero np. nauczyciele w szkole. Bracia niemiłosiernie to wykorzystywali. Lista szkół ponadpodstawowych w Świętokrzyskiem, w tym tych z internatem, z których ich wyrzucano za łamanie regulaminu, naprawdę była imponująca. Ostatecznie - nie dali się wykształcić. A bardzo podobni do siebie byli do końca. Pamiętam jak Julek patrzył na zwłoki brata w trumnie, to jakby widział samego siebie.

Stanisław w odróżnieniu od Julka bywał, delikatnie mówiąc asekurancki, miał swój urok, ale był często konfliktowy, a mówił dużo i głośno). Był nazywany przez rodzinę całe jego życie Adasiem.

Zachowały się ich zdjęcia z pogrzebu ich matki, a mojej babki Julii (to ona w czasie II apokalipsy z dziadkiem Teofilem ratowali Żydów). Wujkowie byli przystojnymi młodzieńcami, o urodzie współczesnych im amantów filmowych, z gęstymi czuprynami. Byli – jak na swoje pokolenie - średniego wzrostu (mniejsi ode mnie, który mam prawie 180 cm i uchodzę w swoim, i kolejnym – za niskiego), widać ich ostro na zdjęciu złamanych nad trumną matki. Dosyć późno wyłysieli (jak ja) i nieco utyli. Wujek Adaś kiedy był już w latach potrafił się nie raz bić po twarzy i krzyczeć: „Jak nie nienawidzę tej starej gęby! Nie mogę na nią patrzeć!”. Potrafię (po nim?) robić tak samo. Nie mógł się też pogodzić się z łysieniem i długie lata zaczesywał rozległe zakola. Julek nie miał z tym problemu – zaczął się po prostu krótko strzyc (jak ja teraz).

Jak byłem mały, Adaś często pytał mnie czy będę pił wódkę. Odpowiadałem z obrzydzeniem na samą myśl o gorzale (spróbowaliśmy jej wówczas na mojej i Jacka, mojego barta ciotecznego komunii, bratu smakowała od pierwszego łyku i tak mu już zostało) – że nie! Na to Adaś ripostował: „Będziesz pił. Będziesz… Jak ja. Jak Twój ojciec… Bo... Życie jest ciężkie. Ciężkie…”.

Julek natomiast wolał żebym został piłkarzem. Mówił na mnie Gorgoń. „Co u ciebie słychać Gorgoń?” – zawsze się ze mną witał. Zawiodłem go i nie zostałem piłkarzem, chociaż miałem ku temu smykałkę. Trenerzy i koledzy mnie przez lata nie doceniali. Bo długo byłem mały i słaby, a to był czas, że dorośli zamiast pozwolić nam dzieciom grać w piłkę, kazali biegać wokół boiska z o połowę cięższym kolegą na plecach. Często nie dawałem rady tego zrobić. Dopiero po dwudziestce zrobiłem się bardzo silny (przez lata byłem dużo, dużo silniejszy od ludzi mojej postury) i słynąłem  długie lata, miałem ją do niedawna, ze „zwierzęcej” kondycji. Siłę podobno odziedziczyłem po ojcu Julka i Adasia. To na niego, byłego żołnierza – w jego otoczeniu mówili „Siła”. Później niestety zmieniłem piłkę na sporty walki (też i w tym nic nie osiągnąłem), bo co parę lat, kiedy już reprezentowałem jakiś poziom, wszystko rzucałem i zaczynałem przygodę z nową dyscypliną. Jako 40 latek uczyłem się np. brasil jj, a grubo po 50 zacząłem uczyć się gimnastyki przyrządowej. Rok temu, przerwała to, ciężka moja kontuzja.

Wróćmy do wujka… Choć śmierć kogoś bliskiego, to też śmierć jakiejś naszej części związanej z umarłym. Jako dziecko odwiedzałem mojego rówieśnika Julka syna. Wstawałem zawsze rano, w niedzielę także. W maju przechodziłem obok zachwycająco pachnącej jabłonki, która zakrywała otwarte okno (był to niski parter) domu wujka Julka. Wujek co niedzielę oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu, przez kilka godzin celebrował seks z ciotką Julką (łóżko stało przy oknie). Oznajmiałem wtedy przez koronkową firankę: „Wujek powiedz Darkowi, że jestem”. Wujek nie przerywając sobie i ciotce darł się: „Darek! Krzysiek przyszedł do ciebie!”. Ten ostatni szybko się ubierał i mogliśmy pobiegać już razem.

Ale… Wujkowie razem najczęściej niemiłosiernie się kłócili. Ileż to razy któryś wybiegał z gniewem, w czasie jakichś rodzinnych uroczystości?! Ale... i bez siebie im było trudno żyć dłużej niż kilka dni. Godzili się chodząc na mecze lokalnej drużyny piłkarskiej i oglądając - przy flaszce czegoś mocniejszego - te emitowane w tv. Julek zawsze pił wódkę małymi łyczkami, jakby ją z satysfakcją smakował.

A teraz ta więź… Pamiętam jak byłem dzieckiem - późnym, jesiennym wieczorem Adaś rozmawiał z moimi rodzicami (mamą i moim drugim ojcem) i... nagle krzycząc z bólu, złapał się za bark i padł na podłogę. Okazało się później, że w tym samym czasie kiedy Adaś padł w paroksyzmach cierpienia, Julek został napadnięty. Jakiś złoczyńca, jakich było na naszej wówczas dzielnicy wielu, połamał mu stalową rurką bark.

Kiedy Adaś umarł kilka lat temu, wszyscy byliśmy przekonani, że tuż za nim zaraz umrze Julek. Stało się jednak inaczej. Żył dalej. Niektórzy z nas odczuwali nawet z tego tytułu niemałe rozczarowanie.

W końcu… Teraz znowu mogą być razem.

I tyle z nas pozostaje. 

piątek, 2 kwietnia 2021

Śmiechem w dyktaturę… cwaniaków

 


W tym miejscu miała być recenzja komedii zatytułowanej „Seks dla opornych”, najnowszej propozycji Tetatet, teatru założonego w Kielcach przez znanych aktorów Teresę i Mirosława Bielińskich. Mielibyśmy okazję się trochę pośmiać w tych smutnych czasach dyktatury sanitarnej, ale niestety… Znowu mamy tzw. lockdown. Mija właśnie pierwsza rocznica zainicjowania tego absurdu, który miał trwać… przypomnijmy sobie… najwyżej dwa tygodnie…

Na pewno w tych zakazach „władzy” jest większy sens niż przypuszczamy – bo rzeczywiście nie wolno teraz pozwalać ludziom się śmiać. Przecież tyle już miesięcy ta władza produkuje  tylko strach i „obostrzenia”. A śmiech ma przecież moc więzotwórczą. A więzi dla wszystkich „trzymających władzę” to tylko poważny problem.

Kazimierz Żygulski w książce „Wspólnota śmiechu” (1976), w studium socjologicznym dotyczącym komizmu wprowadza pojęcie wspólnoty śmiechu, „która jest swoistym cementem łączącym i wzmacniającym relacje w grupie społecznej”. A przecież nasi „obrońcv”  z rządu włożyli tyle trudu i naszych pieniędzy, żeby nas zatomizować, przestraszyć, pozamykać w domowych więzieniach i wyznaczyć przestrzeń „spacerniaków”. A śmiech ma przecież moc psychologicznego oczyszczenia, integracji, także „w obrębie takiej wspólnoty posługującej się humorem, eksponującej żarty może nie tylko złagodzić poczucie klęski, lecz także przyspieszyć polityczną rekonwalescencję jej członków” (Żygulski).

Można też karcić śmiechem polityków. Do historii już przeszła wyrażona słowami Juliana Tuwima, riposta Leszka Millera, skierowana do Janusza Palikota: „Próżno repliki się spodziewasz. Nie dam ci prztyczka ani klapsa. Nie powiem nawet pies cię je…, bo to mezalians byłby dla psa”.

Śmiech, wiemy to z historii, ma moc skutecznej walki z dyktaturą. W 1958 roku w dramacie "Policja" Sławomir Mrożek pokazał dyktaturę komunistyczną. Jak wiemy, każda dyktatura ma utopijny plan, który chce zrealizować. Za czasów tego pisarza i teraz według Heglowskiej wizji świata. W dramacie Mrożka „rząd” chce uzyskać absolutny ład społeczny.

Także Kisiel uderza  śmiechem w komunistów swoich czasów, nazywając ich rządy „dyktaturą ciemniaków”. Za „Cichych i gęgaczy”, tekst w którym kpi się z dyktatorów, jego autor Janusz Szpotański zostaje skazany na trzy lata więzienia. Dziś mamy do czynienia w Polsce z dyktaturą „globalnych” cwaniaków napędzanych maltuzjanizmem, eugeniką i trybalizmem, którzy chcą zabić… domniemane wirusy najlepiej razem z większością z nas.

Oczywiście… nie oczekuję, że dziś któryś z „wziętych” dramaturgów w Polsce, z tych od „paszportów Polityki” i etc. czy reżyser  - biorący pieniądze za „nic” od dyktatorów, uderzy w… dyktatorów. Tak naiwny to nie jestem. Ale ufam w moc śmiechu. Już obserwuję w necie „memy” przy pomocy, których „lud” rozpoznał właściwe intencje władzy i je precyzyjnie demistyfikuje. Pokazuje, że władza tej władzy opiera się tylko na tkanej przez niego pajęczynie strachu, zwłaszcza haniebnie zaimplementowanej dzieciom i seniorom oraz… policyjnvch siłach. Być może już niedługo na ulicę wyjdą też wojskowe, może także z tymi „bratnimi”?

Dlaczego nie doszło do premiery „Seksu dla opornych”? Cóż się stało? Tzw. Minister Zdrowia – tak produkował dane -  m.in. zwiększył do blisko 90 tys. dziennie (w ostatnim czasie czterokrotnie) liczbę niediagnostycznych testów pcr, żeby mu w końcu wyszła zaplanowana przez jego rząd nadzwyczajna liczba tzw. zakażonych. Ta liczba w atmosferze grozy sianej przez niezawodny w podtrzymywaniu tej pandemicznej mistyfikacji main stream – stała się pretekstem dla rządu do ogłoszenia tzw. lockdownu w całej Polsce – czyli zakazu przemieszczania się. W tym także w stronę do teatrów.

Oczywiście przypadkowo lockdown zaczął się w 20 marca, a ta jego odsłona skończy się po świętach, też przypadkowo 9 kwietnia. Przypomnijmy… To na 20 marca  w wielu stolicach świata, w Polsce w Warszawie - zaplanowano Marsz Wolności, w którym biorą udział ludzi, którzy już mają dość dyktatury wprowadzonej pod pozorem pandemii. Marsz Wolności w naszej stolicy jak już wiemy, został znowu rozbity policyjnymi pałkami. Mimo, że kilka dni przed tą manifestacją Sąd Najwyższy w Polsce orzekł, że lockdowny, kwarantanny etc. są bezprawne!

I już kończąc… Jak sądzicie… Czy…. Jeszcze przez jakiś czas (dwa, trzy lata?) będziemy, mogli i chcieli jako podatnicy, utrzymywać instytucje kultury do których nie przychodzą ludzie. Jeszcze być może rok, albo dwa dyrektorzy teatrów finansowanych z budżetu państwa, (niestety np. Teatate nie ma dotacji – dla nich nie grać oznacza tylko jedno - wchodzić w spiralę długów) reżyserzy, czy aktorzy będą otrzymywać zapłatę nawet także, jak to się dzieje aktualnie, za spektakle w których mieli zagrać, ale nie zagrali (odwołane ze względu „nowe obostrzenia”). A instruktorzy domów kultury za zajęcia, które się nie odbyły. A pracownicy muzeów będą produkowali wystawy, które można zobaczyć na kilku zdjęciach w internecie. A szefowie takich placówek będą dostawać od rządu premie za „skuteczną walkę z pandemią”, której nie ma. Ale w końcu i nawet my - odbiorcy, miłośnicy kultury będziemy zmuszeni tej fikcji popychani głosami innych, powiedzieć także „dość”.

Po tym, zostanie nam tym tylko raz na rok obowiązkowa (reedukacyjna) wizyta w jakimś muzeum - współczesnej świątyni reprodukującej wzorce „właściwych” idei podanych do wierzenia. A „dla śmiechu” na co dzień będzie kolejna powtórka z serialu „Przyjaciele”, z politpoprawnymi, dętymi dialogami, w którym humor jest wyrażany przez to, że ktoś na kogoś nieustannie wpada, albo czymś oblewa i etc.

Może się doczekamy nawet cyfrowo poprawionej edycji, w której bohaterowie będą chodzić także jak my w „maseczkach”… Któż to wie…

Krzysztof Sowiński

piątek, 12 marca 2021

Nigdy nie ufaj autorytetom?

 

"Chris jeszcze 20 parę lat temu, w drzwiach takich pubów, były tabliczki:

"Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony". John Irlandczyk, Londyn 2012

Autorzy „Klątwy rodziny Kennedych”, bardzo starają się (jako przedstawiciele tzw. teatru krytycznego), żeby to był spektakl o katolickiej, zdegenerowanej żądnej najwyższej władzy i zaszczytów słynnej amerykańskiej rodzinie.

Ta familia była gotowa nawet poświęcić swoje własne dzieci, w tym upośledzoną Rosemary, siostrę przyszłego prezydenta Johna F. Kennedy’ego, nie pasującą do realizowanego planu. Ale ta narracja mimo, że spółka teatralna Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin ostro fastryguje, co chwila się rwie i widzimy jednak coś innego.

Co takiego? A to, że nigdy nie można ufać autorytetom medycznym! Nigdy!  I ordynowanym nam przez takich ludzi procedurom „leczenia”, mimo tego, że te są opakowane w nośne metafory typu – najnowsze dokonania nauki, konieczne, skuteczne, bezbolesne, przewidywalne.

To przypomnienie jest bardzo aktualne, w czasach kiedy pod pretekstem fałszywej pandemii, globaliści przy pomocy propagandowych regularnych „nalotów dywanowych”, wyprodukowali zapotrzebowanie u prostych ludzi na przyjęcie nowatorskiego preparatu (tzw. szczepionki na „kowida”), za którego negatywne skutki nie chcą nawet przyjąć symbolicznej odpowiedzialności.

Ze spektaklu dowiadujemy się, że początek dramatu Rosemary Kennedy (w tej roli brawurowa Karolina Staniec) sięga momentu jej urodzin. Mimo, że jej matka Rose Kennedy (w roli posągowo-karykaturalnej matrony Joanna Kasperek), sygnalizuje lekarzowi rodzinnemu, że już powinna zacząć rodzić, ten jednak apodyktycznie stwierdza, że jeszcze na to nie pora. Dziecko rodzi się „w terminie”, ale za to niedotlenione. (Scena narodzin Rosie wbija się widzowi  propozycji Rubina w pamięć, jak gwóźdź ze stali chirurgicznej). Dziewczynka nigdy nie będzie się prawidłowo rozwijać. Z czasem ujawnia zachowania odbiegające od tzw. normy. Ale reakcja na to rodziny Kennedych jest typowa dla tamtego okresu. Wówczas surowość zasad moralnych i obyczajów, nie była tylko – jak to próbują pokazać autorzy widowiska – tylko domeną rodzin katolickich. Była powszechna. Dla ukazania ówczesnego klimatu… przypomnijmy korzenie braku m.in. empatii. To przecież protestancka USA (do dziś religią dominująca w tym kraju - 54 proc. jest właśnie to wyznanie, katolicy – to około 24) jako pierwsza wprowadziła w l. 20. XX wieku, przymusową sterylizację dla osób uważanych za upośledzone. Popierali ją wówczas „lewicowcy”, w tym ikony współczesnej lewicy. Margaret Sanger (inspirował się jej dokonaniami m.in. niejaki A. Hitler) w publikacji „Pivot of Civilisation” (1922), m.in. krytykowała dobroczynność  (jest „sentymentalna i patriarchalna”), była orędowniczką „segregacji i sterylizacji” kobiet należących do „klasy debili”. Jak sądzę i dziś np. taki B. Gates podziela jej poglądy. Przypomnijmy, jest bezskutecznie ścigany przez rząd m.in. Indii, za masową sterylizację dziewcząt i kobiet w tym kraju, wykonywaną pod pretekstem tzw. szczepień na choroby zakaźne. Jeśli zatem ktoś widzi w grupie globalistów, której twarzą jest właśnie teraz Gates – wynalazców eliksiru nieśmiertelności podawanego m.in.  polskiej młodzieży i starcom, jest wyjątkowo naiwny. Oficjalnie sterylizacji zaniechano w USA dopiero w l. 60, a np. w Szwecji dekadę później, w 1975 roku. Piętnowana jako zaściankowa Polska nie miała takich tradycji.

Ale wróćmy do Rosemary. Zaczęła dorastać. Przejawiać w niewłaściwych momentach m.in. potrzeby seksualne, które wtedy należały do sfery tabu, nie tylko w rodzinach katolickich. Np. masturbacja jest do dziś nieakceptowana przez wszystkie religie „księgi”, także przez judaizm.

Doradcy medyczni rodziny Kennedych proponują m.in. terapie, które mają obniżyć popęd i ogólnie ekspresję Rosie. M.in.  ordynują „zastrzyki”, po których m.in. pacjentka jest apatyczna i nadmiernie tyje. Ale i te nie pomagają. Lekarze doradzają wówczas, żeby w celu uzyskania większej „kooperatywności pacjenta” sięgnąć po najnowszy hit ówczesnej medycyny, zabieg na mózgu tzw. lobotomię. Po tym zabiegu dziewczyna przestaje samodzielnie chodzić i mówić. Resztę długiego bycia i nie bycia spędza w specjalnym „zakładzie”. Była trzecim (z dziewięciorga rodzeństwa) dzieckiem Josepha (Wojciech Niemczyk, świetnie wcielający się w postać seniora rodu, który życie niehistoryczne uważa za stracone) i Rose Kennedych, m.in. siostrą prezydenta Johna F. Kennedy’ego (w tej roli Bartłomiej Cabaj, ustawiony przez reżysera jako groteskowa, mechaniczna, polityczna „szczekaczka”)  i prokuratora generalnego Roberta F. (Dawid Żłobiński). Ci dwaj członkowie rodu zostali postaciami historycznymi.  Obydwaj zostali zamordowani. Jednak w wizji Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina wygląda tak jakby np. John nieostrożnie bawił się w aucie bronią palną, jak penisem pod kołdrą i padł ofiarą własnej niefrasobliwości i wybujałych ambicji, podobnie zresztą jak jego brat. Para autorska nie może też się pogodzić, że stali się legendą, mitem. Choć globaliści przez dekady dbają, żeby to był mit bez zapalnika.

O co w istocie idzie gra? Po drugiej wojnie światowej wyłonił się nowy ład polityczny. M.in. polega on na tym, że grupa prywatnych udziałowców banku emisyjnego FED narzuciła całemu światu jedną walutę, kreowaną nota bene z powietrza – dolara fiducjarnego, który teraz jak mówi wielu znawców geopolityki, pod pozorem pandemii, przyjmuje ostateczną i już jedyną formę - cyfrową. To będzie oznaczać absolutną kontrolę garstki globalistów nad resztą świata. Możliwość wykonywania lobotomii na dowolnie wybranym narodzie, w dowolnie wybranym momencie. Temu procesowi zaplanowanemu na lata, chciał się przeciwstawić – jak uważa wielu znawców geopolityki – m.in. prezydent Johna F. Kennedy, który wprowadził alternatywną walutę wobec tej emitowanej przez FED, wolną – od przekleństwa ludzkości – lichwy. Te same poglądy miał jego brat prokurator generalny.

I jeszcze jedno. Dziś triumfuje pojęcie tzw. spiskowych teorii. Każdy głupek nim się posługuje stygmatyzując oponenta, a liderzy przemian używają tego skutecznego narzędzia do przejmowania dyskursu i władzy. To narzędzie, wspomnijmy, to twór CIA. To wówczas spiskowymi teoriami zaczęto nazywać każdą hipotezę odbiegającą od main streamowych, dotyczącą śmierci JFK.

Historia rodziny Kennedych jednak nie zakończyła się. Obecnie jeden z ich potomków R.F. Kennedy Jr w publicznym wystąpieniu [Berlin, VIII, 2020] przestrzega świat mówiąc, że fałszywa pandemia, lockdowny są  w istocie etapami na drodze ku totalitaryzmowi. Czy też dosięgnie go „klątwa”?

Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin po raz kolejny zrobili spektakl wg tej samej matrycy znanej np. z „Carycy Katarzyny”. Jak sądzę - pozostała im już tylko parodia samych siebie. A potem powrót do tradycji – m.in. precyzyjnego użycia słowa. Czego zapowiedzią jest ostatni monolog Rosie do publiczności, wypowiedziany w stylu Molierowskim. W monologu tym twórcy m.in. domagają się rzeczy niemożliwej – uczynienia z postaci prywatnej postać historyczną. Ale czy nie jest to czasem apel „sentymentalny i patriarchalny”?

Krzysztof Sowiński

poniedziałek, 22 lutego 2021

Król rapu w hawajskiej koszuli… wspomina

 Zacznę od zabawnego incydentu. Ponad 10 lat temu wracałem na rowerze z niedzielnej „szychty” w Muzeum Narodowym w Kielcach. Nagle na ulicy Warszawskiej z piskiem przede mną zatrzymał się biały sportowy Saab. I wysiadł z niego… Kasa. I mówi do mnie: „A Ty k… wciąż jeździsz na tym samym rowerze! To po nim Cię rozpoznałem”.

Rzeczywiście od trzydziestu lat wciąż jeżdżę na „góralu”, amerykańskim trecku. Marce wówczas po raz pierwszy sprowadzanej do biednej Polski (pewnie dlatego zapamiętał ten przedmiot Kasa, który chciał wyrwać się z tej zgrzebności). Ten treck był wtedy jako powiew „wolnego świata”. Jak jednak okazuje się i ten Zachód także konsekwentnie zmierzał ku realizacji projektu… globalnego obozu koncentracyjnego, tyle że nowoczesnego, cyfrowego.

Krzysztofa „Kasę” Kasowskiego uważam za gościa błyskotliwego i z poczuciem humoru. Do dziś pamiętam jeden z jego tekstów, których garść złożył w Wydawnictwie Domu Środowisk Twórczych w Kielcach (byłem tam redaktorem). Traktował o smażeniu jajecznicy.

Nie powinien się tylko wypowiadać o rzeczach na których się nie zna. Przepraszam, że tak protekcjonalnie „przyganiam”. Ale… nie ma w tej chwili nic ważniejszego niż walka z dyktaturą sanitarną wdrażaną pod pretekstem tzw. pandemii. Wróćmy znowu do Kasy. Tak odpowiadał  dziennikarce Annie Bilskiej z Echa Dnia: „Pytasz czy wierzę w wirusa? Wierzę. Tak jak w inne choroby. […] Ja jestem absolutnym zwolennikiem szczepień. […]”. Świadczy to, że rzeczywiście w młodości sporo wagarował zamiast chodzić na lekcje biologii, czy matematyki. Bowiem, obecność wirusa nie jest  kwestią wiary, tylko faktów. A pandemia statystyki. A z liczb za 2020 wynika, że pandemii w Polsce nie było i nie ma.

Niegdyś artyści miewali intuicje, przeczuwali przyszłość. A dziś… Trudno…

A teraz ponownie o motywie smażenia jajecznicy. To był zabawny wiersz, który świadczył o tym, że jego pokolenie chciało opuścić Herbertowskie i Różewiczowskie ścieżki. Gdyby nie perturbacje związane wówczas ze zmianą ustrojową, Kasa zadebiutowałby najpierw jako pisarz i to w Kielcach.

Pamiętam jego muzyczne początki. Na jednym z pierwszych „Scyzoryków” (wymyśliliśmy tę imprezę wtedy z Jarkiem Gawlikiem), w związku z tym, że Kasa nie miał wówczas szans na występ na głównej scenie (tak była jednak zarezerwowana dla znanych muzyków tamtego okresu) – zorganizował sobie koncert w toalecie Domu Środowisk Twórczych. Wystukiwał kijem od szczotki rapowe kadencje.

Kasa chciał się wtedy za wszelką cenę wyprowadzić z Kielc. Odwrotnie było z Michałem Zduniakiem. Ten  absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, odwiedził Kielce i… postanowił wówczas w nich zostać. I w zasadzie to za jego sprawą, powiało wielkim światem w tym mieście. Zaczęło z Michałem występować tutaj wielu wybitnych muzyków głównie, ale nie tylko jazzowych. To przy nich „uczyli się” fachu artysty, wszyscy z tamtego pokolenia, z raperami włącznie.

K.A.S.A założył wtedy grupę o nazwie Zespół Downa. W 1991 r. pokazali się  w eliminacjach do festiwalu w Jarocinie i… zostali zdyskwalifikowani, za używanie wulgaryzmów. Ale… od tego momentu kariera Kasy nabrała rozpędu. W końcu stał się też zamożny i mógł mieszkać w Warszawie. Apogeum jego kariery przypadło na koniec lat 90. Było chętnie zapraszany do programów telewizyjnych. Przeobraził się w muzyka w kapeluszu,  hawajskiej koszuli i w jasnych marynarkach (ustalił swój image trwający do dziś, ja go natomiast pamiętam w raperskiej czapce z dachem odwróconym do tyłu).  Sięgał po elementy muzyki latynoskiej, ragga. Jednak powoli z bystrego obserwatora i krytyka naszej rzeczywistości, parodysty – zmierzał ku propozycjom komercyjnym.

Z czasem przestało być o nim głośno.

Ale nie o jego karierze muzycznej przecież chciałem pisać. W 2012 wydaje swoją debiutancką powieść pt. „Kontrakt”, uznaną za pierwszą próbę ukazania polskiego show biznesu. To świat widzimy oczyma poczatkującego rapera Krisa, który podpisuje swój pierwszy kontrakt ze znaną wytwórnią płytową. Także druga powieść, która się niedawno ukazała „Upadek króla rapu”, jest oparta także na wątkach biograficznych. Jak powiedział Kasa „w ponad 90 procentach główny bohater tej powieści, to ja”. Akcja utworu dzieje się w 1991. Dwudziestolatek Dolar chce być sławny, opuścić swoje rodzinne miasteczko, zakłada pierwszy raperski „crew” o nazwie „Zespół Downa”. Narrator przekazuje realia lat 80. i 90. głównie kieleckiego środowiska artystycznego, w tym także tancerzy break dance (Kasa m.in. tańczył u Liroya). To rozliczeniowa powieść pokazująca narodziny polskiego rapu, czasu kiedy Kielce były jego kolebką i stolicą. Jednak jak twierdzi Frederick Barlett (w nadal aktualnym „Remembering”, 1932), przypominanie nie jest nigdy prostą kreacją wychodzącą od uprzednio istniejących wzorców. Jest działalnością intelektualną. Wędrówką po labiryncie historii. Ścieżkami dawnych doświadczeń i emocji. Jakie to ścieżki sprawdźcie już sami.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 7 lutego 2021

Urządzamy się w d….e!

 

(Tekst z 23 styczniua 2021 roku).

Wobec fałszywej, nieweryfikowalnej w kategoriach metody naukowej, strategii walki „naszego rządu”  z tzw. pandemią - w wyniku czego tenże rząd ogłasza niekończące się m.in. ludobójcze lockdowny - buntują się kolejni Polacy. Nie ma niestety wśród nich tzw. artystów.

Do nielicznych dotąd skutecznie pacyfikowanych przez wyspecjalizowane państwowe mundurowe formacje miłośników wolności, ostatnio dołączają stojący już nad przepaścią restauratorzy. W Kielcach na razie protestuje kilku – są szykanowani i zastraszani przez miejscową policję i tzw. sanepid. W innych częściach Polski buntowników jest na szczęście znacznie więcej. Niestety wśród osób protestujących przeciwko okradaniu nas z wolności, zdrowia i dorobku życia, przeciwko zarządzaniu nami z psychopatyczną konsekwencją strachem i poczuciem winy – nie ma artystów, w tym aktorów.

Za to gwiazdy polskiego ekranu i main streamowego teatru haniebnie rezonują globalistyczne propandemiczne matryce i frazesy. Zaś ci pomniejsi - swoje frustracje wyrażają na portalach społecznościowych. Jak nigdy dotąd modne stały się wywiady. Liczni aktorzy robią je z innymi… kolegami i koleżankami aktorami. Czy to coś ciekawego? Niestety to bardzo mocno „branżowe” rozmowy, przywołujące na myśl grupy wsparcia, a nie platformy dyskusji o sztuce w czasie „zarazy”. A dominującym językiem tych wywodów jest, ten już tyle razy krytykowany - postpsychoanalizy (nota bene – zdumiewa jak to się zagnieździło w ludziach! Niebywałe!). Ale nie to jest najgorsze! Poraża zgoda tych aktorów na ten „pandemiczny” fałsz. Ta ich niemoc do szukania prawdy na własną rękę i oporu!

A przecież kiedyś ludzie z takiej Pomarańczowej Alternatywy (przypomnę młodszemu pokoleniu, że to był antykomunistyczny ruch happeningowy) kruszyli ironią mury totalitaryzmu. A dziś... Na portalach społecznościowych widać zdjęcia aktorów w masce - symbolu tresury społecznej i bezradnie pytających - „kiedy to się wszystko skończy?!”.

Więc im odpowiem - to dopiero początek! I to Wy pozwoliliście na to, wtedy kiedy po raz pierwszy założyliście, wbrew literze nauki, maskę na twarz! Reszta to już tego konsekwencje.

A teraz… Właśnie przedstawicielka nowego bidenowskiego rządu w USA – stwierdziła, że będzie forsować ideę noszenia… już nie jednej, ale dwóch masek! Niewątpliwie i nas – jako kraju zewnątrzsterowalnego – także będzie to dotyczyć. Oczyma wyobraźni już widzę zdjęcia aktorów masowo podporządkowujących się i tej nowej „dyrektywie”.

Niedawno moi młodzi przyjaciele z grupy Covid-1984 borykając się m.in. z brakiem rekwizytów teatralnych, zorganizowali happening na ulicach Kielc - przeciwko zamachowi stanu w Polsce pod pretekstem „pandemii”. To byli tylko tzw. amatorzy. A w tym samym czasie "zawodowe" aktorki z naszego teatru "uczyły" ludzi (na propagandowych filmikach) jak zakładać maski i trzymać tzw. dystans społeczny. Prawda, że to przeraża?

„To, że jesteśmy w dupie to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”  - pisał niegdyś Stefan Kisielewski w czasach starej komuny. W czasach niewątpliwie nowej, nasi ulubieńcy znani nam ze scen realizują i to proroctwo dawnego mistrza. Jeszcze lepiej się „urządza” dyrekcja Teatru Żeromskiego w Kielcach? A może się tylko czepiam i żądam niemożliwego? „Piórem” specjalistki ds. marketingu zawiadamia: „[…] przygotowujemy się do realizacji prapremiery pt. "Expiria" w choreografii Agnieszki Kryst”. Dalej, że to będzie: „studium kobiecego ciała”. Prawda, że odkrywcze i na czasie? Później, że to „Koprodukcja z Nowym Teatrem w Warszawie oraz Art Stations Foundation z Poznania”. Szykuje się długa… zatem lista płac. Jak zwykle.

Jakie jeszcze ma propozycje „Żeromski”? Warsztaty aktorskie dla dzieci. Oczywiście online. I także online wykład jakiejś reżyserki. Ale… Mimo „pandemii” jak się wydaje – dyrektor placówki Michał Kotański ma szansę zrealizować wszystkie zaplanowane premiery! To że widz ich nie zobaczy, zdaje się mało komu przeszkadza.

Dominuje hasło: „Zaproś teatr do domu!”. Więc biegnę przypomnieć, że w domu to ja mam Netflixa i np. rewelacyjnie, perfekcyjnie nakręcone filmy (jak jest to np. w przypadku „Czarnego lustra”), oparte na rewelacyjnych i mających związek z tzw. rzeczywistością w tym „pandemią” i jej konsekwencjami, absolutną kontrolą ludzi - scenariuszach. Produkcje parafilmowe naszego teatru wyglądają przy tym marnie, amatorsko, a na dodatek poruszają (nie pierwszy to już raz)  tematy… banalne. Mam tutaj na myśli chociażby „Dropie”, spektakl oparty na powieści Natalki (ten infantylizm… czy to znak rozpoznawczy sztuki epoki trockizmu? Wspomnę, że wywołana Natalka ma 33 lata) Suszczyńskiej, w reżyserii Anny Mazurek.

Jest to mówiąc językiem Bocheńskiego – bełkot. I co najgorsze wtórny. Dajmy tego próbkę: "Przeżywałam kolejne dni według harmonogramu: makaron z pesto, leżenie aż do zaśnięcia, spanie aż do wybudzenia, a potem kolejne odcinki Świata według Kiepskich". (Tzw. czytanie tej propozycji dostępne jest na fanpage'u teatru i na yt).

Trochę, ale jedynie trochę, to jednak i broni się ten „nasz” teatr. Np. zrealizowanym słuchowiskiem dokumentalnym pt. „Harcerz na wojnie" w reżyserii Tanji Miletić-Oručević (dostępny na yt). Tekst propozycji został oparty na wspomnieniach ojca (Jan Kinastowski, bohater tej propozycji) Anny Kinastowskiej, „zaś tło historyczno-społeczne lat 20. XX kreśli historyk dr Marek Maciągowski”. (Tak nota bene to ten sam historyk, który nie bał się kiedyś napisać rzetelnego eseju o trudnych relacjach polsko-żydowskich w Kielcach, szkoda, że tę pracę naukową odrzucili niegdyś twórcy w swoim manipulacyjnym tworze zatytułowanym „1946”). Słuchowisko – jest pozornie nudnawe, monotonne, nie pokazuje bohaterstwa w stylu amerykańskich produkcji o herosach, niczym w polskim filmie „nic się nie dzieje”. Ale…. zamiast tego… ujawnia przykrą codzienność wojenną – głód (mamy wiele opisów potraw z tamtej epoki), brud, zmęczenie, wyczerpanie, zwątpienie, traumy, rany, pobyty w szpitalach polowych, śmierć kolegów i cudowne ocalenie głównego bohatera audycji. To ostatnie jest przypomnieniem fundamentalnej kwestii (metafizycznej?) w naszym kręgu cywilizacyjnym – czy o naszym  życiu decyduje przypadek, czy przeznaczenie? To jest pytanie dotyczące współczesnego sporu – przypadek, czy Logos?

Reasumując ten cały ustęp. „Wykorzystamy” szansę na odrodzenie sztuki słuchowiska?

 Jak widać nie wiele dzieje się wśród „artystów”. Dla sprawiedliwości dodam, że w innych placówkach kultury w mieście – także mamy bezradne „czekanie na normalność”, albo raczej na tzw. nową normalność. Tymczasem ja rozmarzyłem się o nowej Pomarańczowej Alternatywie… w Kielcach. Ale nie sądzę, żeby coś takiego zaistniało. Bowiem nad wolność współcześni rewolucjoniści-artyści, tak bardzo identyfikujący się na scenie z biedą, „wykluczeniem”, prekariuszami, prekariuszkami i prekariusz(wstaw odpowiednią końcówkę, albo jej reprezentację braku) - dziś przekładają… mieszczański komfort.

Jak dotychczas tylko jeden ze znanych mi aktorów, tęskniący za żywym kontaktem z widzem, zapowiedział, że wystąpi „chociaż to nielegalne” (wspomnę – że nielegalne to są zakazy płynące od premiera) z monowypowiedzią np. w „Lidlu” przy Warszawskiej. Prosił mnie, żebym mu pomógł szukać adekwatnego tekstu. Przyszło mi do głowy, żeby mógłby zacząć od zaadresowanego do miejscowych przedstawicieli rządu wiersza Czesława Miłosza, zaczynającego się tak:

„Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając”.

I miejmy nadzieję, że dzisiejsi „nasi” przywódcy polityczni skończą tak jak to obrazuje ostatnia linijka tego tekstu. Zasłużyli na to.

Krzysztof Sowiński