czwartek, 23 kwietnia 2020

Dzień po Zmartwychwstaniu


Na ulicach pusto. Świeci słońce i wieje lodowaty wiatr.
Postepowi opluli już po trzykroć Triduum Sacrum.
A teraz juz "po" święcą jeszcze jeden dzień. Nieświęty.
W kraju skazanym na rozproszenie.
Dzieci zostały w domach.
Dziś maja kolejną lekcję - zajęcia praktyczne.
Temat: Jak posługiwać się szantażem.

poniedziałek, 16 marca 2020

Szansa


Dziś rano byłem z psami na spacerze. Pusto, słonecznie, ptaki cudownie śpiewają. Powietrze nowonadmuchane! Zaczyna się wiosna! Nagle obok mnie przemknęła sapiąc jakaś postać.

Była to pani tak ubrana jak bywają ratownicy medyczni - maska na twarzy, "gogle" na oczach, kombinezon z kapturem, na nogach coś w rodzaju gumowców, na rękach jednorazowe gumowe rękawiczki. Pomyślałem: "Zaczęło się!"

Ale... Po małej suczce, ktorą prowadziła ta pani rozpoznaję - to znajoma z sąsiedniego bloku. Pracownik medyczny, fizjoterapeutka. "Boże - pomyślałem - jak ją zobaczą tak ubraną jej znajome staruszki, z którymi często wystaje, a te ją uważają za autorytet w prawie każdej sprawie, to umrą na zawał".
Pytam (z daleka): "Co się stało pani sąsiadko?
Z gniewem na mnie warknęła w locie: "To pan nie wie?"
Ja: "No wiem... Ludzie wariują ze strachu".
Ta sama pani niedawno na "naszej" psiej łące dowodziła mi, że świat jest przeludniony i że trzeba ratować planetę, i im mniej ludzi, zwłaszcza Polakow bedzie (jakoś szczególnie właśnie za tę destrukcję oskarża i nienawidzi Polakow, córkę, ktora wyemigrowala do Szwajcarii i jej syna, uważa za Szwajcarów) - tym lepiej.

A teraz tak zareagowała na swoją szansę. k

poniedziałek, 2 marca 2020

O dyktacie myśli, strachu i bezpośrednim transferze przeżyć



Są spektakle wobec których zawiesza się zwykłe odczytania (oparte na interpretacjach, wskazywaniu metatekstów i etc.), bowiem ich siła przekazu jest aż tak wielka, że nie zostawia zbyt wiele przestrzeni na tego typu rozważania.  Takim jest kolejna propozycja Teatru TeTaTet, zatytułowana „Bóg jest kobietą o jednej piersi".

Autorką scenariusza, reżyserką i wykonawcą jest kielczanka Anna Iwasiuta – Dudek. Spektakl jest oparty na jej własnych przeżyciach związanych z chorobą nowotworową jakiej aktorka doświadczyła w przeszłości. „Chcę mówić o miłości, o marzeniu, o zwycięstwie, o seksie, o kobiecości. Chcę mówić o tym jak prosto zakrzyczeć można strach i o tym, że po wybrzmieniu krzyk zanika, a strach pozostaje. Chcę o tym opowiedzieć, bo seksualność kobiety Amazonki, jej doświadczanie ciała poprzez duszę i duszy poprzez ciało jest czymś niezwykłym. Czymś o czym warto choć przez chwilę usłyszeć” – mówi artystka.

Dawno nie widziałem tak skupionej publiczności teatralnej, jak ta w trakcie premiery spektaklu (29 lutego 2020 roku na małej scenie KCK). Wszyscy wiedzieli bowiem, że nie mają do czynienia z wydumanym pseudofeministycznym problemem, ale z autentyczną historią kobiety, która stała przed nimi na scenie.

Rozmawiałem z  wieloma osobami i większość  z nich bała się, że będą epatowani cierpieniem chorej osoby. (Wychodzi na to, że jesteśmy jednak przytłoczonym społeczeństwem i nie bardzo chcemy do swoich, dokładać cudzych jeszcze problemów, boimy się bowiem, że może się zdarzyć, iż nasza empatia może przejść wówczas w swoje przeciwieństwo, co się nie aż tak rzadko wydarza). Jednak tak się nie działo – owszem i o nim – cierpieniu była mowa, ale nie to było istotą tej propozycji.
Dla wielu zapewne jest to spektakl o miłości, która wobec przypadkowości życia, miażdżącej jego dotychczasowe sensy, nadaje życiu „Amazonki” inny wymiar. Ocala ją. Może lepiej - pozwala żyć dalej.

To prawda - spektakl jest w pewnej części jakże zrozumiałym lamentem nad stratą części samej siebie, własnych wyobrażeń na swój własny temat, które towarzyszyły kobiecie dotychczas, ale ostatecznie jest okazją do… afirmacji życia i wypowiedzenia peanu na temat miłości.

W jednej ze scen fizycznie niesprawna w chorobie bohaterka ma obsesyjny sen, o tym że swobodnie biega, płynie w powietrzu nie powstrzymana przez biologię. Tę tęsknotę zrozumie tylko ten, kto utracił swoją dawną sprawność. Można ją utracić na dwa sposoby: wskutek nagłej choroby, kontuzji, albo wskutek entropii, która funduje nam starość. Oczywiście są jeszcze ludzie, którzy nigdy „nie fruwali” i im będzie trudno zrozumieć tę metaforę straty.

Jednak dla mnie to była sztuka jeszcze o czymś innym i wierzę, że jej autorka się ze mną zgodzi. „Myśl przychodzi, gdy <<ona>> tego chce, a nie gdy <<ja>> tego chce; kto mówi, że podmiot <<ja>> jest warunkiem orzeczenia <<myślę>> ten zafałszowuje stan faktyczny” – mówił Fryderyk Nietzsche w „Poza dobrem i złem”.
Widowisko Anny Iwasiuty-Dudek, to opowieść o obsesyjnych myślach, które wciąż przypominają o stracie. Myślach z którymi trudno się uporać. Niektórzy mówią nawet, że to niemożliwe. Inni, że przydarza się oświeconym. W przypadku nas zwykłych ludzi, tak przywiązanych do tego na co składa się życie (czyli także do swoich myśli ujętych w różne matryce). Niekiedy tylko miłość drugiego człowieka unieważnia to reprodukowanie przeszłości i osadza istotę ludzką w tu i teraz, pozwala poczuć się znowu… szczęśliwym. Przynajmniej od czasu do czasu.

Nie mamy mocy zmieniania myśli, nie jesteśmy za nie odpowiedzialni, ale mamy moc wpływania na nasze działania. A nowe działania produkują nowe myśli. Trwa nieustanna zmiana. To nasze ludzkie przekleństwo, ale i… wybawienie.

Annie Iwasiucie-Dudek (m.in. świetny wokal, dykcja bez tej nieznośnej panującej powszechnie postmodernistycznej maniery, którą szybciej byłoby sparodiować niż teraz opisać) na scenie jako druga osoba śpiewająca obok niej, towarzyszy udanie młody pianista Wojciech Lisowicz. Spektakl jest niesłychanie ascetyczny. Za scenografię wystarcza kilka luster deformujących odbicia. Przygotowany na tę okoliczność tekst – jest podawany w formie mówionej i śpiewanej. Aktorka mogłaby, ale nie epatuje chorobą. Np. mamy tylko czytelne sygnały - biały makijaż twarzy i bandaże krępujące kobiece ciało. Dwa sceniczne stroje. I tylko tyle. Plus światło. A całe widowisko jest ”uszyte” wg tradycyjnego teatralnego Logosu. A i tak całość ma nietuzinkową moc przekazu.

Niektórzy myśliciele mówią, że po epoce słowa, nadeszła teraz epoka bezpośredniego transferu przeżyć, w tym celu już się wykorzystuje doświadczenia i technologie związane z rzeczywistością wirtualną (np. w teatrach jest teraz mnóstwo zdobyczy techniki, często aktor zaczyna być tylko do tego dodatkiem). Kolejna propozycja Teatru TeTaTet pokazuje że – jeśli w aspekcie twórczości chodzi o to, żeby ktoś chociaż chwilowo wszedł w cudzy świat i go doświadczył – niekoniecznie potrzeba zaawansowanych technologii, wystarczy szczerze i dobrze opowiedziana istotna historia drugiego człowieka. I co najważniejsze - bez pretensji do zmieniania w sferze społecznej świata.

Zatem propozycja Anny Iwasiuty-Dudek, chociaż autentyczna i wzruszająca, będzie kompletnie nieużyteczna w  propagowaniu dyktatów i utopii współczesnego dominującego ruchu, który niestety podszył sie "pod" i wyparł feminizm.

Krzysztof Sowiński


niedziela, 23 lutego 2020

Wizja różowych pluszaków rządzi



Żeby nie było, że prawie zawsze jestem na „nie”, podobała mi się - współczesna litania, która "wyszła"  spod klawisza, albo nawet całej klawiatury Martyny Wawrzyniak - do świętej Rity, odwiecznej specjalistki od spraw trudnych i beznadziejnych. (Podobnie w „słusznym gniewie” wymierzonym przeciwko „katolskiej” tradycji, pisywałem na początku liceum). Napisy tego tekstu „rzucone” o ścianę kończą tę sztukę. Propozycję, której… spokojnie mogłoby nie być. Bo ta litania to jednak o wiele za mało.

Jest w „necie” taki mem  – po jednej stronie mamy kobietę, która zachwiała „patriarchalnym” światem - Marię Cure Skłodowską (dostała dwukrotnie nagrodę nobla, za m.in. odkrycie dwóch nowych pierwiastków – radu i polonu). Z drugiej - mamy rysunek ukazujący Marysię Jakąśtam z 2020 roku, która odkryła w wieku około 30 lat, że… ma waginę i postanowiła podzielić się swoją wiedzą (czyli pokazać) w czasie publicznej manifestacji przeciw „faszyzmowi”. To ta druga postać skłoniła do napisania tekstu Martynę Wawrzyniak, a Remigiusz Brzyk to wyreżyserował w kieleckim Teatrze Żeromskiego. Rzecz ma tytuł „Schwarz-charakterki”. (To deminutivum - osłabia wymowę tego dzieła, czy nie osłabia?).

Obydwoje uważają, że właśnie powiedzieli o feminizmie coś ważnego i nowego. Nawet reżyser tuż po spektaklu gratulował dyrektorowi kieleckiej sceny Michałowi Kotańskiemu „odwagi” za to, że pozwolił zrealizować ten projekt w „Żeromskim”. A dramaturżka dopowiedziała już sama, bez pomocy aktorek - drugi i pewnie nie ostatni akt swego dzieła. Jednak, czym dłużej i żarliwiej mówiła, tym wokół robiło się przestronniej. Ubywało chętnych do udziału w popremierowym bełkot-bankiecie.

Teraz peryfraza. Kiedyś bywało, że teatr zmieniał poglądy, pokazywał świat, z którego widz z istnienia nie zdawał sobie sprawy, a tekst dramatu proponował nowy język, zwroty, które wchodziły do kanonu tego powszechnego.

Dziś tzw. teatr krytyczny, który reprezentuje wspomniana już para,  jest tylko częścią zorkiestrowanej narracji. Zadaniem takiego teatru jest „goebelsowskie” konsolidowanie wciąż tego samego przekazu o „wykluczonych” i ich oprawcach (tym razem wykluczone są kobiety, które moim zdaniem w tym przypadku… nie mają pomysłu na swoje życie, za to autorzy sztuki uważają, że to skutek „patriarchalnego” formatowania). A tekst jest wypisem z wpisów pochodzących z portali społecznościowych, autorów o niezbyt lotnych umysłach. Ktoś tych ludzi wyraźnie i brutalnie „wykluczył” także z bibliotek. Takich wypisów z wpisów dokonała właśnie także Martyna Wawrzyniak (nie pierwsza i na pewno nie ostatnia).

Ze sceny padają potoki słów (fundamentem tego jest roz-spójnik „że”), widz nie usypia tylko dlatego, że od czasu do czasu pięć aktorek i jeden aktor obecni na scenie – przerywają drzemkę histerycznie wykrzyczanymi do widza... oklepanymi wulgaryzmami. I wtedy wiemy, że mamy także do czynienia z komedią – bo realizatorzy sztuki i ich znajomi  wybuchają w takich miejscach szalonym śmiechem, a natomiast reszta widowni zastanawia się w milczeniu – co ja tutaj robię?

Jakich to dramatów doświadczają współczesne już nie młode (ładne też nie) dziewczyny? Największym wydaje się brak pieniędzy (ten jeb… kapitalizm nie chce się dzielić z tymi, którzy… nic nie robią). Dlatego jedna z bohaterek przeżywa dramat (w sumie „ciała”) - za ostatnie zmiętolone 20 złotych musi kupić sobie najtańsze fajki. Inna (a może ta sama?) – musi wciągnąć do windy zaadresowaną do niej paczkę i złośliwie nie wpuszcza do kabiny staruszki. A najbardziej powinna sobie ta „młoda” nawrzucać, za to że nie namówiła seniorki do poddania się eutanazji, bo przecież tacy ludzie tylko produkują niepotrzebnie co2 (a planeta przecież wyje z rozpaczy i woła o pomoc, i jak teraz jej nie uratujemy, to… dopiero następnym razem) i te babcie jeszcze na dokładkę hodują mięsożerne koty. Czy nie trzeba opiekować się tylko tymi pluszowymi?

I nadszedł w końcu jeden moment, kiedy wydawało mi się, że COŚ się na scenie wydarzy! Lecz zanim o tym, opowiem inną historię.

Jako jeden z ostatnich roczników w PRL trafiłem, chociaż nie chciałem, do wojska. Kiedyś z grupą żołnierzy zawodowych wieczorem wiedliśmy „wieczorne Polaków rozmowy” koło nieistniejącego już basenu na Stadionie w Kielcach. To wówczas nie żyjący już chorąży M. w pewnym momencie stanął w pełnym umundurowaniu na startowym słupku, wyprostował nad głową obie ręce i… skoczył! Na tzw. główkę! Oczywiście w akcie protestu przeciwko tyrani komunistycznego państwa. Mniej romantyczna wersja mówi, że chorąży lubiejący wypić, w alkoholowym amoku nie zauważył, że mimo sezonu, w basenie nie było jednak wody. Chorąży stał się legendą! Bohaterem „sprzeciwu”! W aureoli glorii odwiedzał licznych znajomych. Wszędzie witano go owacyjnie i przez kilka miesięcy z powodu zagipsowanych po pachy rąk, musieliśmy podawać kolejne kieliszki alkoholu wprost do chorążowych ust.

Taka sama szansa stała właśnie przed Anną Antoniewicz, która kreowała jedną z postaci dramatu, albo prościej była nią na scenie. W kostiumie pływackim, stanęła na słupku startowym ustawionym blisko pierwszych rzędów. Przymierza się… długo… Gada…. Dalej gada… Widać zewnętrznie konflikt wewnętrzny… Rośnie napięcie! W końcu… skacze! Jednak niestety… bezpiecznie… na nogi… Później znowu próbuje! Myślę sobie w ów czas: „K…. - dziewczyno zrób coś, k… dla kobiecej sprawy! Będziesz k… legendą feministycznego, krytycznego teatru!”. A ta znowu jeb… na nogi… A na koniec końców miękko ląduje na ogromnym  posłaniu zrobionym z pluszowych małych misiów, kotków i piesków (głównie różowych), niczym na kole ratunkowym. Miał być dramat, skok w nieznane, ostateczne, nieopisywalne, niewygadywalne - a są kolejne życia… Jak u pluszowego kota.

I już moje „na koniec”. O czym Wawrzyniak i Brzyk nie zrobią sztuki? Właśnie trzy amerykańskie lekkoatletki złożyły (czytaj: w końcu ktoś się odważył) pozew przeciwko konkurentkom (?) transpłciowym zawodniczkom (mowa, to czy „niemowa” „nienawiści?). „Zdaniem młodych sportsmenek jest niesprawiedliwe, że rywalizują razem z takimi osobami w kategoriach kobiecych” – donoszą ostrożnie media, na razie głównie te „faszystowskie”. Dramaturżka i reżyser jednak nie zrobią sztuki o rozpaczy tych dziewczyn, które zamiast eksperymentować z wibratorem i filmami porno jak bohaterki sztuki, zap….ły kilkanaście lat, trzy razy dziennie na treningach, traciły zdrowie, czas i pieniądze i etc. - po to tylko, żeby na olimpiadzie (bywa, że się ma taką tylko jedną szansę w życiu), przegrać z kimś kto zadeklarował się jako kobieta. Bo po co, prawda?

Niewątpliwie jedno jest pewne – osoby transpłciowe, mówiąc językiem spektaklu – rozp…  współczesny feminizm od środka, niezależnie czy teatr zauważy problem, czy będzie milczał.

Krzysztof Sowiński

czwartek, 20 lutego 2020

W komediowej konwencji



Teatr „TeTaTet” nadal realizuje projekt sceny rozrywkowej, której tak bardzo brakuje zapewne nie tylko w Kielcach, od czasu kiedy aż tak wiele scen opłacanych z pieniędzy podatników przejęli aktywiści polityczni i rezonują z nich napastliwe dialektyki proste „jak cepy”, opakowane w nowoczesne technologie.

 Tym razem „TeTaTet” zaprezentował komedię z kwantyfikatorem „małżeńska”, zatytułowaną "Prawda". Widzom spodobała się i ta propozycja, która ma tradycyjny początek i koniec, a nawet środek – jest oparta na niespodziewanych zwrotach akcji, zabawnych dialogach.

Wyreżyserowali ją Mirosław Bieliński i Dawid Żłobiński. W spektaklu towarzyszą im ich żony Teresa Bielińska i Beata Pszeniczna. Widz może z rozbawieniem i nostalgią oglądać komediowe wyczyny tych dwóch par małżeńskich – aktorów znanych, lubianych i nagradzanych od wielu lat w Kielcach. Powiało „klasyką” na wysokim poziomie. Bo pointa wydarzeń opartych na związku z rzeczywistością jest osadzona w dobrze znanej komediowej konwencji.

Autorem sztuki jest 41 letni Florian Zeller, francuski prozaik i dramatopisarz, o którym  „The Times” – napisał, że mamy do czynienia z  "the most exciting playwright of our time". "Prawda" od 2011 roku cieszy się nadzwyczajnym powodzeniem tak we Francji, jak i Wielkiej Brytanii, a od kilku sezonów także w Polsce.

Na czym polega fenomen tej sztuki? Po pierwsze ta jednoaktówka jest sprawnie napisana, według tradycyjnych sprawdzonych wzorców realistycznych dramatów – ma wyraźnie zarysowanych bohaterów, oparta jest na związkach przyczynowo-skutkowych, ma świetnie skonstruowane dialogi, jej tematyka dotyczy odwiecznej, uniwersalnej w naszym kręgu kulturowym problematyki  relacji małżeńskich – prawdy i kłamstwa. Ten krąg wciąż zbiera cięgi „za faszyzm”, za „etnocentryzm”, „patriarchalizm” i za wszystkie plagi tego świata. Jednak to krąg, i chwała mu za to, w którym nie kamieniuje się swawolnych kobiet, jak to nadal bywa w niektórych afirmowanym nam cywilizacjach „pokoju” i „ubogacania”. A i w „naszej” z mężów rogaczów można się nadal pośmiać.

Po drugie - widać, że autorowi sztuki nie są obce prawidła dobrego pisarstwa, twórczo podejmuje jego schematy, udanie koresponduje z dokonaniami dawnych mistrzów dramatu. Ale te  schematy, konwencje widz  rozpoznaje i przyjmuje… z ulgą. Po reakcjach publiczności, jej niewymuszonym śmiechu, widać, że bardzo brakuje odbiorcom takich propozycji (że także wolą żeby np. nagość na scenie była sugerowana, a nie dosłowna niczym z filmu porno, dlatego rola seksownej żony, kreowana udanie przez Beatę Pszeniczną – nie narusza niczyjich wartości i prywatności).

Brakuje teatru który w Polsce – jak mówi teatrolog prof. dr hab. Dariusz Kosiński „[…] od trzech dekad przeistoczył się raczej w narzędzie nieustannie krytycznego myślenia o zbiorowości”. I dodaje „takie myślenie niesie ze sobą niebezpieczeństwa – krytyczność dla krytyczności jest jałowa. Przecież każdy rodzaj uporządkowania rzeczywistości może zostać poddany krytyce”. W „Prawdzie” nie krytykuje się żadnej zbiorowości, pokazuje się za to perypetia i komediotwórczą w tym przypadku hipokryzję konkretnych jednostek. Nie dekonstruuje się świata zwykłych ludzi nie dając im nic w zamian obciążając nie ich winami. Za to ta propozycja odwołuje do innej roli twórczości, o której tak mówi wspomniany teatrolog „zadaniem sztuki jest pomaganie ludziom w znalezieniu czegoś, co będzie pozwalało im ochronić siebie przed chaosem i przemocą świata”. I takie poczucie bezpieczeństwa (budowania własnego sensu) daje właśnie widzowi i ta komedia. Ta wizja Bielińskiego i Żłobińskiego - to teatr robiony z „perspektywy konserwatywnej”. Czyli takiej, w której podejmowany jest  twórczy dialog z tradycją. Także i z tą polską, komediową, chociaż to sztuka autora z Francji.

„Wielokrotnie już to mówiłem (i zawsze koledzy się ze mnie śmieją), że dopóki nie powstanie placówka, która za pieniądze podatników podejmie pracę nad rekonstrukcją stylu fredrowskiego, dopóki Słowacki nie zabrzmi tak, jak pisał: z pochylonym „e”, prawdopodobnie dźwięcznym „h”, na pewno przedniojęzykowym „ł”, dopóki w prace nad przedstawieniami polskiej klasyki nie będą angażowani językoznawcy, historycy, znawcy konwencji i obyczajowości dawnych czasów, dopóty nie uwierzę, że w Polsce istnieje konserwatywny teatr. Jeżeli dzisiaj nie ma takiego teatru, to konserwatyzm polskich scen jest fantazją” – dowodził prof. Dariusz Kosiński.
Teatr „TeTaTet” próbuje to zrobić w swojej małej skali. Ocalić miejscowy język, tradycje i  - konwencje, i chwała mu za to.

Przypomnijmy - Teatr TeTaTet, to prywatna inicjatywa kilku osób z małżeństwem Bielińskich na czele, realizowana dzięki garstce ludzi dobrej woli. Teatr nie miał dotychczas swojej siedziby, teraz dzięki przychylności nowej dyrektor placówki Augustynie Nowackiej znalazł miejsce w Kieleckim Centrum Kultury. I premiera „Prawdy” (15 lutego 2020 r.) miała miejsce już w na małej scenie KCK.

Krzysztof Sowiński
PS. Cytaty za: http://teatralny.pl/rozmowy/konserwatyzm-polskich-scen-jest-fantazja,2985.html?fbclid=IwAR3awt0VcLvobHCbWxbxsJCUO-9VlNuYRCsayp3mkGkXdYH4Ga4RoAd475I


poniedziałek, 17 lutego 2020

Jednowyzdaniowi


Szpital. Zabłysły ostro jarzeniowe światła.
- Wstawać śpiochy! Zobaczcie co się dzieje za oknem!

Spojrzeliśmy. Wyrwali się do okien nawet ci bez nóg, na chwilę zapominając że im je odjęto wczoraj.
Odjęło nam także, ale jednak tylko na chwilę, mowę i pamięć.
I w końcu wyrwało się z wielu, a jakby z jednego gardła:

„Mój Boże jak pięknie!”.

Kończyła się noc. Fruwały gęste gwiazdki śniegu. (Jak mawiały nasze mamy).
To i wspomnienie to prawie skryło hospicjum usadowione niżej tuż przed naszym nosem.
Tam w dole jakiś zapomniany cień na wózku inwalidzkim też przyciskał swój do szyby.
Za tym wszystkim kończył się świat rządem wysokich, wychudzonych modrzewi.
Wieczorem kiedy zgaśnie jarzeniowe światło, będziemy znowu także jednowyzdaniowi:
„Boże miłosierny pomóż”. k

Nic


- Za chwilę pan zaśnie. Najpierw poczuje pan szum w głowie.
Czas biegł, toczył się, zabijał, kurczył, gęstniał i lepił się jak zwykle, ale już beze mnie.
- Niech się pan budzi. Niech się pan budzi! Jak się pan nazywa? Jak?
Wiem jak się nazywam. Przypominam sobie o sobie, wyraz po wyrazie, zdanie po zdaniu, kawałek sceny po scenie. Ale z oczu same lecą mi łzy. Coś bełkoczę.
Ci nade mną nie wiedzą skąd te łzy.
A było pewnie mniej więcej tak:
„Więc nie ma nic. Nic po tamtej stronie. Nie ma nawet ciemności. Tylko nic z którego kiedyś już się nie obudzę. I nikogo z moich umarłych nie spotkam. Nawet Kłopcio mój pięć lat temu umarły pies nie zamacha mi ogonem, a ja nie zamacham mu ciepłym słowem".
Nagle przypominam sobie, że to kiedyś już usłyszałem i to w lepszym opakowaniu:
„Lecz jeśli nie zaświeci nic? … i ból przeminie?
Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?
A potem ciemność … potem nawet ciemność ginie,
Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,
Że nic nie ma – i Boga nie zapytam, czemu
Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”.
Później patrzę na swoją prawą dłoń i widzę na moich pierwszych dwóch kłykciach ogromne sińce. Uderzyłem kogoś w czasie mojego niebycia? Walczyłem? O kogo? O co? Przeciwko komu?
Nie. Jak mnie wieźli na salę, najpewniej niewładną rękę przycięto mi w windzie.
Ból teraz istnienia i lęku przed nieistnieniem jeszcze nie przeminął. I nie ma żadnej pewności, że przeminie.

wtorek, 28 stycznia 2020

46 499

Pytałem kiedyś moją babcię Stanisławę Sowińską - dlaczego po wojnie nie usunęła ze swojej ręki wytatuowanego niebieską farbą przydzielonego jej numeru. Tych kilku cyfr. (Zwłaszcza zapamiętała się we mnie "czwórka" - nakreślona trzema wykonanymi wprawioną już dłonią - prostymi, bez balastu kwiecistej retoryki przeszłości, zapowiadającej przyszłość pozbawioną uprzedzeń metafizyki). Numeru więźnia niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, którym była.

Wtedy jeszcze żyło wielu świadków tamtych czasów i nikt jeszcze nie śmiał wypowiadać na te tematy absurdów - typu: "Dlaczego się nie zbuntowaliście?", albo skierowanego do Polaków - "Byliście przecież w mordzie wspólnikami "nazistów". Albo: "Mogliście ocalić więcej Żydów". Ulicami nadal chodziło wielu z takimi błękitnymi numerami, wielu wojennych inwalidów, wiele wdów i jeszcze więcej już dorosłych sierot. Niektórzy złorzeczyli, inni w kościołach i synagogach dziękowali Bogu za ocalenie.
A pozostawiony numer nie musiał być świadectwem czasów, kiedy uprzemysłowiono zabijanie ludzi, ale nieludzi. Każdy wiedział kto TO zrobił i komu.

Już dokładnie nie pamiętam, co mi odpowiedziała. Przypominam sobie tylko jakiś jej nieskończony gest. Zadławione słowo. Skamieniałe spojrzenie, które potoczyło się do jej wnętrza. I ten moment jak skurczyła się jak przed uderzeniem pałką w głowę i była znowu w obozowym niebie. Po chwili ocknęła się i powiedziała: "Rozbolała mnie znowu głowa. Tyle razy mnie w nią uderzano...". I musiałem znowu obiecać, że się będę dobrze uczył. I że będę "dobrym człowiekiem". I nie będę grymasił przy  jedzeniu.

środa, 22 stycznia 2020

I moje psie słowa



Bałem się tej książki. Nie chciałem też wchodzić komuś ze słowobutami w jego sprawy osobiste, a zwłaszcza ostateczne… Ale z drugiej strony skoro są jej egzemplarze adresowane także do wielu czytelników... Z reguły nie czytam takich rzeczy, bo okazują się katalogiem spotkań osoby znanej (tutaj aktora) z innymi tzw. sławnymi ludźmi. Nie interesuje mnie to w ogóle.

Na szczęście nie jest taką najnowsza, propozycja Jana Nowickiego zatytułowana Moje psie myśli. To rzecz (jak się cieszę!) „bez wygórowanych ambicji wiedzy”, jak pisał Miłosz w Rodzinnej Europie, w której to podmiot selekcjonuje arcyludzkie i powszechnie wydarzające się doświadczenia i przeżycia. A całość zachwyca i wzrusza.

Zacierają się współcześnie gatunki literackie. Zaciera granica tego, co kiedyś nazywaliśmy fikcją literacką, a co dokumentem. W tej książce możemy dostrzec coś, co kiedyś nazywaliśmy autobiografią. Jest to rzecz wyznaczona, mówiąc współczesnym językiem krytyczno-literackim – biotropicznym cyklem życia: dzieciństwem, dorastaniem, dojrzałością i starością.  Kiedyś powiedzielibyśmy – archetypani Junga. Pojawiają się w tej opowieści także znajomi (czasami naprawdę niezwykli! Sam ich spotkasz Czytelniku!) i członkowie rodziny pisarza, który swój tekst dedykuje wnukowi Piotrowi. A wszystko jest ujęte lapidarnie. Przypomnijmy. Lapidarius znaczy tyle po łacinie, co „dotyczący kamieni”, to inaczej zwięzły jak napis na kamieniu. Nagrobnym. Motyw rodzinnego grobu i eskhumacji odnajdziemy także i w tej książce, w części zatytułowanej Ocalić pył. A tę zwięzłość w całej.

Jak twierdzi badacz i psycholog Jerzy Trzebiński autonarracje nadają kształt życiu człowieka.  Ale Jan Nowicki, wie – podpowiada mu doświadczenie, w tym śmierci bliskich i znajomych – że ten chwilowy kształt nadany przy pomocy słów, za chwilę unieważni panująca powszechnie w świecie erozja. Dlatego nie stawia tyle akcentu na przypominanie zdarzeń i działań, nie one decydują, ile na wrażenia jakie na nim one zrobiły kiedyś i jakie robią dziś. Na zderzenie dawnego obrazu jakiegoś konkretu z dzisiejszym.

To nie pierwsza książka tego pisarza, wydał już bowiem m.in. takie jak: Między niebem a ziemią, Mężczyzna i one, Białe walce, Dwaj panowie. Wspomnijmy przy okazji o wątku Świętokrzyskim – Jan Nowicki od kilku lata pisze także felietony w Kieleckim Magazynie Kulturalnym Projektor. (Niestety periodykowi temu finansowanemu dotychczas przez kielecki samorząd grozi właśnie upadek). W rezultacie widać u tego znanego aktora sprawność pióra, umiejętność gry słowem, a co ważniejsze także milczeniem. Mamy do czynienia ze stylem na najwyższym poziomie, chociaż może się znaleźć odbiorca książki, który się pogubi, nie przyzwyczajony do  podążania za subtelnymi nićmi narracji i nie będzie wiedział długimi momentami, kto i do kogo mówi. Ale to co zdumiewa to rozległy słownik literata, na tle którego widać tym mocniej ubóstwo leksykalne młodych pisarzy.
Rozdział pt. Z głębokości, można potraktować jako samodzielny utwór (i nie tylko ten). W zasadzie powinienem przepisać go tutaj i zamilknąć.

Tyle się teraz mówi o zookrytyce i zoonarracjach (to narracje z perspektywy zwierzęcia), jak się to robi i z jaki efektem współczesne badaczki powinny zobaczyć u Jana Nowickiego. Historia pogrzebanego żywcem i nie zabitego, (brutalne uderzenie łopaty, chciałoby się powiedzieć jak to bywało często na wsi, skończyło życie jego czwórki niechcianego przez człowieka rodzeństwa), z powodu pośpiechu pieska, wydobytego przez kilkuletniego chłopca, który się przemienia na „uszach” czy „oczach” czytelnika nagle w osiemdziesięcioletniego starca Jana Nowickiego – nie tylko wstrząsa, ale także głęboko wzrusza. Jest to najkrótsza historia dorastania z jaką miałem do czynienia, w tym do człowieczeństwa będącego „owocem” spotkania ze zwierzęciem i osiągania wieku sędziwego, jaką czytałem. Narratorem jest… ów piesek, szczeniaczek. Pisze Nowicki: „Ocalałem! Co ja mówię! [..] ocalał on”. Opowiadacz wskazuje chłopca, który wygrzebał bezradne zwierzątko spod warstwy śmierci i zapomnienia. W wieku kilku lat chłopiec stał się nie wiedząc nawet o tym, bodhisattwą, o którym tak rzecze sutra Dziesięciu Szlachetnych Bhumi: Łagodny i pozbawiony arogancji, wolny od fałszu i obłudy/ Oraz pełen miłości dla wszystkich czujących istot.
Dlatego, że to autobiografia, to możemy snuć domniemania, czy chłopiec jako dorosły także zachował tę łagodność i brak arogancji przez całe życie?

Moim „konikiem” jest śledzenia transferu idei jakie można zauważyć w tekstach, także literackich. Najczęściej takiego nieświadomie dokonuje autor. Ostatnio dużo zastanawiam się jak bardzo trwały ślad pozostawił w nas komunizm, jego w istocie fałszywa mitologia i język. W rozdziale pt. Roma pisarz zderza bogactwo Watykanu, skrzącego się złotem z biedą Indii. Pisze o Bazylice św. Piotra: Świadectwo niewyobrażalnej pychy! Bogactwo skropione wodą święconą zmieszaną z potem i krwią maluczkich. Takiej wizji „kościoła” uczono nas na lekcjach historii w peerelowskich szkołach i niestety nie zawsze, i nie wszyscy mieliśmy ją okazję zrewidować. Jeśli prawdą, jest to, że to co dobre po owocach poznamy, to owocem cywilizacji łacińskiej jest powszechny dobrobyt w „naszej” części świata, tolerancja i prawa człowieka. A cywilizacja Indii… jak produkowała nędzę, tak ją nadal produkuje, a obok niewyobrażalnego smrodu są tam tylko nieliczne enklawy bogactwa. Zacytuję: „Javed Akhtar, poeta i współtwórca scenariuszy filmowych, pytany kiedyś, dlaczego bohaterowie bollywoodzkich romansów chodzą po szwajcarskich łąkach, a nie indyjskich ulicach, powiedział, że gdyby kino miało pokazywać realia, to filmowy bohater zaraz po wyjściu z domu musiałby wdepnąć w gówno”. My w Europie możemy wdepnąć najwyżej w psie. Wspomnę, że Japończycy już w średniowieczu, kiedy Tokio nie było skanalizowane, codziennie beczkami wywozili swoje fekalia daleko za miasto. Zatem stąpanie po gównie, to nie tylko kwestia stopy życiowej.

Zacząłem tę książkę czytać trochę przez przypadek i… nie mogłem już przestać. W ogóle czytuję sobie rankiem kiedy wszyscy śpią. Towarzyszy mi w tym Florek mój mały pies. (Kiedy Florek był szczeniakiem, porzuconego późną jesienią w odległym zakątku lasku, umierającego z zimna i braku matczynego mleka znalazł staruszek, mój głuchy ojciec. Jak ten Florek ostatnim tchem musiał się drzeć! Nihil novi sub sole. Jak widać Nietzsche’ańskie koło wiecznego powrotu nie „poczywa”). Zatem… Siedzę na zamkniętym sedesie i… czytam (książkę Nowickiego), a piesek chcąc być ze mną, położył się nawet na kamiennej, zimnej jesienią podłodze. Czasami patrzy na mnie zaniepokojony, ale tylko w określonych momentach, np. boi się, że się mogę utopić w wannie. I tym razem zaczął mi się z niepokojem przyglądać. Poszedłem za jego spojrzeniem, popatrzyłem w lustro i dostrzegłem starego już faceta, który płacze. Któż to taki? I dlaczego to robi? I to tak cicho żeby nikogo nie obudzić. Widocznie i jemu jeszcze raz się przypomniało, tylko teraz jeszcze dobitniej: memento mori.

Ale ostatecznie widzę, że Moje psie myśli nie jest opowieścią o bezsensie życia, ale o jego afirmacji, która byłaby niemożliwa bez erozji. To była zatem łza szczęścia?

Krzysztof Sowiński

Jan Nowicki, Moje psie myśli, Wydawnictwo Oficyna Jana, Kielce 2019