poniedziałek, 6 grudnia 2021

Sprzedać się systemowi…


Nie znoszę kreowanego przez main stream systemu autorytetów. Tym bardziej nie mam ambicji znaleźć się w takim gronie, także znawców teatru. Nie mam też możliwości aby osobiście, metodycznie śledzić, to co się dzieje na polskiej scenie. Ograniczam się zatem głównie do kieleckiej.

W zasadzie to piszę bardziej felietony m.in. o teatrze niż fachowe recenzje. Pasjonuje mnie głównie transfer idei jaki dokonuje się także poprzez teatralny spektakl.

Najczęściej widzę, że nie mamy do czynienia nawet z próbą (!) ryzyka stworzenia osobistego dzieła sztuki scenicznej, tylko ze schematycznie skonstruowanymi politpoprawnymi agitkami pokazywanymi w teatrze, opartymi o tzw. dekonstrukcję. Ta ostatnia w istocie przejawia się masakrowaniem tekstu źródłowego i opluwaniem ze sceny „drobnomieszczańskiej” publiczności. Jestem dosyć osamotniony u „nas” w moich rozważaniach. A może… rzeczywiście po prostu, jak mówią moi znajomi związani z teatrem, tylko się złośliwie przyp…?

Jednak jak się okazuje podobne opinie na temat współczesnego teatru maja także i inni. Nie należy ich tylko szukać w nurcie zorkiestrowanego main streamu. „Od wielu lat sprzeciwiam się tej patologii toczącej polski teatr, której zawdzięczamy zmniejszenie frekwencji w teatrach z jakichś 9% społeczeństwa do zaledwie, niecałych 2% w przeciągu ostatnich 30 lat” – pisze ostatnio na swoim blogu reżyser Grzegorz Kempinsky. Niestety, ja też obserwuję ten odpływ widzów także i u „nas”.

 „Zawdzięczamy to głównie tak zwanej spółdzielni teatralnej, inaczej zwanej grupą dzierżącą władze w teatrze [….], którzy pod płaszczykiem pseudointelektualnej głębi oraz wzniosłych politycznych haseł takich, jak „wolność”, „równość”, „tolerancja”, „demokracja”, „uchodźcy”, „weganizm”, „prawa kobiet”, „mniejszości  seksualne”, „prawa czarnych”, “prawa Eskimosów”,  itd., itp., etc., robią pseudo-teatr” – dodaje krytyk.

O wiele ostrzejszą diagnozę współczesnego polskiego teatru przedstawia osoba, zapewne bojąc się stygmatyzacji, ukrywająca się pod pseudonimem Rita Blackwood: „Dla mnie jednak problemem są nie tylko wystawiane dziś “sztuki” ale także aktorzy. Na stare pokolenie aktorów od dawna nie mogę patrzyć, bo większość nie przedstawia sobą, żadnych głębszych ludzkich wartości, co bardzo wyraźnie pokazały ostatnie, blisko już dwuletnie czasy tzw. pandemii. Ci ludzie niemal jak jeden mąż pogalopowali sprzedać się systemowi, tak jak kiedyś sprzedawali się za odpowiednią sumę ubecji”. Niestety to prawda. Zrobili to tak „lewicowcy” jak i „prawicowcy”.

Dostało się od niej i młodym: „Natomiast młode pokolenie aktorskie, to w większości jakieś dziwaczne beztalencia […]. I ci “młodzi” aktorzy jeszcze bardziej niż ich starzy koledzy nie mają kręgosłupa, moralności, samokrytyki ani godności […]”.

To smutna… zgodność z rzeczywistością – także osobiście obserwuje jak wielu znanych mi ludzi wbrew swoim deklaracjom (wybaczam tym, którzy to robią z niewiedzy, bowiem wiem jakiego prania mózgów doznali w szkole i co gorsze - na uniwersytetach) przyjęło dominujący język „nurtu teatru krytycznego” i zręcznie z nim płynie czerpiąc z tego profity realizując „przy okazji” osobiście ideę „godnego życia” (drobnomieszczańskiego?). Oczywiście jak przystało na „wyzwolicieli” „uciśnionego prekariatu” z… podatków „drobnomieszczan”.

Uważam jednak, że mamy sporo utalentowanych aktorów (i aktorek) młodego pokolenia także w Kielcach, z których wielu jest zwyczajnie zdezorientowanych, uległo propagandzie. Ale – jak historia przekonuje – wielu z nich zobaczy w końcu świat jakim on jest w istocie, któremu trzeba dać świadectwo – złożony, wymykający się mono przyczynowym diagnozom ich aktualnym autorytetom  – reżyserom-ideologom.

Na koniec zostaje pytanie jak mogło do tego dojść? Podpowiada nam publicysta Krzysztof Karoń: „Przedstawiona w 1967 r. przez aktywistę Rudiego Dutschke koncepcja „marszu przez instytucje” [także kultury, przejęta od tzw. Szkoły frankfurckiej] była prosta […]. Jej podstawowa myśl sprowadza się do tego, że jeśli instytucje starego systemu okazały się trwałe i odporne na ataki rewolucji, to należy z tych „zewnętrznych” ataków zrezygnować, ale wprowadzić do tych instytucji swoich ludzi, którzy je zniszczą od środka. Hasłem marszu przez instytucje było „wywrócić cały ten sklep do góry nogami”.

Więc jak można, to wywracają.

Krzysztof Sowiński