niedziela, 10 października 2021

O zarazie ignorancji…


Warto wybrać się na tę sztukę nie tylko ze względu na świetną reżyserię i znakomite kreacje aktorskie, ale także po to, żeby sobie przypomnieć – jak wyglądały niegdyś prawdziwe zarazy, w relacji do opowieści o fałszywej pandemii, którą przez zorkiestrowane media main streamowe jesteśmy zastraszani już od ponad półtora roku.

Więc jak wyglądały? Nie było domu żeby, żeby ktoś tam nagle nie umarł. I co ważne. Policja wówczas nie musiała „przekonywać” w sporze o istnienie pandemii, metalowymi  pałkami i gazem, protestujących tłumów domagających się swoich nagle i podstępnie zawłaszczonych przez władze praw. Wystarczająco wymowne były leżące na ulicach niepogrzebane ciała. Wyjście na zewnątrz wówczas było aktem odwagi, a nie przyczynkiem do stygmatyzacji i penalizacji wychodzącego.

Dodam, że dla widzów w szczelnie zaciągniętych maskach na twarzy, przyciśniętych dużymi okularami, ludzi zwanych „kowidianami” – ten spektakl jest doskonałą okazją do podkarmienia swojej psychozy. I pewnie ci przerażeni biedacy nie zauważą nawet, że jeden z bohaterów sztuki grany przez Wojciecha Niemczyka mówi słowami dramatu, że „maseczki” przed niczym nie chronią, są tylko znakiem iluzji tego, że coś można z zarazą zrobić.

„Zaraza” sztuka Neil Bartletta (brytyjskiego dramaturga, specjalisty od „tożsamości i języka mniejszości seksualnych”), w reżyserii znanej już w Kielcach (wyreżyserowała na scenie „Żeromskiego” „prawie równo”), Uny Thorleifsdottir odwołuje się do „Dżumy” (1947) powieści Alberta Camusa. W tym znanym niegdyś tekście pisarz  pokazuje rozwój epidemii w Oranie, we francuskiej Algierii w latach 40. XX wieku.

Albert Camus był „wielkim humanistą” - to fakt, ale także faktem jest że przez długie lata naiwnie komunizował. Nie tylko on. Np. taki filozof jak Sartre po podróży do ZSRR w 1954 roku, gdzie został zaproszony i szczególnie honorowany, w wywiadzie dla "Liberation" mówił, że "istnieje całkowita swoboda wypowiedzi w ZSRS". 20 lat później pisał, ale jakoś szczególnie „cicho”, że wtedy kłamał. Postawa piewców komunizmu była powszechna dla intelektualistów francuskich tamtej epoki. „Zarazili” niestety swoimi utopiami kilka pokoleń ludzi. Niestety. To tacy dokonali „marszu przez instytucje” i teraz rządzą „Zachodnim” światem. Stawiam złoto przeciwko pieniądzowi dłużnemu, że bez tych właśnie „przywódców”, naszej 21 wiecznej „pandemii” nie byłoby wcale.

I jeszcze coś w kontekście „polskim”, wspomnijmy, że „po angielskim wydaniu „Innego Świata” [wstrząsającym tekście, pokazującym prawdziwe oblicze komunizmu] Herlinga-Grudzińskiego z przedmową Bertranda Russela w 1951 r., do paryskiego wydawnictwa Gallimard został wysłany maszynopis powieści, który trafił w ręce Alberta Camus, pracującego w tamtym czasie w wydawnictwie jako lektor. Książka została przez wydawnictwo odrzucona. Jak podkreśla córka pisarza, Catherine Camus w rozmowie z Piotrem Kieżunem, stało się to jednak za sprawą André Malraux, a nie Alberta Camus, który twórczość polskiego pisarza uważał sobie za bliską oraz sprzeciwiał się niewydaniu francuskiego przekładu” („Kultura Liberalna”, 24 lipca 2018). Słowem działali wg  zalecenia Hegla – "Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów".

Dopiero agresja Armii Czerwonej na Węgry (1956) pozwoliła nobliście (Camus) zobaczyć czym komunizm jest w istocie. (Więcej w: „Gułag w oczach Zachodu" Dariusza Tołczyka i "Historia niedokończona. Francuscy intelektualiści 1944-1956" Tony'ego Judta).

Reżyserka „Zarazy” delikatnie, chociaż kilkakrotnie wspomina tło społeczne wybuchu epidemii – mówi się w spektaklu o dzielnicach nędzy, o rzekach rynsztoków płynących ulicami miasta, głodzie i nierównościach społecznych. To w takich warunkach pojawia się śmiercionośna bakteria yersinia pestis. Bakteria nie wirus!

Warto w końcu to zrozumieć – bez głodu, brudu, braku podstawowej opieki medycznej – jakakolwiek epidemia, czy pandemia – NIE JEST MOŻLIWA!

Nota bene - nie wiem czy to jest błąd w tłumaczeniu, ale Joanna Kacperek (grająca lekarkę Rieux) mówi na scenie o wirusie bakterii! Ok. Można to rozumieć jako metaforę zagrożenia, ale w czasie propandemicznej histerii rozpętanej przez rząd i wzmocnionej przez media, trzeba to traktować jako znaczące przekłamanie, które w zamierzeniu ma budować fałszywy w istocie związek między tamtą „zarazą”, a tą dzisiejszą.

Sztuka zorganizowana w stylu reportażu pokazuje kolejne etapy rozwoju „zarazy” i postawy ludzi nią dotkniętych. (Tak nota bene w końcu rozszyfrowałem matrycę wg której robi się współczesny, „nowoczesny” teatr, ale może o tym kiedy indziej. Jest teraz sprawa ważniejsza. Najważniejsza z tych, które kiedykolwiek w historii ludzkości były). Ku swojemu zdumieniu, my widzowie, odkrywamy, że główna lekarka miasta (w powieści Camusa lekarzem był heteroseksualny mężczyzna, w propozycji kieleckiej jest to kobieta grana przez Joannę Kasperek, w nieheternormatywnym związku, to chyba jest właśnie wkład w tę sztukę i to zagadnienie wspomnianego już Neila Bartletta) zamiast zamknąć się w ośrodku zdrowia i udzielać teleporad za podwójną stawkę ryzykuje swoje życie i jest tam gdzie chorują i umierają jej pacjenci. Poszkodowanym ludziom pomaga także Tarrou, który zrewidował swoje poglądy i uznał, że w sytuacji zagrożenia nie wystarczy uczciwie jako dziennikarzom przystało opisywać wydarzenia, ale trzeba zrobić coś więcej – dać świadectwo człowieczeństwa także czynem. (W tej roli Wojciech Niemczyk, który wzruszył widzów pokazując tragiczną śmierć granego przez siebie bohatera). Zagrali także Bartłomiej Cabaj (dziennikarz Rambert), Dawid Żłobiński (Grand, ktoś w rodzaju głównie specjalisty od statystyki, podziwiam tego aktora i teraz jak prawie zawsze) i Andrzej Plata (Cottard). Cała czwórka szczególnie mi się spodobała, kiedy „odegrała” nadzwyczajne „zarazowe” posiedzenie rady miejskiej, która – znowu jesteśmy zdziwieni – zamiast zarządzać strachem obywateli – specjalnie bagatelizuje wydarzenie. Dlaczego? Bo przecież zaraza rozwija się głównie w dzielnicach biedoty, więc nie ma powodów do nadzwyczajnego niepokoju. Nie ma też sposobu na zarazę. Sama przyszła, sama nagle się skończy. To pewne. (Tylko ta ”nasza” 21 wieczna – wbrew wszelkiej logice nie chce zamilknąć. Jest wciąż reanimowana odwiecznymi infekcjami sezonowym, nazywanymi teraz kolejnymi „falami”). Poza tym… Dla elit byliśmy i jesteśmy tylko producentami niepotrzebnego śladu węglowego, dawniej mawiano na to - ton zwykłego gówna. Nie ma o „co” drzeć szat. Summa sumarom - widzieliśmy czterech samców w mało twarzowych garniturach, siedzących w lekceważącej pozie eksponującej genitalia i używających gestów dominacji – budzących szczególną odrazę.

Wielu z nas przeżywa iluzję, że wszyscy pragną całym sercem końca wywołanych wojen, czy pandemii. Biegnę ich rozczarować nie wszyscy – osobnika, który chce jej trwania brawurowo zagrał Andrzej Plata. Dzięki spekulacji (został zerwany łańcuch dostaw do miasta podstawowych artykułów i rozpoczął się w nim także i głód), ta przerażająca figura nadzwyczajnie się wzbogaciła i to tylko się dla takich jak on liczy. Zaufajcie mi – „pandemiami” i wojnami żywią się gigantyczne korporacje, tak wielkie, że „nie mogą upaść”.

Tak na marginesie – jak mi opowiadał jeden z moich przyjaciół lekarzy, większość ludzi ze znanego mu środowiska medycznego, otwarcie mówi „pandemio trwaj!” i za dodatki „kowidowe” ekspresowo spłaca teraz raty za które nabyli imputowane im tzw. godne życie i kupuje nowe jeszcze lepsze auta, znak mieszczańskiego statusu (nota bene do tego poziomu aspiruje także wielu z pozoru wydawało się "niepokornych" artystów, w tym ludzi teatru). I mało kto z nich mówi, że „król jest nagi”, a ci którzy to uczciwie wykrztusili - są objęci ostracyzmem zawodowym i są nękani przez tzw. izby lekarskie.

Na koniec tej propozycji w „Żeromskim”, lekarka (odmieniona zwłaszcza w brzmieniu głosowym Joanna Kacperek) mówi, że wirus może się pojawić w każdej chwili, ukryty w listach i etc. (Głównie wypatruje się go z „prawej strony”, zaniedbuje jednak „lewą”). Rzeczywiście ma rację. Teraz rozmnożył się najgroźniejszy z wirusów – wirus ignorancji! To dzięki naszej zbiorowej ignorancji – rząd Morawieckiego wspierany przez tzw. opozycję – krok po kroku, plaster po plastrze (stalinowska taktyka) – odbiera nam kolejne wydawałoby się już na wieczność wywalczone prawa konstytucyjne, w tym prawo do dysponowania swoim ciałem! A Australia, czy Kanada stały się dziś gigantycznymi więzieniami, wielkimi nowoczesnymi, scyfryzowanymi gułagami. Czy doczekają  się pióra jakiegoś Grudzińskiego, który da świadectwo tym wydarzeniom?!

Natomiast ci, którzy pilnują żeby narracja o pandemii nie wygasła, wprowadzają do języka nową kategorię – „Dobrowolność to przymus”, obok znanych już z Orwella typu - „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”.

„Zaraza” jest częścią trwającego właśnie rozpisanego na kilka tygodni w „Teatrze im. Stefana Żeromskiego” III Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego.

Krzysztof Sowiński


sobota, 9 października 2021

„Nie ma takich bredni, w które ludzie nie byliby w stanie uwierzyć”

 


W tym roku przypada setna rocznica urodzin Stanisława Lema, najszerzej znanego jako pisarz science-fiction, a przez garstkę jako filozof. Do tego drugiego grona należy m.in. dr Agnieszka Majcher z Kielc, która napisała książkę (dostępna tylko w formie pdf) o tym myślicielu zatytułowaną „Stanisław Lem w anglojęzycznym obszarze kulturowym […]” (2018).

Na okoliczność rocznicy zabrali głos m.in. politycy o których pisarz miał jak najgorsze zdanie. Sejm RP ustanowił obecny rok – Rokiem Lema. Na temat Lema wypowiada się mnóstwo podmiotów, nawet „nasz” Teatr Żeromskiego, może nie tyle kielecki, co w Kielcach zaproponował (12 września online) „projekt” pt. „Co przewidział Lem?” I co przewidział? Smartfony, audiobooki („książki to były kryształki z utrwaloną treścią”, „Powrót z gwiazd” 1961,) socjal media, klonowanie, wirtualną rzeczywistość, fałszywą rzeczywistość (nazywaną powszechnie teraz matrixem). (Próbkę swojego talentu dała dawno nieobecna w Kielcach Wiktoria Kulaszewska odgrywając liczne grono swoich klonów. Zapis „projektu” można znaleźć na yt).

Czy twórcy „projektu” wiedzą, że Lem przewidział coś znacznie ważniejszego? Mianowicie manipulacyjny charakter postmodernizmu („Wyznania antysemioty”, 1972). I chociaż poddał krytyce francuskich filozofów postmodernistycznych, mistrzów dekonstrukcji, nieprzydatnych w poznaniu, nie „przewidział” jednak użyteczności ich refleksji jako narzędzia manipulacji społecznej. Lem bowiem do końca życia trzymał się twardo empirii, uważając że np. współczesna fizyka niebezpiecznie zbliża się ku metafizyce.

Zdaniem Agnieszki Majcher najważniejsza jednak z przepowiedni Lema, to ta wyrażona w liście do Kandela na początku lat 70. XX wieku, doskonale opisująca aktualną rzeczywistość: "Kongres" jest jakąś parabolą konsumpcyjnego społeczeństwa, społeczeństwa skierowanego właśnie na WSZECHUŁATWIANIE jako na WARTOŚĆ NACZELNĄ egzystencji, i to skierowanie rodzi zapaść wartości autentycznych, tych, co powstawały historycznie, „psychemia” zaś stanowi ultymatywną i uniwersalną technologię owej łatwizny. Implikacją finału jest z kolei myśl, że świat urządzono inaczej, że przychodzi moment, w którym hedonizm instrumentalny zostaje zmuszony do PŁACENIA za swoje praktyki, i że ta zapłata okazuje się dosyć koszmarna”.

„Lem był w filozofii samoukiem, ale wbrew własnym, słowom zbudował system [kompletny], jak kiedyś Platon czy Kant. Lema nie bierze się też w filozofii serio ze względu na sposób, w jaki wyrażał swoje idee. Jego prace nie mają [bowiem] charakteru akademickiego, a literacki bądź mieszany […]. „[..]” – czytamy na portalu „Sprawy nauki”. „To był jeden z niewielu twórczych umysłów filozoficznych XX wieku, umysł wizjonerski” – mówił także o autorze „Solaris” wybitny filozof Bogusław Wolniewicz.

M.in. o tym,  że wielkość Lema jako filozofa często umykała w jego przekładach anglojęzycznych pisała w swojej pracy wspomniana Agnieszka Majcher. Tutaj znajdziesz fragment: https://jagszept.blogspot.com/.../mysl-lema-w-przekadzie... „Z powodu nieścisłości w pierwszym tłumaczeniu „Solaris” na język angielski, nadal w kulturze anglojęzycznej często Lem jest odbierany jako pisarz metafizyczny, piszący o Bogu i religii” – wyjaśnia autorka publikacji.

Dystrybutorzy dokumentu „Stanisław Lem autor „Solaris” – w którym Borys Lankosz próbuje „uchwycenia fenomenu Stanisława Lema jako pisarza i myśliciela […]”, piszą, że jego życie było zagadkowe i był outsiderem. I zdaje się mylą. Lem bowiem prowadził otwarte życie zamożnego [od pewnego momentu zwłaszcza z ówczesnego „polskiego” punktu widzenia] turysty, brał udział w debatach naukowych i literackich, pisał felietony, udzielał wywiadów, korespondował i polemizował z wydawcami, czy tłumaczami. A jego przeżycia z II wojny światowej były i są znane, sam bowiem o nich mówił i pisał.

Do Lema dziś próbuje się „podpiąć” tzw. prawica, jak i lewica (ten podział to wg. prof. Kieresia podział wewnątrz socjalistyczny, podział który opisuje  świat, to zdaniem Kieresia podział na cywilizacje personalistyczne i gromadne). Ale Lem wymyka się roli nawet pośmiertnego guru - „bo poddawał świat i ludzkie dokonania bezlitosnej krytyce”, a przede wszystkim był tradycjonalistą, i chociaż sam mówił, że jest niewierzącym, wadził się z kościołem katolickim, to był „chrystusocentrystą” i uważał, że ludzkość nie zdobyła się na nic większego w dziedzinie etyki niż chrześcijaństwo. Zatem na pewno reprezentował cywilizację personalistyczną. Opierał się na prawach logiki (studiował m.in. filozofów analitycznych, m.in. "Dzieje filozofii" Bertranda Russella, czy "Principia mathematica"). Prenumerował "zachodnie" pisma naukowe. Nauczył się w tym celu czytać po angielsku, chociaż nie potrafił mówić w tym języku. Zdarzało się, że kiedy spotkał osobę anglojęzyczną - porozumiewał się z nią na piśmie (np. ze swoim amerykańskim tłumaczem Michaelem Kandelem). Za to sprawnie mówił po niemiecku. Nie obca mu była łacina. Jego teksty to w istocie traktaty filozoficzne podejmujące m.in zagadnienia etyczne, poznania, metafizyki i etc. W sporze ontologicznym stawał po stronie przypadku. Jednak wiele współczesnych prac genetyków np. Liptona i fizyków np. Penrose’a - zwiększa prawdopodobieństwo, że Lem... się mylił. Moim zdaniem nadużywał kwantyfikatora wielkiego. Obserwuję jak jego język z roku na rok  mocno starzeje się. Czy zatem będą go czytać następne pokolenia?

Kiedyś krytykował łysenkizm w nauce. Dziś pewnie by krytykował współczesny propandemiczny łysenkizm i już by mu nie była potrzebna obserwacja wpisów dokonywanych w internecie,  do konstatacji - że aż tylu ludzi, którzy "uwierzyli" w tzw. pandemię której nie ma - jest aż tak głupich.

Pewnie dziś gdyby wskazywał niedorzeczności w narracji o ‘”pandemii” i powtórzyłby własną refleksję z 2003 roku („Nie ma takich bredni, w które ludzie nie byliby w stanie uwierzyć”) nazwano by go „foliarzem”, banowano by jego konto, a wpływowe media i zielono-lewicujący artyści, którzy mu się gromadnie podlizują w setną rocznicę jego śmierci, pewnie by go stygmatyzowali.

Krzysztof Sowiński