niedziela, 6 marca 2016

„Każdy chce żyć”? A może nie każdy?



 Ze wstrząśniętymi, a nie mieszanymi uczuciami słuchałem jak kielecka publiczność rechocze z dość niewyszukanego dowcipu o murzynach, jakim uraczył nas Hanoch Levin w swojej sztuce z 1985 roku pt. „Wszyscy chcą żyć”. Wiadomo u Levina to „kreacja”, a śmiech publiczności? Co ma znaczyć? Zadaję sobie pytanie…

Biorąc pod uwagę, że kielecką widownię wypełnili w większości miłośnicy tzw. lewicy, tylko gdzieś ukradkiem nie celebrowany, tylko odprowadzany, niechętnym spojrzeniem - przemknął bokiem z żoną senator Krzysztof Słoń, „pisowiec”, to zwolennikom "postępu" gorącym propagatorom multikulti etc., „równości” i piętnowania „nierówności”-  powinno się zrobić smutno. Tyle lat po „dobroci i po złości”, a coraz częściej w ostatnich latach po „złości” – „postępowej” edukacji, prelekcji o „wykluczeniu”, wystaw, przykładów, napomnień, wyroków, kształtowania nowego człowieka – „unijnego”, „przekuwania dusz” – jak mawiano za czasów towarzysza Stalina - poszło w gwizdek. No i po co wielcy filantropi tego świata marnotrawią kasę na krzewienie „równości”? No po co? Powiedzcie mili ludzie?



A sztuka? Dobra. Będzie się podobała. Już się podoba. Nawet bardzo dobra. Efektowna…. Klimatyczna. Trochę senny koszmar z motywem wesołego miasteczka, które wcale nie jest wesołe, przywołujący oniryczny klimat dzieł Federico Felliniego i teatru śmierci… Kantora. Tylko nie tak nudne.

A może jeszcze inaczej? Czy da się jeszcze coś zaskakującego opowiedzieć? Czy można tylko kawałkować, dekonstruować, rezonować to co już było? Bo przez cały czas oglądając spektakl, odnosiłem wrażenie, że to wszystko już było. A może temat śmierci jest wystarczającym pretekstem dla artystycznej produkcji?

Sztukę właśnie wystawia kielecki Teatr Żeromskiego. Próby do niej rozpoczął jeszcze, zmarły w maju, Piotr Szczerski. Kontynuacji podjął się Dawid Żłobiński (zdaje się to ostatnie akordy z „testamentu Szczerskiego”), który zarazem podjął się roli Bamby, czarnego niewolnika Pozny, głównej postaci.

To parę lat temu dla siebie i kieleckiej publiczności twórczość Hanocha Levina, „odkrył” Piotr Szczerski. Zdążył wyreżyserować, dobrze przyjętą przez krytykę i publiczność, sztukę dramaturga z Izraela „Jakiś i Pupcze”. Sylwetki pisarza nie będę przypominał. Informację o nim można znaleźć w ostatnim numerze Gazety Teatralnej, a i po jednym kliknięciu w internecie. Dam zamiast - jak to w postmoderniźmie cytat z cytatem - „Jak pisał Dani Tracz – Levin „dorastał wśród dźwięków języka polskiego” i dźwięki te nieustannie „wybrzmiewają” w jego sztukach. Trudno jednak zaprzeczyć temu, że Levin – ogólnie rzecz ujmując – nie żył w kulturze polskiej, a w hebrajskiej i izraelskiej. I właśnie z myślą o tej kulturze tworzył swoje sztuki, nierzadko wymierzając w nią ostrze krytyki, zwłaszcza w  takich tekstach jak  „Morderstwo”, gdzie bezpośrednio odwoływał się do konfliktu izraelsko-palestyńskiego” („Dramaty Hanocha Levina”, Agata Dąbek). Ta akurat sztuka jest mało związana z kulturą hebrajską, czy izraelską, jakby na siłę szukać związków można by się dopatrywać wpływu judaizmu na decyzje bohaterów odmawiających „zastępstwa”. Ale nie czas tu na teologię. W zasadzie „akcja” sztuki mogłaby się rozgrywać wszędzie, jeden z nielicznych elementów „żydowskości”, to przyjęty entuzjastycznie występ na żywo Tempero, zespołu nawiązującego do tradycji klezmerskiej.

Co wnosi ta sztuka? Znany już z innych propozycji sposób organizacji tekstu przez Levina – buduje go ze znanych motywów, ale nadaje im swoje osobiste piętno. Mamy to. Rozpoznajemy. Jego rodzaj humoru także. Nie będę pisał o tradycji literackiej do jakiej nawiązuje jego tekst. Napisali o tym m.in. liczni uczeni do Gazety Teatralnej, jaka towarzyszy propozycji Dawida Żłobińskiego. Warto do niej sięgnąć, m.in. żeby zobaczyć, że te autorytety, zwłaszcza psychologiczne, więc te autorytety… do debaty o śmierci, nic nie wnoszą. Naprawdę nic. Bo próba puddingu i śmierci polega zawsze na tym samym – osobistym doświadczeniu.

Dlaczego Szczerski sięgnął po Levina? Bo był miłośnikiem Becketta, a do tego Izraelczyk na pewno nawiązuje. Sięgnął, bo w poruszanej problematyce w „Każdy chce żyć”, Levin jest podobny Mrożkowi, którego Piotr Szczerski też nadzwyczajnie cenił. Czy Levin coś wniósł chociażby po „Wdowach”? Raczej powtórzył, że śmierć jest nieuchronna i tajemnicza i żadne racjonalizacje nie działają jak przyjdzie próba „puddingu”.

Nie chce mi się opowiadać kanwy utworu. Taki kaprys hobbysty pracującego pro publico bono, a nawet przeciw. Może tylko kilka zdań na ten temat - Poznę, głównego bohatera odwiedza anioł śmierci przypomina mu o rychłym „odejściu”. Pozna może się wykpić znajdując (ma tylko trzy dni) kogoś na swoje miejsce. Ale wbrew deklaracjom o miłości, nawet starzy rodzice, którzy gotowi zrobić „wszystko dla swojego dziecka”, nie chcą umrzeć za niego. Deklaruje swoją pomoc żona Pozny, Poznabucha (Beata Wojciechowska, właśnie obchodziła 30 lat pracy na scenie i mogliśmy podziwiać jej doskonały warsztat, że tak powiem, z całym szacunkiem - starego rytu), ale tylko po to, żeby przez chwilę popastwić się nad wiarołomnym mężem.  Podstępem zwabione za Poznę umiera w końcu dziecko. Tradycyjną formułę spektaklu rozrywa na chwilę pojawienie się Andrzeja Platy, który jest cytatem z samego siebie. Ale tylko na chwilę – śmierć nie zna innej konwencji niż jej własna.

Publiczność dobrze odbiera kolejne odmowy pomocy Poznie. My też po tej drugiej stronie sceny z satysfakcją przyjmujemy fiasko działań hrabiego. Umrze… Umrze… Mimo władzy, pieniędzy i pozycji. Będzie „jakaś” sprawiedliwość na tym świecie! My też kochamy nasze życia, choćby i na co dzień twierdzilibyśmy, że są do „życi”. Sztuka utwierdza nas w słuszności naszego egoizmu. Łagodzi dysonans. Tłumaczy, że jakieś „bohaterstwo” to absurd. W skrytości ducha wypieramy, że jednak byli i zapewne będą ludzie, którzy poświęcą swoje życie dla ratowania innego życia. Moja babcia nr 46499 więzień niemieckiego obozu zagłady Auschwitz , wspominała o ludzkiej podłości, o ludzkich sercach z kamienia, o typach psychopatycznych, poświęcających wszystko i wszystkich, także „swoich”. Smutne to są historie i często sprzeczne z obowiązującymi teraz poprawnościowymi narracjami. Ale mówiła też o tych, którzy gotowi byli sami umrzeć niż na śmierć narażać innych.
Nie chcemy słuchać takich historii. Tworzy się nowy paradygmat. Bo łatwiej nam przyjąć, że naszą niegodziwość determinuje biologia, czy środowisko. Łatwiej powiedzieć, że jak zrobiłem tak, a tak, to w momencie działania nie mogłem zrobić inaczej. Więc dla jednych - chociażby taka Inka - to bohaterka, wzór dla naśladowania, dla innych to tylko niepotrzebnie zmarnowane młode życie. Trwa spór, który łatwo się nie zakończy.

Teraz trochę o grze aktorów, główna postać Pozny grał Krzysztof Grabowski. Gra on często, co się podoba widzom na tzw. „kurwie”, czyli startuje na najwyższym poziomie energii, a później już… tylko napięcie rośnie… Tym razem jest w zasadzie cały czas na scenie – więc „kurwa” musiała się wyczerpać i wyczerpała, może i mógłby rozbudować swoją rolę bardziej, otoczyć ją kontekstami, „głębiami”, ale chyba nie taka była koncepcja reżysera – uczynił ze swoich aktorów znaki plastyczne, znaki odchodzenia, typy, znaki kurczowo trzymającego się życia. I wszyscy się świetnie się z tego wywiązali.

I żeby było „coś” na koniec. Z propozycji Levina wynika nauka, którą dawno pokazała chociażby „Tybetańska księga umarłych”. Jest nawet w tej tradycji medytacja trupa, leżąca pozycja - martwe ciało.
Warto ją  chociaż raz popraktykować, żeby zobaczyć co jest ważne.
Chociażby dla tej jednej chwili refleksji warto wybrać się na „Wszyscy chcą żyć”. Jednej chwili, którą za chwilę znowu zapomnimy porwani przez wir życia. Do następnego uświadomienia.

Krzysztof Sowiński