środa, 25 maja 2022

Boże chroń przed… urzędnikami…

 

Kwiecień 2022

Ta sytuacja od dawna jest przekroczyła granice groteski. Urzędnicy, także od kultury, których jedynym sensem istnienia jest służebna rola wobec twórców, za co są ponadprzeciętnie wynagradzani z naszych podatków, zachowują się jak udzielni władcy. Nie wiem jak na to pozwoliliśmy? Jak do tego doszło? M.in. potrafią wepchnąć się na każdy „afisz”, kosztem wykonawców i wymusić niezasłużone dla siebie oklaski, zwłaszcza przed wyborami, przy okazji odświeżając swój tzw. wizerunek.

Bo – niestety – to od ich woli zależy czy np. jakaś prężnie działająca instytucja kultury, do której rozwoju przeważnie żaden urzędnik nie przyłożył nawet małego palca, nie mówiąc o ręce (w najlepszym razie nie przeszkadzał w działaniach), nadal będzie istniała i w jakiej kwocie będzie finansowana.

Rzadko bywam na bankietach po premierach, ale tym razem zostałem, żeby usłyszeć jak bardzo cieszą się młodzi choreografowie, którym zaufali dyrektorzy Kieleckiego Teatru Tańca i pozwolili samodzielnie popracować nad „Dyptykiem Biblijnym”. Przypomnijmy – na tę propozycję składają się dwa spektakle: „Sodoma i Gomora” oraz „Kain i Abel”. Do pierwszego spektaklu choreografię stworzył Kamil Zdańkowski (także tancerz KTT). Lota fantastycznie wytańczył Aleksander Staniszewski, żonę Lota – Alicja Horwath-Maksymow. Aż  dziw, że świecie w którym relatywizuje się pojęcia zła i dobra, młodzi twórcy chcieli zmierzyć ze starotestamentową, „niemodną” teraz, opowieścią o Sodomie i Gomorze – i udanie zinterpretowali ją językiem tańca. Podobnie było z „Kainem i Ablem”. Choreografię do tej propozycji zaproponował Aleksander Staniszewski, także debiutant w tej roli, i również tancerz KTT. Kaina kreował – Mateusz Wróblewski, a równie udanie Abla – Dawid Pieróg. W końcu można było pozachwycać się wieloplanowymi, ciekawymi układami tanecznymi, sprawnością tancerzy, wybaczyć im drobne potknięcia – a wszystko to bez tych obrzydliwych, pomyślanych jako narzędzie tresury społecznej „maseczek” na twarzach. Także normalnie siedzieć na widowni nie zachowując równie absurdalnego z punktu widzenia prawdziwej nauki – tzw.  dystansu. Chociaż przyznam, że kilka ofiar propagandy kowidowej nie zmieniło swoich zwyczajów i nadal straszyło „maseczkami”.

Ale to nie młodzi debiutanci przemówili po premierze jako pierwsi! Zebranych swoimi przydługimi i mało interesującymi opowieściami najpierw uraczyło dwóch kieleckich urzędników, marnując czyiś czas i spijając nieprzysługującą im „śmietanę”. Słowem byli niczym to przysłowiowe g…, które przykleiło się do okrętu i krzyczało płyniemy. Po ponad 30 minutach tych urzędniczych opowieści miałem już dość i opuściłem bankiet nie wysłuchawszy młodych artystów i nie gratulując im, co zamierzałem uczynić.

Pokażmy urzędników w szerszej perspektywie. To trzecie ramię trójkąta przemocy, którą dziś przy użyciu tradycyjnej pałki, ale cyfrowych kajdan i więzień stosują wobec nas globaliści. O urzędnikach przed laty wspominał wybitny filozof analityczny, nieodżałowany śp. prof. Bogusław Wolniewicz. Wyjaśniał nam jak działa ten trójkąt. Pierwsze i najważniejsze ramię stanowią tzw. globaliści działający zza kulis. Drugie to ideolodzy – teraz nimi są tzw. lewicowcy wysokiej klasy specjaliści od… przejmowania władzy w imieniu garstki sponsorów, produkujący i terroryzujący pozostałych opowieściami o „wykluczeniu”, za które oczywiście słono sobie każą płacić. Ta lewica ma wspólną z dawną ekonomiczną lewicą, tylko… nazwę. Teraz głosem tej ideologii jest m.in. Yuval Noah Harari (narzędzie Klausa Szwaba). Ten „myśliciel”, który nagle jak za dotknięciem main streamowej różdżki stał się „wpływowym”, i tłumaczy nam maluczkim, że człowiek to już nie jest tajemniczą istotą, którą pokolenia naszych przodków, przy pomocy także takich archetypicznych opowieści jak ta o Sodomie i Gomorze i o Kainie i Ablu, próbowali opisać, ale tylko maszyna biologiczna, popędliwe zwierzę. Zwierzę za które światowe elity muszą podejmować decyzje także te „niepopulistyczne”, czyli odebrać mu pod byle pretekstem np. bezobjawowej pandemii, Prawa Człowieka, w tym prawo do własnego ciała, a pod hasłem inflacji „wywołanej przez Putina” zagrabić ciułaną przez większość ludzi latami własność. Harrari widzi w nas stado – a jak tak jest, to stado można przecież znakować, modyfikować, redukować niepotrzebne już do pracy i „właściwej” reprodukcji osobniki, a nawet „oporne” wobec „postępu” całe podgatunki, wyszczepiać, a także „lockdownować”. A także „hakować”.

Trzecim ramieniem, które te ludobójcze utopie i absurdy wdraża są właśnie urzędnicy.

Narzekaliśmy za komuny na ich liczbę. Zobaczmy jak po 1989 roku rozmnożyli się także i w Polsce, mimo np. opowieści, że „komputery” zredukują ich liczbę! A ileż przez te lata namnożyło się opresyjnych wymierzonych w nas przepisów! I nie chodzi mi tylko o urzędników władz centralnych. Zobaczmy jak rozrosła się władza i ta miejska! Czasami odnosimy wrażenie, że rajcy tworzą państwo w państwie. Prowadzą nawet niezależną od centrali politykę zagraniczną! W tym m.in. migracyjną w opozycji do m.in. Konstytucji! Przypomnijmy sobie jak żarliwie ta grupa wypełniała opresyjne, niezgodne z prawem i ustawą zasadniczą narzucone nam przepisy wprowadzające sanitaryzm, nową formę totalitaryzmu. Jak prezydenci miast legitymizowali te absurdy – m.in. sami nosząc publicznie wbrew literze nauki maski „przeciwwirusowe”, jak natychmiast zamknęli przed nami urzędy. Nie miejmy iluzji urzędnicy – to najwierniejszy elektorat na który partie aktualnie naznaczone do rządzenia przez globalistów w konkretnym kraju, mogą zawsze liczyć. Cechuje tę klasę bowiem w tym zmiennym świecie zawsze element stały antyludzki oportunizm.

Urzędnicy miejscy jak zechcą mogą zrobić w zasadzie wszystko – choćby zabierać nam mieszkańcom kawałek po kawałku wspólne dobro, np. odwieczny i lubiany teren rekreacyjny. Tak się dzieje i w Kielcach przy miejskim zalewie, czy za osiedlem Świętokrzyskie. Mogą wydawać społeczne pieniądze na „rewitalizację”, czyli mogą najpierw wyciąć w określonym miejscu drzewa, by za parę lat upomnieć się, np. na fali „zielonej propagandy”, o takich obecność, niepomni, że drzewa jednak te swoje dobrych kilka lat muszą rosnąć. Mogą zaproponować ławki pomalowane w kolorowe paski i dać im status sacrum, czy zbudować mało skutecznie chroniące przed warunkami atmosferycznymi przystanki, a każdy z tych „projektów” jest o dziwo prawie niezmiennie w cenie „złota”. Wydać krocie na budowę miejskich wypożyczalni rowerów, mimo, że są dowody na to, że tradycyjne „rowery” przegrały w miastach z „elektrycznymi hulajnogami”. Urzędnicy mogą też ustalić reguły konkursów np. na stanowisko dyrektora placówki kultury, a potem unieważnić wyniki łamiąc po drodze własne zasady. A jak się urzędnikowi zachce, to może najpierw unieważnić, potem poczekać i znowu uznać wyniki konkursu, nie tłumacząc się przed nikim ze swoich decyzji (ostatnio tak było z konkursem na szefa BWA w Kielcach. O „konkursach” w naszym mieście napiszę szerzej innym razem).

I na koniec, ja też mam swoją prywatną utopię – marzę, żeby maksymalnie ograniczyć władzę urzędników. Maksymalnie. Wykorzystując m.in. w tym celu zdobycze cyfryzacji. Np. chciałbym mieć możliwość odbierania, jako mieszkaniec miasta swojego głosu urzędnikowi. Jeśli ten przekroczy pewną liczbę odebranych, to powinien pożegnać się z urzędem, bez względu na to, kiedy mija jego kadencja, zanim narobi jeszcze więcej często nieodwracalnych szkód. Jeśli pojawi się jakaś formacja, która zaproponuje realizację takiego projektu, zagłosuję na nią  obydwiema dłońmi.

Krzysztof Sowiński