poniedziałek, 13 listopada 2023

Jestem złym człowiekiem

 Wciąż żyjesz...

Tak długo już żyjesz...

Tyle dobrych ludzi już zdążyło odejść...

A Ty żyjesz...


(Ganię się za to - mówię: "Tak nie można".

"Zostaw to Panu".

Ale zaraz to samo ja mówi: "Coś Pan Panie nierychliwy" i  "A jeśli go nie ma?").


Od lat szukam codziennie szukam

Twojego imienia w nekrologach.


I boję się, że przed Twoim

znajdę pewnego dnia własny.

Zaszczepieni


(Pamięci Stanisława Barańczaka

Tylko za to jedno - "wszelkie prawa zastrzelone",
należy mu się pamięć.

I miał rację mówiąc, że poezja nie może być zwolniona z obowiązków.
Dlatego idąc jego tropem w 2023 mówię:

"wszelkie prawa zaszczepione".

poniedziałek, 30 października 2023

Totalitaryzm z użyciem sanitaryzmu (z cyklu trawestacje)

 

Dr Piotrowi Witczakowi, genetykowi,
który "Nie wierzy w naukę", tylko mówi nauce "sprawdzam".

Zaaresztowali laptopa.
Zajrzeli do tekstów. Zajrzeli do analiz.
Nie zajrzeli do dupy, tam doktor ma totalitaryzm. k

wtorek, 4 lipca 2023

Zabawnie o sprawach zwykłych ludzi

 

Premierą spektaklu "Szczęściarze", autorstwa Tadeusza Kuty w reżyserii… Tadeusza Kuty, teatr Tetatet zakończył tegoroczny sezon. Korespondencje tej propozycji z klasyką polskiej komedii są jak najbardziej widoczne. To sztuka nawiązująca do prześmiewczych polskich komedii, ale tych które powstały ponad 30 lat temu. Rzeczy które nie pastwią się nad ludźmi, ale pokazują ich przywary.

„W „Słowniku literatury polskiej XX wieku” hasło „satyra” nie występuje, a zjawisko satyryczności omawiane jest w nim w ramach takich haseł, jak: „groteska, groteskowość”, „groteski dramaturgia”, „kabaret literacki”, „komedia”, „parodia”, których autorzy, jako materiał ilustrujący przywołują m.in. utwory Tuwima, Gałczyńskiego, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza, a więc pisarzy uprawiających twórczość o wyraźnie satyrycznym nacechowaniu” – nadmienia Elżbieta Sitoruk w publikacji pt. „Granice satyry” (2018). Ale nie wchodźmy zbyt głęboko w zagadnienia teoretyczno-literackie. Widzom tej propozycji zostawmy odpowiedź na to pytanie – czy mamy do czynienia z „utworem scenicznym […] przedstawiającym w sposób zabawny lub satyryczny postacie, obyczaje, wydarzenia”. Moim zdaniem raczej w sposób zabawny.

Autor sztuki, rocznik 1984 ponadto także aktor, zdaje się świadomie nawiązuje także trochę do „małego realizmu charakteryzującego się tendencją do opisywania codziennych realiów życia ludzi, przeciętnych zjawisk, postaci i sytuacji […]”. (To wrażenie podkreśla scenografia autorstwa Joanny Biskup-Brykczyńskiej i Iwony Jamki). Kiedy jednak mu już to wybaczymy. Na przykład ja, który zarzucam współczesnemu „teatrowi”, zwłaszcza temu sowicie opłacanemu z kieszeni podatnika, że w tak trudnym czasie, kiedy nasz dotychczasowy świat się wali, a „nasi” przywódcy konsekwentnie stalinowską metodą salami wprowadzają u nas na bazie sanitaryzmu, globalny ustrój totalitarny - ten „teatr” milczy. Za to wiele z trup zajmuje się wyolbrzymionymi do granic nieplanowanej groteski problemami tzw. wykluczonych. A co gorsza - uczestniczy w rezonowaniu antyludzkich narracji. Ale do tego jeszcze wrócę.

Zatem… Kiedy damy się porwać fabule zobaczymy kilka rozwiązań dramaturga wymykających się ponad znane nam stereotypy. O nie! Na szczęście! Nikt nie wywrzeszcza ze sceny do zdeprymowanych widzów jakichś fragmentów eseju np. neomarksistowskich psychoanalityków Lacana, czy Reicha - jak to często bywa w teatrze postępowym. A celem takich działań jest zawsze pranie mózgów „zaściankowych” widzów sypiących samym swoim istnieniem piach w tryby koła rewolucji. „Obskurantów” wciąż nie rozumiejących, że rewolucjonistów może zadowolić tylko śmierć oponentów.

Tetatet jest na szczęście innym teatrem! Bo istnieje tylko dzięki gronu ludzi dobrej woli, dlatego musi się liczyć z oczekiwaniami widza. A ten zmęczony trudnym życiem w Polsce potrzebuje – jak wynika z obserwacji – odpoczynku, zabawy, śmiechu, poczucia uczestnictwa w kulturze. Na koniec nienachalnej refleksji i tę dostaje w Tetatet. Np. Tadeusz Kuta daje tę – jakże oczywistą, ale także i często zapominaną - o zmienności życia ludzkiego, czy i tę o „przereklamowanej” roli w naszym życiu pieniędzy. Bowiem tylko nieliczni widzowie – ofiary zarządzania poczuciem winy - chcą być poniewierani przez twórców teatru „postępowego” (w większości to właśnie takie rzeczy reżyserzy aktualnie produkują w „Żeromskim”), wojującego teraz w imię „zielonej rewolucji”. Wspomnę, że ta współczesna ma tylko zręcznie przemalowane szyldy starych totalitaryzmów – czerwonego i brunatnego na zielono.

Teraz trochę o grze aktorów – tytułowe role małżeństwa Szczęściarzów grają brawurowo Mirosław i Teresa Bielińscy. Cóż tu dodać więcej.

 Prezesa szemranej spółki bardzo realistycznie z tzw. pazurem – zagrał Liwiusz Falak.  Wiceprezesa ciekawie wykreował Łukasz Oleś, który wcielił się także w rolę młodego „muzyka” Pana Aniołka. (Będzie go zastępował  Karol Czajkowski). Wiarygodny jest Marek Kępiński grający biskupa. A w roli księdza Stefana – Jarosław Rabenda..

Jak widzimy jednymi z bohaterów sztuki są księża. Na szczęście widać, że autor sztuki Tadeusz Kuta zna to środowisko i jego zachowania. Jednak na szczęście nie przyłącza się do obowiązującej i modnej obecnie w naszym kraju stygmatyzującej, antyklerykalnej narracji. W jego propozycji szeregowy ksiądz, to bardzo sympatyczna (co świetnie wyraził wspomniany Jarosław Rabenda) postać podległa lubiącemu pieniądze (ale jednak nie pazernemu!) biskupowi. I chwała autorowi sztuki i reżyserowi m.in. i za to! A szerzej - za tę konstrukcję przywołującą na myśl skojarzenie z teatrem Molierowskim!

Momentami ta propozycja nieco się dłuży. Można by jej nadać nieco większego tempa. Niektóre jej fragmenty moim zdaniem są zbyteczne np. ten mówiący o „słoniu”.

Krzysztof Sowiński

PS. Zakończył się także sezon teatralny w „Żeromskim”. Przyznam, że ten teatr mnie tak zniesmaczył, że obejrzałem w minionym sezonie tylko dwie jego propozycje. I to mi wystarczyło. Nazbyt mnie nuży zapodawana tam matryca formalna, chociaż bardzo efektowana, niezmiennie np. tam wykorzystuje się multimedia! Ale jednak ja mam tego już dość, tej bolesnej powtarzalności! I zatęskniłem do tego czym był kiedyś teatr – aktorów, pustej sceny, odrobiny światła, i wyobraźni (to dostałem parę miesięcy temu w Tetatet w ascetycznych "Balladach i romansach"). Dość mam też  i tej sączonej nam ze sceny łopatologicznej ideologii chociaż ubranej w efektowny dizajnerski kostium – nieodmiennie kojarzącej mi się z tym cytatem z Herberta:

„Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana

(Marek Tulliusz obracał się w grobie)

łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy

dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu

składnia pozbawiona urody koniunktiwu”.

 Mam dość twórców - agitatorów, rewolucjonistów „zielonego postępu”, nawet tych uczestniczących w propagandzie nieświadomie (suma summarum są niebezpiecznymi dla społeczeństwa Leninowskimi pożytecznymi idiotami), także tych świadomych hipokrytów, przekupnych konformistów, szantażystów i psychopatów.

Mam dosyć tych, którzy nawet w sztuce tak intymnej odnoszącej się do realnych wydarzeń jak śmierć ojca (Mateusz Pakuła „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”) – będą wykrzykiwać hasła postępowych utopii, opartych na pedagogice wstydu i szantażu, wykorzystującym tzw. przewagę symboliczną (uzyskaną wg recepty Jurgena Habermasa).

A kto się z agitatorami nie zgadza jest stygmatyzowany i zostaje bez prawa do obrony. A na koniec odmawia się takim prawa do wolności i życia. Oczywiście w imię walki o... wolność.

środa, 1 marca 2023

Weryfikatorzy - palingeneza (trawestacja)

 

Pochwaleni niech będą WERYFIKATORZY
ozdabiacze i sztukatorzy
twórcy narracji hurtowo zaszczepianych
oni mają rację nie jest sprawą sztuki
prawdy szukać to są rzeczy wiary w naukę
weryfikatorzy wskazują właściwe słowa
brzydkie plamy "anty" piętnują w krajobrazie idealnym
los wrogów postępu słusznie czynią marnym
na "zielono" wymalują nawet doły z wapnem
01.02.23

niedziela, 8 stycznia 2023

Wciąż w tym samym miejscu?

Premiera w TETATET – „Ballady i romanse" 

Jeszcze kilka dni temu, myśląc o produkcjach wielu teatrów przejętych w Polsce przez tzw. Zielonych Khmerów, propozycjach opartych o najnowsze zdobycze techniczne, czyniące spektakle efektownymi wizualnie,  zastanawiałem się czy bez tego, da się zrobić coś, co byłoby zdolne do zogniskowania uwagi widza zepsutego perfekcyjnie skrojonymi „netflixami” i jego teatralnymi surogatami. No i nie musiałem długo czekać!

W Kielcach w teatrze TETATET, na początku nowego 2023 roku, możemy  oglądać – nową propozycję tej sceny (opieka artystyczna Teresa Bielińska) – „Ballady i romanse”, pióra Adama Mickiewicza. Jego twórcy nie ukrywają, że tym razem, zamiast relaksować widzów, mają także ambicje edukacyjne i swoją propozycję adresują także do uczniów z kieleckich szkół. I zdaje się trafiają w dziesiątkę – bo jak mi wiadomo od zaprzyjaźnionych nauczycielek, już nazbyt wielu uczniów nie wie co znaczą słowa: lico, czy łono i pora, żeby im to ktoś powiedział. Pora też, żeby się dowiedzieli jak brzmiał kiedyś język polski i jak się zmienia przez epoki. Jakich słów nadal używamy w takim jak dawniej znaczeniu, a jakie w innym, a jeszcze jakie słowa w ogóle wyszły z użycia. A także w co kiedyś wierzyli nasi przodkowie? Jakim posługiwali się systemem wartości? Jaką mieli wyobraźnię… I co było dla nich tzw. tabu i dlaczego. Słowem, żeby uczniowie poznali korzenie swojego kodu nie tylko kulturowego, ale nawet cywilizacyjnego. Bo bez tego są bowiem tylko mało znaczącą masą, bez tożsamości, która można przepychać z jednego krańca świata w drugi, niczym trzodę na dużym pastwisku – masą podatną na manipulacje cynicznych inżynierów społecznych.

 „Wdrukowania kulturowe zostały nam wpojone w bardzo młodym wieku, gdy często jeszcze nawet nie byliśmy w pełni świadomi. To one determinują nasze zachowania w dorosłym życiu. Podstawą do wytworzenia się wdrukowania jest jakieś doświadczenie i towarzyszące mu emocje ” – wyjaśnia Clotaire Rapaille, badacz kultur. Naszej młodzieży już dawno wdrukowano (imprint) kod współczesnej popkultury i pora, żeby poznali także te głębsze rodzime.

Oczywiście na pewno ktoś powie – po co analizować język dawnych epok? Odpowiem. Chociażby po to, żeby nie czekać na opinie w jakiejkolwiek dziedzinie ekspertów wyprodukowanych przez main stream, a mieć swoje własne przemyślenia – bo, jak niegdyś zauważyła Anna Pawełczyńska w publikacji „Głowy hydry. O przewrotności współczesnego zła” (2014), wszelkie totalitaryzmy zaczynają się od operacji na słowach (przesunięciach semantycznych). Z dnia na dzień nagle pojawia się jakiś dziwoląg typu „chory bezobjawowo”, stając się ogniwem w procesie odbieranej nam zwykłym ludziom wolności. Warto więc wsłuchiwać się w wypowiadane do nas słowa.

A weźmy chociażby takiego „Świtezia”! Czy nie przypomina nam zwłaszcza teraz (!), nadal sytym i nieustannie ogłupianym telewizyjną propagandą, o tym że małym kraikom takim jak nasz – wolność, która w ogóle nigdy nie bywa dana na zawsze, może być odebrana chociażby w wyniku braku roztropności w relacjach z potężnymi sąsiadami? Że ci wielcy mogą nas przeobrazić w popiół?

Teatry main streamowe dysponują potężnymi dotacjami. TETATET do nich nie należy. Ma skromniutki budżet i nie dla nich są np. wizualne fajerwerki będące częścią proponowanych projektów. Scenografia „Ballad i romansów” jest niezwykle skromna – na prawie pustej scenie stoi tylko kilka białych kubików, orężem, a nawet końmi są dwa na biało pomalowane kije, a na ścianie, ponad głowami aktorów jeden rzutnik projektuje kilka grafik reprezentujących naszą splątaną przyrodę, która jest także niezbędnym bohaterem „Ballad i romansów”. Do tego trzech męskich wykonawców ubranych w takie same koszule, a dwie aktorki w podobne bluzki i spódnice. I tyle. I wystarczyło.

Na premierze wystąpili: Ewa Pająk (na zmianę z nią będzie grała Teresa Bielińska), Mirosław Bieliński, Ewelina Gnysińska (później Magda Szczepanek), Karol Czajkowski (będzie tę rolę z nim dzielił Łukasz Oleś) i  Andrzej Cempura (będzie występował także Marcin Brykczyński). „Wtapiali” się w postaci m.in. z ”Romantyczności”, „Ucieczki”, „Liliji”, „Pani Twardowskiej” i na koniec „Świtezi”. Osobą, która z racji powierzonych jej ról w tej scenicznej propozycji, wypełniła sobą całą scenę była Ewelina Gnysińska. Raz po raz przeistaczała się tylko mową ciała i intonacją – np. z niewinnej zdradzonej romantycznej kochanki w zbrodniarkę, która zabiła swojego męża. Skutecznie jej w tych przeobrażeniach towarzyszył Karol Czajkowski, grając niewiernego młodzieńca, brata zabitego, czy nawet Mefistofelesa. Aż dziw mnie ogarniał, że ci nadal bardzo młodzi aktorzy potrafili się uporać ze zrytmizowanym językiem Mickiewicza, nic nie tracąc z jego pierwotnych brzmień, a nadając mu zarazem cechy naturalnej współczesnej dykcji. Bo innym pozostałym uczestnikom spektaklu nie dziwiłem się, bo to dojrzali aktorzy, którzy przez kilkadziesiąt lat kariery już nie raz interpretowali coraz rzadziej obecne w teatrach kanoniczne dla polskiej kultury teksty. Nie zawiedli i tym razem. Chętnie kiedyś obejrzę także w akcji ich zastępców.

„Ruch romantyczny jako całość odznacza się tym, że w miejsce standardów utylitytarystycznych [rozumianych jako „filozofia zdrowego rozsądku”] wprowadza standardy estetyczne” – konkludował w „Dziejach zachodniej filozofii” Bernard Russell. Patrząc na gusty dzisiejszej młodzieży oglądającej z upodobaniem filmy typu „Wednesday” (bohaterką tego jest panna Adams), te „standardy estetyczne” nie bywają nigdy zapomniane i od czasu do czasu przypominają o sobie w swojej radyklanej formie.

Mimo, że właśnie mija dwusetna rocznica wydania „Ballad i romansów”, spór o to, czy istnieje świat metafizyczny, którego projekcje podejmuje w swojej twórczości m.in. Adam Mickiewicz, czy tylko ten realny, jest nadal nierozstrzygnięty. Jesteśmy w pewnych sprawach w tym samym miejscu co tamta generacja, aczkolwiek w swojej pysze zbyt często sądzimy, że jesteśmy „dalej”.

Krzysztof Sowiński