środa, 16 lutego 2022

„Edith Piaf” - kielecka premiera

(Styczeń 2022)

Wiele „dostatnio”, chciałoby się powiedzieć na modłę neodrobnomieszczańską, żyjących  z pieniędzy podatników tzw. lewicowych teatrów w Polsce, stręczy nam właśnie łamiący godność i  prawa człowieka sanitaryzm. W tym samym czasie teatr Tetatet, którego działalność głównie zależna jest od darczyńców - znowu przygotował dla nas mieszkańców Kielc noworoczną niespodziankę - recital (ja bym to nazwał raczej spektaklem) zatytułowany „Edith Piaf”. Rzecz przypominającą o tkwiącym w większości nas - pragnieniu miłości i wolności.

Na tę propozycję składają się piosenki Edith Piaf (1915-1963), ikony kultury francuskiej, uważanej przez krytykę muzyczną za jedną najwybitniejszych piosenkarek XX wieku. Przypomnijmy. Artystka ta wykonywała z wielką ekspresją specjalnie pisane dla niej utwory. Jej niskiego, mocnego, chropowatego głosu – słuchaliśmy i my także Polacy, w czasach kiedy piosenki anglojęzyczne jeszcze zupełnie nie zdominowały przestrzeni medialnej. (W „Trójce nawet w l. 80 była audycja zatytułowana „Dachy Paryża”, propagująca kulturę Francji). Docierały do nas także informacje o wielu aspektach życia Piaf – traumatycznym dzieciństwie i dramatach życiowych, w tym miłosnych. Słyszeliśmy także o jej uzależnieniu od alkoholu i narkotyków.

Po śmierci Piaf jej piosenki cieszyły się nadal popularnością. Po te utwory sięgali m.in. tacy artyści jak: Josephine Baker, Louis Armstrong, Marlene Dietrich, Liza Minnelli, Serge Gainsbourg, czy Johnny Hallyday.

Dokonania Edith Piaf wracają do nas co jakiś czas. Obecnie w Kielcach w interpretacji Małgorzaty Pruchnik – Chołki, związanej z rzeszowskim Teatrem im. W. Siemaszkowej. Aktorka wykonała na scenie KCK w polskim tłumaczeniu (Andrzeja Ozgi i Wojciecha Młynarskiego) m.in. takie utwory jak: „Milord", "Brawo dla Clowna", ”Akordeonista”, ”La vie en Rose”, „Pod niebem Paryża”, „Padam Padam”.

Joanna Warmuzińska‑Rogóż z Uniwersytetu Śląskiego, popełniła esej pt. „Fenomen piosenki francuskiej w Polsce, czyli Piaf wiecznie żywa” (2013). Napisała m.in. tak: „Można domniemywać, że właśnie przeniesienie „ducha” piosenki stanowi dla Młynarskiego dominantę translatorską, czyli element, który powinien subiektywnie pozostać bez zmian w przekładzie”. Przypomnijmy, że jedną z najważniejszych cech piosenki francuskiej jest właśnie jej warstwa literacka. Ta „literackość” była obecna nie tylko w wielu tłumaczeniach, ale i w rodzimych produkcjach, jak choćby w twórczości Agnieszki Osieckiej. Bardziej wyrafinowane osoby tęsknią za tym nieobecnym już dziś kunsztem.

Bowiem kiedyś tego typu piosenki korespondowały z naszym życiem, w syntetycznej formie ukazywały losy różnych bliskich nam figur. Ich tematem była często miłość, także ta nieodwzajemniona, również inne ludzkie dramaty. Nuciliśmy te utwory, przy pomocy ich słów wyrażaliśmy zawirowania w naszym życiu. Nagle i boleśnie o tym, że to już przeszłość przypomniała nam o tym opowieść w wykonaniu aktorki z Rzeszowa.

Małgorzata Pruchnik – Chołka nie tylko śpiewała, ale także opowiadała o życiu Edith Piaf, o swoich fascynacjach tą artystką, a nawet swoich osobistych emocjach. Mieszało się to co zaplanowane, z tym co prywatne. Życie z fikcją. Pragnienie komunikacji międzyludzkiej, z lękiem przed kontaktem z innym odbiorcą recitalu, który także pod wpływem fałszywych opowieści o „pandemii”, „zarządzany strachem” założył na swoją twarz maseczkę przeciwślinową i wyczyniał dziwne pląsy mijając takiego samego człowieka jak on, albo sztywno siedział koło „innego” na sąsiednim fotelu. Mamy do czynienia ze społecznym dramatem!

Na scenie aktorce towarzyszyli Wojciech Front (kontrabas) i Dariusz Kot (akordeon). Na szczęście byli bez masek – o których nawet izraelskie władze sanitarne powiedziały, że nie zatrzymują, ani nie ograniczają transmisji żadnego wirusa, a są tylko symbolem „edukacji”. A według wielu z nas zwykłych ludzi – tylko symbolem tresury.

Aktorka nieco upodobniła się do słynnej artystki – założyła jak tamta czarną sukienkę, nawet namalowała sobie brwi takie jakie miała Edith Piaf. Być może wiedziony tym obrazem i spodziewając się że będzie także w śpiewaniu naśladowała Piaf, po pierwszej piosence Małgorzaty Pruchnik - Chołki, zawiedziony pomyślałem sobie, że to jednak nie Edith Piaf!

Ale po tej pierwszej reakcji słuchając kolejnych utworów zrozumiałem, że aktora nie naśladuje francuskiej piosenkarki, ale dokonuje nie tyle interpretacji jej piosenek, ile zabiera głos w procesie polskiej recepcji twórczości Piaf. I trzeba powiedzieć, że jest to głos znaczący.

Krzysztof Sowiński

Teatry na rzecz totalitaryzmu...

 (Grudzień 2021)

Krąży opinia o tym, że aby zatriumfowało zło wystarczy milczenie zwykłych ludzi, ale to refleksja połowiczna. Do usankcjonowania masowej strukturalnej przemocy  – potrzeba jeszcze tych, którzy gorliwie będą realizować łamiące prawa człowieka „rozporządzenia” reżimu.

Właśnie teraz tzw. teatry lewicowe na co dzień niby stojące po stronie „wykluczonych” - przystąpiły jako pierwsze do wprowadzania w swoich siedzibach łamiących Powszechną Deklaracje Praw Człowieka, także Konstytucję – „sanitarnych rozporządzeń” rządu.

Te „rozporządzenia” są w istocie bezprawnym dzieleniem ludzi na „zaszczepionych” i „niezaszczepionych”. Przy czym ci drudzy będą od teraz stygmatyzowani także w teatrach, będą widzami drugiej kategorii. Z czasem pewnie nie będą mogli w ogóle do nich wejść. Oczywiście motywowane jest to rządową antynaukową narracją, o tym że „niezaszczepieni”, MOGĄ [magiczne słowo używane w manipulacji społecznej] zarażać „zaszczepionych” i „ta pandemia” – jak mawiają propagandyści „z tego powodu nigdy się nie skończy”. (Czyli po raz pierwszy w dziejach medycyny – jak zauważyło wielu logicznie myślących ludzi - za nieskuteczność leku, oskarżono tych, którzy go nie przyjęli).

Absurd tego twierdzenia podważający w ogóle sens szczepień (po co to robić, skoro nie chronią?), jest ukuty w istocie wg wzorów propagandy hitlerowskiej – która zastraszonemu „ludowi” przekazała opowieść o nieempatycznych Żydach, którzy roznoszą tyfus, a sami „zarażający” chorują na tę chorobę „bezobjawowo”. Jaką te nonsensy uruchomiły spiralę zbrodni to już wiemy z historii II wojny światowej.

Wracając do teatrów… Najpierw na stronie fb Teatru Żeromskiego ukazała się informacja, że widz, który się świeżo zaszczepił, dostanie darmowy bilet na spektakl. Kiedy mieszkańcy Kielc mocno przeciwko tej segregacji zaprotestowali – „teatr” zrobił to co potrafi nie źle robić od lat, sięgnął po narzędzie cenzury – kazał usunąć natychmiast liczne głosy protestu. Zostały tylko nieliczne aprobaty. Następnie jako jeden z pierwszych „teatr” zaakceptował narzucony przez rząd w istocie totalitarny model podziału społeczeństwa i gorliwie podzielił widownię na tę dla „zaszczepionych” i „niezaszczepionych”.

Dzisiejsza rzeczywistość jest bardzo dynamiczna – w niewoli już jesteśmy po dwudziestu miesiącach. Tak szybko m.in. dzięki małym lokalnym pomocnikom, także takim jak Teatr Żeromskiego.

Ten ponad rok temu zaczął od promowania noszenia tzw. maseczek- narzędzia tresury społecznej. Następnie „teatr” poszedł krok dalej – w czasach absurdalnych lockdownów, kiedy tysiące Polaków traciło swoje biznesy, popadało w spiralę długów, a niektórzy tracili życie z powodu zamkniętych drzwi służby zdrowia przed „niekowidowymi” pacjentami – „teatr” wypłacał, ale tylko bliskim mu ludziom ze swojego środowiska 100 procent honorariów nawet za spektakle, które nigdy ze względu na tzw. lockdown nie odbyły się! Były tylko w planach. Ja uważam to działanie przynajmniej za nietyczne. A dzieje się to wszystko i nabiera tempa, tylko dlatego, że  wytresowano nas aby nie mówić niegrzecznego „NIE!”.

Krzysztof Sowiński

Przedtakt…

 

(Paźdzernik 2021)

Widowisko taneczno-muzyczne Kieleckiego Teatru Tańca pt. „Ballady bez Romansów. Mickiewicz wzruszony”, powstało w ramach programu Ministerstwa Kultury Dziedzictwa Narodowego i Sportu „Przestrzenie Sztuki”. I nie ma co rozpatrywać tego spektaklu w całości jako wydarzenia artystycznego.

Jak mówi bowiem dyrektor KTT Elżbieta Pańtak: „Intencją spektaklu jest wielopłaszczyznowa integracja lokalnych środowisk artystycznych z twórcami światowego formatu”.

Ta propozycja jest zbudowana na kanwie „Ballad i romansów” (1822) Adama Mickiewicza. (Wielu badaczy literatury zgadza się, że te teksty są pierwszymi balladami w języku polskim, stanowią manifest polskiego romantyzmu. Romantyzmu w Polsce nieco spóźnionego do tego Zachodniego będącego odpowiedzią na mechanistyczne oświecenie). Zbiór ten (pierwsza część „Poezyj”), składa się z 14 ballad. W kieleckim wydarzeniu fabułę wyznaczają: „Lilije”, „Świtezianka”, „Romantyczność” i „Dudarz”.

Spektakl otwierają recytacje tekstów Mickiewicza wykonane przez seniorów (grupa ze Świętokrzyskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku) biorących udział w przedstawieniu. To nieco nużący, ale ze względu na formułę projektu konieczny fragment. Po tym widz i słuchacz już obcuje z wydarzeniem na wysokim poziomie artystycznym – zapierającym dech (u wielu widzów w tzw. maseczkach, których absurd używania dowiedziono już w setkach randominiozowanych badań)  - występem tancerzy KTT, znakomitej choreografii  wyłonionych w drodze konkursu i wartych zapamiętania Katarzyny Myrdy („Lilije”, „Romantyczność”) i Dawida Pieroga („Świtezianka”, „Dudarz”). Klimatu dopełnia łamiąca konwencje ballady muzyka w wykonaniu Zespołu Trzy Dni Później (powstała na specjalne zamówienie KTT, jej autorką jest Joanna Piwowar-Antosiewicz, liderka zespołu) i niezawodnej kieleckiej Fermaty. Onirycznego klimatu widowisku dodaje scenografia Luigi Scoglio i znakomite projekcje multimedialne Karoliny Jacewicz.

W przyszłym roku przypada dwusetna rocznica powstania „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza. Spektakl prezentowany w Kielcach jest – jak to określają jego organizatorzy - przedtaktem do roku jubileuszowego, w którym widowisko zostanie rozbudowane dramaturgicznie.

„Spotkanie różnych pokoleń i wspólna próba odczytania przełomowego dzieła polskiej literatury romantycznej jest wyzwaniem, które wymaga połączenia środków ekspresji takich jak taniec, aktorstwo, multimedia i …prawda. Tylko w ten sposób pokażemy aktualne tematy poruszone przez Mickiewicza 200 lat temu. Mądrość i doświadczenie seniorów, skontrastowane ze świeżym spojrzeniem młodych choreografów w ruchu scenicznym pozwoli znaleźć nowy język, który może dotrzeć do dzisiejszej publiczności. Zbudujemy światy, które łączą rzeczywistość z rytuałem, literaturę z ruchem scenicznym, poezję z codziennością” – mówił przed premierą reżyser widowiska Michał Znaniecki. Ten znany twórca ma już duże doświadczenie w pracy  z tzw. wykluczonymi, których na scenie w Kielcach reprezentują seniorzy.

A jak wygląda ten „nowy język” i czy przypadnie Państwu taka formuła do gustu – już musicie doświadczyć tego sami.

Ja osobiście nie lubię sięgania po „wykluczonych” w jakiejkolwiek dziedzinie nie tylko sztuki. A sama sztuka jest niedemokratyczna i niesprawiedliwa, nie dzieli się na profesjonalną i nieprofesjonalną tylko taką, która porusza lub czyni obojętnym, a żeby zachwycić musi najpierw dzielić. I wolę żeby tak pozostało. Bowiem tworzenie parytetów zawsze się kończy tym samym – beneficjentami upowszechniania są upowszechniacze, łączenia „łącznicy”, a „wykluczeni” i artyści zostają z kieszeniami pełnymi satysfakcji.

Krzysztof Sowiński

O smutku tworzenia i tworzenia końcu…

 

(12 grudzień 2021)

„Często mówimy o radości tworzenia, a czy smutek tworzenia to jest jakiś gorszy?” – dzieli się swoją zaskakującą łamiącą stereotyp, wartą zapamiętania refleksją Jerzy Bednarski, artysta fotografik z Kielc.

Wypowiada się ze szczególnego powodu – właśnie wydał „Pheromones” – imponujący album składający się z części zdjęć, które ten zasłużony i znany w naszym regionie artysta tworzył przez długie lata.

Rzeczywiście zamieszczone w publikacji akty utrzymane są w większości przypadków - w atmosferze nostalgii, smutku i nieuchronnego przemijania.

Ich twórca osobiście dokonał wyboru zdjęć. Nie pomaga też odbiorcy w ich „odczytaniu”  - akty są pozbawione kontekstów, np. informacji o czasie kiedy powstały… Ba… artysta nawet w swojej książce nie numeruje stron. Biorąc pod uwagę, że modelki na zdjęciach występują nieubrane, trudno nawet studiując szczątkowe części kobiecej garderoby, które możemy zauważyć na fotografiach, dociekać na podstawie trendów w modzie czasu ich powstania. Jakby artysta chciał powiedzieć „coś” o zataczającym kole historii, metaforze tak charakterystycznej w myśleniu o przemijaniu w naszym kręgu kulturowym.

Akt, czyli ukazanie ludzkiego ciała, zwłaszcza kobiecego, to jeden z najbardziej nośnych tematów w malarstwie i fotografii. Sięgało po niego wielu, także w kieleckim środowisku fotografików, ale nielicznym w kraju udało się coś istotnego na ten temat pokazać. Do tego grona można zaliczyć fotografie Jerzego Bednarskiego, który jak się to mawia wypracował - swój idiom.

Artysta podzielił swoje prace w albumie na grupy, którym nadał tytuły, a może raczej hasła, słowa wywołujące pewne asocjacje. Np. pierwsza część zdjęć poprzedzona jest zwrotem „Dyskretne trwanie”. Dla mnie ten zwrot brzmi tutaj akurat przekornie. Bo w tym miejscu znajdziemy czarno-białe zdjęcia nagich kobiet jakby uwięzionych w pół przeźroczystych tkaninach (kojarzące mi się ze współczesną wersją całunów, albo artystyczną reperkusją tego co znaleziono pod gruzami Pompejów). Często są to kobiety pozbawione twarzy, z wyeksponowanymi intymnymi częściami ciała. Te młode osoby nie wzbudzają jednak dreszczyku erotycznych emocji u odbiorcy, ale niepokój, o to - że np. łatwo mogą stać się ofiarami nadużycia. Są jakby zatrzymane w nieczasie i być może dopiero po uwolnieniu („wylarwieniu?) rozpoczną swoje nowe i na dodatek to właściwe życie. Tę część albumu kończy zdjęcie kilku kobiet jakby zapakowanych do poziomych półek w szafie. Oczekują na „swoją kolej” w istnieniu? Zwłaszcza w dobie fałszywej pandemii i na jej bazie wprowadzanemu krok po krok, (chciałoby się powiedzieć - półka po półce, przy bierności większości „prawych” i „lewych” ludzi) – totalitaryzmowi tak bezczelnemu i tak potężnemu, że po tym „wszystkim” Auschwitz będziemy wspominali tylko jako lokalną zbrodnię   te zdjęcia jakby prowokują do zadania pytania – kto się bawi naszym życiem? Kto? Kto nie pozwala nam spokojnie żyć i zgodnie z naturą oddychać? Kto nas tak bezwzględnie okrada z naszych własności? Kto gwałci nasze prawa? Bednarski bowiem jakby wiedziony prekognicją – pokazuje także i zdjęcia na których kilka pięknych kobiet ma zakręcony ciasno woal wokół twarzy, poddanych jakby procesowi duszenia i zagłady.

Kolejna partia zdjęć nosi tytuł „Harmony”. Tutaj mamy do czynienia z nagimi kobietami leniwie przeciągającymi się na morskim piasku (ulubione miejsce pracy Bednarskiego to był letni Hel), czy ogrodowym fotelu. Ale wiele i z tych nawet budzi u odbiorcy jakiś bliżej nieokreślony niepokój. Proces bowiem został uruchomiony – nasz świat się właśnie kończy.

Reasumując. Jednak ile bym się nie naprodukował na ten temat, jak długo bym nie przekodowywał – to nic nie zastąpi osobistego spojrzenia na te zdjęcia. Do czego zachęcam.

„Wschód piersi/ Gdy dłoń nieba dotyka/ I przełęcz świetlista/ włosów/ to niebo kochać chce/ i Człowieka”. To jeden z tekstów poetyckich, które towarzyszą zdjęciom, jakie powstały z inspiracji pracami Bednarskiego. Ich autorką jest poetka Magdalena Szczykutowicz. Teksty te są w dwóch wersjach polskiej i angielskiej. Na ten drugi język przysposobiła je specjalista od przekładoznawstwa doktor Agnieszka Majcher.

Jerzy Bednarski powiedział, że tym albumem żegna się już z fotografią. „Swoje już zrobiłem” powiedział. Twierdzi, że teraz zostało mu już tylko posprzątanie pracowni.

Miejmy nadzieję, że to jednak nie koniec, że np. ktoś jeszcze temu zasłużonemu artyście zorganizuje, w jakimś godnym jego talentu miejscu, wystawę tych zdjęć. Pewnie w dużych formatach tym bardziej ujawnią swoje niepokojące umykające słowu piękno. Tak piękno. Bo Jerzy Bednarski przez długie lata w swojej w twórczości tropił i kreował piękno i je nam pokazywał.

Krzysztof Sowiński

 


wtorek, 15 lutego 2022

Przywrócić rozumienie rzeczywistości w epoce irracjonalności

 


 „Imperium Klausa Schwaba. Jedna planeta, jedna ludzkość, jeden zarząd” (2022), to jeszcze pachnąca drukarską farbą książka filozof, specjalistki od sterowania społecznego Magdaleny Ziętek-Wielomskiej.

To jest pierwsza publikacja, która w szerszym kontekście pozwala nam zrozumieć, to co się dzieje we współczesnym świecie przez ostatnie blisko dwa lata, które my nazywamy czasem „pandemii”. Okresie który odebrał nam pod pretekstem nieweryfikowalnej w kategoriach nauki „walki” z wirusem – najbardziej istotne prawa obywatelskie i z takim trudem, i za taką straszną cenę wywalczone przez naszych przodków prawa człowieka. Czasie w którym dokonano skutecznego ataku także na nasze dobra materialne.

„Jako osobę zajmującą się sterowaniem społecznym interesuje mnie kwestia tego, gdzie kryją się ośrodki realnie sprawujące władzę w świecie. Kwestią oczywistą jest to, że piastowanie określonego stanowiska nie oznacza posiadania władzy. Co więcej, większość współczesnych politycznych stanowisk to atrapy, za którymi mogą ukrywać się globalistyczne ośrodki władzy. Zaczęłam badać, co dokładnie robi Schwab i co się dzieje w Davos – mówi w jednym z wywiadów autorka.

Kim jest tytułowy Klaus Szwab? To założyciel Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, człowiek który w 2020 roku ogłosił Wielki Reset. Warto wspomnieć, że historię ludzkości  ten ekonomista-ideolog podzielił na tę „After Christ” i „After Coronavirus” – sygnalizując swoje ambicje nie tylko światowego lidera w dziedzinie ekonomii. Zatem z punktu antropologii nowym mitem ludzi – już to obserwujemy od lat - jest Mit Matki Ziemi, a jego kapłanami są globaliści. Szwab to także autor wpływowych książek – „COVID-19: The Great Reset” i „Czwarta rewolucja przemysłowa”. Wyraził w nich pogląd, że nasz dotychczasowy świat trzeba przebudować od podstaw. A nowe technologie połączą ten fizyczny, cyfrowy i biologiczny – w wyniku czego powstanie „nowy człowiek”. (W istocie zamysł ten - to skuteczny atak na cywilizację łacińską – opartą na greckiej logice, rzymskim prawie i chrześcijańskiej etyce - sprzeczną z marzeniami o dominacji „Szwabów”).

Tzw. Nowy ład zaproponowany na bazie „pandemii” stanowi początek świata zaplanowanego w kręgu tego niemieckiego ideologa. Trzeba od razu zauważyć, że to niebezpieczna wizja, w której wąskie grono globalistów dzięki technologii sprawuje absolutną władzę nad resztą społeczeństwa, kontrolując każdy ich aspekt życia, a nawet tego życia długość. (O takim świecie marzył jeden z poprzedników Szwaba – także rzecznik stworzenia „społeczeństwa stabilnego”, filozof Bertrand Russell (1872-1970). Dowodził, że m.in. dzięki nowym technologiom w przyszłości „bunt owiec przeciwko wilkom nie będzie możliwy”). Mamy już tę technologię i już dziś czujemy tego przedsmak - widać jak można nie tylko utrudnić, ale i uniemożliwić życie „nieposłusznym” (wg globalistów) obywatelom.

Wielomska-Ziętek w swojej pracy na bazie ogólnie dostępnych dokumentów, wyjaśnia źródła inicjatyw Szwaba i szeroko niebezpieczeństwa, które nam z tego tytułu grożą.

„Celem tej i kolejnych publikacji jest przywrócenie rozumienia rzeczywistości w epoce dominacji irracjonalności, która stanowi prawdziwą esencję Nowego Mitu - wyjaśnia filozofka.

To na bazie tej „nieracjonalności” (prekursorem tego nurtu był m.in. religioznawca Frederic Spiegelberg, który postanowił obalić „tyranię abstrakcyjnego rozumu”) – globaliści zbudowali wewnętrznie sprzeczną narrację o „pandemii”. Te opowieści przekazywane przez zorkiestrowane mass media ponad 50 proc. zarządzanych strachem obywateli w każdym z „demokratycznych” społeczeństw przyjęło, wbrew faktom za rzeczywistość. Ale tylko kilka procent otwarcie mówi temu swoje „NIE!”.

Ta nowa rzeczywistość, to świat w którym każdy może być chory i poddany terapii wbrew swojej woli. A o tym kto jest chory nie decydują już objawy (pojawiło się bowiem pojęcie chorego bezobjawowo), ale niediagnostyczny test i urzędnik orzekający na tej bazie o losie konkretnego człowieka. Świat w którym noszący stygmat „zakażonego” są utożsamiani  z chorymi. Świat w którym przy pomocy techniki cyfrowej oznacza się i dzieli całe grupy ludzi, poddaje się ich także nieracjonalnej i sprzecznej z zasadami nauki o medycynie izolacji, a co najgorsze łamiąc prawo – inwigilacji. Świat w którym „niezaszczepiony” jest stygmatyzowany i oskarżany za to, że jakoby zagraża „zaszczepionemu”. Świat w którym już niektórzy politycy śmiało mówią o fizycznej likwidacji opornych.

Jak podpowiada Magdalena Wielomska-Ziętek jeszcze nie przegraliśmy walki z globalistami. Jeszcze możemy przeciwdziałać naszemu uprzedmiotowieniu – a skutecznym narzędziem jest do tego edukacja. A najważniejszym teraz celem jest przerwanie narracji globalistów powołujących się na pseudonaukę reprezentowaną teraz w mass media przez funkcjonariuszy Nowego ładu i wskazanie prawdy.

Jest jeszcze jedno szczególne niebezpieczeństwo które grozi tylko Polakom – jasno je formułuje filozofka. „Klaus Schwab, […] do tej skomplikowanej układanki wnosi jeszcze jeden element: niemieckie koncepcje imperialne i gospodarcze, które wyrastają z niemieckiej tradycji potępiającej indywidualizm i liberalizm. Pod ich sztandarami Adolf Hitler rozpoczął w 1933 r. swój własny Wielki Reset, który wtedy przegrał z liberalizmem i komunizmem”.

Krzysztof Sowiński

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Sprzedać się systemowi…


Nie znoszę kreowanego przez main stream systemu autorytetów. Tym bardziej nie mam ambicji znaleźć się w takim gronie, także znawców teatru. Nie mam też możliwości aby osobiście, metodycznie śledzić, to co się dzieje na polskiej scenie. Ograniczam się zatem głównie do kieleckiej.

W zasadzie to piszę bardziej felietony m.in. o teatrze niż fachowe recenzje. Pasjonuje mnie głównie transfer idei jaki dokonuje się także poprzez teatralny spektakl.

Najczęściej widzę, że nie mamy do czynienia nawet z próbą (!) ryzyka stworzenia osobistego dzieła sztuki scenicznej, tylko ze schematycznie skonstruowanymi politpoprawnymi agitkami pokazywanymi w teatrze, opartymi o tzw. dekonstrukcję. Ta ostatnia w istocie przejawia się masakrowaniem tekstu źródłowego i opluwaniem ze sceny „drobnomieszczańskiej” publiczności. Jestem dosyć osamotniony u „nas” w moich rozważaniach. A może… rzeczywiście po prostu, jak mówią moi znajomi związani z teatrem, tylko się złośliwie przyp…?

Jednak jak się okazuje podobne opinie na temat współczesnego teatru maja także i inni. Nie należy ich tylko szukać w nurcie zorkiestrowanego main streamu. „Od wielu lat sprzeciwiam się tej patologii toczącej polski teatr, której zawdzięczamy zmniejszenie frekwencji w teatrach z jakichś 9% społeczeństwa do zaledwie, niecałych 2% w przeciągu ostatnich 30 lat” – pisze ostatnio na swoim blogu reżyser Grzegorz Kempinsky. Niestety, ja też obserwuję ten odpływ widzów także i u „nas”.

 „Zawdzięczamy to głównie tak zwanej spółdzielni teatralnej, inaczej zwanej grupą dzierżącą władze w teatrze [….], którzy pod płaszczykiem pseudointelektualnej głębi oraz wzniosłych politycznych haseł takich, jak „wolność”, „równość”, „tolerancja”, „demokracja”, „uchodźcy”, „weganizm”, „prawa kobiet”, „mniejszości  seksualne”, „prawa czarnych”, “prawa Eskimosów”,  itd., itp., etc., robią pseudo-teatr” – dodaje krytyk.

O wiele ostrzejszą diagnozę współczesnego polskiego teatru przedstawia osoba, zapewne bojąc się stygmatyzacji, ukrywająca się pod pseudonimem Rita Blackwood: „Dla mnie jednak problemem są nie tylko wystawiane dziś “sztuki” ale także aktorzy. Na stare pokolenie aktorów od dawna nie mogę patrzyć, bo większość nie przedstawia sobą, żadnych głębszych ludzkich wartości, co bardzo wyraźnie pokazały ostatnie, blisko już dwuletnie czasy tzw. pandemii. Ci ludzie niemal jak jeden mąż pogalopowali sprzedać się systemowi, tak jak kiedyś sprzedawali się za odpowiednią sumę ubecji”. Niestety to prawda. Zrobili to tak „lewicowcy” jak i „prawicowcy”.

Dostało się od niej i młodym: „Natomiast młode pokolenie aktorskie, to w większości jakieś dziwaczne beztalencia […]. I ci “młodzi” aktorzy jeszcze bardziej niż ich starzy koledzy nie mają kręgosłupa, moralności, samokrytyki ani godności […]”.

To smutna… zgodność z rzeczywistością – także osobiście obserwuje jak wielu znanych mi ludzi wbrew swoim deklaracjom (wybaczam tym, którzy to robią z niewiedzy, bowiem wiem jakiego prania mózgów doznali w szkole i co gorsze - na uniwersytetach) przyjęło dominujący język „nurtu teatru krytycznego” i zręcznie z nim płynie czerpiąc z tego profity realizując „przy okazji” osobiście ideę „godnego życia” (drobnomieszczańskiego?). Oczywiście jak przystało na „wyzwolicieli” „uciśnionego prekariatu” z… podatków „drobnomieszczan”.

Uważam jednak, że mamy sporo utalentowanych aktorów (i aktorek) młodego pokolenia także w Kielcach, z których wielu jest zwyczajnie zdezorientowanych, uległo propagandzie. Ale – jak historia przekonuje – wielu z nich zobaczy w końcu świat jakim on jest w istocie, któremu trzeba dać świadectwo – złożony, wymykający się mono przyczynowym diagnozom ich aktualnym autorytetom  – reżyserom-ideologom.

Na koniec zostaje pytanie jak mogło do tego dojść? Podpowiada nam publicysta Krzysztof Karoń: „Przedstawiona w 1967 r. przez aktywistę Rudiego Dutschke koncepcja „marszu przez instytucje” [także kultury, przejęta od tzw. Szkoły frankfurckiej] była prosta […]. Jej podstawowa myśl sprowadza się do tego, że jeśli instytucje starego systemu okazały się trwałe i odporne na ataki rewolucji, to należy z tych „zewnętrznych” ataków zrezygnować, ale wprowadzić do tych instytucji swoich ludzi, którzy je zniszczą od środka. Hasłem marszu przez instytucje było „wywrócić cały ten sklep do góry nogami”.

Więc jak można, to wywracają.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 7 listopada 2021

Metoda „na Szwejka” bardziej żywa niż Lenin


Monodram to niebezpieczna forma sztuki. Na scenie mamy tylko jednego człowieka i może on nas szybko znużyć. Ale nie Mirosław Bieliński! Był sam, ale za to odgrywał kilka postaci. A my widzowie mieliśmy poczucie obecności na scenie - tłumu. Muszę to szczerze powiedzieć - to rewelacyjna kreacja!

„Nazywam się Szwejk. Józef Szwejk” – to najnowsza propozycja teatru Tetatet w reżyserii Sławomir Gaudyna. "Jest to luźna adaptacja książki Jaroslava Haska, w brawurowym wykonaniu Mirka Bielińskiego. Spektakl opowiada o idiotyzmie i bezsensowności wojny. Porusza temat człowieka wrzuconego w wojskowe tryby, który potrafi poradzić sobie dzięki dziecięcej naiwności i dobroduszności. Demaskuje głupotę przełożonych i rządzących" – mówił o spektaklu reżyser.

Ja się nie zgadzam z reżyserem i z tą kanoniczną interpretacją „Dzielnego wojaka Szwejka”, powieści (1921) Jarosława Haszka. Oczywiście wojna jest bezsensowna z punktu widzenia zwykłego człowieka. Natomiast z punktu ludzi wielkiej władzy jest koniecznym narzędziem zdobywania jeszcze większej władzy, bogactw i kontroli społecznej. Więc ma jak najbardziej sens. Chiński ekonomista Song Hongbing autor głośnej publikacji pt. „Wojna o pieniądz” (2009) przytacza słowa matki bankierskiego rodu Rothschildów z okresu międzywojennego, która miała powiedzieć: „Gdyby moi synowie nie chcieli wojen, to by tych wojen nie było”. Wybitny polski poeta Julina Tuwim przyczyny i sens wojen w poetyckiej formie wskazuje  w słynnym wierszu zatytułowanym „Do protego człowieka” (1929). Acha… Nie łudźmy się, że te rody i ich pragnienia wyginęły. Właśnie złapały nas „za mordy” pod pretekstem „pandemii”.

Warto napisać kilka zdań o autorze „Dzielnego wojaka Szwejka”. Był włóczęgą, anarchistą, dezerterem, wchodził w konflikt z prawem, był alkoholikiem, komunistą, fanatycznym rewolucjonistą działającym w Armii Czerwonej, być może nawet uczestnikiem w zbrodniach wojennych. Ukrywał się przed zwykłymi Czechami, którzy byli po drugiej stronie barykady. Miał za sobą próbę samobójczą, która była bardziej zabawna – w szwejkowskiej poetyce - niż przerażająca. Chcąc to zrobić postanowił skoczyć z mostu do Wełtawy, ale woda była akurat… zamarznięta i skok ten skończył się dla pisarza tylko na drobnych potłuczeniach. Miał Haszek także i swój epizod kielecki. Najprawdopodobniej w 1904 roku został z niewyjaśnionych (włóczęgostwo, nielegalne przekroczenie granicy?) do dziś powodów osadzony i uwięziony na kilka dni w jednym z budynków urzędu miejskiego. Na pamiątkę tego wydarzenia przy ul. Leśnej możemy spotkać pomnik… Szwejka.

„Zawsze pociągała mnie ta postać, chociaż zdaję sobie sprawę z trudu, jakim jest jej zagranie. Ryzyko jest wpisane w nasz zawód, a ja mam nadzieję, że sprostam oczekiwaniom widzów, wcielając się w wymarzoną rolę” – mówił przed premierą Mirosław Bieliński. Ten aktor uważa, że Szwejk jest postacią ponadczasową, a mentalność ludzka pozostaje taka sama. Podjął wspomniane ryzyko i zaprezentował się rewelacyjnie! Odegrał postać pozornego idioty, a w rzeczywistości człowieka prawego, który zamiast stosować jak jego oprawcy kontr przemoc, pokazuje absurdalność ich działań, używając legendarnego humoru i ironii. Zamiast negacji rozkazów za co Szwejk byłby pewnie surowo ukarany, żołnierz ten interpretuje  swoimi działaniami regulamin wojskowy z taką żarliwością, że w konsekwencji ośmiesza cały ten system oparty na absurdzie i dominacji.

Od nazwiska Szwejka w czasach PRL pogardliwie nazywano żołnierzy zasadniczej służby wojskowej „szwejami”. Pamiętam – jako ten, który służył (przymusowo) w wojsku w połowie lat 80 XX wieku, że kiedy udawaliśmy przed naszymi przełożonymi głupszych niż byliśmy w rzeczywistości, oni mówili wtedy: „Nie odgrywajcie nam podchorąży tutaj Szwejka”.

Przypominam sobie część mojej służby wojskowej, którą odbywałem w jednostce na Bukówce. Ówczesny dowódca pułku (pewnie to teraz neoliberał ze świetną emeryturą)  chciał nas kilku absolwentów szkoły podchorążych rezerwy ukarać za „nieregulaminowe” zachowania (kążdemu z nas zapewne zagnieździł się głowie jakiś mniejszy lub większy, grubszy czy chudszy Szwejk) i postawił nas na placu apelowym i poddał długiej, wyczerpującej musztrze. (Nie umieliśmy m.in. wg dowódcy pułku „chodzić” po żołniersku). Ale jakbyśmy nie próbowali  to dobrze zrobić, rezultat był zawsze oceniany na „niedostatecznie”. Wtedy mój kolega niedoli podchorąży Mariusz Cyrański – zaczął chodzić po placu nieskordynowanym krokiem aktorów grupy Monty Pythona. Reszta poszła jego śladem. Bojąc się kompromitacji dowódca jednostki kazał nam natychmiast z placu „sp….”. Co rychło uczyniliśmy. Metoda „na Szwejka” zadziałała.

Krzysztof Sowiński