Pytałem kiedyś moją babcię Stanisławę Sowińską -
dlaczego po wojnie nie usunęła ze swojej ręki wytatuowanego niebieską farbą przydzielonego jej numeru. Tych kilku cyfr. (Zwłaszcza zapamiętała się we mnie "czwórka" - nakreślona trzema wykonanymi wprawioną już dłonią - prostymi, bez balastu kwiecistej retoryki przeszłości, zapowiadającej przyszłość pozbawioną uprzedzeń metafizyki). Numeru więźnia
niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, którym była.
Wtedy jeszcze żyło wielu świadków tamtych czasów i nikt jeszcze nie śmiał wypowiadać na te tematy absurdów - typu: "Dlaczego się nie zbuntowaliście?", albo skierowanego do Polaków - "Byliście przecież w mordzie wspólnikami "nazistów". Albo: "Mogliście ocalić więcej Żydów". Ulicami nadal chodziło wielu z takimi błękitnymi numerami, wielu wojennych inwalidów, wiele wdów i jeszcze więcej już dorosłych sierot. Niektórzy złorzeczyli, inni w kościołach i synagogach dziękowali Bogu za ocalenie.
A pozostawiony numer nie musiał być świadectwem czasów, kiedy uprzemysłowiono zabijanie ludzi, ale nieludzi. Każdy wiedział kto TO zrobił i komu.
Już dokładnie nie pamiętam, co mi
odpowiedziała. Przypominam sobie tylko jakiś jej nieskończony gest. Zadławione słowo. Skamieniałe spojrzenie, które potoczyło się do jej wnętrza. I ten moment jak skurczyła się jak przed uderzeniem pałką w głowę i była znowu w obozowym niebie. Po chwili ocknęła się i powiedziała: "Rozbolała mnie znowu głowa. Tyle razy mnie w nią uderzano...". I musiałem znowu obiecać, że się będę dobrze uczył. I że będę "dobrym człowiekiem". I nie będę grymasił przy jedzeniu.
wtorek, 28 stycznia 2020
środa, 22 stycznia 2020
I moje psie słowa
Bałem się tej książki. Nie chciałem też wchodzić komuś
ze słowobutami w jego sprawy osobiste,
a zwłaszcza ostateczne… Ale z drugiej strony skoro są jej egzemplarze
adresowane także do wielu czytelników... Z reguły nie czytam takich rzeczy, bo
okazują się katalogiem spotkań osoby znanej (tutaj aktora) z innymi tzw. sławnymi
ludźmi. Nie interesuje mnie to w ogóle.
Na szczęście nie jest taką najnowsza, propozycja Jana
Nowickiego zatytułowana Moje psie myśli.
To rzecz (jak się cieszę!) „bez wygórowanych ambicji wiedzy”, jak pisał Miłosz
w Rodzinnej Europie, w której to
podmiot selekcjonuje arcyludzkie i powszechnie wydarzające się doświadczenia i
przeżycia. A całość zachwyca i wzrusza.
Zacierają się współcześnie gatunki literackie. Zaciera
granica tego, co kiedyś nazywaliśmy fikcją literacką, a co dokumentem. W tej
książce możemy dostrzec coś, co kiedyś nazywaliśmy autobiografią. Jest to rzecz
wyznaczona, mówiąc współczesnym językiem krytyczno-literackim – biotropicznym
cyklem życia: dzieciństwem, dorastaniem, dojrzałością i starością. Kiedyś powiedzielibyśmy – archetypani Junga. Pojawiają
się w tej opowieści także znajomi (czasami naprawdę niezwykli! Sam ich spotkasz
Czytelniku!) i członkowie rodziny pisarza, który swój tekst dedykuje wnukowi
Piotrowi. A wszystko jest ujęte lapidarnie. Przypomnijmy. Lapidarius znaczy
tyle po łacinie, co „dotyczący kamieni”, to inaczej zwięzły jak napis na
kamieniu. Nagrobnym. Motyw rodzinnego grobu i eskhumacji odnajdziemy także i w
tej książce, w części zatytułowanej Ocalić
pył. A tę zwięzłość w całej.
Jak twierdzi badacz i psycholog Jerzy Trzebiński
autonarracje nadają kształt życiu człowieka. Ale Jan Nowicki, wie – podpowiada mu
doświadczenie, w tym śmierci bliskich i znajomych – że ten chwilowy kształt
nadany przy pomocy słów, za chwilę unieważni panująca powszechnie w świecie
erozja. Dlatego nie stawia tyle akcentu na przypominanie zdarzeń i działań, nie
one decydują, ile na wrażenia jakie na nim one zrobiły kiedyś i jakie robią dziś.
Na zderzenie dawnego obrazu jakiegoś konkretu z dzisiejszym.
To nie pierwsza książka tego pisarza, wydał już bowiem
m.in. takie jak: Między niebem a ziemią,
Mężczyzna i one, Białe walce, Dwaj panowie.
Wspomnijmy przy okazji o wątku Świętokrzyskim – Jan Nowicki od kilku lata pisze
także felietony w Kieleckim Magazynie Kulturalnym Projektor. (Niestety periodykowi temu finansowanemu dotychczas
przez kielecki samorząd grozi właśnie upadek). W rezultacie widać u tego
znanego aktora sprawność pióra, umiejętność gry słowem, a co ważniejsze także
milczeniem. Mamy do czynienia ze stylem na najwyższym poziomie, chociaż może
się znaleźć odbiorca książki, który się pogubi, nie przyzwyczajony do podążania za subtelnymi nićmi narracji i nie
będzie wiedział długimi momentami, kto i do kogo mówi. Ale to co zdumiewa to
rozległy słownik literata, na tle którego widać tym mocniej ubóstwo leksykalne młodych
pisarzy.
Rozdział pt. Z
głębokości, można potraktować jako samodzielny utwór (i nie tylko ten). W
zasadzie powinienem przepisać go tutaj i zamilknąć.
Tyle się teraz mówi o zookrytyce i zoonarracjach (to
narracje z perspektywy zwierzęcia), jak się to robi i z jaki efektem
współczesne badaczki powinny zobaczyć u Jana Nowickiego. Historia pogrzebanego
żywcem i nie zabitego, (brutalne uderzenie łopaty, chciałoby się powiedzieć jak
to bywało często na wsi, skończyło życie jego czwórki niechcianego przez
człowieka rodzeństwa), z powodu pośpiechu pieska, wydobytego przez kilkuletniego
chłopca, który się przemienia na „uszach” czy „oczach” czytelnika nagle w
osiemdziesięcioletniego starca Jana Nowickiego – nie tylko wstrząsa, ale także głęboko
wzrusza. Jest to najkrótsza historia dorastania z jaką miałem do czynienia, w
tym do człowieczeństwa będącego „owocem” spotkania ze zwierzęciem i osiągania
wieku sędziwego, jaką czytałem. Narratorem jest… ów piesek, szczeniaczek. Pisze
Nowicki: „Ocalałem! Co ja mówię! [..] ocalał on”. Opowiadacz wskazuje chłopca,
który wygrzebał bezradne zwierzątko spod warstwy śmierci i zapomnienia. W wieku
kilku lat chłopiec stał się nie wiedząc nawet o tym, bodhisattwą, o którym tak
rzecze sutra Dziesięciu Szlachetnych Bhumi:
Łagodny i pozbawiony arogancji, wolny od fałszu i obłudy/ Oraz pełen
miłości dla wszystkich czujących istot.
Dlatego, że to autobiografia, to możemy snuć
domniemania, czy chłopiec jako dorosły także zachował tę łagodność i brak
arogancji przez całe życie?
Moim „konikiem” jest śledzenia transferu idei jakie
można zauważyć w tekstach, także literackich. Najczęściej takiego nieświadomie dokonuje
autor. Ostatnio dużo zastanawiam się jak bardzo trwały ślad pozostawił w nas
komunizm, jego w istocie fałszywa mitologia i język. W rozdziale pt. Roma pisarz zderza bogactwo Watykanu,
skrzącego się złotem z biedą Indii. Pisze o Bazylice św. Piotra: Świadectwo niewyobrażalnej pychy! Bogactwo
skropione wodą święconą zmieszaną z potem i krwią maluczkich. Takiej wizji
„kościoła” uczono nas na lekcjach historii w peerelowskich szkołach i niestety
nie zawsze, i nie wszyscy mieliśmy ją okazję zrewidować. Jeśli prawdą, jest to,
że to co dobre po owocach poznamy, to owocem cywilizacji łacińskiej jest
powszechny dobrobyt w „naszej” części świata, tolerancja i prawa człowieka. A
cywilizacja Indii… jak produkowała nędzę, tak ją nadal produkuje, a obok niewyobrażalnego
smrodu są tam tylko nieliczne enklawy bogactwa. Zacytuję: „Javed Akhtar, poeta
i współtwórca scenariuszy filmowych, pytany kiedyś, dlaczego bohaterowie
bollywoodzkich romansów chodzą po szwajcarskich łąkach, a nie indyjskich
ulicach, powiedział, że gdyby kino miało pokazywać realia, to filmowy bohater
zaraz po wyjściu z domu musiałby wdepnąć w gówno”. My w Europie możemy wdepnąć najwyżej
w psie. Wspomnę, że Japończycy już w średniowieczu, kiedy Tokio nie było
skanalizowane, codziennie beczkami wywozili swoje fekalia daleko za miasto.
Zatem stąpanie po gównie, to nie tylko kwestia stopy życiowej.
Zacząłem tę książkę czytać trochę przez przypadek i…
nie mogłem już przestać. W ogóle czytuję sobie rankiem kiedy wszyscy śpią. Towarzyszy
mi w tym Florek mój mały pies. (Kiedy Florek był szczeniakiem, porzuconego
późną jesienią w odległym zakątku lasku, umierającego z zimna i braku
matczynego mleka znalazł staruszek, mój głuchy ojciec. Jak ten Florek ostatnim
tchem musiał się drzeć! Nihil novi sub sole. Jak widać Nietzsche’ańskie koło
wiecznego powrotu nie „poczywa”). Zatem… Siedzę na zamkniętym sedesie i… czytam
(książkę Nowickiego), a piesek chcąc być ze mną, położył się nawet na kamiennej,
zimnej jesienią podłodze. Czasami patrzy na mnie zaniepokojony, ale tylko w
określonych momentach, np. boi się, że się mogę utopić w wannie. I tym razem zaczął
mi się z niepokojem przyglądać. Poszedłem za jego spojrzeniem, popatrzyłem w
lustro i dostrzegłem starego już faceta, który płacze. Któż to taki? I dlaczego
to robi? I to tak cicho żeby nikogo nie obudzić. Widocznie i jemu jeszcze raz
się przypomniało, tylko teraz jeszcze dobitniej: memento mori.
Ale ostatecznie widzę, że Moje psie myśli nie jest opowieścią o bezsensie życia, ale o jego
afirmacji, która byłaby niemożliwa bez erozji. To była zatem łza szczęścia?
Krzysztof Sowiński
Jan Nowicki, Moje
psie myśli, Wydawnictwo Oficyna Jana, Kielce 2019
piątek, 27 grudnia 2019
Cicha noc
Lata czterdzieste XX wieku w Europie, zwłaszcza w środkowej i wschodniej były nadzwyczaj mroźne, chociaż ludzie ludziom i z ludzi produkowali tyle dwutlenku węgla jak nigdy wcześniej i „Daj Partia” nigdy później.
I wtedy także był straszliwy mróz. Setki podludzi stało, w karnych szeregach wymuszonych ciosami pałek, już wiele godzin na placu apelowym. Zbliżała się wigilia Bożego Narodzenia. Był to któryś już taki wieczór w niemieckim obozie zagłady Auschwitz. Stojący czuli, że już więcej nie wytrzymają ponad to co już wytrzymali. I kiedy dziesiątki miały już upaść i nigdy nie wstać, nagle ktoś zaintonował po polsku - „cicha noc”. A za nim inni w dziesiątkach języków na setki głosów. Nawet ci w wojskowych mundurach zamiast wykrzykiwać „Polnische Schweine”, zaczęli śpiewać „Stille Nacht”.
W grupie podludzi stała także moja maleńka i chudziutka babcia numer 46 499 (z pierwszego transportu do obozu, same Polki). I kiedy przebrzmiały dźwięki „błogosławi nam…”, pomyślała, że to już i dla niej powinien teraz nastąpić koniec. Wystąpiła z szeregu i poszła do obozowego ogrodzenia. Chwyciła druty obydwiema dłońmi, czekała na śmierć. Ale tego wieczoru prąd drutami nie płynął. A strażnik być może wzruszony dźwiękami „Stille Nacht” złamał regulamin i jej nie zastrzelił.
– Wtedy zrozumiałam, że muszę żyć dalej i wrócić do moich synów – mówiła po latach babcia do mnie już urodzonego, a jeszcze żywego. Od tego czasu kiedy mi tę historię opowiadała także minęło wiele jak na człowieka lat. Więc ja już także stary i Wam opowiadam, bo nie ma już czasu na milczenie. Zbliża się bowiem mróz, noc i razy zapewne elektrycznych pałek i – zdaje się że już wkrótce nikt nie zaintonuje „Cichej nocy”.
Zanim to nastąpi Wy także zaśpiewajcie, może ostatni raz:
https://www.youtube.com/
Babciu, prababciu i praprababciu przegraliśmy? Es ist für meine Tochter und die Tochter ihrer Tochter: https://www.youtube.com/
k
O „gotowaniu żaby”?
„Wiśniowy sad”, to najnowsza
propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach. I mogę od razu powiedzieć, że
warto samemu zobaczyć, czy problematyka zarysowana niegdyś przez autora tej sztuki Antoniego Czechowa jest nadal aktualna.
Znany reżyser, Krzysztof
Rekowski miał jednak pecha, akurat w wieczór premiery załamała się pogoda i do
Kielc zawitał niż. Zatem jego propozycja snuła się sennie, zwłaszcza w
pierwszej z dwóch odsłon. Aktorzy z którymi rozmawiałem twierdzili, że tej „oniryczności”
było jednak na próbach zdecydowanie mniej, a tempo większe. Tak to przyroda o
której Czechow pisał że to „[…] bardzo dobry środek uspokajający” nadmiernie
uspokoiła widownię.
Przypomnijmy,
że Czechow to mistrz małych form literackich, w których łączy liryzm z ironią, pokazuje
dramaty zwykłych ludzi, w młodości zapowiadających realizację świata „sprawiedliwości”,
później pragmatycznych do bólu, ale także często pozbawionych woli działania. Jego
teksty są zwięzłe, precyzyjnie skonstruowane, wybrzmiewają w nich m.in. tzw. punkty
kulminacyjne. To co było zaletą jego prozy, było dla współczesnych mu odbiorców
dramatów wadą. Jego debiut dramatopisarski („Płatonow” 1881), zakończył się
totalną klęską. Publiczność oczekiwała m.in. żywych dialogów, brawurowej akcji,
ale takich nie otrzymywała. Zderzyła się z tzw. naturalizmem.
O
czym może być „Wiśniowy sad”? O upadku rodziny ziemiańskiej, szerzej mutacji w
nowe. Czechow widział to jako komedię, a Stanisławski, który mu pomagał – jako tragedię.
Rekowski przed premierą mówił: „Komedia Czechowa jest specyficzną komedią. To
nie jest farsa, lecz pewien rodzaj poetyckiej komedii, groteski ironii”. Ale
myślę, że nie było aż tak wielu momentów do śmiechu. Dodał Rekowski także: „Myślę,
że pójście tropem jakiegoś szaleństwa, nierealnego świata daje możliwości
zupełnie innego czytania i rozumienia Czechowa”.
Poszedł tym tropem. Wg mnie,
nie wiem czy świadomie, ale pokazał szaleństwo utraty instynktu
samozachowawczego. Czy chciał w ten sposób odwołać się do współczesnych społeczeństw
europejskich, które w szaleństwie poprawności politycznej, kontynuują wszystko to
co musi przynieść im zagładę? Przypomnijmy za Orwellem, dla tych ludzi wypracowano
mechanizmy dwójmyślenia - prywatnie
wiedzących, że politruki typu Baumana (fragment jego tekstu także się znalazł w
GT) prowadzą ich do zagłady dekonstruując im ich świat i nie dają nic w zamian,
a przedmiot takich działań bez oporu, w lęku przed penalizacją, oficjalnie temu
przyklaskuje poddając się dyktatowi utopii o „równości”. (A tak w ogóle to - Baumanowi
z jego koncepcją płynnej nowoczesności naprawdę się wydawało, że nie było przed
nim Heraklita z jego wariabilizmem? I drugie pytanie – jak jemu i innym postmodernistom
dało się wmówić wielu inteligentnym także ludziom, że w świecie nie działają
związku przyczynowo-skutkowe? Jak?). Dekonstrukcji (ale raczej w duchu metody uważnego
czytania) dokonał także Rekowski, osłabił dramaturgię utworu z jej małymi i dużymi
punktami kulminacyjnymi, pokazał, według mnie, świat „płynny” wobec którego zastosowano
metodę gotowanej żaby.
Do
tego garnka w ogóle nie wchodził Jermołaj Łopachin (gościnnie w Kielcach Krzysztof
Ogłoza, którego kreacja bardziej przypomina współczesnego biznesmana niż wybijającego
się na kupca i niezależność chłopa, który bez sentymentów zrozumiał, że nawet „wiśniowe
sady” nie mogą być wieczne). Poza garnkiem był także Piotr Trofimow. W roli tego
„wiecznego studenta” Wojciech Niemczyk, ustylizowany niczym postać z „Siekierezady”
(znaczy to coś, czy nic nie znaczy?), postać wybierająca samodzielnie wbrew opowieściom
Baumanów, stałe rysy swojej tożsamości.
Coraz mniejszą rolę w teatrze odgrywa aktor. Nawet w GT nie znajdziemy listy występujących osób, za to mamy biogramy realizatorów, z informacją o tym, że ktoś tam np. zajmuje się „[…] badaniem obszarów szeroko pojętych […]”, jak np. Filip Szatarski, choreograf i tancerz. Bez złośliwości, intryguje mnie jego wkład w ten konkretny „Wiśniowy sad”, propozycję jakby nie patrzeć dość konsekwentnie okrojoną z ponad typowego ruchu. Ale akurat przy tej sztuce warto o aktorach wspomnieć.
Coraz mniejszą rolę w teatrze odgrywa aktor. Nawet w GT nie znajdziemy listy występujących osób, za to mamy biogramy realizatorów, z informacją o tym, że ktoś tam np. zajmuje się „[…] badaniem obszarów szeroko pojętych […]”, jak np. Filip Szatarski, choreograf i tancerz. Bez złośliwości, intryguje mnie jego wkład w ten konkretny „Wiśniowy sad”, propozycję jakby nie patrzeć dość konsekwentnie okrojoną z ponad typowego ruchu. Ale akurat przy tej sztuce warto o aktorach wspomnieć.
W
zasadzie wypadałoby wymienić wszystkich uczestników tego projektu. Ale w humanistyce
nie ma równości, jest tylko propaganda, nepotyzm i subiektywizm. Także i mój. Kiedyś
się chodziło do teatru „na aktorów”. Ja przyznam lubię przyjść na Andrzeja Platę
(u Rekowskiego nawet z małej roli lokaja Jaszy, wyrzeźbił ironiczną perełeczko-pałeczkę i wali nas nią w bereciki),
czy Annę Antoniewicz (jako Ania zaprzestrzeniła sporo uwagi widowni). Lubię też
„chodzić” na Łukasza Pruchniewicza, niepokoi mnie jego maligna, doceniam jego warunki, w jego głosie
pobrzmiewa epoka Englertów, Gajosów, czy Łomnickich – i wiem, jak mu musi być ciasno
na postmodernistycznej scenie. W końcu „coś więcej” pokazał w roli Borisa
Simieonowa-Piszczyka. Nie trudno go oczyma wyobraźni zobaczyć w roli zmęczonego
życiem bohatera jakiegoś pierwszorzędnego dramatu w pierwszorzędnej reżyserii.
Kiedyś Czechow napisał,
że chciałby być wolnym pisarzem, nie chce być zaliczany ani do liberałów i
konserwatystów. Czy Rekowskiemu udaje się chodzić tropem mistrza z minionej
epoki? Jeśli nie jemu, także nie innym, to powoli, a może nie tak znowu powoli, teatr w Polsce, w Kielcach - traci sens istnienia.
Krzysztof Sowiński
czwartek, 19 grudnia 2019
Użyteczni i nieużyteczni
Nie milkną głosy wokół
literackiego „nobla” dla lewi(„cu” i „tu”)jącej ideolożki Olgi Tokarczuk. Umyka
natomiast fakt, że do tej samej nagrody, w tym samym czasie pretendowali: Japończyk
Haruki Murakami, jeden z najbardziej popularnych pisarzy na świecie, najbardziej
poczytna pisarka na świecie, Angielka J.K. Rowling, autorka cyklu powieści Harry Potter i niekwestionowany geniusz
literacki Michel Houellebecq z Francji.
Haruki Murakami, to autor
ponad 30 książek m.in. powieści Kafka nad
morzem, krótkiej Po zmierzchu, zbioru opowiadań – Ślepa wierzba i śpiąca kobieta, a także prozy autobiograficznej (?),
(tę najbardziej lubię z jego dorobku), zatytułowanej O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. W każdej jego propozycji
literackiej można dostrzec korespondencje pisarza z popkulturą (m.in. różnymi
gatunkami muzyki), a jego dzieło jest
kojarzone z tzw. realizmem magicznym. Ukonstytuował wersję japońską. Słowem – Murakami
to „murowany” kandydat do „nobla” od
wielu lat.
J.K. Rowling, to jak już
wspomnieliśmy autorka jednego z najbardziej poczytnych cykli prozy osadzonych w
nurcie fantasy.
Natomiast Michel
Houellebecq, to autor m.in. takich powieści jak: Mapa i terytorium, Uległość,
Cząstki elementarne i najnowszej
(2019) Serotniny. Na każdą z nich czytelnicy
i krytycy czekali z wielkim napięciem i niepokojem. Bowiem ten pisarz, to nie
tylko znakomity stylista, ale i człowiek bezkompromisowy, niezmiennie mówiący
swoim głosem i co istotne – niepoprawny politycznie. Przypomnijmy. Np. w 2001
roku nazwał islam „najgłupszą religią świata”. Wówczas pisarza oskarżano o
„islamofobię”, „szerzenie nienawiści rasowej” i „mowę nienawiści”. Ponownie te
same zarzuty postawiono mu po publikacji jego powieści pt. Uległość. Prezentuje w niej dystopię – w której m.in. prezydentem
Francji zostaje muzułmanin, a kraj przestaje być republiką, staje się wyznaniowym
Jak widać Michel
Houellebecq, chociaż geniusz literacki, w odróżnieniu od „naszej noblistki” – jest
nieużyteczny ideologicznie w budowie najnowszego z serii nowych wspaniałych
światów.
Szkoda też Haruki
Murakamiego. Ale nie jest aż tak trudno wykazać, ze „nobel” dla tego pisarza,
nie daje w tym momencie żadnych korzyści ponadnarodowym rynkom finansowym,
ośrodkom wzorotwórczym. Ten pisarz nie rezonuje bowiem globalistycznych
ideologii, a jego kraj Japonia jest na nie odporny. A Michel Houellebecq jawnie występuje przeciwko
tym matrycom (mówiąc za Erikiem Voegelinem, filozofem podejmującym refleksje
nad totalitaryzmem, także o gnostyckiej pokusie
zbawienia świata i poszukiwania „politycznej doskonałości” ) – imamentyzującym
nasz eschaton.
Wciąż trudno nam
zrozumieć, że literacka nagroda nobla, po przyznaniu jej takim pisarzom
jak: Dario Fo, Bobowi Dylanowi, Elfriede
Jelinek, a teraz Oldze Tokarczuk (to w jej prozie np. Prowadź swój pług przez kości umarłych, dokonuje się gnostycka
relatywizacja pojęć dobra i zła, jej główna bohaterka za zabicie swoich psów
przez myśliwych, karze tych ludzi śmiercią, a jej środowisko pomaga jej uniknąć
za te zabójstwa kary) – to drugorzędna nagroda literacka.
Jak się wydaje Olga
Tokarczuk podzieli los Wisławy Szymborskiej, która i jej dzieło stało się
rodzajem artefaktu muzealnego, zostało przetworzone w skostniały znak. Ten znak
jest systematycznie odkurzany i pokazywany, konstytuuje bowiem pewne narracje dominanta
symbolicznego, podtrzymuje rzeczywistość w którą „wystawca” wierzy i zmusza do
wierzenia innych, a wszelka próba polemiki z samym dziełem jest nazywana „mową
nienawiści”.
Krzysztof Sowiński
Subskrybuj:
Posty (Atom)