piątek, 27 grudnia 2019

O „gotowaniu żaby”?



„Wiśniowy sad”, to najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach. I mogę od razu powiedzieć, że warto samemu zobaczyć, czy problematyka zarysowana niegdyś przez autora tej sztuki Antoniego Czechowa jest nadal aktualna.

Znany reżyser, Krzysztof Rekowski miał jednak pecha, akurat w wieczór premiery załamała się pogoda i do Kielc zawitał niż. Zatem jego propozycja snuła się sennie, zwłaszcza w pierwszej z dwóch odsłon. Aktorzy z którymi rozmawiałem twierdzili, że tej „oniryczności” było jednak na próbach zdecydowanie mniej, a tempo większe. Tak to przyroda o której Czechow pisał że to „[…] bardzo dobry środek uspokajający” nadmiernie uspokoiła widownię.

Przypomnijmy, że Czechow to mistrz małych form literackich, w których łączy liryzm z ironią, pokazuje dramaty zwykłych ludzi, w młodości zapowiadających realizację świata „sprawiedliwości”, później pragmatycznych do bólu, ale także często pozbawionych woli działania. Jego teksty są zwięzłe, precyzyjnie skonstruowane, wybrzmiewają w nich m.in. tzw. punkty kulminacyjne. To co było zaletą jego prozy, było dla współczesnych mu odbiorców dramatów wadą. Jego debiut dramatopisarski („Płatonow” 1881), zakończył się totalną klęską. Publiczność oczekiwała m.in. żywych dialogów, brawurowej akcji, ale takich nie otrzymywała. Zderzyła się z tzw. naturalizmem.

O czym może być „Wiśniowy sad”? O upadku rodziny ziemiańskiej, szerzej mutacji w nowe. Czechow widział to jako komedię, a Stanisławski, który mu pomagał – jako tragedię. Rekowski przed premierą mówił: „Komedia Czechowa jest specyficzną komedią. To nie jest farsa, lecz pewien rodzaj poetyckiej komedii, groteski ironii”. Ale myślę, że nie było aż tak wielu momentów do śmiechu. Dodał Rekowski także: „Myślę, że pójście tropem jakiegoś szaleństwa, nierealnego świata daje możliwości zupełnie innego czytania i rozumienia Czechowa”.

Poszedł tym tropem. Wg mnie, nie wiem czy świadomie, ale pokazał szaleństwo utraty instynktu samozachowawczego. Czy chciał w ten sposób odwołać się do współczesnych społeczeństw europejskich, które w szaleństwie poprawności politycznej, kontynuują wszystko to co musi przynieść im zagładę? Przypomnijmy za Orwellem, dla tych ludzi wypracowano mechanizmy dwójmyślenia  - prywatnie wiedzących, że politruki typu Baumana (fragment jego tekstu także się znalazł w GT) prowadzą ich do zagłady dekonstruując im ich świat i nie dają nic w zamian, a przedmiot takich działań bez oporu, w lęku przed penalizacją, oficjalnie temu przyklaskuje poddając się dyktatowi utopii o „równości”. (A tak w ogóle to - Baumanowi z jego koncepcją płynnej nowoczesności naprawdę się wydawało, że nie było przed nim Heraklita z jego wariabilizmem? I drugie pytanie – jak jemu i innym postmodernistom dało się wmówić wielu inteligentnym także ludziom, że w świecie nie działają związku przyczynowo-skutkowe? Jak?). Dekonstrukcji (ale raczej w duchu metody uważnego czytania) dokonał także Rekowski, osłabił dramaturgię utworu z jej małymi i dużymi punktami kulminacyjnymi, pokazał, według mnie, świat „płynny” wobec którego zastosowano metodę gotowanej żaby.

Do tego garnka w ogóle nie wchodził Jermołaj Łopachin (gościnnie w Kielcach Krzysztof Ogłoza, którego kreacja bardziej przypomina współczesnego biznesmana niż wybijającego się na kupca i niezależność chłopa, który bez sentymentów zrozumiał, że nawet „wiśniowe sady” nie mogą być wieczne). Poza garnkiem był także Piotr Trofimow. W roli tego „wiecznego studenta” Wojciech Niemczyk, ustylizowany niczym postać z „Siekierezady” (znaczy to coś, czy nic nie znaczy?), postać wybierająca samodzielnie wbrew opowieściom Baumanów, stałe rysy swojej tożsamości.

Coraz mniejszą rolę w teatrze odgrywa aktor. Nawet w GT nie znajdziemy listy występujących osób, za to mamy biogramy realizatorów, z informacją o tym, że ktoś tam np. zajmuje się „[…] badaniem obszarów szeroko pojętych […]”, jak np. Filip Szatarski, choreograf i tancerz. Bez złośliwości, intryguje mnie jego wkład w ten konkretny „Wiśniowy sad”, propozycję jakby nie patrzeć dość konsekwentnie okrojoną z ponad typowego ruchu. Ale akurat przy tej sztuce warto o aktorach wspomnieć.

W zasadzie wypadałoby wymienić wszystkich uczestników tego projektu. Ale w humanistyce nie ma równości, jest tylko propaganda, nepotyzm i subiektywizm. Także i mój. Kiedyś się chodziło do teatru „na aktorów”. Ja przyznam lubię przyjść na Andrzeja Platę (u Rekowskiego nawet z małej roli lokaja Jaszy, wyrzeźbił ironiczną perełeczko-pałeczkę i wali nas nią w bereciki), czy Annę Antoniewicz (jako Ania zaprzestrzeniła sporo uwagi widowni). Lubię też „chodzić” na Łukasza Pruchniewicza, niepokoi mnie jego maligna, doceniam jego warunki, w jego głosie pobrzmiewa epoka Englertów, Gajosów, czy Łomnickich – i wiem, jak mu musi być ciasno na postmodernistycznej scenie. W końcu „coś więcej” pokazał w roli Borisa Simieonowa-Piszczyka. Nie trudno go oczyma wyobraźni zobaczyć w roli zmęczonego życiem bohatera jakiegoś pierwszorzędnego dramatu w pierwszorzędnej reżyserii.

Kiedyś Czechow napisał, że chciałby być wolnym pisarzem, nie chce być zaliczany ani do liberałów i konserwatystów. Czy Rekowskiemu udaje się chodzić tropem mistrza z minionej epoki? Jeśli nie jemu, także nie innym, to powoli, a może nie tak znowu powoli, teatr w Polsce, w Kielcach - traci sens istnienia.

Krzysztof Sowiński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz