W teatrze COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem (w
końcu) bezkarnie. Bałem się tego spektaklu, choć bardzo cieszyłem, że
Piotr Szczerski podjął się realizacji „Kordiana”, wychodząc przeciwko
tym, którzy sądzą, że ten dramat i jego konotacje, to szacowne zabytki. A
dzieło Słowackiego udowodniło, że wbrew wieszczykom, co wrzeszczyli
jego koniec, pokazuje swoją uniwersalną, choć nadal swojską, NASZĄ
niezmienną twarz.
Niestety to jest możliwe tylko dlatego, że
bezpośrednia zinstytucjonalizowana przemoc, która jak „wierzyliśmy”
(żyjemy bowiem w czasach „laickiej” wiary, która zastąpiła logikę,
wierzymy, że banki mają pieniądze, rządy rządzą w naszej sprawie, wszystkie leki
leczą, a media mówią prawdę, i wierzymy, że wątpiących trzeba
reedukować) - odeszła w niepamięć, dając miejsce „przymusowi
ekonomicznemu i poprawności politycznej”, jest znowu faktem. Jest nim
naga, brutalna siła, która zawsze się zjawia się jako ostatnie zdanie.
O Słowacki wielkim znawcą ludzkiej psychiki był!
Reżyser
musiał dokonać skrótów tekstu, skoncentrował się na warstwie
politycznej. Polska w jego kreacji to dom wariatów (świetni w ich roli:
Teresa Bielińska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław
Bieliński, Marcin Brykczyński i Janusz Głogowski). Chorzy psychicznie
obywatele wiodą dysputy na szpitalnych łóżkach, m.in. o tym co się
dzieje z ich przywódcami i przywódcami przywódców, a nawet tych jeszcze
wyżej. Szef szpitala-premier (energetyczny Edward Janaszek), podaje im
tworzywo do myślenia – mainstreamową gazetę, która od dawna już tylko
wieszczy trzymając się (bo już dawno dogoniła) za swój własny ogon.
Rzuci też im łaskawie pilota od telewizora, żeby lud wiedział, co jest
ważne w świecie, żeby lud wiedział, kto jest ważny, kto jest równiejszy i
co ma myśleć i co mówić ma lud. To bowiem mainstream dzierży prawdziwy
rząd dusz, który się marzy młodemu Kordianowi (w tej roli nieśmiały,
chwilami zagubiony, jednak nie dotknięty jeszcze manierą, czasami zwaną
doświadczeniem, która (na szczęście) nie może mu przyjść z odsieczą, a
jednak mimo tego dostrzegalnie charyzmatyczny Mateusz Rzeźniczak z
PWSFTviT w Łodzi). Kordiana chciałoby się rzec współczesnym językiem
„wykreowały” upadłe anioły, świetni w tych rolach: Imaginacja - Wiktoria
Kulaszewska (co za wokal!), Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna -
Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda,
z liderującym im w roli Szatana – hipnotyzującym Dawidem Żłobińskim.
Wydobywają Kordiana z kotła, w którym niektórzy widzowie dopatrywali się
urny wyborczej, a inni „smoleńskiego” wraku.
Najbardziej
jednak obawiałem się tych szpitalnych łóżek. To znany, często
eksploatowany motyw, z pacjentami ubranymi w groteskowe, upokarzające
ich koszule, odsłaniające tyłki, wskazujące na człowieka jako
bezpośredniego krewnego pewnego gatunku braci mniejszych. Motyw tworzący
szeroką panoramę - od wielkiego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, po mało,
delikatnie mówiąc, śmieszny serial „Daleko od noszy”. Na szczęście te
sceny skropione światłem ironii, groteski, korespondowały w sprawie i
stały się jej istotnym głosem. Głosem sterowanej i niekiedy wymykającej
się manipulacji ulicy. Czasami „arką przymierza”, kiedy w obłąkańczym
szale, z drewnianymi mieczykami, intonują pieśń z Powstania
Warszawskiego.
A ponad tym głosem widać Piotr Szczerski, choć
nie bez osobistych emocji, wiedzie nas – chciałoby się powiedzieć ku
odwiecznemu platońskiemu sporowi (tym razem ukazanego w formie
chrześcijaństwa, o którym wielki immoralista Nietzsche mówił jako
platoniźmie dla ubogiego plebsu), ze współczesnymi sofistami,
nauczycielami PR. Idealistów z pragmatykami. Tych pierwszych utożsamiał
Kordian, gotowy dla idei młodo umrzeć, tych drugich emanacją był stary
człowiek, marzący o śmierci we własnym sytym po grdykę domu, nazywanym
współcześnie życiem na „godnym” poziomie (przekonywujący Mirosław
Bieliński). Ale – oto pojawia się pytanie - jednak jak żyć na „godnym
poziomie”, na niegodnych warunkach? Ale znajdzie się zapewne stosowny
sofizmat i jakiś problem zastępczy, który zaćmi sprawę, zwany np.
„wykluczeniem” i uspokoi skołatane resztki sumienia.
Być może w
chwilach uniesienia, wielu z nas by chciało być Kordianami, ale w
praktyce zwycięża jednak pierwiastek zdrowszego rozsądku. Czegoż byśmy
to bowiem, nie zrobili nawet dla iluzji świętego spokoju? Gotowiśmy
podpowiada Szczerski wybrać inną iluzję – obietnicę łaski i nagrody,
gotowi brnąć w kłamstwo, w obietnicę sojuszu, mimo, że ten nigdy w
naszej historii nie okazał się faktem. Dlaczego niby tym razem miało być
inaczej? Dlaczego?
W końcu Kordian pada zmęczony własnymi
wizjami i nie zabija Cara (jak wynika z tego Polacy słabo odrobili
lekturę z „Księcia” Niccolo Machiavelliego, który bezpowrotnie przerwał
starożytny Platoński mit, o prawie i porządku jako filarach polis, jak
widać nie wszędzie).
A, że władzy nie sprawują potomkowie
sprawiedliwych, dowiadujemy się z dramatycznego dialogu Cara (w tej roli
bezbłędny, na wskroś wiarygodny i wyalienowany niczym „ruscy szachiści”
Wojciech Niemczyk z Wielkim Księciem Konstantym (brawurowy i
przerażający Krzysztof Grabowski). Ta scena dopełnia ten utrzymany w
dobrym tempie spektakl. Po niej następuje sekwencja, którą widzimy na
wielkim ekranie (z filmu Konrada Łęckiego), ukazująca egzekucję polskich
żołnierzy w Katyniu. Skończyły się żarty, dywagacje i sojusze.
Przemówił towarzysz mauzer. Odpowiedziała mu śmierć, cisza... tzw.
cywilizowanego świata i… brutalne kłamstwo.
A wieńczy moment,
kiedy Szatan chwyta za kamerę i zwraca ją w stronę publiczności, która
na gigantycznym ekranie może też zobaczyć i siebie. Kogo widzicie –
jakby pytał parafrazując Piotr Szczerski – sami siebie widzicie. I mało z
tego tutaj jest do śmiechu.
Wspomnę jeszcze znakomitą, w starej
stylistyce, budującą klimat całości i zamykającą kompozycyjnie - muzykę
Zygmunta Koniecznego i zenistyczną (żeby była jasność – jestem wciąż
początkującym, bez nadziei na progres, kryptozenistą i lubię ten
rzeczownik, wracając do meritum tzn. tyle ile trzeba i nic więcej ponad
to) scenografię Jurka Sitarza.
Pisałem już wcześnie. Chodziło
mi po głowie i języku, że teatry nazbyt często podejmują się wciąż na
nowo rzeczy błahych, wartych co najwyżej korekty u psychoterapeuty,
popadają w schematyzm, w propagandę, uczestniczą w produkowaniu starych w
nowym opakowaniu dyktatów, zamykają debatę, zamiast ją inicjować, a
życie – istotne życie – przetacza się jak huragan w zupełnie innym
miejscu. A teatr go nawet nie dotyka.
A teraz w teatrze
Żeromskiego, a w zasadzie Szczerskiego COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem
tam karnie i nie wyszedłem stamtąd bezkarnie.
„Kordian” to jest
takie zwierciadło, które chcę postawić przed publicznością” – zapowiadał
Piotr Szczerski. Jest głosem w sprawie współczesnej Polski –
dramatyczną, jak przystało na teatr dramatyczny diagnozą i moralitetem.
Bezlitośnie wskazującym kieszonkowy wymiar polskiej klasy rządzących.
Tak małych, że nawet siły zła kreują je bez szczególnej atencji. Ale
jednak na tyle skutecznych, że gotowi są przerwać spór o „Kordiana” już
na zawsze.
I na koniec końca, pozwolę sobie powtórzyć, dedykuję i sobie:
„Lecz jeśli nie zaświeci nic? ... i ból przeminie?
Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?
A potem ciemność ... potem nawet ciemność ginie,
Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,
Że nic nie ma - i Boga nie zapytam, czemu
Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”
Krzysztof Sowiński
wtorek, 5 maja 2015
niedziela, 21 grudnia 2014
Ten ma władzę nad Tobą, komu ją oddasz
"Nie możemy
odpowiadać za emocje,
możemy jednak odpowiadać za zachowania".
Shoma Morita, psychiatra japoński,
"zenista"
Wciąż
słyszę wokół, że „Dzieje grzechu”, to opowieść o dzielnej, niesamowitej
kobiecie i „zdziecinniałych i niedorosłych do swoich ról mężczyznach” - mówiąc
językiem Michała Kotańskiego, reżysera kieleckiej adaptacji tej powieści.
Zastanawiam się - niby
na czym ma polegać ta niesamowitość – na
problemach z oceną rzeczywistości, z przyjmowaniem własnych i zasymilowanych
doświadczeń, na bezradności wobec każdego, kto ma chęć zagrozić bohaterce, a
może wynika z faktu popełnienia dzieciobójstwa?
Może…
Może…. A może to reżyser stał się niewolnikiem „współczesnych odczytań”, w tym
przypadku powieści Stefana Żeromskiego, pod dyktando - ma się rozumieć
nieśmiertelnych jak niegdyś komunizm – teraz jego kontynuacji – opresyjnych
wersji feminizmu i gender.
A suma
summarum wyszło dosyć nudne w pierwszej części widowisko, ciekawe w drugiej. I
zastanawiam się dlaczego ta sztuka pełna atrakcyjnych fragmentów, świetnej gry
aktorów, ze świetną muzyką, scenografią i kostiumami – dla których warto wybrać
się do teatru - nie „zagrała” jako całość?
A
ze schematyczności tego typu propozycji, w pewnym momencie widowiska,
zaśmiewałem się do rozpuchu, choć scena nie była do śmiechu – gwałt na Ewie Pobratyńskiej
(gościnnie w „Żeromskim” Magdalena Grąziowska, którą podziwiam za
„pociągniecie” całości), przez Pochronia (demoniczny Krzysztof Grabowski). Jakieś
dwa tygodnie temu byłem w Krakowie na „Każdy musi kiedyś umrzeć
Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie
Trojańskiej”, tam Odyseusz zgwałcił Eneasza.
Oczywiście obydwie propozycje w
konwencji przebrzmiałego już nieco brutalizmu w teatrze europejskim, ale nadal jak
widać żywotnie przełamującego tzw. tabu w polskim teatrze – czyli obowiązkowo wiszące
członki męskie na widoku publicznym (jeszcze mogę je znieść takie po gwałcie,
ale tylko śmieszą mnie przed). Fiasko takich przedsięwzięć opisuje Slavoj Żiżek
w zajmującym „Lacanie”:
„We współczesnej sztuce często spotykamy brutalne
próby „powrotu do realności” przypomnienia widzowi, ze żyje w fikcji, obudzenia
go ze słodkich snów. (…) Zamiast nadawać tym gestom rodzaj brechtowskiej powagi
i postrzegać je jako wersje alienacji, należy raczej ujawniać, czym tak naprawdę
są – są dokładnym przeciwieństwem tego, za co chciałyby uchodzić”.
I ciężko się z nim nie zgodzić. Ewa Pobratyńska (w
swoim marszu poprzez epoki od tej Żeromskiego, trafiła do współczesnego
Wiednia, symbolizującego los wielu polskich emigrantek?), będzie zgwałcona w
spektaklu Kotańskiego jeszcze raz – jest to zbiorowy, bardziej niedopowiedziany
i… o wiele bardziej przejmujący akt.
Niestety nic dobrego ją nigdy nie spotyka… Bowiem na
widok bohaterki wszyscy mężczyźni dostają seksualnego amoku i aż szkoda, że na
jej drodze Kotański nie postawił jakiegoś sympatycznego homoseksualisty, który
by dał jej chwile wytchnienia, a wtedy – bo już są feminizm, gender,
antyklerykalizm, a nawet nieco polskiego antysemityzmu – dopełniłby się już szkielet ideowy współczesnej polskiej propozycji teatralnej.
Bo jak mówi m.in. Michał Kotański: „Dyskusje wokół
gender też są bardziej projekcją lęków przed tym, co siedzi w nas samych i z
czym nie radzi sobie nasze kulturowe oprzyrządowanie”. A mnie się wydaje od
pewnego czasu, że ta dyskusja, to raczej opór przed kłamstwem i dyktatem, bo
główne założenia gender już zostały skompromitowane (m.in. przez Haralda
Eia, który "zmasakrował" Gender Studies w Norwegii), wielokrotnie
nie tylko w tym dziesięcioleciu. Ale gender nadal dzielnie trwa na froncie
walki z „klerykalizmem” i „ciemnotą” o „postęp” i "świetlaną przyszłość".
A co zadziwiające te ruchy przyjmują organizację
znienawidzonego przez siebie kościoła rzymsko-katolickiego – mają swoich
papieży o strukturze teflonu, hierarchię, tworzą poczty świętych i niezrównane
hagiografie, nie wspominając o sztandarach i procesjach i nie zapominają o
wierzeniach. Na ten temat też miałby wiele do wyjaśnienia Lacan.
Fabuły nie będę opowiadał, bo choć to powieść niezbyt często czytana, to jednak była
już trzykrotnie ekranizowana. Dzień po premierze w Teatrze im. S.Żeromskiego
była debata z szerokim gronem specjalistów literaturoznawców i teatrologów,
która miała odpowiedzieć – czy twórczość Stefana Żeromskiego jest wciąż żywa.
Nie będę jej relacjonował, były tam kamery kilku TV, które zrobią to lepiej.
Gośćmi
specjalnymi byli aktorzy - Grażyna Długołęcka i Olgierd Łukaszewicz, którzy w
1975 roku zagrali główne role w “Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka.
Ograniczę się tylko do symptomatycznej wypowiedzi Grażyny Długołęckiej, która jak
sądzę jest reprezentatywna dla znacznego procentu inteligencji polskiej i
wyraża jej sposób myślenia. Aktorka m.in. stwierdziła, że problematyka
zarysowana tak w powieści jak i adaptacji z jej udziałem, jest nadal aktualna.
Bo oto jej dorosła córka od 15 lat, niczym powieściowy Łukasz Niepołomski,
próbuje uzyskać „rozwód” w kościele rzymsko-katolickim i wciąż jej stawiają tam
problemy (oczywiście dałoby się to pewnie załatwić gdyby zainteresowana
poświęciła tej sprawie dużą sumę pieniędzy, uwaga ta jak sądzę ma podkreślić
tym bardziej niegodziwość i pazerność „katolickich klechów”). Oczywiście można iść i tym tropem. Ale
zastanówmy się nad innym – po co córce wyemancypowanej aktorki (mówiła o
Pobratyńskiej : „(…) co miała dziewczyna zrobić, nie było na jej drodze nikogo,
kto by mógł jej pomóc (czytaj: skutecznych instytucji aborcyjnych) i musiała
się tego (w domyśle dziecka) pozbyć”)
unieważnienie (przypomnę - reguła kościoła rzymskokatolickiego nie przewiduje
rozwodów) - małżeństwa? Czyżby po to, żeby mogła wyjść ponownie za mąż w tym
samym obrządku? I niczym Pobratyńska kilka razy wkładać głowę w to samo jarzmo?
Jak przypomniał, ku lekkiej konsternacji wielu obecnych, Wojciech
Niemczyk (wyborna rola hrabiego Zygmunta Szczerbica), deklaracja po stronie instytucji
o określonych wartościach, wymaga albo realizacji tych wartości, albo - jeśli odczuwa się
dyskomfort – odrzucenia organizacji. Bo wolności mamy tyle, ile jej sobie
wywalczyliśmy.
Dla mnie to celna pointa całości i klucz do współczesnego odczytania „Dziejów grzechów”.
Krzysztof Sowiński
Jak widzę Stefana Żeromskiego już napisałem
wcześniej, więc nie będę powtarzał:
Tutaj pełna obsada: http://www.teatr-zeromskiego. com.pl/spektakle/id/97
„Erotomanii wszystkich krajów łączcie się”!
Ze Stefanem Żeromskim był i jest problem – szokował
przełamywaniem tabu obyczajowego, imponował humanistyczną troską z jaką
opisywał los bliźnich, które kolejne pokolenia sprytnych ludzi nazywają
„lewicowością”. Wymykał się zero-jedynkowym klasyfikacjom. A pełna wiedza o nim
była nieznana przez kilkadziesiąt lat.
Dziś niektórzy z czytelników twierdzą, że
to co było kiedyś atutem jego twórczości
i znakiem rozpoznawczym – bogata metafora, wspaniałe opisy przyrody – są
mankamentem. (Ja bym dodał jeszcze w tych opisach - zachwyt nad kobiecą urodą!)
Dla mnie był jednak tym, który imponował w swoim pisarstwie szczerością. A to
wbrew pozorom bardzo rzadka cecha, nie tylko w jego czasach
Ostatnio miałem okazję widzieć sporo zdjęć pisarza z różnych
okresów jego życia (zbiory MNKi w Kielcach): w szkolnym mundurku, atrakcyjny młodzieniec
(187 cm
wzrostu!), równie dręczony przez
pożądanie jak i gruźlicę (uważający za swoją epoką, że onanizm to grzech
straszniejszy niż wizyta w domu publicznym i kiedy pisze („Dzienniki”) o tym
pierwszym – ze zgrozą w kontekście opowieści o występnym koledze - mieli w
sercu także własny ciężki grzech). Kolejna fotografia - szczupły pan w średnim
wieku nadal przystojny, ze śladami choroby, już z przerzedzoną znacznie
czupryną, ale nadal z błyskiem w oku, które
nadal notowało jak: (…) mknęły, mknęły,
mknęły bez ustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i
sprawiających rozkoszne wrażenie, jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy
wynurzała się z powodzi osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do
uwierzenia piękna, że widok jej był pieszczotą dla wzroku i nerwów. Wyrywał z
piersi tęskne westchnienie jak za szczęściem — i ginął unosząc je w mgnieniu
oka ze sobą” („Ludzie bezdomni”).
Później mamy zdjęcia bardziej upozowane, w duchu tamtej
epoki - miały egzemplifikować dostojność „sumienia narodu”, troskliwego ojca (fotografia
z małą córką Moniką).
Widziałem, też zdjęcie dramatycznie schorowanego mężczyzny u
schyłku jego życia – w sanatorium, siedzi wśród innych pacjentów, a na poręczy
ławki, przycupnęła jednym krągłym pośladkiem, blisko niego roześmiana młoda
pielęgniarka, można by rzec - „(…) panna
dwudziestokilkuletnia, ciemna brunetka z niebieskimi oczami, prześliczna i
zgrabna” („Ludzie bezdomni”), połączona spojrzeniem pełnym tajemnicy z legendarnym
już wówczas pisarzem, który z błyskiem w oku, pozwolił sobie może na nazbyt
prywatny i swawolny gest - rękę zbyt blisko „kibici” dziewczyny. Gest, który
zapisał na zawsze fotograf.
Jego powieść „Ludzie bezdomni” stałą się „biblią” współczesnego
mu młodego pokolenia, wzorem postaw, zaczynem żywotnego narodowego mitu.
„Dzieje grzechu” (1908) wywołały skandal obyczajowy, a „Przedwiośnie” (1926), było
źródłem nieporozumień i rozczarowań, które bardzo go zasmuciły u schyłku życia.
Po ukazaniu się „Dziejów”, pierwszej polskiej powieści o tematyce erotycznej Eliza
Orzeszkowa zarzucała mu „erotomanię” i „histerię”, Władysław Reymont uważał utwór
za niepotrzebny, zaś „dewiacją znakomitego talentu” określał powieść wybitny
badacz polskiej literatury Artur Hutnikiewicz.
Być może Orzeszkowa była najbliższa prawdy – erotomania! Zachwyt
nad tą częścią ludzkiej natury! „Barki jej wąskie, wysmukłe, okrągłe dźwignęły
się do góry. Dziewicze łono drży od westchnienia… Długi szereg wieków, który
odtrącił jej ręce, który zrabował jej ciało od piersi i zorał prześliczne
ramiona szczerbami, nie zdołał go zniweczyć” („Ludzie bezdomni”) – z pod
czyjego pióra mógłby wyjść tak opis, jak nie spod ręki „erotomana”?! Dziś zamiast
tajemnic „erotyki” możemy, co najwyżej pooglądać trochę silikonowych biustów,
eksponowanych na pierwszych stronach popularnych portali, a zamiast debaty
publicznej dotyczącej powieści, wysłuchać współczesnych autorytetów, w tym wypowiedzi
podstarzałej, infantylnej aborcjonistki (to tak w kontekście pytań stawianych w
związku z „Dziejami grzechu”). To takie teraz łamią tabu.
Jego „Przedwiośnie” zaś doczekało się pochlebnych recenzji w…
sowieckiej „Prawdzie”, gdzie powieść uznano za „(…) wyraźną pochwałę
komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W Polsce natomiast spadły gromy na
głowę już schorowanego pisarza.
Na nic się zdały protesty samego Żeromskiego:
„[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w „Przedwiośniu”
najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem
na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego
usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec,
przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych,
najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła
których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się
do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm.
[…] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder –
sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań
stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż
przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy,
i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa „nie ma się tak dobrze”.
Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce
musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć i wdrożyć w życie idee, które
by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę
i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które
by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata,
gdzie jest jej miejsce”.
(„W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym”)
Niestety nie udało mu się. Po II wojnie światowej komunizm
zawitał do Polski (a nawet się pleni tutaj nadal, bo i dziś też nie wiele „wypracowaliśmy”),
jego popiersia jako prekursora nowego ustroju (system nadal zbawia świat!),
najczęściej tworzone w duchu tzw. „realizmu socjalistycznego” zaludniły szkoły
i instytucje kultury. Zakrólowała, a może „zapierwszosekretarzowała”(?) jedna interpretacja „Przedwiośnia”, choć
niekoniecznie zgodna z wolą pisarza. Część jego wypowiedzi została podana
cenzurze, nie tylko ze względu na „treści” polityczne, jak i obyczajowe. Np. z
jego „Dzienników”, przy publikacji usunięto znaczne fragmenty dotykające sfery
intymnej – dotyczące pierwszych doświadczeń erotycznych, wizyt w domach
publicznych, problemów z chorobami wenerycznymi w młodzieńczym wieku pisarza. Żeromski
musiał być także nieskazitelny moralnie. W pogadankach o nim nie wolno było
wspominać o jego zapisach dotykających tej sfery życia, a także faktu, że
porzucił swoją pierwszą żonę i żył w tzw. konkubinacie z Anną Zawadzką, z którą
miał nieślubne dziecko - Monikę Żeromską.
„(…) legenda o małżeństwie z Anną utrzymywała się aż do śmierci
pisarza" – wspomina prof. Jerzy Adamczyk, badacz życia i twórczości
pisarza. W testamencie Żeromski napisał, iż "z całą świadomością"
uznaje ją za żonę "wbrew wszelkiej innej opinii, która by związek ten
inaczej traktować zamierzała". Legenda niestety trwała o wiele dłużej niż
sądzi Profesor.
Tak nota bene Stefan Żeromski w czasie I wojny światowej znalazł
się w Zakopanem, z dwiema rodzinami - z
Oktawią z synem Adasiem i Anną Zawadzką z córką Moniką. Czy pisarz krążył tylko
taktownie między dwoma willami?
Prof. Jerzy Adamczyk: „Przygotowując objaśnienia do listów
zastanawiałem się niejednokrotnie, czy tę wiedzę, którą zdobyłem
"przebijając się i przedzierając" przez liczne dokumenty, upublicznić czy nie.
Postanowiłem podzielić się nią, ponieważ, jak sądzę, ujawnienie jej ani nie
wyrządzi przykrości zainteresowanym, bo nie ma już ich wśród żywych, ani nie
umniejszy ich powagi". „(…) Ponadto,
listy osób wybitnych wydaje się po to, by w świadomości potomnych zapisał się
ich obraz możliwie najbogatszy i najprawdziwszy. Mam nadzieję, że wyłaniający
się z listów obraz człowieka i pisarza o nazwisku Stefan Żeromski będzie bardziej wielowymiarowy i prawdziwszy niż przed edycją listów”.
Znikają jego książki z kanonu lektur szkolnych, więc nie
wiadomo czy w ogóle będzie…
Mogę powiedzieć za Giladem Atzmonem, współczesnym filozofem:
„Teraz sporo zajmuję się Szkołą Frankfurcką, ludźmi, którzy wierzyli, że należy
rozmontować Zachód. Wypowiedzieli wojnę patriarchalnej rodzinie, kościołowi i
systemowi edukacji. I dużo osiągnęli, a szczyt ich działalności przypadł na
okres rewolucji z 1968 roku. Udało im się zniszczyć Zachód i zepsuć lewicę,
zmienić ją w przeciwieństwo lewicy związkowej, która była dość produktywna,
jeśli chodzi o dbanie o interesy ludzi i podział społeczeństwa. (…) Lewica jest
obrzydliwa i jest to tragiczne. Nie wiem, jak wy, ale większość ludzi, których
znam, na jakimś etapie była lewicowa, bo wierzyliśmy w etykę i wierzyliśmy, że
lewica jest motywowana etyczną myślą. Teraz naprawdę nie znajduję już u lewicy
żadnej formy rozumowania i myślenia etycznego. Bardzo mnie to smuci”. Zakrzyknę
zatem zamiast tego, żeby oprzeć się pesymizmowi - „Erotomanii wszystkich krajów
łączmy się”!
Z nadzieją, że Stefan Żeromski dziś podzielałby i te opinie.
Krzysztof Sowiński
środa, 15 października 2014
Odpowiedź na tekst pt. „Niesmak po "prowokacji" w teatrze. Widzowie depczą nekrologi z nazwiskami ofiar komunizmu"
Szanowni Państwo,
jak sądzę należy się Państwu kilka
słów wyjaśnienia, choć odpowiedź jest zawarta.... w tytule
„Widzowie depczą nekrologii...” Widzowie, nie autorzy spektaklu.
Nazywam się Krzysztof Sowiński,
jestem komisarzem wystawy, która jest integralną częścią
spektaklu „Hemar. Poeta przeklęty”, wystawianego w Kielcach, w
Teatrze im. S.Żeromskiego. Reżyserem widowiska jest Piotr
Szczerski. Autorem scenografii Jurek Sitarz.
Tak... Przyznaję się, także i w ich
imieniu – to myśmy uczynili.
Ktoś z komentatorów tekstu
zamieszczonego na portalu niezalezna.pl nawoływał, żeby Piotra
Szczerskiego wywalić za tego „Hemara” na zbity pysk, ktoś inny
zaproponował, żeby to autorzy teatralnej propozycji, umieścili na
klepsydrach nazwiska swoich bliskich i je także deptali.
Chciałem powiedzieć, że wśród
„deptanych” jest zamordowany przez UB nastolatek – wujek Piotra
Szczerskiego. Jak się nazywał krewny reżysera zostawiam
dociekliwym.
Zresztą Piotr Szczerski nie po raz
pierwszy upomina się o żołnierzy „wyklętych” - kilka la temu
na deskach kieleckiego teatru wystawił „Kłopot Pana Boga”, wg
powieści śp. Jana Krzysztofczyka (syna „niezłomnego”),
pokazujący dramatyczne losy tych, dla których już nie było
miejsca w nowej powojennej rzeczywistości. Oczywiście spektakl
przeszedł w tzw. wpływowych mediach bez echa...
Autor tekstu w „niezaleznej”
posługuje się opiniami z tzw. drugiej ręki – uwagami widzów i
jedną z recenzji – jakkolwiek odczytania dzieła sztuki mogą się
zupełnie różnić, to akurat w tym przypadku recenzentka – z całą
pewnością nie zrozumiała przesłania teatralnej propozycji.
Nawet patrząc tylko z punktu widzenia
konwencji spektaklu, jego narracji – zaczyna się od piosenek
przedwojennego Hemara, później następuje sowiecka inwazja, a
publiczność jest popychana przez żołdaków do stalinowskiego
gmachu, gdzie przybyli „muszą” obejrzeć wystawę okazałych
pomników oprawców i przywódców PRL, na podłodze zaś leżą
setki klepsydr „Niezidentyfikowanych ofiar władzy ludowej” -
widać, że to nie autorzy inscenizacji każą komukolwiek deptać po
kimkolwiek.
A swoją drogą - czyż wystawa ta, to
nie także i metafora odnosząca się do współczesności – oto
właśnie parę dni temu prokurator skazujący legendarna Inkę,
został pochowany z wojskowymi honorami!
Przybyli do teatru widzowie dostawali
do ręki imienne klepsydry – niektórzy je trzymali z nabożną
czcią do końca, inni pieczołowicie (rzekłbym z szacunkiem i
miłością) kładli na podłogę, byli tacy, którzy rzucali.
Przechodziły tłumy. Te miały do wyboru – przejść po
klepsydrach, przesunąć je, „zdeptać”.
I każdy zrobił co zechciał lub
musiał zechcieć.
Niestety proszę Państwa to myśmy
wszyscy pozwolili „deptać” (w 1989 roku również) i nadal
pozwalamy.
W imieniu reżysera zapraszam do Kielc
na „Hemara...”, bo jak podpowiada Pismo – tylko prawda nas
wyzwoli, a jak przypisuje się Sokratesowi – prawda, to zgodność
z rzeczywistością. Jeśli udało nam się pokazać chociażby je
cień – spełniliśmy swoją rolę.
Z wyrazami szacunku
Krzysztof Sowiński
sobota, 20 września 2014
List w sprawie „Hemara”
Drogi Piotrze,
Motto...
Dzień Zaduszny Polski
(wiersz zdaje się)
Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Bliscy ofiar wspominają katów:
"Niech Bóg im wybaczy...
A ludzie.... Ludzie... nigdy nie zapomną ".
ks.
Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Bliscy ofiar wspominają katów:
"Niech Bóg im wybaczy...
A ludzie.... Ludzie... nigdy nie zapomną ".
ks.
od czasu kiedy byliśmy w Kozłówce w Galerii Sztuki
Socrealizmu, ja, Ty, Jurek Sitarz - już w aucie, w drodze powrotnej,
zastanawiałem się dlaczego Ty, my - to robimy, ten spektakl, tego „Hemara”,
oczywiście oprócz wewnętrznego, przeświadczenia, które werbalizujemy prostą i
cenną konstatacją, że.... mamy taki obowiązek (to jest ta część, w naszym
przypadku, istoty dramatu antycznego).
Ale dlaczego my to robimy? Po co? (Oczywiście oprócz przeświadczenia, że skoro jest - teatr, to powinno się w nim coś robić, i najlepiej jak to „coś” dotyczy jakiegoś aktualnego myślenia o świecie, o naszym świecie, o naszym języku w którym opowiadamy i wymyślamy ten świat wciąż na nowo. A nie o urojonym wykluczeniu).
Czy jesteśmy rzecznikami przegranej sprawy? Bo niestety - tak to się jawi aktualnie, choć można to pokazać też, jako tę przysłowiową szklankę pełną do połowy. Czy upominamy się o tych represjonowanych, którzy jakoby w 1989 roku wygrali? O naszych przodków się upominamy? Czy o część nas, która chce być szlachetna, jest dumna ze szlachetności tych, którzy byli szlachetni przed nami? Ale to nie nasza szlachetność. A być może, upominamy się o tych, którzy byli tak głupi, że się dali zabić?
Czy upominamy się o elementarne wartości? Oczywiście możemy powiedzieć tak i być z siebie dumnymi, chociażby w wąskim gronie...
A dla mnie ciekawsze jest jeszcze to....
Ale dlaczego my to robimy? Po co? (Oczywiście oprócz przeświadczenia, że skoro jest - teatr, to powinno się w nim coś robić, i najlepiej jak to „coś” dotyczy jakiegoś aktualnego myślenia o świecie, o naszym świecie, o naszym języku w którym opowiadamy i wymyślamy ten świat wciąż na nowo. A nie o urojonym wykluczeniu).
Czy jesteśmy rzecznikami przegranej sprawy? Bo niestety - tak to się jawi aktualnie, choć można to pokazać też, jako tę przysłowiową szklankę pełną do połowy. Czy upominamy się o tych represjonowanych, którzy jakoby w 1989 roku wygrali? O naszych przodków się upominamy? Czy o część nas, która chce być szlachetna, jest dumna ze szlachetności tych, którzy byli szlachetni przed nami? Ale to nie nasza szlachetność. A być może, upominamy się o tych, którzy byli tak głupi, że się dali zabić?
Czy upominamy się o elementarne wartości? Oczywiście możemy powiedzieć tak i być z siebie dumnymi, chociażby w wąskim gronie...
A dla mnie ciekawsze jest jeszcze to....
A może zazdrościmy im tylko władzy i próbujemy na swój
sposób wykopywać spod nich stołek?
A może się lękamy, że zachowalibyśmy się tak samo? I tym
głośniej krzyczymy... Tym głośniej...
A może dlatego, ze nie wiemy jakbyśmy się zachowali? I tylko
dywagujemy nasza opowieść o podwójnej naszej roli i kata i ofiary?
Bo wiemy od Kierkegaarda, że wszelkie deklaracje są gówno warte,
decyduje... decyzja... Ułamek... Moment...
I projektujemy te swoje decyzje, niedecyzje…
Ale przecież robimy to także dla tych, których ojcowie zabijali "bandytów", zabijali tych, którzy strzelali do milicjantów i mierniczych dzielących cudzą własność i parcelujących cudze życie i cudzy bezpowrotnie świat.
A może kamuflujemy tylko w
cywilizowanej formie swoją nienawiść? I ostrzymy słowa na zburzonym progu?
Dla mnie to spór, który toczy się od Platona. Od jego dyskursu z sofistami. (Raczej nie dramat dwóch równorzędnych racji, bo te racje - UB i AK, nazwijmy je tak umownie - jakby nie patrzeć nie są takie same, a może są? Z jednej strony próba nawet za cenę śmierci, wytrwania przy wartościach, po których przejechał sowiecki tank, z drugiej mały praktycyzm.... ("Jakoś panie, trzeba było żyć"). I oddanie się we władanie silniejszemu. To dramat historycznych racji często granych przez małych i zwykłych ludzi.
Platon uważa, jak zwykliśmy sądzić - że jest świat idealny, a nasz jest tylko odbiciem, cieniem (gorszym) tamtego. Sofiści mu odpowiadają - prawda to tylko to, co służy silniejszemu. Tak podpowiada im doświadczanie rzeczywistości. Nie mają żadnych iluzji. Więc jako wędrowni retorzy za garść drahm, euro czy dolarów, stypendiów, grantów - uczą jednych „równiejszych” spośród „równych” - jak być dominującymi, a wielką resztę - zjadaczy chemicznie spreparowanej paszy - posłuszeństwa.
Sam mam wewnętrzne rozdarcie - widzę wielkość wyboru Platona i jasność wywodu sofistów. To oni są skuteczniejsi wbrew pozorom - retoryka to główne narzędzie podporządkowania świata i jego kreowania. I wiem, ze żaden punkt widzenia nie jest punktem ostatecznym. Widzę zatem nasz spektakl jako rodzaj dyskursu, z którego wyłonią się być może jakieś sensy. Pytanie tylko jakie?
Jak chcą współcześni pragmatyści (mówię o filozofach z USA), prawdę produkuje dyskurs. Fakt jest to prawda chwilowa (oni twierdzą, że nie ma innej i nigdy nie było), niekończąca się opowieść, spektakl, który będzie trwał nawet po jego zakończeniu, mało tego - jak widzimy - on trwa już i teraz, będzie miał tylko swoje „pięć minut” na deskach teatru.
Teraz Marian Hemar... Skąd się bierze ta jego niezłomna decyzja? Platoński idealista? A może krzyk człowieka, który choćby tego świata Platona nie było, to wymyśla go sobie na własny użytek, w swojej tylko skali? I jest wierny swojemu zamysłowi.
Dla mnie to spór, który toczy się od Platona. Od jego dyskursu z sofistami. (Raczej nie dramat dwóch równorzędnych racji, bo te racje - UB i AK, nazwijmy je tak umownie - jakby nie patrzeć nie są takie same, a może są? Z jednej strony próba nawet za cenę śmierci, wytrwania przy wartościach, po których przejechał sowiecki tank, z drugiej mały praktycyzm.... ("Jakoś panie, trzeba było żyć"). I oddanie się we władanie silniejszemu. To dramat historycznych racji często granych przez małych i zwykłych ludzi.
Platon uważa, jak zwykliśmy sądzić - że jest świat idealny, a nasz jest tylko odbiciem, cieniem (gorszym) tamtego. Sofiści mu odpowiadają - prawda to tylko to, co służy silniejszemu. Tak podpowiada im doświadczanie rzeczywistości. Nie mają żadnych iluzji. Więc jako wędrowni retorzy za garść drahm, euro czy dolarów, stypendiów, grantów - uczą jednych „równiejszych” spośród „równych” - jak być dominującymi, a wielką resztę - zjadaczy chemicznie spreparowanej paszy - posłuszeństwa.
Sam mam wewnętrzne rozdarcie - widzę wielkość wyboru Platona i jasność wywodu sofistów. To oni są skuteczniejsi wbrew pozorom - retoryka to główne narzędzie podporządkowania świata i jego kreowania. I wiem, ze żaden punkt widzenia nie jest punktem ostatecznym. Widzę zatem nasz spektakl jako rodzaj dyskursu, z którego wyłonią się być może jakieś sensy. Pytanie tylko jakie?
Jak chcą współcześni pragmatyści (mówię o filozofach z USA), prawdę produkuje dyskurs. Fakt jest to prawda chwilowa (oni twierdzą, że nie ma innej i nigdy nie było), niekończąca się opowieść, spektakl, który będzie trwał nawet po jego zakończeniu, mało tego - jak widzimy - on trwa już i teraz, będzie miał tylko swoje „pięć minut” na deskach teatru.
Teraz Marian Hemar... Skąd się bierze ta jego niezłomna decyzja? Platoński idealista? A może krzyk człowieka, który choćby tego świata Platona nie było, to wymyśla go sobie na własny użytek, w swojej tylko skali? I jest wierny swojemu zamysłowi.
Zbigniew Herbert nam podpowiada
- jak wszystko zawodzi, została nam tylko odwaga. I słowa...
Dlaczego my ten spektakl robimy? Dla Hemara. I innych. I żeby uronić łzę nad Gałczyńskim także. I nad sprytem, czy upadkiem Iwaszkiewicza, noszącego na sędziwej głowie zamiast czapki błazna, tylko górniczy rekwizyt. Podsuwa mi się być może też trywialna uwaga - bo możemy go zrobić, bo jeszcze go możemy! Bo jeszcze nie mają mocy nam tego zabronić! Bo jeszcze udają cywilizowany dialog! Bo jest jeszcze go – w końcu - dla kogo zrobić.
A ten lęk przed kilkoma wydobytymi kośćmi zamordowanych, z jakichś Łączek - jest zdumiewający! Wydobytych po kilkudziesięciu latach.
Dlaczego my ten spektakl robimy? Dla Hemara. I innych. I żeby uronić łzę nad Gałczyńskim także. I nad sprytem, czy upadkiem Iwaszkiewicza, noszącego na sędziwej głowie zamiast czapki błazna, tylko górniczy rekwizyt. Podsuwa mi się być może też trywialna uwaga - bo możemy go zrobić, bo jeszcze go możemy! Bo jeszcze nie mają mocy nam tego zabronić! Bo jeszcze udają cywilizowany dialog! Bo jest jeszcze go – w końcu - dla kogo zrobić.
A ten lęk przed kilkoma wydobytymi kośćmi zamordowanych, z jakichś Łączek - jest zdumiewający! Wydobytych po kilkudziesięciu latach.
Powinni się zatem tym bardziej
jeszcze lękać - kilku odkopanych wierszy i listów!
Posłużę się fragmentem mojego tekstu (widzisz... prościutki jak rzadko, wspominałem):
Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Hemar i pomordowani dowodzą, że nie każdy...
I niech potomków tych, którzy zmusili Gałczyńskiego do skowytu, to k.... boli, tych synów i wnuków utrwalaczy, specjalistów od zrywania paznokci, miażdżenia jąder i sumień - niech ich boli do końca ich świata i kilka dni później. Bo wiemy, że ich boli...
Bo ten ich lęk przed bólem jest dowodem na to, że człowiek potrzebuje elementarnej sprawiedliwości, a jeśli jej nie ma, to ją sobie wymyśli.
Posłużę się fragmentem mojego tekstu (widzisz... prościutki jak rzadko, wspominałem):
Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Hemar i pomordowani dowodzą, że nie każdy...
I niech potomków tych, którzy zmusili Gałczyńskiego do skowytu, to k.... boli, tych synów i wnuków utrwalaczy, specjalistów od zrywania paznokci, miażdżenia jąder i sumień - niech ich boli do końca ich świata i kilka dni później. Bo wiemy, że ich boli...
Bo ten ich lęk przed bólem jest dowodem na to, że człowiek potrzebuje elementarnej sprawiedliwości, a jeśli jej nie ma, to ją sobie wymyśli.
A może to nie lęk przed bólem tylko lęk przed utratą władzy?
Cieszę się, że to wymyślamy... Że to Ty wymyślasz… Wydobywasz z zapomnienia, równego nieistnieniu.
Z wyrazem, a nawet paroma - szacunku
Krzysztof Sowiński
niedziela, 13 kwietnia 2014
Odwieczna gra w krzesła
Katarzyna Deszcz, reżyser „Poskromienia złośnicy”, najnowszej propozycji Teatru Żeromskiego, wie też, że świat gra w… krzesła (o tym potem). A jej propozycja jest głosem rozsądku w debacie o coś, co media nazywają „gender”. Obawiam się tylko czy jest nas, aż tak wielu, tych którzy rozsądek ten cenią? Nie przynosi on czerwonego dywanu wyściełanego w drodze do europarlamentu, grantów, czy statusu tzw. autorytetu. I żaden z aktorów, którzy świetnie zagrali bez wyjątku w Kielcach, zapewne nie dostanie, w tej pięciolatce - medalu od jakiekolwiek prezydenta. A ta komedia nie jest aż tak wesoła jakby się z razu wydawało, zawiera kilka szokujących scen.
Nie chcę znowu o genderach. (W
zasadzie ten… nie zajmuje się prawami kobiet, ale płcią jako tzw. „konstruktem
kulturowym”, ale zgódźmy się na tę chwilę, na to powszechne uproszczenie). Nie
chcę, a muszę….
W epoce Szekspira kobiety
nie były – jak sądzę dyskryminowane, dlatego, że tak sobie postanowili
mężczyźni tamtej i kilku innych epok. (Jak też feminizmu nie wymyślono
zasadniczo, żeby pomóc kobiecie, zdobywanie praw było, że tak powiem produktem
ubocznym. A niewolnictwa nie zniesiono dlatego, że „świat” wzruszył się ciężkim
losem tych w kajdanach).
To były naprawdę niebezpieczne
czasy. Wyjście na ulicę nawet w tzw. biały dzień, mogło się zakończyć tragicznie
nie tylko dla kobiety. Zatem rolę opiekuna pełnił ojciec i marzył… żeby się nią
podzielić z… zięciem. Więc metafory np. „o silnym męskim ramieniu” nie wzięły
się z imaginacji i wykluczenia. Wystarczy
zerknąć na taki chociażby „Taniec wieśniaków” Pietera Breuegela z epoki
Szekspira, żeby zobaczyć, że gwarantem tej sielankowej sceny, są potężne noże
bojowe przy każdym męskim boku, zbyt wielkie i nazbyt profesjonalne (jeden
nawet z paluchem obrączkowym, poprawiającym uchwyt) jak na nożyki do krojenia
chlebka.
Reżyserka przed premierą
zdradziła swoją koncepcję: „W tekście Szekspira zapisany jest bardzo ciekawy
mechanizm: ścierania się dwóch bardzo silnych osobowości: pary niezależnych
ludzi, nie godzących się na rutynę świata, mam tu na myśli głównych bohaterów:
Kasię i Petruchia. I to mi się wydaje szalenie współczesne”.
W tym „uwspółcześnieniu”
bardzo reżyserce pomógł tzw. ponowoczesny przekład Stanisława Barańczaka. Jak
dla niektórych purystów „Szekspirowskich” zapewne momentami było nazbyt
kolokwialnie.
Nie będę opowiadał fabuły, zresztą Katarzyna Deszcz także do końca nie chciała – w pewnym momencie na ekranie umieszczonym na scenie pojawił się fragment z ekranizacji tej sztuki, włoskiego reżysera Franco Zeffirelliego z Elizabeth Taylor i Richardem Burtonem. Grający role główne w kieleckiej inscenizacji - Katarzyny (Wiktoria Kulaszewska) i Petruchia (Krzysztof Grabowski), usiedli na krzesłach i trwali w tym momencie w milczeniu, jakby mówili za reżyserką – to już zostało zrobione, nie trzeba nic ponad to, więc cytujemy.
W ogóle to problem współczesnego
świata – już wszystko zostało zrobione i powiedziane. Tyle, że…. nie przez
wszystkich. Dla Kanta literatura (nazywał ją poezją) była celem samym w sobie.
Nam chyba bliższa jest koncepcja Hegla, który odrzuca Kantowskie przyjemności
estetyczne płynące z lektury, a traktuje odbiór tekstu jako poznanie.
Więc co poznaliśmy? Że mamy
świetny zespół, który znakomicie podołał zadaniu. I gdyby nie trzy dłużące się
fragmenty… Szekspirowskie typy napełnili świeżym powietrzem i wrzącą krwią!
No i sobie zagrali: Katarzynę (Wiktoria Kulaszewska), tchnęła w postać dziewczęcy wdzięk, energię, strach i naturalny bunt, choć momentami i nieco śladów z „Ani z Zielonego Wzgórza”, Biankę (Zuzanna Wierzbińska) – obdarzyła „współczesnością” - dawką perwersji i rozwiązłości, w jej wykonaniu to kobieta po przejściach, Wdowę (Beata Pszeniczna) – walorami damy dojrzałej i pewnej siebie, ot tej co z niejednego pieca chleb jadła, Kreatora Mody (Teresa Bielińska) – szczyptą, jak najbardziej oczekiwanej bezczelności, Baptistę Minola (ojca Katarzyny i Bianki, Mirosław Bieliński ) – wniósł życiowy realizm i pierwotną przebiegłość, Vincencja (ojciec Licencja) Janusz Głogowski – dał świadectwo epoki (nie wiem jakiej, może obydwóch?) – zaradność i mała lekcja ludzkiej hierarchizacji, której sam staje się przez moment ofiarą, Gremio (Andrzej Cempura) – prawdziwego do szpiku kości praktyka, Lucencja (Wojciech Niemczyk) – niezwykła przemiana w młodzieńca: mieszaniny macho i synka bogatych rodziców, kameleon - zdaje się mógłby zagrać nawet i Katarzynę, jakby było trzeba, Hortensja (Łukasz Pruchniewicz) – ciekawa kreacja, „cielesna”, żywa, dookreślona, miałem tylko jeden żal do reżyserki, że aktor zaśpiewał tylko „Love me tender”, a nie i „Silent is sexy”, Petruchia (Krzysztof Grabowski) – potrafił ogniskować uwagę jak mało kto, drapieżny i wiarygodny, (narodziny gwiazdy?), Bakałarza (Artur Słaboń) – zagrał trudną rolę, osobę, której marzenia spełniają się na chwilę i tę chwilę potrafi wykorzystać jak mało kto, Trania zbudował Dominik Nowak – bez niego byłby to na pewno gorszy spektakl, aktor był jowialny, układny i… zdolny do okrucieństwa, dał to co Arystoteles nazywał „wiarygodnością”, Blondella (Marcin Brykczyński) – z roli na rolę coraz lepsza forma, rozluźnił gorsecik i zdaje się jeszcze nie powiedział ostatniego tutaj w Kielcach słowa, Grumia (Edward Janaszek) – pokazał paletę swoich możliwości i jak mało kto potrafi dopełnić sceny na scenie.
Być może też bez scenografii
Andrzeja Sadowskiego ta propozycja byłaby tylko odkurzeniem półki w bibliotece?
A kostiumy? Są świadectwem tego, że wielka moda, czerpie niekiedy inspiracje z
polskiej… remizy. Choć po prawdzie, przynajmniej od czasu „No logo” Naomi
Klein, wiemy, że produkty wielkich kreatorów od tych malutkich, różnią się dołączoną
metką, a wszystko - włącznie z projektowaniem, pochodzi z Chin, czy Wietnamu.
Być może zresztą za dużo
było w „Żeromskim” odwołania do tej współczesnej polskiej tradycji ludycznej,
także i w warstwie muzycznej?
Spektakl ten, to akt odwagi
ze strony reżyserki, ale już o tym pisałem, w tekście zapowiadającym
wydarzenie.
http://bezprzeginania.blogspot.com/2014/04/co-ma-trojkat-do-okregu-czyli-krotkie.html
Jeszcze jedna rzecz…
W Gazecie Teatralnej
towarzyszącej wydarzeniu, pojawiła się rozmowa Abe Zielińskiej, z Katarzyną
Deszcz.
M.in. Abe pytała: No ale
przecież zawsze można zmienić swoje podejście?
Katarzyna Deszcz: No tak,
tylko można zmienić swoje podejście w jakimś zakresie. Życie na świecie
czy też z partnerem jest
jakąś formą kompromisu...Gdyby każdy się upierał, że ten świat ma wyglądać tak
jak on chce,
to tego świata już dawno by
pewnie nie było. Trzeba sobie zadać pytanie: na co ja się mogę zgodzić? Czego
ja się mogę nauczyć? Natomiast bardzo nie popieram takiej postawy, że musimy
się zgodzić na świat taki, jaki jest, bo to jest jakiś potworny konformizm.
Według mnie Abe jeszcze nie
dowierza do końca, że współczesny świat - relacje na tzw. Zachodzie, cywilizowanym
świecie, jak się przekonuje, tzw. wolny rynek - został urządzony na coś przypominającego
polską zabawę weselną, w „krzesła”. W grze mamy zawsze z definicji mniej
krzeseł niż krążących wokół nich osób. I kiedy muzyka przestaje grać, rozpoczyna
się walka o miejsce. Jakkolwiek byśmy nie byli przygotowani, jakkolwiek „nie
zmienialibyśmy swojego podejścia”, zawsze ktoś zderzy się z pustką.
Za Katarzyną Deszcz jestem jednak
przekonany, że w tym świecie może być wystarczająca ilość „krzeseł” dla wszystkich,
ale sygnał musi wyjść od nas, nie zmienią naszego świata inżynierowie dusz,
nawet ci, a może zwłaszcza ci od genderu.
k.s.
Co ma trójkąt do okręgu – czyli krótkie rozważania o Szekspirze w Kielcach
Szekspir i kawałek brazylijskiego jiu-jitsu? Dziwne złożenie
– sztuka sprzed kilkuset lat i nowoczesny system walki od 10 lat podbijający
świat i Polskę… Dlaczego nie? Jak mawiał jeszcze starszy Arystoteles – rzecz
musi być tylko prawdopodobna… Uspokajam – bjj na scenie będzie tyle co na
lekarstwo i będzie to scena prawdopodobna…
Niekiedy z Marcinem Brykczyńskim, aktorem Teatru
Żeromskiego, przeglądamy stare europejskie traktaty o szermierce i zdumiewa
nas, że opisane sekwencje ruchowe są tak… przemyślane i… wyglądają współcześnie.
Widać, że tworzyli to praktycy, którzy ryzykowali „prawdziwe” życie i nie ma w
ich przemyśleniach i radach, nic z efektownych światów „killbillów”. Tym razem
w Kielcach nie będzie szermierki. Ale będzie scena przemocy.
Czy mała kobieta (Katarzyna, którą zagra Wiktoria
Kulaszewska) może obalić silnego mężczyznę (Petruchio, zagra go Krzysztof)
Grabowki? Stare traktaty podsuwają dobre sposoby. Niektóre z nich do dziś praktykuje się np. w
judo. Jak ta sama kobieta może zrzucić z siebie mężczyznę, tak żeby to nie
wyglądało na „killbila”? Stare traktaty milczą, ale od czego jest bjj, które
uczy jak skutecznie walczyć leżąc na ziemi, wydawałoby się w beznadziejnej
pozycji. Katarzyna wykonuje sweepa (przetoczenie), a Wiktoria i jej sceniczni
partnerzy uczą się nowego wyrazu i nowej sceny. Jak w starych traktatach widać
w tym działaniu – doświadczenie i realizm.
Ale po co to wszystko? Nie wiem… Naprawdę nie wiem. Kilka
razy zaczynałem ten tekst, ale jaki bym nie wymyślił początek, będzie o tym, że
kiedy już wszyscy pytają „co jest czym” na deskach teatru, „co powinno być na
nich”, a „czego nie powinno być”, „co zostanie pogłaskane” przez tzw. krytykę,
a „co będzie skazane na prowincjonalny niebyt”, „co może przynieść profity, a
co nie” – i najważniejsze „dokąd to wszystko zmierza” – na odsiecz przybywa w
końcu Szekspir. Czy zasłużenie? Czy da się COŚ jeszcze wyciągnąć z jego
historii? Nasz kielecki teatr dramatyczny właśnie „robi” „Poskromienie złośnicy”.
I jest to naprawdę - w tych pozornie szalonych, a nadzwyczaj
wyrachowanych czasach, kiedy matematyczki zarzucają trójkątowi, że
wyklucza czworokąt i dyskryminuje,
fallicznymi, prostymi bokami żeński pierwiastek okręgu – jest to naprawdę,
naprawdę akt odwagi. Większy niż tzw. przełamywanie tabu, w myśl którego im obficiej
napluje się komuś do modlitewnika i rodzinnego albumu to…. lepiej i
nowocześniej. Ma się rozumieć nie do każdego, nie do każdego.
Akt odwagi… Bo „Poskromienie złośnicy” opowiada o banalnej
sytuacji (ale…) – niegdyś najlepiej, żeby przed młodszą córką, wydać należało najpierw
za tzw. mąż – starszą. Tak nakazywał obyczaj i… rozsądek. Czas bowiem biegnie
bez litości, bez refleksji - kwiaty mają tylko swoje pięć minut i ani chwili
dłużej. Oczywiście, współcześnie, sprytni iluzjoniści twierdzą inaczej, handlując
w każdej przestrzeni produktami, które niby zatrzymują… Ale nie z takimi
numerami do Szekspira – on dobrze zna prawdę i nie da się go zwieźć.
I wszystko byłoby by ok, w jego sztuce, gdyby tylko ta
starsza chciała. Ale skoro nie chce… To trzeba ją jakoś przymusić….
Posłuszeństwo wobec ojca i męża to rzecz święta, przynajmniej na moment
„Poskromienia…”. Bo w „Wesołych kumoszkach z Windsoru” pisarz zdaje się ma inne
na ten temat zdanie. Ale czy można mu wybaczyć to rozdwojenie? I który Szekspir
w końcu jest prawdziwy?
Jak to przyjmie tzw. świat, który dotarł także i do Kielc?
Będą gromy na głowę Katarzyny Deszcz, reżysera spektaklu? A może będzie to
spektakl zupełnie o czymś innym, o czymś – o czym nie śniło się ani widzom, ani
postępowcom, nie mówiąc już o filozofach.
Jeden z nich G.W.F. Hegel powiedział: „Homer na pewno nie
wiedział, że dobrze pisze, tak samo i Szekspir. Nasi dzisiejsi pisarze muszą
uczyć się fatalnej sztuki: wiedzieć, że dobrze piszą”.
Współcześni twórcy już wiedzą, a nawet wprost przeciwnie. A najwięcej, kto
tworzy dobrze, wiedzą medialni cenzorzy.
tworzy dobrze, wiedzą medialni cenzorzy.
Krzysztof Sowiński
Subskrybuj:
Posty (Atom)