niedziela, 13 kwietnia 2014

Co ma trójkąt do okręgu – czyli krótkie rozważania o Szekspirze w Kielcach



 Szekspir i kawałek brazylijskiego jiu-jitsu? Dziwne złożenie – sztuka sprzed kilkuset lat i nowoczesny system walki od 10 lat podbijający świat i Polskę… Dlaczego nie? Jak mawiał jeszcze starszy Arystoteles – rzecz musi być tylko prawdopodobna… Uspokajam – bjj na scenie będzie tyle co na lekarstwo i będzie to scena prawdopodobna…

Niekiedy z Marcinem Brykczyńskim, aktorem Teatru Żeromskiego, przeglądamy stare europejskie traktaty o szermierce i zdumiewa nas, że opisane sekwencje ruchowe są tak… przemyślane i… wyglądają współcześnie. Widać, że tworzyli to praktycy, którzy ryzykowali „prawdziwe” życie i nie ma w ich przemyśleniach i radach, nic z efektownych światów „killbillów”. Tym razem w Kielcach nie będzie szermierki. Ale będzie scena przemocy.
Czy mała kobieta (Katarzyna, którą zagra Wiktoria Kulaszewska) może obalić silnego mężczyznę (Petruchio, zagra go Krzysztof) Grabowki? Stare traktaty podsuwają dobre sposoby.  Niektóre z nich do dziś praktykuje się np. w judo. Jak ta sama kobieta może zrzucić z siebie mężczyznę, tak żeby to nie wyglądało na „killbila”? Stare traktaty milczą, ale od czego jest bjj, które uczy jak skutecznie walczyć leżąc na ziemi, wydawałoby się w beznadziejnej pozycji. Katarzyna wykonuje sweepa (przetoczenie), a Wiktoria i jej sceniczni partnerzy uczą się nowego wyrazu i nowej sceny. Jak w starych traktatach widać w tym działaniu – doświadczenie i realizm.


Ale po co to wszystko? Nie wiem… Naprawdę nie wiem. Kilka razy zaczynałem ten tekst, ale jaki bym nie wymyślił początek, będzie o tym, że kiedy już wszyscy pytają „co jest czym” na deskach teatru, „co powinno być na nich”, a „czego nie powinno być”, „co zostanie pogłaskane” przez tzw. krytykę, a „co będzie skazane na prowincjonalny niebyt”, „co może przynieść profity, a co nie” – i najważniejsze „dokąd to wszystko zmierza” – na odsiecz przybywa w końcu Szekspir. Czy zasłużenie? Czy da się COŚ jeszcze wyciągnąć z jego historii? Nasz kielecki teatr dramatyczny właśnie „robi”  „Poskromienie złośnicy”.

I jest to naprawdę - w tych pozornie szalonych, a nadzwyczaj wyrachowanych czasach, kiedy matematyczki zarzucają trójkątowi, że wyklucza  czworokąt i dyskryminuje, fallicznymi, prostymi bokami żeński pierwiastek okręgu – jest to naprawdę, naprawdę akt odwagi. Większy niż tzw. przełamywanie tabu, w myśl którego im obficiej napluje się komuś do modlitewnika i rodzinnego albumu to…. lepiej i nowocześniej. Ma się rozumieć nie do każdego, nie do każdego.



Akt odwagi… Bo „Poskromienie złośnicy” opowiada o banalnej sytuacji (ale…) – niegdyś najlepiej, żeby przed młodszą córką, wydać należało najpierw za tzw. mąż – starszą. Tak nakazywał obyczaj i… rozsądek. Czas bowiem biegnie bez litości, bez refleksji - kwiaty mają tylko swoje pięć minut i ani chwili dłużej. Oczywiście, współcześnie, sprytni iluzjoniści twierdzą inaczej, handlując w każdej przestrzeni produktami, które niby zatrzymują… Ale nie z takimi numerami do Szekspira – on dobrze zna prawdę i nie da się go zwieźć.
I wszystko byłoby by ok, w jego sztuce, gdyby tylko ta starsza chciała. Ale skoro nie chce… To trzeba ją jakoś przymusić…. Posłuszeństwo wobec ojca i męża to rzecz święta, przynajmniej na moment „Poskromienia…”. Bo w „Wesołych kumoszkach z Windsoru” pisarz zdaje się ma inne na ten temat zdanie. Ale czy można mu wybaczyć to rozdwojenie? I który Szekspir w końcu jest prawdziwy?

Jak to przyjmie tzw. świat, który dotarł także i do Kielc? Będą gromy na głowę Katarzyny Deszcz, reżysera spektaklu? A może będzie to spektakl zupełnie o czymś innym, o czymś – o czym nie śniło się ani widzom, ani postępowcom, nie mówiąc już o filozofach.
Jeden z nich G.W.F. Hegel powiedział: „Homer na pewno nie wiedział, że dobrze pisze, tak samo i Szekspir. Nasi dzisiejsi pisarze muszą uczyć się fatalnej sztuki: wiedzieć, że dobrze piszą”.
Współcześni twórcy już wiedzą, a nawet wprost przeciwnie. A najwięcej, kto
tworzy dobrze, wiedzą medialni cenzorzy.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 2 marca 2014

Hiob Hiobowi nie dorówna



Zamiast recenzji

Czy warto iść do „Żeromskiego” na „Twardy gnat. Martwy świat”? Warto, dla muzyki, dla scenografii, dla reżyserii… Dla Andrzeja Platy? Warto. I dla paru aktorów jeszcze i jednej „muzyczki”-aktorki. Warto. Żeby się pośmiać. Warto, żeby zobaczyć jakie problemy mają współczesne trzydziesto(nasto)latki z tzw. artystycznych kręgów i z tzw. krokiem spodni w okolicy kolan. I jak im wisi, to co nam nie wisi i nie wisiało. A nie warto, żeby zobaczyć, że wszystko już było, bo że było - to my doskonale o tym już wiemy i „nie ma co”, jak mawia młodzież „robić z tego zagadnienia”, a cóż dopiero co innego.

Trochę nie chce mi się pisać o tej premierze. Samo jakoś się nie chce. W sumie Mateusz Pakuła, autor sztuki, skoro już sam napisał recenzję o własnej  twórczości w niejakim „New Yorker Times”, to mógłby iść za ciosem i też wymyślić kilka zdań, niby jakichś tam lokalnych pismaków… Nie tracę wiary, że może to zrobić.

O bad writingu w Gazecie Teatralnej napisano już wiele. I wystarczy. O zapożyczeniach już w „szeroko nie rozumianej” sztuce napisałem. http://bezprzeginania.blogspot.com/2014/02/zzynac-czy-sie-zzymac-oto-jest-pytanie.html

To teraz o wrażeniach i wyrażeniach. Mówiąc językiem tzw. młodzieży „fajnie” było… się pośmiać, albo przynajmniej potowarzyszyć w tym, najgłośniej śmiejącym się na premierze – twórcom propozycji, ich rodzinom i przyjaciołom. Było. Trzeba przyznać, że ten śmiech zarażał. Ale… obawiam się, że to była tylko opowieść (nieco przydługa, jakoś około dwugodzinna) o otaczających nas zestandaryzowanych dźwiękach, etykietach, substytutach, mających pozór życia, takich samych niczym image współczesnych, alternatywnych wykształconych z dużych miast – słowem współczesny słowotok i zdarzeniotok, a nie trzęsienie mózgu i sumienia.
Tymczasem - los spłatał figla wykonawcom – zderzył fejsbukowe statusy, reprodukowane ze sceny, z odgłosami za okna, ujawniając nam światy, pogardzane, może parciane, niezauważane, zepchnięte w symboliczne nieistnienie, ale prawdziwe i „nieprzedstawione”.

A najfajniej było oglądać Andrzeja Platę na scenie! Już go sobie jakoś tam zakwalifikowałem i już nie podskakiwał ponad to, co my, wiejscy recenzenci, uwikłani w swoje układy i upakowani w niemodne garnitury kompleksów (jak mawiał niegdyś i pewnie nie bez racji Artur Sandauer – prowincja to przechowalnia mód mentalnych i krawieckich, wykluczając z tego towarzystwa - ma się rozumieć - dyrektora Piotra Szczerskiego, obutego w zwalające z nóg - lakierki) - opisują  czasami jako: „dobry styl”, „tradycyjnie równa forma”, „pokazać swoje znane atuty”, „klasa sama dla siebie”, „nie zszedł poniżej poziomu”, albo „pionu”.

Sorki - jak kogoś irytuję - nie mam jakiegoś w czoło wbitego stosunku do zawodu aktora, przepraszam rzeczonych… Coś mi się tam kołacze po głowie za Bergmanem, że aktor to tylko plama, chyba światła, a dziś to i….. Jakoś się tak zdarzyło, że nigdy nie chciałem być aktorem, więc nie mam niezrealizowanych pragnień, ani kompleksów. (Szczerze, to mi się nawet nie chce być pisarzem, a już na pewno nie marzę, żeby być dramaturgiem. Człowiek narobi się, znajdzie reżysera, musi się na dodatek z takim nie daj Boże zaprzyjaźnić, a potem taki Sowiński ze wsi Kielce, albo jakiś Kozera, albo Ryszard Koziej  - nie pozostawią (zwłaszcza Grzegorz Kozera) - na pisarzu żadnego suchego miejsca, ani żadnej rzeczy, która jego nie jest. I stoi taki autor później, goły, jakby mu kto w gębę strzelił, albo zbanował na fejsbuku. Wyznam szczerze, w skrytej otwartości, że zawsze chciałem być… działaczem sportowym od jakiegoś Snocha, albo Bródki - jeden problem jaki człowiek miałby wtedy, to te pięć minut - jak się stoi przed kamerą i trzeba do końca wytrzymać, z wciągniętym brzuchem w dresie z orzełkiem na piersi, mądrze prawiąc o realizacji planu taktycznego i przygotowaniach, które się nie zakłóciły). Ale artysta? Zdecydowanie mówię – nie.
A… F…k! Andrzej Plata! Wracamy… Postrzegałem go trochę jako młodego człowieka nie wykorzystującego swoich pięciu minut, smętnie i nieco pyszałkowato-tajemniczo przemykającego po Rynku, w kierunku „Literatki” i marnującego te kilka lat nauki (i trzy lata starań o przyjęcie do szkoły aktorskiej), jak wielu przed nim, którzy tu już byli…
A teraz sztuka…. Wśród sensów jakie widzę, co do wystawiania takich rzeczy - jest
ta, że gra w niej, a czasami nawet obok niej – właśnie Andrzej Plata. Naprawdę warto zobaczyć tego aktora monologującego - odgrywającego kilkanaście postaci!
I powinienem jeszcze napisać, że całość prawie mu wyrwała z życiorysu - Zuzanna Skolias, niepozorna osoba, która okazała się jednak jedynym demonem na scenie, choć podobno głównego bohatera przedstawienia - Człowienia  (właśnie Andrzej Plata) prześladował inny, który wyszedł z klawiatury Pakuły.
A Człowień to niby taki współczesny Hiob, ale w luksusowej, jak to świecie wirtualnym, sytuacji, może mieć on i jego rodzina kilka „żyć”, „przeżyć” kilka światowych wojen, a trzecią szczególnie, może puścić np. esemska do Pana Boga, a wieczorem i tak zasiądzie do sutej kolacji, popuści… paseczka od spodni, a jak minie termin końca świata, może sobie zajrzeć do fesjbuka, żeby zobaczyć, co koledzy planują na jutro, albo jak jutro samo się uplanuje.

Czytałem dramat wcześniej, spodobało mi się kilka uroczych oksymoronów Mateusza Pakuły (?), lubię gry z językiem o… język, nie potrafię też przemilczeć Ludwika Wittgensteina i jego sentencji: „Gra­nice mo­jego języ­ka są gra­nica­mi mo­jego świata”. Ale… Byłem przekonany, że to o wiele za mało jak na spektakl. Ewa Rysowa, reżyserka pokazała, że w zasadzie potrafiłaby opakować w atrakcyjna formę chyba wszystko, w czym pomogła jej scenografka Justyna Elminowska. Muzykę - dla niej chociażby warto przyjść -  zrobiło rodzeństwo Antonis i Zuzanna Skolias (wiadomo czyje dzieci). To najmocniejszy punkt spektaklu, nie licząc momentami świetnej gry nie tylko na instrumentach i wokalu „muzyczki”.
W drugim akcie na scenę trafiają: w roli Autora - Dawid Żłobiński, a drugiego Autora - Wojciech Niemczyk, obydwaj bardzo dobrzy. Pierwszy zagrał autora cwaniaczka, drugi prowincjonalnego grafomana, z którego twórczości jednak pierwszy wyrywa co ciekawsze kawałki. Ale…. To był - w zasadzie - już temat na inną okazję.

Teraz o losie i figlu, akurat w czasie premiery, ulicą Sienkiewicza (a był to 1 marca, tak z trudem wywalczony i po tylu latach - a niby zwyciężyliśmy tzw. komunę - Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych), przez okna małej sceny, przedzierało się skandowane przez uczestników przemarszu, głosami nawykłymi do stadionowego dopingu – „Chwała bohaterom!” To - jak się mawia - przedstawiciele trzeciego pokolenia AK, marginalizowane przez trzecie pokolenie UB, upomina się o swoje prawa. I coraz mocniej zgrzyta… A na tzw. Łączce, miejscu kaźni sprzed kilkudziesięciu lat, wciąż wydobywa się szczątki pomordowanych. I umierają - nad tymi rozsypującymi się w pył powoli łamanymi kośćmi, wybitymi zębami, dziurami w  czaszkach - z bólu współcześni Hiobowie. Dla nich nie ma ucieczki w opcje „delete” i „edit”.


No i chyba już dziś tyle.
Reszta jest… wizytą w "Żeromskim".




wtorek, 25 lutego 2014

Zżynać, czy się zżymać? Oto jest pytanie…



„W znacznej mierze podoba się nam to, co nauczono nas lubić (…)” - zauważa Richard Shusterman w zajmującej książce pt. „Estetyka pragmatyczna”. Mnie nauczono lubić tzw. „oryginalne” dzieła sztuki. Mateusz Pakuła, dramaturg młodego pokolenia sądzi inaczej i „zżyna” całymi stronicami od innych autorów, i tego nie kryje. Jaki będzie kolejny efekt zderzenia dwóch upodobań?

Moje pokolenie mogło co najwyżej posłużyć się w najlepszym przypadku cytatem utajonym, nie chciało być posądzone o plagiat. A to słowo w zasadzie wykluczało z literatury. Teraz jest inaczej.

Roku temu na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego już mogliśmy oglądać - „Mój niepokój ma przy sobie broń”, inną sztukę Mateusza Pakuły. Rzecz ta od strony plastycznej, była - jak to teraz najczęściej się zdarza - efektownie podmalowana, a wątek poganiał wątek, zapożyczenie kolejne zapożyczenie.

W kuluarach mówiło się, że to antydramat  i ciężko od niego oczekiwać klarownej kompozycji. Miałem wówczas stosunek ambiwalentny do tej propozycji. Ta rzecz przypominała mi raczej poemat dygresyjny, który nie wiadomo dlaczego zbłądził na scenę. Porównując ten produkt pióra Pakuły z „Carycą”, napisałem wtedy:  ”Oczywiście „sukces” nie będzie udziałem „Niepokoju”, bo jaki on by nie był – deklaratywny, oczywisty, podobnie jak „Caryca”, ma nad nią jedną przewagę – momentami, czasami nieudolnie, ale jednak oskarża rzeczywistych „władców świata”, a to może im się nie spodobać. A nie tych pozornych, wskazanych przez mainstream, propagandę (…)”.

Sposób konstruowania tekstu Mateusza Pakuły wpisuje się w estetykę postmodernizmu. Co by ten postmodernizm  nie znaczył, jego cechą jest wykorzystywanie i zawłaszczanie – jak pisze Shusterman – pewnych elementów. Do jakich granic to wolno robić? A może nie ma żadnych?


T.S. Eliot pisał niegdyś, że utwór,  który nie jest „nowym”, „nie byłby przeto dziełem sztuki”. Czy postmoderniści rzucają wyzwanie idei „oryginalności”? Większość odbiorców sztuki szukając „nowego” także na scenie,  podziela pogląd z epoki romantyzmu, kiedy to artysta był podobny kreującemu Bogu, a dzieła musiały być nowatorskie i wyrażać geniusz tworzącego człowieka. Ale czy tak jest naprawdę? Czy dzieło sztuki nie jest jednym wielkim zapożyczeniem? Bywa zresztą nieuświadomionym?


W istocie tak było od zawsze. Już za czasów Szekspira. Jednak nie pozostały po nim, jak można by sądzić teksty będące zlepkiem z różnych autorów – zostawił jednak swój mało śmiertelny, jak dotychczas język.


Jak sądzę w Polsce na dobre, tę ideę spopularyzował rap. Ten czerpie nie tylko z muzyki popularnej i klasycznej, ale wykorzystuje także dźwięki nie związane z muzyką - przemówienia polityków, fragmenty reklam etc. Więc Pakuła tego nie wymyślił, robi dokładnie to samo.


Oczywiście rzeczy takie unieważniają tradycyjny podział na twórców i odbiorców. Pytanie, które mnie zawsze nurtuje, to - kto powinien dostać zatem honorarium? Kto jest naprawdę autorem? A może nie ma już takich, są tylko redaktorzy?


Czy jest wierny swojej koncepcji i jak daleko w niej zaszedł - zobaczymy oglądając już wkrótce w Żeromskim -  „Na końcu łańcucha. Trochęmonodram. (Twardy gnat, martwy świat)”, najnowszą propozycję Mateusza Pakuły.  Tytuł zapowiada się dobrze. Bo jakkolwiek współczesny artysta, jest zwolniony z jakiejkolwiek roli, to jedna mu jednak pozostaje – nie powinien służyć w utrwalaniu przemocy społecznej, powinien pokazywać łańcuch i jego obydwa końce, materiał z jakiego został wykuty i przez kogo. A nawet sponsora łańcucha.


Klasyczne dramaty greckie - jak zauważa Shusterman - umacniały jedność społeczną, odwołując się do wspólnego mitu. Współczesne, zwłaszcza polskich wykonawców młodego pokolenia niszczą ten mit i jedność, proponując w zamian slogany o równości i wykluczeniu, i nowe dyktaty cięższe niż poprzednie. A uczestnictwo w tej destrukcji jest często u nich nieuświadomione. Propaganda bowiem triumfuje jak nigdy - ludzie zapomnieli w gąszczu informacji, podawanych do wierzenia przez autorytety - o tzw. zdrowym rozsądku, wyrażanym przez filozofów i proroków – „Prawda to zgodność z rzeczywistością”, „Prawda nas wyzwoli”, czy „Po owocach ich poznacie”.


Sztuka nie powinna grać tuby. O żywotności rapu świadczy fakt, że jego twórców ogłaszano „wrogami publicznymi”, aresztowano, cenzurowano, uniemożliwiano koncerty. W końcu wielu zwyczajnie… przekupiono i podmieniono.


Chciałbym, żeby za „wroga publicznego”, kiedyś uznano w Polsce jakiegoś dramaturga. I były w jego utworach zawarte tak istotne kody, żeby można było by wymigać się od odpowiedzi, jak niegdyś Bob Dylan, który pointował: „Gdybym powiedział, o co naprawdę chodzi w naszej muzyce, prawdopodobnie wszystkich by nas przymknięto”. Dziś wiemy, że niewiele z tego zostało.


Ale ja mam takie marzenie… Chcę żeby nas kiedyś wszystkich przymknięto (ma się rozumieć z wyjątkiem nadzorców niewolników, przepraszam – podatników), bo wtedy jedynie może pojawić się nadzieja, że łańcuch pryśnie!  Choć wiem, że tylko do następnego razu. Ale pomarzyć sobie można…. Prawda?


Wiem, wiem, że już ktoś jak zwykle i teraz - pisze donos na… marzenia.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Przegrać lepiej

Jakby to napisać? Po zapowiedziach dotyczących genialności dramaturga – mamy w  Kielcach tekst świetnie skomponowany. Skrzy się kilkoma odkrywczymi zdaniami, ale zbyt często odwołuje się do najniższego poczucia humoru, co się podoba pewnej części publiczności, ta przecież chętnie od wieków rechocze, na widok kopanych tyłków! Momentami, ta cierpka komedia nudzi. Na szczęście pospolitej historii, może trafnie, ale w zbyt zwulgaryzowanej metaforze, pokazującej mechanizm samokreującego się świata, niespodziewanie wartości dodaje ostatnia scena i popycha całość w inny wymiar.

Na deski kieleckiego Teatru im. S.  Żeromskiego trafiła sztuka pt. „Jakiś i Pupcze” Hanocha Levina (1943–1999), dramatopisarza, prozaika poety i reżysera, legendy, do niedawna mało znanego poza własnym krajem. (Pełna informacja na temat tej niebanalnej postaci, wymykającej się streotypowym wyobrażeniom na temat mieszkańców Izraela, na stronach kieleckiego teatru).
Odkrył go niedawno dyrektor Piotr Szczerski i zachwycił się nim.
„Pojawia się Levin. „Jakiś i Pupcze” jest pierwszym moim kontaktem z tym Autorem. I nie ostatnim. I teraz tak już będzie zawsze! Beckett – Mrożek – Levin. Wierność wobec tych Autorów. Wierność absolutna. Tak jak chciał Mrożek „nie skreślać ani słowa”. Tak, tu wszystko musi się zgadzać jak w zegarku. Byli reżyserami teatru. Widzieli swoje dramaty na scenie. Cóż może więc reżyser?  Chyba tylko pochylić się z uwagą nad ich egzystencjalnymi partyturami. I próbować dobrze je rozczytać. Tylko tyle ... I aż tyle” – napisał m.in. Piotr Szczerski przed premierą.
Jak zapowiedział reżyser, tak zrobił, a miał szansę skrócić to widowisko z korzyścią dla niego i… dla niego.

 No i teraz – (jak ja tego nie lubię), krótkie streszczenie o czym rzecz … W małej mieścinie, mieszka najbrzydsza kandydatka na pannę młodą i najbrzydszy kandydat, którzy od lat szukają kogoś, z kim mogliby się związać na tzw. resztę życia. Dziewczynę Pupcze Chrupcze gra Zuzanna Wierzbińska (odnalazła się w roli skrzeczącej panny młodej), jej rodzinę On - Chrupcze - Janusz Głogowski (inny niż zwykle!), Ona – Chrupcze - Ewa Józefczyk (ze swoim stałym, niezmiennym rysem komediowym) i Chapton Krudicer - Krzysztof Grabowski (świetna rola szwagra, dodająca sztuce kolorytu). Kawalera do wzięcia - Jakiś Huszpisz kreuje Dawid Żłobiński (fachowiec można rzecz, cóż trzeba więcej?), jego rodzinę, ojca On – Huszpisz - Marcin Brykczyński (zdaje się, dobrze czuje się w roli małomiasteczkowego stoika), matkę Ona - Huszpisz - Teresa Bielińska (pokazująca swoje znane atuty). Parę kojarzy, specjalistka od wszystkiego - Leibech (jak zwykle pełen życia, z własną nie do podrobienia manierą) Mirosław Bieliński.

Brawurowo swój monolog „Ożenić się, czy nie ożenić?” – w miejsce hamletowskiego „Być, albo nie być”, wygłasza Dawid Żłobiński. To najlepszy moment sztuki. W końcu decyduje się na tak, mimo brzydoty narzeczonej. Ale po ślubie pojawia się nowy problem – konsumpcji małżeństwa, niestety pan młody nie czuje pociągu do żony, a jego wskazówka niezmiennie pokazuje „szóstą”. Perypetia z erekcją, to dobry pomysł tylko na chwilę (to właśnie ta nieco zwulgaryzowana metafora samokreującego się świata), ale autor eksploatuje go do granic wytrzymałości. Kiedy słyszymy na scenie po raz któryś tam, że wskazówka jest na „szóstej”, myślimy sobie już dość tego. A tu jeszcze drugi akt... Pojawia się piękna księżniczka, która ma obudzić siły witalne nowożeńca, ale ten powalony urodą Szampinje-Szandilje (Dagna Dywicka), niestety nadal nie potrafi być na "dwunastce", jest wciąż na „szóstce”. Piękność anonsuje Trompelaz (brawurowy, klasa sama dla siebie) Edward Janaszek, grający także Grabarza.

Na ratunek przybywa też dziwka Forsedes (Joanna Kasperek - utrzymująca swój poziom), która jak głosi małomiasteczkowa wieść – zdołała paroma wstydliwymi chorobami zarazić pół okolicy. No ale w końcu to przecież nie metropolia. W epizodach pojawiają się (Turkwelt) nawet Jerzy Sitarz, a także On - Nogaszi : Artur Słaboń, Ona - Nogaszi : Ewelina Gronowska.

Toczą się banalne perypetia w małej społeczności, momentami pachnie Brechtem, czasami mrugnie okiem Beckett, wzruszy „Skrzypek na dachu”. Trochę płaczemy, dużo się śmiejemy, nieco nudzimy – jak w życiu. I jak w życiu, bohaterowie śpiewający swoje pieśni – fatalnie fałszują.

I kiedy by się zdawało, że wszystko się ułożyło, że wszystko będzie – jak dawniej – w odwiecznym cyklu narodzin i śmierci, płaczu i śmiechu, waty życia – KTOŚ ten boski cykl brutalnie łamie. Sztuka nagle ujawnia inne, jednak znane nam już konotacje. Dostajemy od dramaturga i Szczerskiego młotkiem w głowę. Ten KTOŚ dziś określany jest epitetem stałym - „nazista”.

Przekładu na język polski, dokonała świetnie czująca mowę mieszkańców nad Silnicą Ela Sidi. Spektakl zaczyna się małym, muzycznym trzęsieniem (znany Zygmunt Konieczny), muzyka nieco później schodzi na drugi plan, by dzielnie sekundować bohaterom do końca. Chciałoby się powiedzieć - tyle ile potrzeba i nic więcej - scenografia - zrobiła ją Hanna Szymczak

Samuel Beckett niegdyś powiedział: „Próbujesz. Przegrywasz. Trudno. Próbujesz jeszcze raz. Przegrywasz jeszcze raz. Przegrywasz lepiej”.

Tym razem Piotr Szczerski i aktorzy – przegrali lepiej. Ale lepiej przegrać lepiej, niż wygrać gorzej.

środa, 1 stycznia 2014

ja 31 grudnia 2013 godz. 10.03

(przyjaciołom)

naprawdę nic się nie zmienia
i wszystko jest inne niezmiennie.

tylko coraz częściej nie poznaję tego starego faceta
który miga, kiedy przechodzę koło witryn sklepowych,
spogląda na mnie, kiedy się golę.
 

i trudno uwierzyć w historie,
które CZASAMI opowiada JA.

naprawdę nic się nie zmienia
i wszystko jest inne niezmiennie.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Miłosierdzie gminy XXI (z tomu "Lekcja języka londyńskiego")


– Kurwa! Znowu jestem spóźniony!

Był jak mawiało się niegdyś, wtedy, kiedy jeszcze używało się słowa „niegdyś”, jak gradowa chmura.
Który to już taki poranek? Szósty rok? Nie rejestrował pór roku, nie niosły bowiem żadnej nadziei – lato nie zapowiadało wakacji, a zima to nie były już śnieżne bałwany, kule, dźwięk dzwoneczków przy saniach i górskie widoki.
Czas – przebiegał jak brudny, kaleczący, lepki piasek między palcami. Piasek przyklejał się i przywierał do każdej myśli, zmieniał nawet te, które już były, i piętnował te, które dopiero będą, na wiele lat do przodu.

„A miało być tak pięknie! Inspirująca praca dla dobra ludzi, poczucie misji i dobra płaca” – szydził ze swojej wrodzonej naiwności.

A teraz? Spojrzał na swoją zarośniętą twarz. Ledwo ją widział, nie tylko z braku snu i odpoczynku, ale i z powodu znacznej krótkowzroczności. Niestety okulary stracił parę dni temu. Właśnie siedział przy biurku, pisząc tekst, jaki to dobrobyt teraz mamy, nie to, co było za komuny, i zdjął na chwilę z nosa okulary, żeby przetrzeć utrudzone oczy i poprawić wiadro, z którego obok jego biurka, z nieszczelnego i starego okna spływała po parapecie deszczówka, a tu pojawił się redakcyjny kolega – nie dość, że strącił okulary, to je jeszcze zdeptał! Tragedia! Mówiąc „sorry”, szybko uciekł.
A w kieszeni, tydzień po wypłacie – wiadomo – już nie ma, jak zwykle, ani grosza. Tyle dobrego, że długi spłacone, u życzliwej pani Ani z jadłodajni „Biedronka” też. I już nie ma nawet na bilet na autobus, a co dopiero okulary!

Pochylił się prawie nosem do samego lustra, zaczął skrobać tępą żyletką po policzkach i szyi. Krwawił chwilę potem.
– Kurwa... kłamcy – wykrzykiwał sam do siebie.
Okazało się, że kilkucentymetrowa piramidka, która miała czynić cuda, także ostrzyć tępe żyletki, była o dupę potłuc.

A teraz jeszcze trzeba było umyć zęby, ale czym? Wiedział, że od tygodnia w tubie już nie ma pasty, ale od czego jest się inteligentnym człowiekiem z wyższym wykształceniem? Zbawcą niewyedukowanego społeczeństwa, nie bójmy się powiedzieć – ciemnogrodu? Ma się rozumieć, zbawienie jak zwykle przyjdzie etapami, nie zaraz dla wszystkich, po czasie chwilowych wyrzeczeń i zamieszania. Czyli jak zwykle i jak zawsze.
Rozciął tubę nożyczkami i wyskrobał łyżeczką jeszcze na jedno mycie.

Teraz już było dużo łatwiej. Droga do pracy jest w linii prostej ze cztery kilometry, nie można się zgubić nawet bez szkieł na nosie, a później już rynek, na którym wysiadywali od rana mężczyźni w dresach, które dostali od kogoś – więc zaroiło się na rynku od cherlawych niby sportowców, którzy mieli na ubraniach napisy – „Reebok”, „Adidas”.

– Daj pan siedemdziesiąt groszy do wina, tyle nam brakuje – prosił dziennikarza niewielki mężczyzna, najwyżej trzydziestoletni, wyglądający jednak na pięćdziesiąt, z niepełną zagrodą przednich zębach.
– Ja dopiero wróciłem z więzienia i ... – jakby zaczął grozić.
– Nie mam – odpowiedział dziennikarz i bardziej postawił kołnierz spranej jeansowej kurtki, niegdyś zdaje się czarnej, a teraz szarej.

To takie z kieszeniami na metalowe guziki były przedmiotem marzeń za komuny. To w takiej od zawsze chodził Wielki Więzień, Mistrz Pióra i Założyciel, Wielki Wydawca, który trzęsie sumieniami inteligentów i narodu, nieomylnie decydujący o tym, co jest prawdą, kto jest plugawcem i antysemitą, kto będzie sławny, a kto na zawsze zapomniany. Ale naród jak to naród – niewdzięczny jest, rasistowski i głupi. Szkoda gadać... Tylko najinteligentniejsi potrafią zrozumieć, że aby było lepiej, najpierw musi być gorzej.

Raz w roku dziennikarz mógł Mistrza, Nauczyciela, Pisarza wraz z setkami innych pracowników zobaczyć z daleka na zjazdach firmy – jak mawiali najbardziej gorliwi – Mateczki – wysłuchać jego Proroka słów:
– Pracujecie w pierwszym wolnym medium!
Aplauz! Aplauz! Aplauz! Klaszczą prawice... nawykłe tylko do stukania w rozchybotane klawiatury.

Zdanie to później powtarzali pomniejsi wykonawcy jego myśli, uzupełniając: „Pracujesz w pierwszym wolnym medium! Czy to do ciebie dociera!? A ty pytasz o podwyżkę?! O podwyżkę!”
O zaiste, drodzy Państwo, są jeszcze na tym świecie i banalni ludzie! Są!

A czasami ktoś dostępował nadzwyczajnego zaszczytu:
– Szefie, to Krzysiek z Kielc.
Wielki Szef: – Co tam, Krzysiek, słychać w Kielcach?
Krzysiek o mało nie zemdlał z wrażenia! Mówiła do niego legenda, być może przyszły laureat Pokojowej Nagrody Nobla i chuj wie jeszcze czego, zwiastującego na koncie Wielkiego Szefa, kolejne setki tysięcy dolarów!
– OK... OK. Szefie.. Tylko... Wiesz... U nas...
– Nie zawracaj Szefowi głowy takimi sprawami dziś. Dziś jest święto. Święto naszej firmy, „Mateczki”.
– Tak rozumiem. Rozumiem – zanim się wyjąkał, Krzysiek już widział plecy Wielkiego Szefa i słyszał: – To jest Grzesiek z Rzeszowa...
– Co tam, Grzesiek, słychać w Rzeszowie?
– OK... OK. Szefie... Tylko... Wiesz... U nas...

A później już nic nie słyszał – szumiało w głowie lejące się litrami najtańsze piwo, przekąszane chlebem ze smalcem i ogórkiem, w towarzystwie dziesiątków facetów w takich samych czarnych, jeansowych kurtkach i niezbyt pięknych, ładnych trzeba przyznać – też nie – co najgorsze kobiet. I pary poszły w wir tańca i inne wiry. Oj! Co to było! Chudy stażysta prosił do tańca panią Prezes! Drugi po Wielkim Szefie młodą praktykantkę w wyciągniętym swetrze! Kolega redakcyjny koleżankę. Słowem bal ... nad bale. A jakiś czas potem i chrzciny i redakcyjne legendy o wielkiej miłości, która tak nagle spadła jak grom albo niczym kilka piw i pół litra na głowę...

Rano, kiedy rozsadzało mu czaszkę i nawet nie wiedział, jak wrócił ze stolicy, pierwsze słowa, jakie usłyszał:
– Co to za sianie defetyzmu? Z takimi pytaniami do Szefa? Co ty, kurwa, sobie wyobrażasz? Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj! Na twoje miejsce są dziesiątki chętnych. Zobacz, ile mam podań! Pełną szufladę! – dowodził słusznie Mniejszy Szef Krzysztofa. Malkontenctwo bowiem trzeba tępić w zarodku. W zarodku.

Ale teraz Krzysztof śpieszył się, jak mógł. Deszcz nagle przeszedł w lepki deszcz ze śniegiem, jak to niekiedy zdarza się w grudniu. Jutro będzie Wigilia Bożego Narodzenia. Na Rynku przyozdobiono drzewka tysiącami migoczących lampek. Na Krzysztofa już czekał surowy wzrok Mniejszego Szefa. Na szczęście wszedł równo o ósmej trzydzieści...

– Co tak późno? Kiedy do kolegium się przygotujesz? Masz jakiegoś newsa? Nie masz? – odzywa się Mniejszy Szef.
– Ja was wszystkich na zbity pysk wywalę! Z kim ja pracuję?! – motywował także i innych Mniejszy, choć wysoki. I kto mógł, schodził mu z drogi. Każdy go zresztą rozumiał – przyjechał ze stolicy, a tu było jak zesłanie. Akurat dlaczego na „zbity”? – rozwiązywał intensywnie problem językowy Krzysiek.

W końcu strudzony Mniejszy wysoki mógł zarzucić nogi w wyglansowanych starannie, trzeba oddać prawdę – czysty z niego chłop – butach na biurko, napić się kawy i poczęstować tortem podanym przez czujnego na każdy gest zastępcę.

– Pójdziecie na spotkanie wigilijne do tej nowo otwartej noclegowni. Wiecie gdzie... I szybko mi wracać, bo jest kupa roboty. A jak się ktoś spóźni, to go w dupę kopnę! – zarządzał sprawnie, zadowolony już Mniejszy Szef. Przypomniał od rana, że porządek i idące zanim posłuszeństwo, to rzecz bardziej święta od świąt i jakie jest miejsce każdego w zaprzęgu.

Wyszli. Dziennikarz i Paweł fotoreporter. Wsiedli do zdezelowanego malucha. Dziennikarz wsiadając, uderzył głową w ramę mikroskopijnego auta. Guz jak byk!
– Kurwa, to przez to, że nic nie widzę...
– Wybacz, ale ja też nie mam pieniędzy i nie mogę ci pożyczyć – tłumaczył się Paweł. Maluch zarzęził, ale w końcu odpalił.
– No, mamy szczęście dzisiaj – powiedział Paweł. Dobry z niego jest chłop. Podzielił się teraz rogalikiem. Śniadanko zaliczone. Teraz była szansa na obiad!
– Słuchaj, Paweł, ja dopiero widzę z odległości mniejszej niż metr, mnie weź tam za rękę i podpowiadaj, kto do nas mówi.
– OK.

Ale szczęście nie może trwać przecież wiecznie, a fortuna się przecież kołem toczy. Niekiedy wyłysiałą oponą, a nawet czterema – każda z innej parafii, nie licząc zapasu. Trzy przecznice przed noclegownią maluch zawył, umilkł i na dobre zamarł.

– No to pchamy. Nie ma innego wyjścia – mówił Paweł, który znał doskonale swój samochód, na jego szybie nakleił dumne logo „pierwszej wolnej” i wiedział, że już od dawna połowa silnika dawała dramatyczne sygnały, które on ignorował.

Pchali. Pchali. Pchali. W błocie i słocie. Słocie i błocie. Błocie pośniegowym i poślizgowym, i lepkim śniegu. W pisku hamulców. Przez skrzyżowania, ulice i uliczki, uliczeczki.

– Jakie ja mam szczęście, że ty ze mną pojechałeś, a nie Iwona – nie tracił ducha Paweł. – Jakie mam szczęście...

Pchali. Pchali. Filozofowie spokoju wśród trąbiących na nich innych kierowców, którzy mieli w końcu szansę odreagować swoje stresy.
– Kurwa! – krzyczeli przez opuszczone okna. – Do rowu z tym rzęchem! Do rowu! Kurwa! Wypierdalać!

W końcu dopchali, mokrzy od potu i deszczu ze śniegiem, pod świeżo wymalowany budynek. Weszli, pachniało farbą. Jak przez mgłę dziennikarz widział lśniące parkiety i piętrowe metalowe łóżka, jak w wojsku.
– Prosimy dalej! Prosimy! Są jeszcze miejsca przy stołach – zapraszała radosna, grubawa starsza pani, zdaje się tutaj kucharka.
– To my już... kurwa, tak nędznie wyglądamy? – szepnął do ucha dziennikarza Paweł. I żeby zatrzeć ochlapane błotem wrażenie, wyciągnął z obszarpanej torby lśniący na czarno długi niczym koński penis, obiektyw.
– Ja panów bardzo przepraszam... – zmieszała się kobieta. – Panowie z mediów?!

I już osobiście posadziła ich przy honorowym stole, ustawionym niczym ołtarz w kościele, przy którym siedzieli już biskup i kilku pomniejszych księży, wojewoda, urzędnicy od pomocy biednym i inni. Dziennikarz i fotoreporter usiedli obok prezydenta. Naprzeciwko mieli przed sobą rzędy stołów, za którymi oczekiwali nadpsuci życiem i pożółkli jak stary ząb mężczyźni o czerwonych nosach i poodmrażanych dłoniach, ze zrogowaciałymi paznokciami o czarnych obwódkach, mrowie głów nienawykłych do czesania, które zdobiły odświętne przedziałki. Niekiedy spod rękawa mignął więzienny tatuaż – sylwetka nagiej kobiety i nieśmiertelne PSM. Albo data pierwszej kopulacji. Ech... To były czasy.... Byli to robotnicy, którzy przyjechali do miast w 70. latach XX wieku. A i niekiedy trafił się były nauczyciel czy pracownik kultury, który nieroztropnie wybrał niegdyś taki zawód i teraz na emeryturze przymierał głodem. Chciałoby się powiedzieć, dobrzy ludzie – dureń sam sobie winny.

Dziennikarz nie za wiele widział, czuł raczej zapach niezbyt czystych ciał, szorowanych naprędce szarym mydłem i nieskazitelny zapach garniturów i wody kolońskiej od Armaniego, Bossa, Kleina, dyskretny urok dobrze wydanych pieniędzy swoich najbliższych towarzyszy. Ktoś rozważnie uchylił okno. Przyjęli to z niemą wdzięcznością, ci zza „ołtarza”.

– W taki dzień, w Wigilię Bożego Narodzenia, nikt nie może czuć się opuszczony. Bóg bowiem o wszystkich pamięta. Oto narodził się Jezus, też biedny i opuszczony wówczas jak wy, jak my... – przemawiał pięknie rumiany biskup, wszyscy wiedzą, ludzkie chłopisko z którym i ten najmniejszy z nas mógł podejść i zamienić słówko.

Lecz jak tu ogarniać święte i prawdziwe słowa, kiedy nosy bezdomnych same poczęły łowić zapachy dochodzące z kuchni – zupka grzybowa (mniam...), zapach wysmażonej na rumiano rybki, kluski z makiem i pierogi! Mój Boże – kiedy to takie ostatnio jedliśmy? I kompot ze śliwek!

Później przemawiał prezydent, o tym, że gmina nikogo nie opuści w potrzebie. Ale jaką konkurencję słowa te stanowią dla mis gorącej zupy, którą zaczęły wnosić kucharki. Nie zabrakło też opłatka, którym ze względu na ciżbę dzielono się tylko z najbliżej siedzącymi. W końcu słychać było tylko mlaskania i siorbania.

– A pan prezydent gdzie spędza święta? – zagaił inteligentnie dziennikarz.
– Muszę odpocząć i pobyć z rodziną. A pan?
– A... pojadę na narty do Austrii – zażartował dziennikarz.
– To może się spotkamy? Bo ja też będę w Wigilię w Austrii... Owszem, bardzo chciałbym być w tym czasie w naszym mieście, ale synowie to zapaleni narciarze... Rozumie pan. Trzeba dbać o rodzinne więzi.
– Mój kolega żartował... My jak zwykle na posterunku w święta. Może jeszcze raz w noclegowni? Kto wie? – rzucił Paweł, który już  „zapisał”, co miał zapisać i też zabrał się ostro do grzybowej.

Zobaczą jutro ludzie na pierwszych stronach gazet, usłyszą w rozgłośniach radiowych jak elitom nie obce są problemy biednych! O! Jest i telewizja. Pan redaktor usiądzie tutaj! Prosiemy!

Tymczasem trwały przy honorowym stole uczone dysputy. Co będzie dalej? Co będzie choćby z tradycyjną polską Wigilią? – frasowała się wówczas nie jedna mądra głowa. Niestety upadek obyczajów! Nadzieja tylko jeszcze w starej gwardii i w garstce młodzieży. Iskierka nadziei jak lampka na choince, która błyskała z kąta.

Na koniec do stołu podszedł jakiś łysawy mężczyzna w zielonych, sztruksowych spodniach i sfatygowanych, niegdyś białych, ale całkiem jeszcze dobrych, adidasach, które zostawił koło śmietnika jakiś miłosierny człowiek.
– Dobrzy panowie... mam pytanie?
– Słucham? – spytał prezydent.
– Czy panowie... będą jedli tego makowca, bo na naszych stołach takiego nie ma...
– Proszę brać. Proszę... – zachęcali panowie.
Jak jeden mąż dziesiątki konarzastych rąk łapczywie sięgały do pańskiego stołu, zrazu nieśmiało, później coraz dzielniej sobie poczynając. Po chwili był oczyszczony do ostatniego okruszka.

– To my jutro na dworcu. Jak co roku – na pożegnanie rzucił do towarzyszy jeden ze smakoszy makowca.
– Jak zawsze... Józuś... Jak od lat...

Zebrał się pośpiesznie i kwiat miasta, a w zasadzie świąteczny stroik, zdobny w kolorowe bombki.
– Pan też teraz na Wigilię do Narodowego? – do dziennikarza zwrócił się wojewoda. – To chętnie podwiozę... Chętnie...
– Tak. Tak... Teraz spotkanie z twórcami... Dziś ani chwili wytchnienia nie ma... Ani chwili... Ale cóż zrobić. Cóż...  A mówię panu, dyrektor Narodowego, ten to zna się na kuchni, jakiego wyśmienitego tam podają sandacza! Palce lizać... Palce lizać... – delektował się już prezydent.

Pomknęły limuzyny.

A kiedy następnego dnia dziennikarz siedział przy wigilijnym stole, zapikał jego telefon. SMS.
„Załatwiliśmy ci pracę w Anglii. W Londynie. Kierowca. Wszystkiego «najlepszego!»”

I wiedział, że zaczęło się dla niego nowe życie. Słyszał wokół „Bóg się rodzi”. I płakał ze szczęścia.

Kielce, 2000

niedziela, 15 grudnia 2013

Ostatnia Wigilia ("baśń polska", z cyklu "Ukryte poematy")

I.
Bary nie wiedział, że jest Wigilia Bożego Narodzenia. Mróz (oj... dawno takiego nie było), z minus 30 stopni.
- Jak sam „sk…” - obrazowo zauważyli okoliczni sędziwi prorocy, o roztrzęsionych rękach, ale spokojnych sumieniach, pod sklepem z najtańszymi winami.
Pies od dawna szukał jakiegoś ciepłego kąta, który czuć by było choć trochę starym drewnem. Nie znalazł. Ostatnie stare przybudówki wyburzono już latem. Rok za rokiem powoli wypychały je okazałe, nowoczesne mieszkania. Próbował się nawet dwa razy wcisnąć do ciepłej klatki schodowej (raz mu się to udało kiedyś i pysznie wyspał się na wycieraczce), poprzez uchylone w pośpiechu, przez ludzi z pełnymi siatami pachnących rzeczy, drzwi. Ale za każdym razem go przeganiano. Nawet raz dostał boleśnie zamykanymi drzwiami w pysk. Zebrał też i kopniaka, ktoś bowiem był nad wyraz odważny i nie przestraszył się jego wzrostu. Tylko zadudniły wychudzone psie żebra.

 Znowu zaczął prószyć śnieg. Skrzypiał pod ludzkimi stopami.

- Tato, czy to prawda, że w Wigilię zwierzęta mówią?
- Zwierzęta nie mówią. W ogóle nie zawracaj głowy teraz. Mama czeka  - odpowiedział masywny mężczyzna i pełną siatką prawie zepchnął Barego pod nadjeżdżające auto. Ten zdążył tylko skulić ogon i położyć uszy po sobie. Auto minęło go o zapchlony włos. Kierowca gwałtownie zahamował. Otworzył drzwi i darł się nie wiadomo do kogo:
- By mi kurwa, zderzak zniszczył! Jebana łajza!
Po czym gwałtownie ruszył. Klient czekał!

W tym momencie na sekundę - mawia się - pies i pięcioletnie najwyżej dziecko spojrzeli sobie w oczy. Chłopiec dojrzał ból, lęk, ale i zaciekawienie. Pies zamachał nieśmiało ogonem. Chłopiec chciał go nawet pogłaskać, ale ojciec...
- Zobacz jaki on brudny i nie wiadomo na co chory. Jeszcze cię ugryzie. Pamiętaj na całe życie: psom się nie wierzy!

Za jakąś godzinę ustał ruch. W oknach bloków rozbłysły światła choinek. Bary z ciekawością patrzył w jedno z nich – najniższe, na parterze, które było kilka metrów, patrząc z chodnika, najwyżej ze cztery. Ujrzał w niej twarz tego samego chłopca z ulicy, który wyglądał (odświętnie) w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. Jeszcze raz spotkały się ich oczy. Chłopiec pomachał mu ręką i... Zabrała go matka i zasunęła firankę. Nawet na ulice dochodził głos kolęd.

Chłopiec: - Mamo ja chciałbym mieć psa!
Ojciec: - Nie zwracaj głowy. Psów nie trzyma się w mieszkaniu, są duże, śmierdzą i brudzą. Miejsce psa jest na dworze.
Chłopiec: - Jak tego tam?
Ojciec: - Jakiego? Nie zawracaj głowy.

Chłopiec nie zadawał już więcej pytań. Nawet wtedy, kiedy znalazł pod choinką pudło, a w nim... Dużego pluszowego psa...
Mama: - To dla Ciebie! Specjalnie taki duży, żeby cię zawsze strzegł! Cieszysz się?
Chłopiec: - Cieszę się mamo. A czy będę go mógł, o coś zapytać o północy?
Mama: ???
Tata: - Ten nie jest żywy.
A do mamy: - Jaki to jeszcze mały głupolek!!!
Pieszczotliwie pogładził włoski małego grubaska i sam się poklepał po wydatnym brzuchu, który ciasno opinała świąteczna koszula...

Tata: - Jeść! Jeść! Umieram z głodu! Od rana nic nie jadłem!
Chłopiec: - To ja zapytam później o coś tamtego.

Mama: - No, za dobrze was karmię.... – powiedziała wyraźnie zadowolona z siebie Mama, spoglądając z uwielbieniem na syna i jego tatę. Miała się do czego przytulić kobieta!

Połamali się opłatkiem. Jak setki innych dobrych, ale i tych zaradnych ludzi.

Bary spojrzał ostatni raz Chłopcu w oczy. Zerknął jeszcze na zasuwaną firankę. I... położył się tuż, tuż, na mikroskopijnym, w powodzi betonu, trawniku obok rachitycznego bezlistnego drzewka. Zwinął się w kulkę. Przykrył nos ogonem. Zamknął oczy. Głęboko westchnął. Jego nędzne futerko zaczął przykrywać biały śnieg. Zaczęło mu być pierwszy raz od niepamiętnych dni nawet trochę cieplej. Nawet tutaj dochodziło: „Bóg się roooodzi!”, „Byyyydlątka klękają”. A Bary nawet już leżał...

II.
Kilka godzin później mróz się jeszcze wzmógł! Przed północą, na ulicy zaroiło się od strojnie ubranych rodzin. Dopisywały humory zwłaszcza panom. Dzieci bawiło robienie śladów na niezmąconym niczyimi krokami śniegu. Tej radości i piękna nie mącił nawet widok niczyjego psa. Zwłaszcza, że ten spokojnie leżał. Dzieci robiły kule śniegowe i rzucały także i w dorosłych, a i jakiś odważny, „Zuch chłopak, wyrosną z niego ludzie!” – w psa. Wszyscy zmierzali do zimnego kościoła, gdzie w stajence jeszcze raz urodzi się malutki Jezus. Ktoś nawet specjalnie, dosyć ostrożnie, trącił psa w nos czubkiem wyglancowanego na błysk świątecznego buta. Ale pies nie „odpowiadał”.
Chłopiec też wyszedł przed blok, z mamą, która nosiła w brzuchu siostrę, tatą i dziadkami. Zatrzymał się przed rachitycznym drzewkiem.

Dostrzegł to Tata i szybko go pociągnął za rękę: - Chodź już chodź! Szybko, tam Jezusek czeka!
A do mamy dyskretnie: - Skąd się to wzięło?! Mogliby to sprzątnąć, choć na święta. Za co jak k... płacę podatki!
- Ale ja nie chcę! – krzyczał Chłopiec. - Ja się go chce o coś zapytać! Chcę zapytać!
Tata: - Nie gadaj synu głupot...
Dziecko płakało...
- Coś musimy zrobić z tym... – powiedział Tata zatroskany o swojego Pierworodnego.

I kiedy wracali z Pasterki, to już szli do domu drugą ulicą, z drugiej strony bloku.
- Tato, czy on tam jeszcze jest?
- Nie synu. Na pewno sobie już poszedł.
Chłopiec jednak szybko po powrocie chciał wyjrzeć przez okno. Jednak tata mu nie pozwolił.
- Święta, a tu taki problem. Nie można mu dostarczać takich stresów – myślał głośno Tata.
Zmęczony chłopiec usnął, ale nie mógł o niczym innym myśleć. Tylko o psie, sprzed bloku.
- Coś z tym muszę zrobić...Coś.... – zasypiał także Tata i szumiało mu w głowie od świątecznego wina i wódki, pił ze swoim ojcem.

III.
Kiedy chłopiec „otworzył po raz pierwszy oczy” w ten grudniowy poranek, to „pierwsze” o czym pomyślał to pies. Ale nie mógł wyjrzeć przez okno, bo to było okno z sypialni rodziców. Bał się, żeby się nie obudzili. Na piżamkę zarzucił tylko kurteczkę i w bamboszach, które zamiast pomponów miały dwa puchate brązowiutkie szczeniaczki, cichutko wyszedł na dwór.

- Gdzie mały? Gdzie mały? – zapytał po przebudzeniu Tata.
Mama: - Nie ma go w łóżeczku? Może jest w łazience?

Wbiegli do pokoju, ale w łóżeczku leżał tylko pies-maskotka. Mama popatrzyła z wyrzutem na niego – nie upilnował! Jednocześnie pobiegli do okna sypialni. Obok drzewa na ziemi leżał Syn, przytulał małe ciałko do częściowo zasypanego śniegiem wychudzonego, wielkiego psa.

- Rany Boskie! Jeszcze się przeziębi! – krzyknął Tata, ale najgorszego, widząc nieruchome ciało pierworodnego, który miał przedłużyć jego ród, nie chciał głośno wypowiedzieć, licho bowiem jak nie spało kiedyś, tak i nie zasypia dziś!
Wybiegł jak stał! Kołatało mu nienawykłe do sprintu serce. Dobiegł do syna i porwał w ramiona.

- Co ty robisz? Co ty robisz? Chcesz się przeziębić? Zamartwiamy się przez ciebie z mamusią – gnał z powrotem do ciepłego mieszkania Tata.
Syn z ramion Ojca: - Ja tato tylko chciałem go o coś zapytać, ale nie zdążyłem... On nie żyje… Nie żyje! Nie żyje... I nic się nie da już zrobić… Nawet Tata...

A Tata milczał przekazał Syna Mamie. Sam wybiegł ponownie. Złapał psa i wrzucił do głębokiego kontenera śmietnika. Zadudniło skamieniałe ciało.
- Teraz już będzie spokój! Będą normalne święta – rzekł z wielką pewnością Mamie. Tylko nie rozumiał dlaczego wciąż w sobie, słyszy mówiącego ludzkim głosem psa. Wciąż i wciąż...
Ale był doświadczonym przez życie człowiekiem, który to wszystko co ma, wyszarpał tymi o to, swoimi rękoma i wiedział, że nikomu o psich słowach nie powie, a i w końcu wszystko ucichnie... Jak zawsze... Ucichnie...