niedziela, 14 stycznia 2018

Przepraszam czy płynie z nami Sternik?

Czy to zapowiedź zmiany paradygmatu w polskim teatrze, (czy tylko TA RZECZ pokazuje głębszy niż u innych twórców, etap rozwoju reżyserki i dramaturga)? Czyżby nadeszła era teatru, który już nie rezonuje i nie utrwala mainstreamowych „jedynie słusznych” matryc? Chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Korzystamy z wolności wyboru… Czytamy te same książki, skupiamy swoją uwagę na tych samych newsach, żyjemy emocjami związanymi z tymi samymi problemami – bo mamy też te same źródła informacji i te same kanały reakcji. Jesteśmy zatem świetnie poinformowani. I… Ale zamiast głębszej refleksji, chociażby zadania sobie pytania – kto jest tym, który nadaje i po co to nadaje, dryfujemy do kolejnego tematu, czy narzuconego nam filmiku.  Rok za rokiem. Popłaczemy sobie nad ściętym drzewem, skrzywdzonymi zwierzaczkami i dziećmi, obudzimy w sobie „słuszny gniew”, wyślemy złotych 2.46 esemesem na konta ratujących świat, pobiadolimy nad losem „uchodźców”, wyśmiejemy „spiskowe teorie”, a nawet w chwili heroizmu wstrzymamy na chwilę oddech, żeby nie produkować niepotrzebnie co2. Bo wiadomo, największy problem to jest to co2, bo to gaz niebezpieczny i zbędny. No i pytamy - jakie mamy granice? Jakie? Kim jesteśmy? I na pewno odkryjemy też nasze prawdziwe „ja”. I czym jest ludzkość. A może nie ma co odkrywać? Ale po drodze przynajmniej jeszcze się samozrealizujemy. Ok. Poironizowałem.

Zatem nic nowego o otaczającym nas świecie czego byśmy nie wiedzieli, my zebrani w kieleckim teatrze, nie powiedzieli nam twórcy „Ciemności” - dramaturg Paweł Demirski i reżyserka Monika Strzępka. Ale… chwała im za ten ich autorstwa spektakl.

Bo najważniejsze jest to, że pozwolili sobie na dyskretną krytykę absurdów poprawnościowo-politycznych dogmatów – takich jak postkolonializm, feminizm, nawet freudyzm oczywiście w lacanowskim ujęciu, z jego opowieściami o tzw. Innym, który jednak jak wynika z praktyki ma w d... dialog z nami i chce być takim jak „my”, czyli niektórzy „my” z „nas”. A „my” to oznacza klasę , która „ma”. I nie oszukujmy się, że takie „nasze klasy” nagle zniknęły wraz z dziewiętnastym, czy końcem dwudziestego wieku i tak łatwo znikną.

Spektakl „Ciemności” (nawiązuje do „Jądra ciemności”, powieści Józefa Korzeniowskiego, która zadaje wiele pytań w tym te o granice człowieczeństwa), zbudowany jest  z luźnych fragmentów, w których przenikają się dwa plany dziewiętnastowieczny i ten współczesny, całość łączy motyw podróży parostatkiem do miasta najbardziej mrocznego z mrocznych. Jego pasażerowie dwie pary; ta „kolonialna” i ta „postkolonialna” rozmawiają sobie o mechanizmach władzy, a także i o… sensie istnienia. Przez chwilę nawet gdzieś tam zza dymu z komina po freudowskim erosie, wyłania się nawet tanatos. Ale… zanim gdziekolwiek dotrą  ci wybrańcy losu muszą się jeszcze poborykać z oporem materii, która bywa niepokorna, uciążliwa i brudna.  Zabiera także cenny czas, choć i ten jest iluzją. I ci państwo choćby nawet twierdzili, że WSZYSTKO jest iluzją i „NIC nie ma sensu”, to jednak na koniec takich dociekań - ktoś „w końcu” musi IM podać te iluzoryczne poranne śniadanko, dobrze zaparzoną kawusię, ulubionego drinka, a kogoś trzeba przecież jeszcze „wyruchać”. A potem wszystko znowu traci sens… Do kolejnego ranka… I znowu kawusia, śniadanko, ruchanko… I owszem… świat jest pełen równości, ale… ZAWSZE BYŁ i  musi być ktoś mniej „równy”, ten kto to umie tak zrobić żeby statek jednak (w)płynął, ktoś kto musi pod pokładem ubrudzić się i sypnąć do paleniska szuflą węgla.

A może niewolnictwo przestało istnieć? Właśnie na terenach przez które przewaliła się wolnościowa „arabska zielona rewolucja” wymierzona w „tyranię” (i pokłady ropy miejscowych właścicieli, które właśnie zmieniły właściciela na tajemniczego nowego właściciela) - jak donoszą nieliczni korespondenci, odrodził się rynek handlu niewolnikami, kultywują go ci…, których my chcieliśmy wyzwolić od miejscowych satrapów. Ale… Ale powiedzmy w takim City of London to już nie ma niewolnictwa? Fakt nie ma. Jego starej formy - była mało elastyczna i nieopłacalna. Teraz jest „liberalizm”, a nawet „neo”, czyli wariacja oparta na „dłużnym” pieniądzu, tzn. elity elit produkują ten pieniądz z powietrza i... reszcie… pożyczają za sowity procent. Owszem, owszem… zawsze możesz „odmówić” pożyczki i „czegoś” szefowi, ale… Jest tylko to „ale”. Jest też wolność, „ale”. Jest i demokracja, „ale”. Jest godność człowieka „ale”. Jest i „sprawiedliwość „ale”.

W zasadzie my widzowie, wiedzieliśmy w jakim kierunku to WSZYSTKO w spektaklu płynie już po 10 minutach, ale postanowiłem zostać do końca, czerpiąc nawet uczucie ulgi, że nie zostanę już niczym „zaskoczony”, albo zaproszony do „zabawy”.  Mogłem się zatem długimi momentami cieszyć dowcipnym tekstem Demirskiego, a to teraz rzadkość, bo większość tzw. dramaturgów i dramaturżek produkuje, coś co tradycyjnie nazywało się grafomanią. Żeby jednak nie popaść w jakąś przesadę – nie oszukujmy się, że jeszcze ktoś kiedyś wystawi „Ciemności” w takim słownym opakowaniu, ponownie na scenie. Czasy Mrożków, Becketów już chyba minęły. (Tak nota bene autor tekstu skojarzył mi się z Krytyką Polityczną (wydawcą jego dramatów). Czy czasem to nie guru tego środowiska S.S., mający usta i szpalty pełne bitów słów o równości, nie zatrudniał u siebie na symboliczne „czarno” jak się mawia – dziewczynę, która sprzątała jego domostwo? Dziewczynę z „biednego kraju”?).

Jak pokazuje sztuka „Ciemności”,  rozważania o naturze zła, są rozważaniami, mechanizmy zła mechanizmami etc., ale zawsze ktoś chce żeby to jego obsłużono, a nie on sam siebie, żeby ktoś podał dobre jedzonko chociażby nawet wegańskie, a jak tradycyjne, to żeby ktoś „inny” zatłukł te zwierzęta i przerobił je na wykwintne befsztyki, żeby ktoś inny (bo my się brzydzimy przemocą, a i  mdlejemy na widok krwi, mamy też pacyfistyczne poglądy), trzymał jednak „porządek”. Bo porządek musi być.

A może znowu rewolucja? A czyż nie wywoła jej czasem, ktoś kto ma moc jej sfinansowania? To chyba zatem nie rewolucja… A może…
Jeśli komuś jeszcze chodzą po głowie mrzonki o tym, że trzeba uważać na kogo się głosuje przy urnie wyborczej, żeby znowu się np. jakiś „faszyzm” nie powtórzył, to chyba nieuważnie czytał Marka Twaina. A ten powiedział wyraźnie, że gdyby wybory mogły coś zmienić to by ich zabroniono.

Owszem elity elit niekiedy mają kilka uwag w kontekście „równych”… Po pierwsze żeby ci byli jak najdalej od nich, a jak już są, jak już muszą być, żeby zrobili co trzeba i zniknęli z oczu. A jako wyraz „demokratyzacji” współczesnego świata może łączyć elity z „równymi”, np. jakiś element ubioru, jakaś kurteczka przekomponowana przez znanych projektantów mody, wykonana rączkami dzieci z Wietnamu, z emblematem znanej marki, wbrew lekturze „No logo”.

O czym zatem może być ten spektakl? A może to rzecz o pozornie niespójnym dryfowaniu mas i Sterniku w tle. Ten stary podobno umarł, ale zanim umarł, trzeba było wymyślić system, który zagłuszy u tych sumienie, którzy je miewają, a tych jest nie tak znowu mało. Wymyślono zatem opowieści o „predystancji” i o silnych i silniejszych. A później o „rozumie”, który zawiódł, albo o braku „rozumu”, który przysnął i się coś „wyprodukowało” potwornego. Np. wyprodukował się jakiś Auschwitz. Sam zapewne.

Słabością tej propozycji jest jednak pytanie dokąd „idzie ta Europa”. Bo… Nie ma czegoś takiego jak Europa (podobnie nie „Europa” kolonizowała Afrykę, podbijały przecież elity Europy).  Europa to nie jakiś jeden organizm, czy raczej mechanizm, które jak się wydaje freudystom trzeba przejrzeć i może uda się „naprawić”. A jednak lepsza ta smutna wiedza o tym, że się nie da zrealizować utopii, niż brnięcie w szaleńcze iluzje.

O tym kto grał i że grała tylko dwójka (trójka?) „kieleckich” aktorów tutaj:

A tutaj moja opowieść o moim przyjacielu Dramanie. To jego przodkom odrąbywano ręce, za to, że pracowali za „wolno”.

http://bezprzeginania.blogspot.com/2013/01/draman-z-mali-ja-z-polski-z-kieszeniami.html


poniedziałek, 8 stycznia 2018

stalowe grzebienie. wiersz na rok 2018

(pokoleniu polskich hipisów)

kiedyś.

leniwie rozparci przy murku.

nikt nam nie zagrażał, a my mogliśmy wszystkim.
lubiliśmy tę władzę, ten zaułek. to było nasze pięć wieczności.

roiło się nam w głowach.
każdy z nas nosił wir energii pod błękitnymi jeansami,
nieco poniżej klamry w której odbijał się rój afrodyt.

i nawet stalowy grzbień nie był w stanie
przeczesać naszych myśli.

a o przechodzącym skurczonym sąsiedzie mówiliśmy z kpiną:
"ten łysy chuj" i "trzeba wyruchać jego żonę, babka jeszcze niczego sobie".


teraz i nam zgrzyta stalowy grzebień i rani nagie czaszki.
a żadna z nich nie stanie obok Gilgamesza, Rolanda.

a zamiast niecierpliwej ekspresji, uprawiamy ciche negocjacje:
"o bezbolesną resztę życia i lekką śmierć prosimy Cię Panie",


wiedząc już, że wieczna jest tylko prośba.

niedziela, 17 grudnia 2017

Kiedy słyszę słowo faszyzm…


Do pogromu w Kielcach mogło dojść  dużo wcześniej, czego na pewno nie wiedzą dramaturg Tomasz Śpiewak i reżyser Remigiusz Brzyk, autorzy „1946” najnowszej  propozycji Teatru Żeromskiego, osnutej na przerażających wydarzeniach związanych z zamordowaniem tuż po wojnie, w Kielcach, grupy Żydów oczekujących na wyjazd do Palestyny. W zasadzie archiwalne zdjęcia tych ofiar z 1946 r., są już wystarczająco nośne, reszta spektaklu może by postrzegana jako dobrze dokomponowany do nich dodatek.

To wydarzenie, jak się mawia, położyło się tzw. cieniem nad tym miastem i jego mieszkańcami. Nie wiem dokładnie co ten cień znaczy i jak można poddać teatralnej psychoterapii jego współczesnych mieszkańców (i tę geograficzną przestrzeń), z których  nie tylko świadkowie tamtych wydarzeń, ale i sprawcy już dawno umarli. Zwłaszcza, że o zaproponowanym narzędziu tej terapii, psychoanalizie, jeden z jej twórców Carl Jung powiedział, że to nie nauka, ale kolejne mitologia, tym razem ich autorstwa.

Moja znajoma dziennikarka po spektaklu mówi, że ona bierze ten pogrom na ”klatę”. A ma super klatę, nie ma co ukrywać. Nie wiem i ona też pewnie nie wie co się z tym „braniem” mogłoby wiązać. Spytałem czy ktoś z jej krewnych uczestniczył w pogromie po stronie napastników, powiedziała, że jej dziadkowie już dawno umarli i ona nic nie wie o takich przekazach w swojej rodzinie. ”Ale przecież mogli… - argumentowała”. To mi uświadomiło jak młode pokolenie dało sobie wdrukować freudyzm – skrypt o neomarksistowskiej proweniencji, oparty na profetyzmie – w myśl którego np. zawsze kogoś można podyscyplinować nawet za to co mógł zrobić, albo co może potencjalnie zrobić. Słowem - mamy do czynienia z poczuciem winy za niepopełnione czyny i zapowiedź wobec "opornego" stosowania prewencji (Matrix). A jak się ktoś buntuje przeciwko swojej roli, to można go przecież też skutecznie gasić tzw. „wyparciem”.

Czy czasem nie to samo robią twórcy spektaklu?

I moja koleżanka bierze na „klatę”. Ok. Jej decyzja. Ja jednak jestem przeciwnikiem odpowiedzialności zbiorowej, odpowiedzialności „całego miasta”.

Co prawda. Jestem w dosyć „luksusowej” sytuacji – moi rodzice byli za mali, żeby chociaż przywalić komuś jakąś deską, albo rzucić kamieniem. Moja babcia ofiara niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, dopiero - wówczas niedawno wróciła do domu (który notabene był zajęty przez inną rodzinę, co chyba nie było wówczas czymś wyjątkowym), po powrocie ważyła jakieś 34 kilogramy i przewracała się pod ciężarem swojego cienia, a cóż dopiero jakiegoś solidniejszego narzędzia. Jej mąż nie wrócił w ogóle, dwa dni przed końcem wojny, skrajnie już wycieńczony, został zamordowany przez niemieckiego żołnierza w niemieckim obozie zagłady Gross-Rosen.  Przy okazji rozmów przed spektaklem, dowiedziałem się dlaczego moi dziadkowie zostali aresztowani przez niemieckiego oficera formacji  nazywanej SS (mówię to, żeby pokazać, że jednak nie „wszyscy”, albo „prawie wszyscy”) – jak mi powiedział brat cioteczny - dziadek (przedwojenny działacz robotniczy PPS i  KPP) z babcią aresztowani zostali w 1941 roku za „zbyt bliskie kontakty” z Żydami. Wywieziona do obozu zagłady  została także moja ciotka i jej narzeczony (jak widać totalitaryzm lubi się żywić odpowiedzialnością zbiorową), który przyszedł w odwiedziny „nie w porę”. Dwójka pozostałych dzieci (w tym mój ojciec), wyskoczyła w ostatniej chwili przez okno i całą wojnę szczęśliwie przeżyli w lichym, ale całym kawałku bez rodziców – opiekowali się nimi ludzie z AK. Zbyt wielu szczegółów nie znam. W Kielcach na symbolicznym grobie dziadka jest informacja, że jest ofiarą faszyzmu. Powiedziałbym raczej, że jego niemieckiej daleko bardziej brutalnej wersji, o marksistowskim, (który teraz w przebraniu „neo” , zgrywa ostatniego i jedynie sprawiedliwego), rodowodzie – nazizmu.

Mój drugi dziadek i babcia przez całą wojnę mieszkali kilkaset metrów od miejsca pogromu i w czasie wojny wraz z mieszkańcami swojej ulicy przyczynili się do uratowania żydowskiej dwójki przedwojennych sąsiadów. Więcej szczegółów też nie znam. Bowiem dziadek umarł zanim mogłem zadać jakiekolwiek pytanie, a tuż za nim babcia.  Zresztą, nie interesowały mnie tamte czasy. Zachowała się tylko fotografia zrobiona tuż po wojnie – stoi na nim para wycieńczonych, wygłodzonych starców, chociaż  z metryki wynikało, że starcami jeszcze nie są, zwłaszcza moja babcia. Wiele lat później wyszedłem z kina po pierwszych scenach ”W ciemności”,  filmu Agnieszki Holland – jeden z kadrów filmu pokazywał okupację, jak ulicami Generalnej Guberni przechadzają się dobrze odżywieni Polacy z siatami pełnymi zakupów, jakby przed chwilą wyszli z Lidla, albo Tesco. Mój kolega powiada zawsze w takich przypadkach, że to przecież tylko film. (W państwach „poważnych” jednak nazywa się to budowaniem pozytywnego wizerunku, żeby nie być gołosłownym, mamy z tym do czynienia np. w niemieckim filmie relatywizującym nazizm - „Nasi ojcowie. Nasze matki”. W państwach poważnych studenci czytają "Sztukę wojny" Sun Tzu, poznają tajniki manipulacji, nie ironizują wobec "spiskowych teorii", ale je badają). Ok. Niech będzie. Jasne – bezinteresowna niewinna forma rozrywki.

Reasumując, prawdopodobieństwo, że byli oprawcami na Plantach w czasie pogromu jest bliska zeru, co wiem zresztą od innych osób. Dziadek i jego mały syn – owszem poszli w tamtą okolice, ale jak wielu innych gapiów (wg ich relacji) zostali przegonieni kolbami karabinów.

Więc jestem w „luksusowej” sytuacji, dodając do tego, że duży procent mojej rodziny został wymordowany przez niemieckiego okupanta, przez „faszystów”. Jestem nawet szczęściarzem. Ale może powinienem wziąć jednak ten pogrom na klatę? Może identyfikować się także z TAMTĄ władzą, która nie zapobiegła, choć oddziały wojska, które to mogły zrobić stacjonowały, w najgorszym wypadku, o kilkadziesiąt minut marszu?   I czuć się odpowiedzialnym za wprowadzane przez nią porządki, mimo tego, że w tym czasie ta „władza” zrywała paznokcie, znowuż kilkaset metrów od miejsca pogromu, w ubeckiej katowni przy ul. Zamkowej, innemu szesnastoletniemu mojemu wujkowi, jednemu z najmłodszych żołnierzy AK na Kielecczyźnie. Wujkowi, który najpierw dostał wyrok śmierci  jako „faszysta”, zamienione później na długoletnie więzienie, które w końcu opuścił w czasie „odwilży”. Może i te działania tej władzy, która często nawet nie mówiła po polsku powinienem wziąć na klatę? W końcu i ona, jej zbrojne ramię zakładało czapkę z orzełkiem (to nic, ze orzełek miał nad głową stalinowski młot, pod szyją sierp). O orzełku na czapkach siepaczy pisze w swoim wierszu Julian Kornhauser i który to tekst wiersza na koniec spektaklu prawie wszyscy odczytaliśmy za kierującą zbiorową lekturą aktorką.  Jako, że nie lubię zbiorowych „seansów”, nie czytałem.
Nie wiem czy z tego zaniechania i we mnie może odrodzić się „faszyzm”, przed którym przestrzegają autorzy „1946”? A może się już wykluwa?

Dowiedziałem się, że chociaż dramaturg Tomasz Śpiewak oparł się na wielu dokumentach, studiował wiele materiałów z kilku tomów,  z ipeenowskiego archiwum, w którym zakreślono kilka hipotez tamtej zbrodni, to skupił się w swoim tekście na wybranej przez siebie, którą ja słyszę od wielu lat – o rozszalałym antysemickim tłumie, który z nienawiści zabił Żydów mieszkańców  kamienicy przy ulicy Planty. Jego prawo. Prawo twórcy. Autor tekstu zbudował „przestrzeń”, którą wyznaczają pierwszy pogrom Żydów w budynku teatru w Kielcach w 1918 r., sięga także po ten z 1946 r., i po czasy współczesne – sugerując, że to co stało się możliwe wówczas, możliwe jest i dzisiaj, zwłaszcza przy aktualnie wybranej władzy. Ja jestem jednak przeciwnikiem wszelkiej monoprzyczynowości i determinizmu, dlatego, kiedy w trakcie spektaklu aktorka rozdawała styropianowe kolanka kaloryferów (m.in. przy pomocy takich, ale metalowych przygotowanych wcześniej mordercy zabijali swoje ofiary) widzom i prosiła, żeby jeden podawał drugiemu, w drodze tych przedmiotów na scenę, ja swoje rzuciłem na ziemię. Po pierwsze nie chcę w teatrze być formatowanym i manipulowanym przez twórców spektaklu, po drugie na osobisty użytek przerwałem, nawet ten symboliczny łańcuch przemocy. Fakt. Nie był to czyn szczególnie bohaterski. No i po raz kolejny okazało się, że nie umiem się „bawić”.

Ok. Wiem też, że para twórców nie „kręciła” dokumentu. Jak mówił reżyser Remigiusz Brzyk on tylko zadawał pytania, ale muszę przyznać, że w tym spektaklu zawarł także wiele podpowiedzi. Z czego wynika, że jego teatr – nie jest aż tak niewinną rozrywką, i niekoniecznie urządzeniem do poszukiwania obiektywnej prawdy.

Moment temu dawny nauczyciel Brzyka, Krystian Lupa, pokazał na scenie rzecz, którą nawet przychylne mu media skrytykowały za łopatologiczny i publicystyczny styl i ton. Aktualnie Krystian Lupa widzi wokół siebie metaforycznie rzecz ujmując – w Polsce „odradzający się” i „podnoszący głowę” „faszyzm”.  Jakoś mu jednak nie przeszkadzały poprzednie rządy, którego funkcjonariusze tak chętnie miażdżyli każdą niezależną opinię, czy opór „populistów”, jak nazywano masowe, wielokrotne obywatelskie próby wyartykułowania własnego „NIE!” -  pacyfikowane pod hasłem m.in. „mowy nienawiści”, „ksenofobii”, czy „poprawności politycznej”. A przecież prawo do wyrażania dowolnej opinii to fundament demokracji? Czy się mylę? A jednak tolerancja zwana represywną ją unieważnia i czyni wszystko parodią. Ale jakoś nie przeszkadzało. Pewnej klasie twórców zupełnie to nie przeszkadzało. Może i o nich jakiś przyszły Miłosz napisze współczesny „Zniewolony umysł”, który Jaspers spointował jako studium „rozbicia człowieka na dwie osoby”. Teraz będzie zapewne rozbicie na wiele więcej. Oczywiście to pisanie hipotetycznej książki, w ramach przerwy w produkowaniu kolejnych odcinków prowokujących do wyrażenia „słusznego gniewu”, „buntu obywatelskiego”, „obrony konstytucji” etc.  i „przestrogi”.

Zdaje się spółka autorska Brzyk  i Śpiewak, podziela opinie słynnego reżysera.  Na szczęście na tego typu publicystkę pozwolili sobie tylko w trzech ostatnich monologach i paru napisach rzuconych na ścianę sceny. Jako, że jak podpowiadał Roman Ingarden, tzw. dzieło sztuki jest maszyną do produkowania interpretacji, więc i ta propozycja może mieć wiele takich potencji.  Ale jakoś mimo tego na wierzch wypływała jedna – przestroga-opowieść o „banalności zła” – do którego potrzeba „innych”, szczyptę wrodzonej brutalności, koniecznie Polaków i… katolicyzmu (to echo koncepcji tzw. szkoły frankfurckiej,  w miejsce Polak, można wstawić dowolnego etnicznego Europejczyka). Tyle, że zdecydowanie więcej na ten temat wnoszą rozważania żydowskiej filozofki Johanny H. Arendt. Wszystko po niej jest jakoś wtórne.

Ale dziękuję twórcom  za przypomnienie ofiar tej zbrodni. To sceny pokazujące plany na przyszłość, ostatnie chwile życia niedoszłych mieszkańców kibuców są najmocniejszym łapiącym za gardło punktem tej propozycji. O przypomnieniu, chociaż nie wprost, o zapomnianej przedwojennej tradycji prawicowych Żydów polskich. Bo cała narrację o polskich Żydach zdominowali potomkowie socjalistycznego Bundu. I przypomnienie mi o modlitwie za umarłych. Co niniejszym czynię.

Acha… Przypomniałem sobie. Dostało się w spektaklu i biskupowi Kaczmarkowi, autorowi raportu na temat pogromu, który przekazał ambasadzie amerykańskiej i zapłacił wielką cenę za swój czyn. Dostało się katolicyzmowi, którego stanowisko i winy wobec Żydów m.in. mają reprezentować antysemickie zapisy księdza Skargi.

Ale, że nie tak zawsze było świadczy taka historia opisana przez kieleckiego historyka Marka Maciągowskiego („Kielce we wspomnieniach Mosze Nachuma Jerozolimskiego”, 2015). Szóstego sierpnia 1914 r. do Kielc wkroczyła I Kampania Krajowa powstała przy poparciu Austro-Węgier, przeciwnika Rosji. Wielu młodych Polaków w Kielcach wyraziło potrzebę zgłoszenia się do polskiego wojska, deklarowali się także, ale tylko nieliczni Żydzi. Oddział tłumnie wyszli widać na ulicach jednak tylko Polacy. Żydzi opowiadali się po stronie wypartych Rosjan, mimo, że ci też niekiedy represjonowali i tę społeczność. Generalnie jak zanotowano w ówczesnym Dzienniku Urzędowym w Kielcach: "[...] Żydzi traktują sprawę wyzwolenia kraju z zupełną obojętnością". Potwierdza to także zapis miejscowego rabina. Dwa narody, dwie różne racje. Kiedy znowu Rosjanie odzyskali Kielce, młodzi Żydzi wskazywali adresy Polaków kandydatów do polskiego wojska, których żandarmeria rosyjska zakuwała w kajdany i wysyłała natychmiast na Sybir. Tych Żydów przestrzegał przed takimi działaniami przywódca religijny rabin Mosze Nachum Jerozolimski. Wśród Polaków donosy sąsiadów wywołały gniew. Kiedy wojska austro-węgierskie odbiły znowu Kielce, jak opisuje rabin Jerozolimski (to jego zapisy są źródłem tej wiedzy), w Kielcach Polacy zażądali odwetu. 11 listopada 1918 r. tłum wyszedł na ulice. Rabin widząc, że sytuacja się robi naprawdę groźna, z prośbą o wyciszenie tych nastrojów zwrócił się do Augustyna Łosińskiego, ówczesnego biskupa kieleckiego. To temu kościelnemu dostojnikowi,  jego postawie i proboszczów zawdzięczamy, że wówczas nie doszło do pierwszego pogromu Żydów w Kielcach.

I na koniec o formie… Początek długi – nuda… Koszmarna nuda. Ale dzięki, za to, że się twórcy zmieścili poniżej trzech godzin. (Pamiętam męki z ośmiogodzinnym Lupą).

Dobra. Oddam teraz głos komuś komu ufam. Powiem szczerze – lubię bardzo recenzje Ryszarda Kozieja z Polskiego Radia Kielce, są takie precyzyjne i taktowne, zatem pozwolę sobie go przytoczyć „….Ze scen symboli mieszających porządki czasowe i przestrzenne oraz ingerujące w umowność teatru zbudowane jest całe przedstawienie które […], ma niezwykłą moc oddziaływania głównie na emocje widzów”. Później Ryszard pisze o doskonałej grze aktorów. Zgadzam się! Naprawdę doskonale grali. Niektórzy nawet „za dobrze”. Ogarniały ich emocje, w tym te „słuszne”. A byli nawet tacy (raczej takie), które popadły w - z trudem kontrolowaną - histerię. I może to im właśnie autorzy projektu zafundowali katharsis, z „walking dead”? Tylko szkoda było mi pewnej części premierowych odbiorców. Biedni starcy…, przyszli na coś wzniosłego jak kadisz, a otrzymali… Przez moment jak aktorzy zmieniali kostiumy na scenie, przestraszyłem się nawet, że znowu jakimś gołym przyrodzeniem dokona się przełamywanie „tabu”.

A… że to wypis z tekstu Ryszarda Kozieja, pochodzi z jego recenzji „Rasputina”, a nie „1946”? A cóż z tego? Nie szkodzi. Pasuje jak ulał. Ta sama metoda twórcza. To samo „myślenie”. Ta sama „szkoła” reżyserska. Ten sam efekt. Kiedyś "starzy" marksiści tworzyli także na deskach teatru - socrealistyczne produkcyjniaki, dziś postępowi marksiści produkują socfreudyzmy. Fakt ten "1946" jest najlepiej skomponowanym jaki dotychczas widziałem. 

k.s.

PS. Po przeczytaniu mojej "recenzji", napisał do mnie Janusz Sowiński, prawnik, mój brat cioteczny: "Krzysztof gdybyś chciał spointować nasz wątek rodzinny to warto dodać, że w 1938 r. nasz dziadek był sądzony w Sądzie Grodzkim w Kielcach i usłyszał od sędziego taki tekst: <Sowiński co ty z tymi Żydami? Nie możesz zadawać się z przyzwoitymi ludźmi?>. [Był sądzony za działalność w KPP, przyp. k.s.]. To "zadawanie się" z Żydami według Sądu miało swoją cenę - wyrok na 2 lata pobytu w Berezie Kartuskiej. Dalszą konsekwencją tego zadawania była zsyłka rodziny do Auschwitz. Tak to się skończyło. Teza, którą polakożercy głoszą, że Polacy powszechnie mordowali ŻYDÓW jest głęboko i moralnie niesprawiedliwa. Niektórzy Polacy za współdziałanie z Żydami płacili cenę NAJWYŻSZĄ, cenę życia jak nasz DZIADEK. My jesteśmy świadkami na to, że użycie sylogizmu POLACY jest antypolskie - ponieważ duże rzesze Polaków żyły w przyjaźni i zgodzie ze swoimi żydowskimi sąsiadami". Pokazuje też jego szerszy, jego zdaniem cel: "Natomiast ta narracja jakichś tam najmitów typu pan B. ma niewątpliwie uzasadnić roszczenie polonofobów izraelskich chcących na Polsce i Polakach wymusić KONTRYBUCJE w wysokości 70 miliardów dolarów".

piątek, 15 grudnia 2017

Prozy. Po raz trzeci zapukam do kamienia




Pamięci Piotra Szczerskiego
Marzence…


Dziś rozmawiałem z koleżanką w pracy. Sprząta tutaj. Uważnie, nie narzucając się nikomu i niczemu, krząta się i coraz częściej bez „się” przez życie, także i z miotła, codziennie od 7.15. Wtedy przychodzi otwiera okna i napełnia czajniki wodą, żeby ci, którzy przyjdą później („państwo?”) mogli zamoczyć bez niepotrzebnej zwłoki senne i skrzywione usta w poporannej w istocie kawie.

Jej "wiejski" rodowód zbliżył ją (choć nie musiał, miałaby prawo po prostu tylko bardziej nienawidzić siebie i innych i jeszcze mocniej „chcieć WSZYSTKIEGO”, czyli banalnych rzeczy, które są już udziałem milionów zwykłych ludzi), do bliskiej znajomości Rzeczy-Samych-w-
Sobie, do grudy ziemi n-tej klasy i życia.
Zazdroszczę jej tej ziemi, także za paznokciami, boję się, że ja mam tylko zimny wiatr za przeNICowanym kołnierzem. Zazdroszczę, że ma gdzie pochować swoje psy i koty i ona ma się gdzie chować).
 I w tym zbliżeniu nie ma łatwego pocieszenia i żadnej nadziei, jest gwałt, ból,  cierpienie i w końcu cisza. Tak długo i jedno mgnienie zarazem to wszystko trwało, żebym zrozumiał, że tu się kończy „bajka” o kotku i kogutku, tak długo się „uczyłem”, żeby wiedzieć, że to jest „baśń”, a ta jest tylko życiem, o którym słyszałem od mojej babci, której Niemcy wytatuowali na ręce numer 46499.

To ta moja koleżanka mi powiedziała o nocnym rozdzierającym płaczu już zbyt starych krów, żeby mogły zostać, zbyt niepotrzebnych żeby im warto dawać jedzenie, odebranych po wielu latach z ich domostw, zwierząt, które kupuje jej sąsiad, przetrzymuje stłoczone w jakimś ulepionym z pustaka, gówna, cierpienia i życiowego sprytu budynku gospodarskim z małym okienkiem, zanim je za parę dni zawiezie do rzeźni. Więc – prawie każdy zaradny to wie - nie warto już im nawet podsunąć obrdzewiałego wiadra z wodą. Moja znajoma mówi: - Ale i on się musi utyrać! Wiesz, ile on się musi nasiłować z takim - starym bo starym, ale jednak bykiem?!

Dziękuję mojej koleżance za tę opowieść, choć niezmiennie jej przypomnienie wywołuje ból w jakimś zakamarku mojego ciała, które utraciło „ono” i zakamarek, swoją wyjątkowość, są coraz bardziej tylko nerką, wątrobą, bolącym biodrem – słowem kawałkiem mięsa i kości, jak te zwierzęta - i kiedy sobie przypomnę o tym krowim żalu w nocy, to już nie mogę usnąć. A ja usnę to śni mi się stara, przewracającą się krowa, z której wymion cieknie czerwona krew. I już sam nie wiem kim jestem... Chyba kamieniem...

Dziękuję, że zmieniła widzenie… we mnie tych zwierząt. Że było to krótkie widzenie.
Dziękuję i nie wiem jakby moje ja się mogłoby odwdzięczyć?

Dziękuję, choć wiem, że nie uratujemy żadnej krowy, czy kogutka zabranego po urodzeniu z fabryk drobiu (wiadomo potrzebne są tylko kury, będą znosić jajka), a na kogutki czeka kadź z wrzątkiem nie troskliwa kwoka. Ale zapobiegliwi ludzie z JEJ wsi, która jest nieopodal cywilizacji  drobiowych narodzin i śmierci – wykradają kogutki i te rosną później na podwórkach, by jednak skończyć na wiejskim pieńku, o konsystencji ciemnego, spękanego kryształu, sczerniałego od pokoleń kogutkowej krwi.
A one wciąż ufnie krzątają się wokół ludzkich niekogutkowych rąk.
Wierzę, że ten rok, czy trochę więcej na zielonej łące, w cieniu jastrzębia i półzardzewiałej, tępej siekiery – ma jakikolwiek sens. Ona też stara się w to wierzyć.

Acha...
Dziś  rozmawialiśmy o przemijaniu, czyli jak zwykle (lubię z nią rozmawiać, fajnie z mądrym zagadać i wspólnie pomilczeć).  Czasami nazbyt hojnie  i sprytnie pointuje mnie:
- Mądrze gadasz, ale co z tego?
Rezonuję zatem:
- Co z tego? Co z tego... Co z tego…. Kim jestem? Kim? Chyba kamieniem… Kamieniem…

W sumie, ta suma to dobry do niej trop - to tylko ją lubię TAM, czy TU słuchać.
Mówiłem: - Zanim odejdę. To już nie tak za długo znowu. Sypią się wokół mnie przyjaciele jak liście, więc niby dlaczego ja bym nie miał wkrótce spaść? Dopiero co odfrunął po cichu, nie żegnając się i nie czekając jesieni Piotr. Zbyt słaby już był na jesień, a nawet na pełnię lata. Jego życie zamknął w jednym zdaniu Paweł, choć nikt mu nie kazał, nie musiało też „wypadać”, kiedy mówił  na stypie:
- Piotr był po prostu przyzwoitym człowiekiem... Przyzwoitym człowiekiem.

Czyż nie warto było żyć, cierpieć (nazbyt wiele cierpiał) i umrzeć dla takiej przedmowy?

Dopiero co uśpiłem mojego psiego synka – miał 17 lat był już zbyt bezradnym ciężarem dla mnie i dla siebie. Boję się, że bardziej dla mnie i zdecydowałem. Dawno zdecydowałem dla mojej wygody. Potrafił już tylko leżeć na ziemi, w kółko skrobać przednimi łapkami, a tylko one wypełniały niezdarnie polecenie – chodzić.
Krzyczałem, do niego: – Wstawaj żołnierzu nie jęcz już... Nie jęcz znowu! I idź, kurwa idź albo umieraj. Kurwa zdychaj!
A później płakałem, albo korzystając z tego, że już od dawna nie słyszy wyłem i darłem się na niego i siebie.
Już nie miał nawet węchu. Był też już prawie zupełnie ślepy. I czasami przyglądał mi się jak obcej istocie. I już nie zdążyłem wymienić z nim nic ponad powierzchowne spojrzenie. A chciałem wniknąć głęboko w niego i pogłaskać go od środka. Nie udało mi się…

Pamiętam.... Czekaliśmy na weterynarza, który…

Może napiszę jeszcze coś (tak przyznaję się bez bycia, jestem grafomanem, na obronę swoją dodam, że jak na grafomana piszę krótkie rzeczy, np. prozy na trzy strony, a czasami tylko na jedną), przygarnę z Agą (to już ostatni raz w moim życiu, bo nie warto dopuścić do tego, żeby mnie przeżyły, pełno jest później takich bezradnych, zamarzających biedaków, umierających w najbrudniejszych kątach, gdzie chlipią na stojąco sny o kołderce i przytulonym do nich „panu”, albo „pani”. Próbowałem przejść z moim ostatnim psem „na ty” i nie wiem czy się dało, boję się, że się nie udało) - jeszcze ze dwa niepotrzebne komuś psy (tzn. ona bardziej przygarnie, bo jest lepsza od lepszych, a cóż dopiero ode mnie, którego od gniewu nie uratowało nawet ponad 100 tysięcy tybetańskich pokłonów). Ten gniew być może zmusi mnie TUTAJ do powrotu, albo TAM. Na pewno – zmusza mnie do zmuszania się.

Nie... Nie... To one, te psy z wyrwanymi od środka ogonami (już taką dwa razy dostałem, ale słabo mi poszło), dadzą mi jeszcze jedną szansę, żebym to ja przygarnął się im. I wiem, że nic nie jest w stanie mnie zmienić. I nic się nie zmienia.

I mam jeden, dream, innych już nie mam, nie mamy – zostały przekupione, przerozsądkowane, mądrze stadem zaszczekane, tylko jeden, że może to będzie znaczyć tyle i aż tyle, jak ta uwaga  Roshi Kwong’a:

"Nie jesteśmy budowniczymi. Nie jesteśmy fundamentami. Nie robimy nic wielkiego. Jesteśmy tylko kamieniami, które leżą w ogrodzie, żeby ktoś mógł po nich przejść”.

Także kogutek, kot i pies. I ta płacząca krowa.

K.Sowiński

poniedziałek, 27 listopada 2017

Miejmy nadzieję, że nie ostatni

Przed laty dzięki kilku miłośniczkom teatru – nie wiem czy zapamiętałem wszystkie pomysłodawczynie – Ewie Marcinkowskiej, Krystynie Tomczyk i Magdalenie Rzepce – mogliśmy w Kielcach rok w rok przez dobrych parę lat - oglądać propozycje przeróżnych twórców teatralnych.
Do tej tradycji pewnie zupełnie nieświadomie nawiązał w tym sezonie Michał Kotański, aktualny dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego. I w Kielcach właśnie zakończył się Międzynarodowy Festiwal Teatralny – projekt PILOTażowy. Miejmy nadzieję, że nie ostatni.

Nie był aż taki międzynarodowy, nie było też tak festiwalowo, nie był też jakoś szczególnie precyzyjnie przemyślanym projektem, ale i tak był wart uwagi.

Pokazano pięć spektakli. „Jednego gestu”, w reżyserii Wojciecha Ziemilskiego nie zdołałem obejrzeć. Cóż…Tak bywa. O „Kle” już pisałem, więc się nie będę powtarzał.

Dla mnie spektaklem numer jeden był „Pamiętnik wariata”, według tekstu Mikołaja Gogola, w reżyserii Viktora Bodo, Teatru Kantony z Budapesztu. Kunszt węgierskiego aktora Tamása Keresztesa, wgniótł nie tylko mnie w fotel, nie było  w jego grze jednego „prywatnego” w jego interpretacji nie tylko  gestu, ale nawet przyruchu. To niezwykle precyzyjny i pomysłowy pod każdym względem organizacji sceny, scenografii, muzyki, towarzyszących innych dźwięków etc. – pomysł na propozycję teatralną. Spektakl przypomniał mi dlaczego niekiedy w przeszłości podziwialiśmy aktorów – po prostu za profesjonalizm, o którym my przeciętniacy mogliśmy sobie tylko pomarzyć, za spotkanie z nienazwanym. Na pewno nie za poszukiwanie na scenie przez twórców kolejnych szczebli tzw. samorealizacji, etapów psychoterapii, etapu dojrzewania od zera i przekraczania na scenie, z ideologicznego klucza, dawno przekroczonych tzw. tabu.

 I jeszcze jedno - twórcy spektaklu zadziwili mnie niepomiernie jeszcze czymś szczególnym, zaufali – co teraz niezwykle rzadkie - tekstowi Gogola. Nie „poprawił” go jakiś kumpel, albo kumpela reżysera. No i dzięki twórcom tej propozycji odkryłem, że na okoliczność jakiś dwóch godzin - znam język węgierski, chociaż się go nigdy nie uczyłem! Zachwycił mnie ten węgierski. I jeszcze ten tekst Gogola… uświadamia jaka otchłań dzieli współczesnych polskich dramaturgów i dramaturżki i ich propozycje od dzieł paru klasyków, rów którego nie zasypią opowieści o tym, że dziś wszystko wolno, nawet uprawiać inteligentną grafomanię.

Na koniec festiwalu w dwóch monodramach „I będą święta” oraz „Tato nie wraca” wystąpiła aktorka Agnieszka Przepiórska. Oba wyreżyserował Piotr Ratajczak na podstawie tekstów Piotra Rowickiego. Te teksty nie były aż takie złe jak się spodziewałem, chociaż bardzo schematyczne (jest w Polsce jakaś szkoła pisania dla teatru? Czy te pokolenia są już tak sformatowane na jeden nagłos i podobny wygłos?) sprawnie napisane, świetnie zinterpretowane na scenie.

Pierwszy pokazuje traumę wdowy, której mąż ważna persona polityki ginie w wielkiej katastrofie lotniczej. Domyślamy się jakiej. Pierwsze piętnaście minut smutne, ale cenne współuczestnictwo w dramacie osoby, której nagle odszedł ktoś bliski, konieczne wadzenie się z Bogiem, etapy żałoby, spotkanie z nieodwracalnym. Niestety później już jest tylko gorzej – w sztukę wślizguje się ideologia, jakiś lichawy feminizm neomarksistowskiego rytu, nazwany przez aktorkę na spotkaniu z nią po wszystkim już – emancypacją. A tekst ze swojego początku zaprzecza sam sobie jakoś kulawo w dalszej części. Okazuje się, że kobieta w żałobie, która opowiada jak się poznała z mężem i jak  „kochali się namiętnie wszędzie i o każdej godzinie”, po kilkunastu latach, pewnie pod wpływem lektur rzeczy o Piłsudskim (czy konserwatysta nie powinien czytać raczej Dmowskiego?) męża, zauważa, że ten uprawia seks z zamkniętymi oczyma i z „prawicowym” wdziękiem wykonuje kilka ruchów w pozycji misjonarskiej. A potem kilka matryc na temat religijności „obnaża”,  oczywiście według przewidywalnego schematu hipokryzję „katola” i „narodowca”. A mogło być ciekawie… Ta rzecz pozostawia niedosyt i pytanie jak by przebiegała żałoba wdowy po lewicowcu?

W końcu „Tato nie wraca”. O dorosłej córce, która wspomina nieobecnego w jej życiu ojca, który ją porzucił jako malutkie dziecko – domysły, cierpienie. Słowem trauma… Ale… Tylko  według pewnego nurtu w psychoanalizie. Autor nawiązuje zdaje się do tzw. filozofii podejrzeń, antropologii redukcjonistycznych. Według nich m.in. jesteśmy po freudowsku więźniami swojego dzieciństwa. „Tato nie wraca”, ta propozycja mówi właśnie o tej tradycji, o tej narracji. O tym, że można tradycyjnie cierpieć… Jak ktoś się uprze. Ale można też tę tradycję odrzucić i mieć to głęboko w… poważaniu. Niestety ta sympatyczna i pełna wdzięku możliwość nie ujawniła się na scenie. A szkoda.

Jak mawiał Dostojewski – „diabeł kusi ideami”.


niedziela, 24 września 2017

Spora dawka nudy i... mroczne kenshō


Od rana się „czaję”, żeby napisać coś o tym spektaklu.  Nie żeby mnie poraził i zamknął mi usta. Szczerze? Tylko mnie zmęczył. Najprościej byłoby napisać – ja już to wszystko widziałem w poprzednich propozycjach (dla Teatru im. S. Żeromskiego) pary „dramaturżki” Jolanty Janiczak i reżysera Wiktora Rubina. Aczkolwiek powiem także i tak - są coraz bliżej… Jeśli jest „bliżej”.

 Już dokładnie opisałem ich metody pracy. I nie chcę mi się już do tego wracać. Określę to jednym zdaniem – mamy do czynienia ze sprawnie robionym  teatrem posmodernistycznym w Polsce, który właśnie na oczach widzów zjada własne… narządy. Tym razem w nieostatniej przecież odsłonie zatytułowanej „Rasputin”. Za to przy okazji  dwie aktorki miały okazję pokazać swoje „pazurki” - Dagna Dywicka (Anastazja) i Anna Antoniewicz (Tatiana). To scena z ich udziałem, kiedy szczebiocząc z worków wysypują ziemię z… kośćmi księżniczek i pamiątkami rodzinnymi, które skruszył czas, (był nawet i warkoczyk jak u Różewicza), poraża i zapada w pamięć, rozrywa nasze myślenie, na nieukładalne i nieukładne, nie podlegające "wytrychowej" popkulturowej syntezie części i dostarcza małego choć wyraźnego mrocznego oświecenia.

Spektakl ciekawy wizualnie, z obowiązkowymi kilkoma znanymi  doskonale chwytami, "śmieszą" przewidywalnymi matrycami niby łamiącymi tzw. mieszczańskie „tabu”, męczący psychicznie od natłoku nagromadzonych wątków, setek rzucanych słów na widownię  (a z tego znaczny procent to, nie oszukujmy się - grafomania), z których większość  w ogóle się nie „zasysa”. Naiwny ideowo i długimi partiami zwyczajnie nudny. A tej nudy nie ukryje ani nagość Macieja Pesty (jakiś mało demoniczny „wykluczony” na siłę i pasywny jest ten Rasputin Rubina, wolę Macieja Pesty „starą” rolę w kieleckim „Jądrze ciemności”), ani nagość Magdy Grąziowskiej (księżniczka Olga). Jest też na szczęście kilka świetnych gubiących się w natłoku niedorzeczności - scen.

A na dodatek nie spełniło się marzenie reżysera – mimo prowokowania kieleckiej publiczności, a nawet tzw. ulicy, nikt nie okazał się homofobem, ani zaciekłym atytysemitą (scena ganiania z widłami za „Żydami” po Sienkiewce), ba nawet nie chciał podrzeć, albo podetrzeć się fotografią znienawidzonego polityka. A pewnie tyle przygotowano zdjęć „prawicowych” polityków, którzy według tzw. „postępowej” narracji „zabierają” właśnie enklawy kultury.

Za pretekst do spektaklu artystycznej parze służy historia carskiej rodziny Romanowów. Ostatnie chwile jej panowania. Do końca (na scenie) nie wiadomo w zasadzie dlaczego, dochodzi do upadku dynastii. (Kto nie zna geopolitycznej koncepcji  Halforda Johna Mackindera, zostanie z tą niewiadomą i będzie snuł naiwne opowieści o „dekadencji” i Heglowskie o nieubłaganych prawach historii). Zastępuje ją niby nowy, ale jednak stary świat. Jest zrobiony według sprawdzonego scenariusza tzw. rewolucji francuskiej (taki Majdan sprzed dziesiątków lat), w wyniku której  - ci co nic nie mieli, teraz mają jeszcze mniej, a ci co mieli nadmiar, wskutek przemocy, oddali to wraz z głowami, tym którzy już sporo mieli. A ci ostatni mieli także ogromny apetyt na wszystko i nie mieli skrupułów – dziś mają to WSZYSTKO – władzę, kreację pieniądza i dwie strony sceny politycznej.  I dostali to pod pr-wskim hasłem – "WolnośćRówność, Braterstwo, albo Śmierć" . Z którego szybko zapomniano  o „śmierci”, a „równość”, zastąpiono „równiejszością”. Na scenie pojawia się zatem narzędzie Lenin, którego dzieła namiętnie czyta książę Aleksy (wiarygodny w tragiźmie Dawid Żłobiński, drugi wątek w tej propozycji wart nadzwyczajnej uwagi, wzruszający i przerażający zarazem). A na to wszystko jak na fatum przed którym nie ma ucieczki spogląda car Mikołaj (zdystansowany Wojciech Niemczyk, o którego kreację się bałem, bo to druga rola cara w jego karierze, pierwszą zagrał w świetnym „Kordianie”, w reżyserii Piotra Szczerskiego, a jednak na szczęście ta u Rubina okazała się bardzo odmienna i równie satysfakcjonująca). Tak nota bene car jest niezdolny do obrony rodziny, narodu - przypomina obywateli współczesnych "wzorcowych" państw Europy Zachodniej typu Szwecja, którym inżynierowie dusz zaszczepili gen samozagłady, w imię zadośćuczynieniu jakiejś "sprawiedliwości dziejowej", która w istocie jest tylko jedną z hipotez. Formą utopii.

Wydawało się, że para autorów spektaklu pyta - co będzie dalej? Także z nami tutaj. Łamie się marsz przez kulturę (także i w Polsce) zaproponowany przez Gramsciego, ludzie zaczynają dostrzegać w koncepcji Spinnelliego, nie wyzwolenie się z okowów państw narodowych, ale globalne niewolnictwo jednego imperium, przed którym już nikt nas nie uratuje. Tradycyjne podziały to tylko "puste" etykiety.  Oto na naszych oczach nie sprawdza się tzw. prawica, jeszcze jest gorzej z tzw. lewicą, którą trudno odróżnić od tzw. neoliberałów i razem dzielnie służą… plutokracji, promując świat wykluczonych (elektorat zastępczy po wyemancypowanych robotnikach), przy pomocy których tresuje się prawicę w posłuszeństwie i bezradności, a lewicę w rezonowaniu poleceń i nie takich znowu nowych dogmatów. Bowiem jak zauważył jakiś mądry: „Każda władza prędzej czy później musi sięgnąć po cenzurę, to najprostszy a zarazem najskuteczniejszy sposób na niwelowanie zjawisk społecznych w zarodku, zanim zdążą przekształcić się w zjawiska polityczne. W tym znaczeniu poprawność polityczna służy do eliminowania konkurencji politycznej, zdecydowanie upraszczając wszystkie zachowania".

Może zatem "nowa" rewolucja?

Ale… podział na lewicę i prawicę to jedna z iluzji. Skoro mamy już dyplomy wyższych uczelni to warto dostrzec, że to dwie strony... jednej monety. Jedno z wielu kłamstw z tego świata do którego przywykliśmy. Jak zauważył bowiem Henryk Kiereś, to podział wewnątrz socjalistyczny, który w ten sposób narzuca swój język i swoją narrację. W zamian tego filozof proponuje refleksję na temat cywilizacji personalistycznej i kolektywistycznej. Historia zatem się nie kończy. Jedyne co się kończy to tylko język opisu.


wtorek, 30 maja 2017

Gorsze od „faszyzmu” – zaniechanie współczucia




Kto wpadł na pomysł, że sztuka na poziomie „Moralności pani Dulskiej” jest zapowiedzią i ostrzeżeniem przed polakierowanym na brunatno totalitaryzmem?


Nie żartujmy. Takiego przecież nie robią „hajlujacy” młodzieńcy, lubiący sobie postrzelać, czy „pomaszerować”, ani dzieci bawiące się ołowianymi żołnierzykami (już możni tego świata zadbali o propagandę, a także o to, żeby za dezercję rozstrzeliwać, w samej armii niemieckiej w czasie I wojny światowej zabito za to kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. W końcu w każdej armii świata młodzi woleli iść na front, gdzie mieli szansę przeżyć niż być straconym od ręki), ani ojcowie hipokryci, ani katolicki ksiądz z ustami pełnymi frazesów o grzechu. Ani patriarchalne mieszczaństwo z jego zakłamaniem - jak sądził Odon von Horvath w swojej sztuce pt. „Opowieści lasku wiedeńskiego”. Jakim tropem idzie Michał Kotański, reżyser najnowszego spektaklu wystawionego w Teatrze Żeromskiego. Może dokonuje reinterpretacji? 


Owszem te rzeczy plus zawsze obecni psychopaci mogą być pomocni w budowie totalitarnych podmiotów. Można się nimi posłużyć. Ustalmy jednak jedno na początek bez inicjatywy i wsparcia instytucji finansowych żadne plany dominacji w większej skali nie będą zrealizowane. Wspomina o tym i trudno nie podążyć tokiem rozumowania Song Hongbing wyrażonym w jego w pracy pt. Wojna o pieniądz. Dopóki tego nie zrozumiemy, że do dziś trwa przeszło 120 letnia wojna tzw. Zachodu z Rosją, o… (o nie „wolność”!) jej bogactwa naturalne, zainicjowana refleksją słynnego geopolityka Halforda Johna Mckindera, będziemy roili i reprodukowali opowieści o „zdegenerowanych Wiedeńczykach”, „demonie zła” Hitlerze, czy „niedobrym Putinie”.


„Opowieści…” przypominają mi o tym jak ideologizując do zaistniałych faktów dobiera się przyczynę. To manipulacja logiczna, warto o niej wspomnieć i pamiętać. Przyszłość nie jest zdeterminowana jak sądzą ideolodzy, głosiciele „głębokich kryzysów”, nieuchronnej „globalizacji” etc., przyszłość jest tylko prawdopodobna. Wykazuje to wybitny polski filozof i logik Jan Łukasiewicz. Poprzedził go inny wybitny Tadeusz Kotarbiński, który uważał, że wiara w determinizmy neguje pogląd na zagadnienie wolności. Kotarbiński przestrzega także „[…] co jest fałszem, to stać się prawdą nie może”. Jest w tym nadzieja dla wszystkich… To nieobecność kontynuatorów ich myśli, zamordowanych przez Niemców w czasie II apokalipsy i urzędników niebezpiecznego bezpieczeństwa później, jest tak bardzo w Polsce odczuwalna. Groźniejsza niż „faszyzm”. Także dla naszych dominantów i oni o tym wiedzą.


Jak zauważa Adam Wielomski autor studiów o faszyzmie: „Tradycjonalizm jest ruchem wstecznym, konserwatywnym, katolickim, hierarchicznym, szanującym prawo i świat zastany. Tymczasem faszyzm to rewolucyjny i dynamiczny ruch biegnący myślami do przodu. […] U podłoża problemu jest kwestia religijna: faszyści są ludźmi areligijnymi, wierzą w naród, państwo, w mity nacjonalistyczne, ale nie w Boga. Oni klękają przed bóstwem narodu, a nie przed Bogiem chrześcijan. Faszyści chcą rewolucji, podczas gdy tradycjonaliści kontrrewolucji”. Jak przypomina za Zeevem Sternhellem, badaczem z Izraela, faszyści to socjaliści, którym znudził się internacjonalizm, podczas gdy inny badacz specjalista Ernest Nolte uważa, „że to stateczni mieszczanie, przerażeni przez bolszewizm, którzy sięgnęli po frazeologię socjalną i rewolucyjne metody walki politycznej”. Która ta perspektywa jest logiczniejsza? Nie pytam specjalnie prawdziwsza.


Michał Kotański podąża za tą drugą, chociaż nie nachalnie. Jedynym oczywistym znakiem tego jest plakat towarzyszący propozycji – wyłaniająca się swastyka. Publicyści wypełniający swoimi tekstami Gazetę Teatralną, w tym Cezary Michalski patronują temu myśleniu i przekonaniu, że się znowu wyłania. Ale… Swastyka z plakatu jest na zielonym tle. Czyżby reżyser przypominał refleksję sprzed lat Winstona Churchila, że faszyści przyszłości będą nazywali siebie antyfaszystami? A może tylko ta zieleń jest adekwatna do pojęcia lasek? A może to dwa w jednym?


A może pora na reinterpretację funkcjonujących „stereotypów”? W tym także o lęku przed „obcymi”, który jakoby pokazują „Opowieści…”. Pora zdaje się chyba dokonać reinterpretacji tych dogmatów podanych do wierzenia. A może także pora mówiąc językiem Nietzsche’ego aby reżyserzy-ulegli, konserwatorzy wartości przyjętych – dogmatów o „postępie”, „globalizmie”, „wolnym runku”, „nazizmie”, o tym co jest „słowem nienawiści” (dla mnie to idąc tropem Foucault’a urządzenie do cenzury, penalizacji, słowem kontroli) , a co nie jest - stali się reżyserami-prawodawcami. Ale co wtedy ciekłoby na nich zamiast poklasku mainstreamu? Co by było gdyby ktoś naprawdę zrobił sztukę o współczesnych zagrożeniach wolności, czy zamiast nagrody czekałaby na niego „fatwa” – którą by na niego rzucili ideowi koledzy Cezarego Michalskiego i przywódcy religijno-polityczni „uchodźców”, którym w swojej „katolickiej hipokryzji” nie chcemy w większości „pomagać”?

Ja jednak bardziej od „obcego” i „faszyzmu”, boję się środowiska Michalskiego „imanentyzującego eschaton”.


Tę dwuaktową propozycję Michał Kotański zrobił ze studentami IV roku Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie. Zagrało 11 osób. Miło się ogląda dopiero zaczynającą swoją przygodę na scenie młodzież. Ciekawie jest jak młodzi ludzie próbują bez szczególnej charakteryzacji grać sędziwe osoby, zazwyczaj jest odwrotnie „starsi” grają młodych. Najtrudniej było chyba Paulinie Sobiś, która musiała kreować demoniczną staruszkę, babcię, morderczynię. I zdaje się trochę się jej udało. Powiało przez moment grozą.


Jak potoczą się ich „kariery”? A dla mnie najciekawsze jakie idee będą przekazywać? Wolałbym, żeby poszli tropem nieustającej reinterpretacji Nietzschego i Buddy – żeby nikomu nie wierzyli na słowo. (Także reżyserom i tzw. krytykom teatralnym). Ten pierwszy „nihilista”, jak donoszą biografowie miał podobno w Mediolanie rzucić się na ratunek na szyję bitemu batem przez woźnicę koniowi. Zapłakał. Obudziło się w nim współczucie, ale zamiast przebudzenia popadł w tzw. obłęd. Ten drugi  ze współczucia uczynił sens istnienia.

Sztuka w reżyserii Michała Kotańskiego dla mnie jest przestrogą, ale nie przed faszyzmem, którym to pojęciem za radą Stalina okładani są oponenci, ale przed brakiem i zwłoką w wyrażaniu współczucia. To jest siła tej propozycji. Może w końcu ktoś zamiast wytykania innym, na własny koszt przygarnie jakiegoś „uchodźcę”? Czekam już kilka lat. Tylu "postępowych" polityków,  w tym wielu ludzi bardzo zamożnych to obiecywało.


Pamiętam jak przed laty tę samą rzecz w Kielcach wyreżyserował Piotr Szczerski, rolę młodego militarysty zagrał wówczas Michał Szkóp. Też był wówczas młody i dziarski. Miał atletyczne nogi, niczym trampoliny i mnóstwo energii. Wydawało się, że jest skazany na sukces. Musiał się jednak zmierzyć z wieloma demonami, które towarzyszą temu zawodowi i ponad którymi tak nie wielu przechodzi.


Na koniec. Michał Kotański pochylił się już nad kobietą zabijająca własne dziecko w „Dziejach grzechu”. Teraz zajął go los równie opuszczonej kobiety dla której nikt nie znalazł miejsca w tzw. swoim sercu i która wydała swoje dziecko obcym ludziom, ale jednak próbowała powalczyć o siebie. A może kolejnym razem zajmie się kobietą w sytuacji granicznej, która np. dopuściła się aborcji? Byłoby to nadzwyczaj ciekawe i na czasie. A może o dwóch, które dopuściły się tego samego – jedna by opowiedziała historię o za małym mieszkaniu na jeszcze jednego członka rodziny, a druga „historyjkę o precyzyjnych szczypcach których dotknięcie nic nie boli/ i nie zostawia śladu”.


Krzysztof Sowiński

PS. Właśnie w niedzielę minęła druga już rocznica śmierci Piotra Szczerskiego. Szkoda, że nie było nawet jednego słowa w teatrze na ten temat. 10 sekund zwanych potocznie minutą milczenia. Powoli wyłania się krajobraz po Szczerskim, ale za wcześnie jeszcze na uwagi.