wtorek, 30 maja 2017

Gorsze od „faszyzmu” – zaniechanie współczucia




Kto wpadł na pomysł, że sztuka na poziomie „Moralności pani Dulskiej” jest zapowiedzią i ostrzeżeniem przed polakierowanym na brunatno totalitaryzmem?


Nie żartujmy. Takiego przecież nie robią „hajlujacy” młodzieńcy, lubiący sobie postrzelać, czy „pomaszerować”, ani dzieci bawiące się ołowianymi żołnierzykami (już możni tego świata zadbali o propagandę, a także o to, żeby za dezercję rozstrzeliwać, w samej armii niemieckiej w czasie I wojny światowej zabito za to kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. W końcu w każdej armii świata młodzi woleli iść na front, gdzie mieli szansę przeżyć niż być straconym od ręki), ani ojcowie hipokryci, ani katolicki ksiądz z ustami pełnymi frazesów o grzechu. Ani patriarchalne mieszczaństwo z jego zakłamaniem - jak sądził Odon von Horvath w swojej sztuce pt. „Opowieści lasku wiedeńskiego”. Jakim tropem idzie Michał Kotański, reżyser najnowszego spektaklu wystawionego w Teatrze Żeromskiego. Może dokonuje reinterpretacji? 


Owszem te rzeczy plus zawsze obecni psychopaci mogą być pomocni w budowie totalitarnych podmiotów. Można się nimi posłużyć. Ustalmy jednak jedno na początek bez inicjatywy i wsparcia instytucji finansowych żadne plany dominacji w większej skali nie będą zrealizowane. Wspomina o tym i trudno nie podążyć tokiem rozumowania Song Hongbing wyrażonym w jego w pracy pt. Wojna o pieniądz. Dopóki tego nie zrozumiemy, że do dziś trwa przeszło 120 letnia wojna tzw. Zachodu z Rosją, o… (o nie „wolność”!) jej bogactwa naturalne, zainicjowana refleksją słynnego geopolityka Halforda Johna Mckindera, będziemy roili i reprodukowali opowieści o „zdegenerowanych Wiedeńczykach”, „demonie zła” Hitlerze, czy „niedobrym Putinie”.


„Opowieści…” przypominają mi o tym jak ideologizując do zaistniałych faktów dobiera się przyczynę. To manipulacja logiczna, warto o niej wspomnieć i pamiętać. Przyszłość nie jest zdeterminowana jak sądzą ideolodzy, głosiciele „głębokich kryzysów”, nieuchronnej „globalizacji” etc., przyszłość jest tylko prawdopodobna. Wykazuje to wybitny polski filozof i logik Jan Łukasiewicz. Poprzedził go inny wybitny Tadeusz Kotarbiński, który uważał, że wiara w determinizmy neguje pogląd na zagadnienie wolności. Kotarbiński przestrzega także „[…] co jest fałszem, to stać się prawdą nie może”. Jest w tym nadzieja dla wszystkich… To nieobecność kontynuatorów ich myśli, zamordowanych przez Niemców w czasie II apokalipsy i urzędników niebezpiecznego bezpieczeństwa później, jest tak bardzo w Polsce odczuwalna. Groźniejsza niż „faszyzm”. Także dla naszych dominantów i oni o tym wiedzą.


Jak zauważa Adam Wielomski autor studiów o faszyzmie: „Tradycjonalizm jest ruchem wstecznym, konserwatywnym, katolickim, hierarchicznym, szanującym prawo i świat zastany. Tymczasem faszyzm to rewolucyjny i dynamiczny ruch biegnący myślami do przodu. […] U podłoża problemu jest kwestia religijna: faszyści są ludźmi areligijnymi, wierzą w naród, państwo, w mity nacjonalistyczne, ale nie w Boga. Oni klękają przed bóstwem narodu, a nie przed Bogiem chrześcijan. Faszyści chcą rewolucji, podczas gdy tradycjonaliści kontrrewolucji”. Jak przypomina za Zeevem Sternhellem, badaczem z Izraela, faszyści to socjaliści, którym znudził się internacjonalizm, podczas gdy inny badacz specjalista Ernest Nolte uważa, „że to stateczni mieszczanie, przerażeni przez bolszewizm, którzy sięgnęli po frazeologię socjalną i rewolucyjne metody walki politycznej”. Która ta perspektywa jest logiczniejsza? Nie pytam specjalnie prawdziwsza.


Michał Kotański podąża za tą drugą, chociaż nie nachalnie. Jedynym oczywistym znakiem tego jest plakat towarzyszący propozycji – wyłaniająca się swastyka. Publicyści wypełniający swoimi tekstami Gazetę Teatralną, w tym Cezary Michalski patronują temu myśleniu i przekonaniu, że się znowu wyłania. Ale… Swastyka z plakatu jest na zielonym tle. Czyżby reżyser przypominał refleksję sprzed lat Winstona Churchila, że faszyści przyszłości będą nazywali siebie antyfaszystami? A może tylko ta zieleń jest adekwatna do pojęcia lasek? A może to dwa w jednym?


A może pora na reinterpretację funkcjonujących „stereotypów”? W tym także o lęku przed „obcymi”, który jakoby pokazują „Opowieści…”. Pora zdaje się chyba dokonać reinterpretacji tych dogmatów podanych do wierzenia. A może także pora mówiąc językiem Nietzsche’ego aby reżyserzy-ulegli, konserwatorzy wartości przyjętych – dogmatów o „postępie”, „globalizmie”, „wolnym runku”, „nazizmie”, o tym co jest „słowem nienawiści” (dla mnie to idąc tropem Foucault’a urządzenie do cenzury, penalizacji, słowem kontroli) , a co nie jest - stali się reżyserami-prawodawcami. Ale co wtedy ciekłoby na nich zamiast poklasku mainstreamu? Co by było gdyby ktoś naprawdę zrobił sztukę o współczesnych zagrożeniach wolności, czy zamiast nagrody czekałaby na niego „fatwa” – którą by na niego rzucili ideowi koledzy Cezarego Michalskiego i przywódcy religijno-polityczni „uchodźców”, którym w swojej „katolickiej hipokryzji” nie chcemy w większości „pomagać”?

Ja jednak bardziej od „obcego” i „faszyzmu”, boję się środowiska Michalskiego „imanentyzującego eschaton”.


Tę dwuaktową propozycję Michał Kotański zrobił ze studentami IV roku Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie. Zagrało 11 osób. Miło się ogląda dopiero zaczynającą swoją przygodę na scenie młodzież. Ciekawie jest jak młodzi ludzie próbują bez szczególnej charakteryzacji grać sędziwe osoby, zazwyczaj jest odwrotnie „starsi” grają młodych. Najtrudniej było chyba Paulinie Sobiś, która musiała kreować demoniczną staruszkę, babcię, morderczynię. I zdaje się trochę się jej udało. Powiało przez moment grozą.


Jak potoczą się ich „kariery”? A dla mnie najciekawsze jakie idee będą przekazywać? Wolałbym, żeby poszli tropem nieustającej reinterpretacji Nietzschego i Buddy – żeby nikomu nie wierzyli na słowo. (Także reżyserom i tzw. krytykom teatralnym). Ten pierwszy „nihilista”, jak donoszą biografowie miał podobno w Mediolanie rzucić się na ratunek na szyję bitemu batem przez woźnicę koniowi. Zapłakał. Obudziło się w nim współczucie, ale zamiast przebudzenia popadł w tzw. obłęd. Ten drugi  ze współczucia uczynił sens istnienia.

Sztuka w reżyserii Michała Kotańskiego dla mnie jest przestrogą, ale nie przed faszyzmem, którym to pojęciem za radą Stalina okładani są oponenci, ale przed brakiem i zwłoką w wyrażaniu współczucia. To jest siła tej propozycji. Może w końcu ktoś zamiast wytykania innym, na własny koszt przygarnie jakiegoś „uchodźcę”? Czekam już kilka lat. Tylu "postępowych" polityków,  w tym wielu ludzi bardzo zamożnych to obiecywało.


Pamiętam jak przed laty tę samą rzecz w Kielcach wyreżyserował Piotr Szczerski, rolę młodego militarysty zagrał wówczas Michał Szkóp. Też był wówczas młody i dziarski. Miał atletyczne nogi, niczym trampoliny i mnóstwo energii. Wydawało się, że jest skazany na sukces. Musiał się jednak zmierzyć z wieloma demonami, które towarzyszą temu zawodowi i ponad którymi tak nie wielu przechodzi.


Na koniec. Michał Kotański pochylił się już nad kobietą zabijająca własne dziecko w „Dziejach grzechu”. Teraz zajął go los równie opuszczonej kobiety dla której nikt nie znalazł miejsca w tzw. swoim sercu i która wydała swoje dziecko obcym ludziom, ale jednak próbowała powalczyć o siebie. A może kolejnym razem zajmie się kobietą w sytuacji granicznej, która np. dopuściła się aborcji? Byłoby to nadzwyczaj ciekawe i na czasie. A może o dwóch, które dopuściły się tego samego – jedna by opowiedziała historię o za małym mieszkaniu na jeszcze jednego członka rodziny, a druga „historyjkę o precyzyjnych szczypcach których dotknięcie nic nie boli/ i nie zostawia śladu”.


Krzysztof Sowiński

PS. Właśnie w niedzielę minęła druga już rocznica śmierci Piotra Szczerskiego. Szkoda, że nie było nawet jednego słowa w teatrze na ten temat. 10 sekund zwanych potocznie minutą milczenia. Powoli wyłania się krajobraz po Szczerskim, ale za wcześnie jeszcze na uwagi.

niedziela, 9 kwietnia 2017

To cóż że ze Szwecji… Rzecz o autoniewolnictwie



"Szwecja jest idealnym przykładem kraju, w którym mediom i politykom udało się wykastrować mentalnie większość społeczeństwa i uczynić z niego bezmyślny tłum, który reaguje agresją w stosunku do każdego, kto obnaża przed nim choć skrawek rzeczywistości – pisał publicysta Robert Grunholtz. „Zabić celebrytę” – najnowsza propozycja Teatru Żeromskiego, przypomina o początkowym etapie takiego procesu i jego konsolidacji, zaczyna się od niewinnej rozrywki, a kończy na formatowaniu społeczeństw. Autoniewolnictwie.

Grunholtz także - po sprzed paru dni ataku w Sztokholmie - napisał: „Wiadomo jednak, iż czeka nas festiwal bredni. Bredni mających służyć wyłącznie temu, by nikt nie pojął związku przyczynowo-skutkowego". Tę samą rolę, ale za to powtarzaną metodycznie spełniają popularne telewizyjne reality show.  O takim właśnie jest najnowszy spektakl w reżyserii Gabriela Gietzky’ego. W sumie podziwiam tak jego, jak i Radosława Paczochę, autora sztuki, że mieli odwagę zająć się tym tematem po „Truman show” (1998).

Bohaterem sztuki jest "znany" prezenter telewizyjny (zagrał go sam, bo nie miał innego wyjścia, reżyser Gabriel Gietzky). Posiada własny program w topowej stacji telewizyjnej. Rzecz bije rekordy popularności, mimo, że pokazuje się tam niewyszukaną rozrywkę, a właściwie dlatego, że właśnie taką się tam przedstawia. Prowadzący Jason Taverner jest prawdziwym guru dla odbiorców swojego programu, gotowych wszystko zrobić dla sławnej osoby. Jedyne co mu spędza sen z oka, to tzw. oglądalność, dla niej jest gotów zrobić zdaje się wszystko, włącznie z ujawnieniem nie tylko swojego prywatnego życia, ale także życia swojej dziewczyny, gwiazdy piosenki Kate Hart (Dagna Dywicka). Pomaga mu w tym, twórczy Fred (Dawid Żłobiński). To on wciąga „frontmana” w intrygę – realizuje super pomysł pokazywany widzom na „żywo” – w myśl którego wszyscy wokół „nagle” udają , że nie znają sławnego telewizyjnego celebryty. Ten najpierw próbuje udowodnić swoją „starą” tożsamość, powoli jednak ogarnia go zwątpienie (jak i widza), nawet przez moment zaczyna „wierzyć”, że jednak jest kimś innym, osobą nieznaną, a co najgorsze zwykłą, z tłumu, siedzącego zazwyczaj po stronie telewizora. Dziwne i przerażające. W tym poczuciu przekonują go Pielęgniarka (Ewelina Gronowska, kreująca czy tylko klasycznego ponowoczesnego „pustaka”, jakie piątkowymi wieczorami zaludniają centra wielkich miast?) i Mary Sue (Zuzanna Wierzbińska), niby super nowoczesna kobieta, ale jakby już znana np. z prozy Czechowa.

Ta część spektaklu przypomina o tzw. poziomie filozoficznym, który obok rozrywkowego i „aspektów wizualno-dźwiękowych”, wspomina sam reżyser w rozmowie (GT) pt. „W oku kamery w świecie półprawdy” (chociaż w zasadzie przyganię, już nie używa się pojęcia półprawdy tylko „postprawdy”). Co prowokuje do redefinicji samego siebie – kim jestem, czym jest moje "ja"? Oczywiście większość czytelników „W poszukiwaniu straconego czasu” (powieść pełni zabawną  rolę papierka lakmusowego snobizmu i podstawki pod za krótką nogę stolika i nie tylko), wie, chociażby z Freudowskiej psychoanalizy, że tzw. „ja” nie jest niczym szczególnym, trwałym, ale w myśl „nowoczesnej” części tradycji kultury zachodniej mocno się trzymamy jakiejś projekcji naszego „ja”, nawet i wtedy kiedy uczęszczamy na zajęcia z  pop jogi, czy na pop spotkania buddyjskie, na których jednak czasami mówi się, że "ja"… jest tylko jedną z iluzji. Ale kto by sobie zaśmiecał głowę jakimiś starociami…

Według N. Chomsky’ego (jakoś ładnie mi się komponuje z opowieścią Gietzky’ego), takie propozycje telewizyjne służą manipulacji społecznej – realizują jego refleksję numer 1 – „Odwracać uwagę” od rzeczy istotnych (obok bowiem lektury powieści Prousta, są także takie pytania jak – kto nami rządzi, jak rządzi, co to ta demokracja, skąd się biorą pieniądze i inne tego typu, z zadawania których zwalniają nas tzw. Autorytety). A także kolejne uwagi – „Mów do społeczeństwa jak do małego dziecka”, „Skup się na emocjach nie na refleksji” i „Utrzymuj społeczeństwo w ignorancji i przeciętności” – bo kto może być bardziej nieprzeciętnie przeciętny niż telewizyjny celebryta?

Częścią spektaklu i jego dobrą stroną jest także muzyka wykonywana na perkusję i kontrabas (gitarę) przez Marcina Nenko i Karola Krąża. Wszyscy aktorzy mi się wydawali bardzo wiarygodni w swoich rolach. Chyba też zacznę prosić już teraz Dagnę Dywicka o autografy, bo jak będzie sławniejsza to się już do niej nie dopcham. Świetna rola, świetnie nawet udawała śpiewając, że nie bardzo potrafi… śpiewać jak Kate.
Ale na szczególne uznanie zasługuje…. sam reżyser, który po odnowieniu się kontuzji stopy Andrzeja Platy, musiał go w ostatniej chwili zastąpić w roli Jasona i Dawid Żłobiński, który na kilka dni przed premierą wziął rolę po Łukaszu Pruchniewiczu, któremu także odmówiło posłuszeństwa kolano. Jak powiedział po spektaklu reżyser, w zasadzie, kiedy panowie wyzdrowieją czeka nas kolejna premiera, na która ja już dziś się cieszę. Bo to taki otwarty oddech po poprzednich dwóch kieleckich propozycjach, także i inteligentna farsa o którą dopominamy się my ludzie prości, jednak o taką bez kopania po tyłkach. Słowem rozrywka nie narażająca widza na męki wyższego rzędu, jak mawiał Miłosz (ten od literackiego Nobla).

Oczywiście nie zdradzę zakończenia i nie powiem, ccczzzyyyy…. Jasonowi uda się odzyskać cokolwiek z utraconej tożsamości? Czy znowu będzie z Kate? Czy ich miłość przetrwa?
Proszę się przekonać o tym osobiście.

Krzysztof Sowiński
PS. A na koniec… Czy wiecie Państwo, że są na tym świecie rody, które przeznaczają co rok miliony, żeby o nich nie mówiono, nie pokazywano, nie wspominano, nie wymieniano w rankingach najbogatszych, najbardziej wpływowych osób na świecie? Rody, których bronią nie tylko gigantyczne pieniądze, ale nawet narzędzia politycznej poprawności typu pojęcie „spiskowe teorie”? Czy wiecie?


niedziela, 19 marca 2017

“Anty” – czyli socjalizm wiecznie żywy




 "Zaucha. Welcome to the. PRL" – to najnowsza propozycja teatru Żeromskiego. I chociaż dyrektor kieleckiej sceny Michał Kotański, po premierze twierdził, że konieczne jest łamanie kanonów, to moim zdaniem, ta propozycja żadnego kanonu nie łamie. A nawet ”wprost przeciwnie” - realizuje kanon (nie aż tak skomplikowany), nazwijmy to umownie teatru postmodernistycznego.

A pointa tego jest taka – na koniec wychodzi diagnoza schyłku PRL-u i współczesnej geopolityki na poziomie rozumienia przedszkolaka. I do tego jest to jeszcze dużymi partiami koszmarnie nudne, często irytujące. I tylko kilku wokalistów powoduje, że czas ten nie jest bezpowrotnie stracony.

Twórcy spektaklu, jest ich znowu duża grupa (ten kolektywizm w sztuce czasami mnie niepokoi), zapowiadali przed premierą ustami reżysera Adama Biernackiego czym jest ich produkcja – jest zatem formą anty-biografii, anty-musicalu, anty-kroniki. Pomysł na jego realizację też nie jest nowy, nawiązuje do koncepcji „co by było gdyby było”. Tutaj - co by było gdyby Andrzej Zaucha nie umarł. Co by było, gdyby to socjalizm Europy Wschodniej po upadku „żelaznej kurtyny” rozlał się na tzw. Zachód. I akurat w tym miejscu twórcy anty-musicalu pewnie nieświadomie, sami sądząc, że ironizują, nie mylili się – socjalizm zapanował w Europie, miejsce „wschodniego” klasycznego marksizmu, zajął neomarksizm z jego proletariatem zastępczym tzw. „wykluczonymi”. Starzy marksiści szybko zostali liderami nowego. (Z czasem niektórzy zostali europarlamentarzystami). "Wychowali" nowych. Rozpoczęli za radą Gramsciego, jak wynika z obserwacji, skuteczny marsz poprzez instytucje kultury. Najpóźniej w Polsce. I może nie są wystarczająco liczni, ale za to bardzo głośni.

Słabością tej propozycji jest kiepski tekst sztuki, słabe „chóralne” partie wokalne, a może i temat samego Zauchy. Bo Zaucha chociaż utalentowany nigdy (pamiętam to doskonale)
idolem młodych nie był, nie mógł nim być wówczas wąsaty (taki zarost był synonimem obciachu) mężczyzna z tzw. „pożyczką”, który do „głosów” pokolenia nie należał. A było kilka znaczących.
Owszem…  Miał duże możliwości, ale jednak czego się nie dotknął, to rzecz taka  zaczynała nosić ślad peerelowskiej zgrzebności, tandety i co najgorsze sztuczności (szansonady). Ten sam rys ma propozycja spółki Adama Biernackiego. Jeśli to było zamierzone to się udało.

Pomysł na „anty” ma swoje zalety. Bo łatwo jest powiedzieć, czym nie jest konkretna
propozycja. I później to obronić. Trudniej jest powiedzieć czym jest nasza produkcja, taka deklaracja byłaby już bowiem zobowiązaniem, a żeby je wypełnić trzeba jednak „coś” precyzyjnego skomponować.

Żeby nie było, że wszystko było „anty”, warto przyjść, żeby posłuchać chociażby Wojtka Niemczyka, Wiktorii Kulaszewskiej, czy Grzegorza Margasa. No i spektakl łamie tabu głoszące, że o tych, którzy odeszli mówimy tylko dobrze.

Krzysztof Sowiński



niedziela, 15 stycznia 2017

Znikające głowy?




Ciekawy, ale nie dla wszystkich koncert. Ta propozycja jednak jako spektakl teatralny... Nie tylko było widać fastrygi, ale nawet to, że długimi momentami aktorzy byli na scenie bez „kostiumów”. To „niedokończenie” projektu, które miało realizować przesłanie inspirowane  filmem „Stop make sense Talking Heads” – było zaplanowane zdaje się jako atut. I sprytnie chronić całość przez oceną, przed pytaniami o sens  właśnie. Czy uchroni? Warto iść jednak do teatru, chociażby po to, żeby doświadczyć kuszenia… Diablicy.

Słyszałem na gorąco różne refleksje „po” – „fajna zabawa”, „super muza”, „pustka ideowa”, „zagubienie pokolenia hipstersów”, „jakbym widziała moje głupiutkie dzieci”. Prawie ze wszystkimi tymi zdaniami się zgadzam. Ale dla mnie najbardziej dojmujące, ale nie zaskakujące, bo od dawna na własny użytek analizuję język tych ludzi i konsekwencje z niego wynikające -  było ujawnienie, że ta część pokolenia trzydziestolatków, ma problemy dawniejszych piętnasto, że jest uwikłana w postfreudowskie tropy, a co najgorsze nie ma żadnych narzędzi do oceny rzeczywistości, stworzenia jakiejś chociażby chwilowej syntezy. Może też inaczej – jeszcze nie rozpoznali (wiele się napracowano, żeby tak było) takiej sytuacji, która ich do tego zmusi i każe wyjść przed szereg „ego”.  Jeśli o to chodziło  reżyserowi „Kropki, Kreski, kropki, kreski”, najnowszej propozycji w „Żeromskim” Pawłowi Paczesnemu i spółce (bardzo długa lista... obecności) -  to mu się udało.

„Kreska…” Składała się z 18 piosenek,  z czego tylko 4 wciągnięte w spektakl, to rzeczy z Talking Heads. Pozostałe opowiadały o życiu i problemach tych konkretnie zaproszonych do tego projektu 7 młodych ludzi. „W laboratoryjnych warunkach wzajemnego bezpieczeństwa chcieliśmy sprawdzić czy możliwa jest współpraca, w której nie ma jednego lidera, a każdy czuje się częścią koncertu” ( GT nr 59). Rozumiem, że „laboratoryjne” miało być tutaj synonimem pojęcia „cieplarniane”? Niestety – „wielka” sztuka często rodziła się w przeszłości z konfrontacji z bólem i walką, z cierpieniem szukania chociażby chwilowej tożsamości. To nadaje jej szczerości. Niestety też, ktoś kto uprawia działalność artystyczną musi być przygotowany na to, że ktoś inny go oceni i że nie wszyscy zostaną tak samo miło.

Pozwolę sobie zatem wyrazić opinię  - dla mnie wydarzeniem wieczoru była Olga Mysłowska (Diabeł), chociaż stoi sobie większość spektaklowego czasu gdzieś tam z boku – to poraża gromem, który zaczaił się w jej piersiach. K…a natura jeszcze raz naigrywa się z nas i nie jest sprawiedliwa! I ma w d… marzenia o równości i nasze lęki o „odrzuceniu”. Towarzysze od „równości” i „wykluczenia” - coś trzeba z robić z tą faszyzującą naturą! I z Olgą M. trzeba coś zrobić - wyklucza!
Do GT Olga M. powiedziała tylko dwa krótkie zdania (co mi także przypadło do gustu), oto jedno z nich: „Ja jestem muzykiem, a w tym spektaklu szatanem, dziękuję bardzo”. Jak mawiał bowiem Don Juan (ten od Carlosa Castanedy), całe nasze życie jest grą, tylko trzeba grać szczerze swoją rolę, a jak podpowiadają buddyści „ja” jest iluzją, a moje „ja” dookreśli to – ja jest tylko projektem metafizycznym. Więc nie warto się jakoś aż tym „ja” tak przejmować.
 Warto iść jednak do teatru, chociażby po to, żeby doświadczyć kuszenia tej Diablicy.

I na koniec. Czy to przypadek, że część naszej młodzieży teraz przeżywa mniej więcej te same problemy, które były  udziałem ich rówieśników z Nowego Jorku z lat 80.? (Oczywiście wiele z nich jest  uniwersalnych. Moje pokolenie też je przeżywało, ale my zamiast podążać za Talking Heads, nuciliśmy raczej „wyrwij murom pręty krat” i nie była to metafora wewnętrznej klaustrofobii, ile wyraz wówczas brutalnej dosłowności życia). Według mnie jednak nie. Tamci byli poddani wcześniej pewnemu procesowi edukacyjnemu (opartemu na tzw. postmodernizmie), który zrobił z nich, to co zrobił – dosyć bezradne, a i bezbronne istoty, oczekujące „godnego życia”, a co najważniejsze łatwo sterowalne. Ten sam model wdrożono i u nas po tzw. przemianach 1989 roku. A teraz to owocuje. Ci młodzie ludzie na scenie to pierwsze pokolenia, które nie wie jak się objawiał prawdziwy totalitaryzm (przypomnę zatem – nie tylko fałszowano historię, pacyfikowano i eliminowano z przestrzeni publicznej wrogie reżimowi narracje, ale także łamano oponentom kości, życie i kariery, więziono, mordowano, grzebano w bezimiennych grobach, żeby zatrzeć nawet pamięć o nich) i biorą swoje dyskomforty za jego objawy właśnie. I co najbardziej istotne, mówią pleniącym się jak wirus językiem, w którym nie ma już narzędzi do identyfikacji rzeczywistości, ale są za to potencje do kontroli jego użytkowników.
Myślę, że walkę o swój własny język mają jeszcze przed sobą. Nie sądzę jednak, że manifestacja takiego będzie tworem kolektywnym. Każde pokolenie przeżywa też iluzję rozległej przyszłości. A przyszłość wyklarowała się już… teraz. Innej nie będzie.

Co to zapowiada? Jak niegdyś dowodził Vilfredo Pareto: „[…] upadną demokracje […], które lękają się gwałtu i nie bronią się dostatecznie, a powstanie z klas niższych, nowa arystokracja, surowa, męska, militarna: tak działo się wielokrotnie i dziać się będzie dalej”. A wtedy być może narodzą się historie spadających głów – a niektóre z nich dołączą do „grona zimnych czaszek/ do grona […] przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda”. A może tylko zwyczajnie znikną  z tzw. kart historii?

Krzysztof Sowiński

PS. Ja nie chcę tylko w tzw. działaniu artystycznym potwierdzenia tego co jest i tak widoczne i satysfakcji z rozpoznania przez tak mało rozgarniętych ludzi jak ja, chcę tego, czego nikt nie zauważył wcześniej. I nie przyjmuję wymówki, że to tylko Kielce. Zatem... Jednym zdaniem o „Kropce…”– dobrze skrojona estetycznie rzecz, której mogłoby spokojnie nie być.

niedziela, 11 grudnia 2016

Bez porozumienia



Sadząc po „poprawnościowych politycznie” tekstach zamieszczonych w towarzyszącej spektaklowi Gazecie Teatralnej - o „innych”, o „uchodźcach” miało to być zdaje się przypomnienie Polakom, że nie są wystarczająco „solidarni”, jak mówią prominentni, samowybieralni i nieusuwalni politycy unijni, którzy – posługując się językiem spektaklu – nie używają waluty biedaków. A wyszło jednak coś innego – stanowczo za długa sztuka o klęsce multikulturalizmu - obnażająca nie wprost jego utopijny charakter i fałsze inżynierii społecznej, pokazująca ludzkie dramaty. A to nie mało.

Przy okazji w kieleckim teatrze po raz pierwszy pojawiło się niepokojące zjawisko – czy redaktorzy Gazety Teatralnej – stali się stroną w sporze politycznym dotyczącym fali uchodźców i wszystkich dogmatów podanych do wierzenia prostszemu, spośród prostych ludowi, temu zjawisku towarzyszących?

Niepokoi mnie podtrzymywanie narracji main streamu o "innym/obcym" w "Spotkaniu z obcym", artykule pióra Honoraty Gruchlik. Czy rzeczywiście można się zgodzić z nią kiedy chociażby pisze: "Przez wieki pokutował radykalizm, który przypisywał Obcemu jedynie negatywne cechy, a poprzez pojawiające się stereotypy kulturowe, megalomanię, przejawy nacjonalizmów i ksenofobii – kojarzono Obcego wyłącznie z dziwnością i niechęcią". Jedynie negatywne rzeczy? Zdaje mi się, że było także sporo pozytywnych np. my Polacy, zawsze podziwialiśmy organizacje pracy i myśl techniczną naszego zachodniego sąsiada i tak zdaje się jest do dziś. Zastanawiam się także nad rolą jaką odgrywa rozmowa  pt. "Naszym piekłem jest lęk", z psychoterapeutką Beatą Zadumińską, która sugeruje, że obiekcje wobec "obcego", nie mają racjonalnego uzasadnienia są tylko "siłą mechanizmu projekcji" własnej wrogości. I kiedy ironizuje mówiąc także: "[...] dziwię się: ponad 90 procent katolików w Polsce, a oni ciągle są prześladowani?". Kiedy przedstawia koncepcję widzenia w każdym przybywającym człowieku do Europy "uchodźcy", któremu my Polacy nie chcemy pomóc "co wymaga wtórnej racjonalizacji" i pownniśmy być "solidarni" w kwestii ich przyjmowania.
Nie ma w tym numerze gt niestety innego punktu widzenia.
Więc może spróbuje przedstawić własny, nie tylko linearnie dotyczący zagadnień dotyczących wspomnianych wypowiedzi?

Czy wszyscy przybywający do Europy są ofiarami wojny, czy rzeczywiście korzeniami tej wojny jest europocentryzm? Z badań wynika, że dominują emigranci ekonomiczni, młodzi mężczyźni, a głównym graczem na terenach, skąd przybywają - jest wielkie mocarstwo światowe z innego kontynentu, które dawno stworzyło własną cywilizację, tej Europa jest podporządkowana i przez nią formatowana.

Czy prawdziwa jest opowieść, że nie jesteśmy wystarczająco „solidarni”? A przecież tzw. unia zupełnie ignoruje fakt, że do Polski przybyło około miliona mieszkańców Ukrainy, którym tzw. Zachód odmawia prawa do wjazdu poza Odrę. Nawet tym z terenów wojennych. Unia też od lat zachowuje „solidarne” milczenie w sprawie repatriacji Polaków np. z Kazachstanu. Widocznie ludzie niegdyś porwani siłą ze swoich domów nie należą do grupy „wykluczonych”.

Czy rzeczywiście my Polacy boimy się „Innego”, dlatego, że go nie znamy? Dlatego, że nie podróżujemy, żyjemy w patriarchalnej kulturze, zamkniętej na zmiany? Cóż… Może warto zauważyć - nie ma dziś  w Polsce wsi, z której ktoś by nie wyjeżdżał do pracy na Zachód, gdzie się musiał zetknąć z „Innymi”. I jego opór wobec „Innych” wynika m.in. z tego doświadczenia. To nie jest lęk, tylko moim zdaniem roztropność. Może i chłopska, ale jednak. Nie są to bowiem doświadczenia wyniesione ze sterylnej, odrealnionej wymiany w ramach np. Erasmusa, ale z kontaktów z rzeczywistymi ludzkimi problemami, zderzenia dwóch cywilizacji, których zdaniem wielu myślicieli asymilacja nie jest możliwa. A wobec czego widać, że w powietrzu wisi rozwiązanie siłowe. Przemoc.

Czy Polacy już w czasie II wojny światowej, nie „wystarczająco” pomagali Żydom i tę postawę reprezentują i dziś? O absurdzie takiego podejścia mówił bohater buntu żydowskiego w getcie warszawskim Kazik Ratajzer – z jego opowieści wynika wniosek - owszem w takiej sytuacji pomoc zawsze nie jest wystarczająca. Nie można bowiem schować np. nagle kilka milionów ludzi, w okupowanym kraju, których świetnie zorganizowana niemiecka machina postanowiła unicestwić w pierwszej kolejności, równolegle dziesiątkując pozostałych w tej samej Generalnej Guberni. W sytuacji ekstremalnej ujawniają się tak bohaterowie, jak i kanalie, a najwięcej jest spętanych strachem. Ale jak wielokrotnie mówił sam bojownik – nie wie, czy będąc sam w odwrotnej sytuacji – zrobiłby chociaż tyle, ile zrobiono dla niego.
Pomijając fakt, że w ogóle ta asocjacja jest zupełnie niefortunna - „uchodźcy” dziś nie oczekują od nas chleba i schronienia, ale „godnego życia”, na koszt przyjmującego, na poziomie u nas niedostępnym dla większości miejscowych. Poza tym niosą ze sobą gotowy projekt religijno-polityczny nie uwzględniający systemu wartości gospodarza – jakby na to nie patrzeć – systemu negocjowanego przez dobrych kilka stuleci.

Czy Polacy nie chcą przyjmować tzw. „uchodźców”? I to jest zdaje się prawdą. Jesteśmy w tym zgodni. Nie chcą ich przyjmować nawet politycy lewicy, zieloni i tzw. neoliberałowie, którzy hasła „solidarności”, „równości”, „tolerancji” i „pomocy” mają na sztandarach. Mimo deklaracji żaden z nich, a wielu z nich to nieprzeciętnie zamożni ludzie - od wielu lat nie przyjął na swój koszt ani jednej osoby, chociaż gotowi ich przyjąć tysiące na koszt nie zgadzającego się na to podatnika.
Powiedzmy jasno – prawo w Polsce, żaden rząd - nie zabraniają nikomu chętnemu niesienia pomocy komukolwiek, zwłaszcza we własnym domu.

A jeszcze o katolikach w Polsce, którzy wg dominującej, postępowej narracji wciąż czują się marginalizowani, chociaż stanowią 90 proc. społeczeństwa. Nie ma nic w tym dziwnego, ani „urojonego” – ta większość zwyczajnie nie ma swojej politycznej reprezentacji. Dopiero teraz to się trochę zmienia, ku głośno wyrażanemu niezadowoleniu (także w niektórych teatrach) 10 pozostałych procent.

Na koniec tej części – słowo „fantazmat”. Oczywiście – jakżeby inaczej – w ujęciu lacanowskim, z koncepcją wyparcia. To narzędzie dyscyplinujące.

Teraz o sztuce. „Zachodnie Wybrzeże”, Bernarda-Marie Koltesa, to kolejna propozycja kieleckiego teatru Żeromskiego. Kilka lat temu na tej scenie wyreżyserowano „Samotność pól bawełnianych” tego samego autora, w reżyserii Radosława Rychcika, u którego w rolach głównych wystąpili Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosiński. Propozycja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem nie tylko kieleckiej publiczności, spektakl zbierał laury, nadal jest zapraszany na festiwale w wielu miejscach świata. Postawił wysoką poprzeczkę!

I nie wiem czy tekst „Zachodniego Wybrzeża” jest zwyczajnie gorszy (a może to kwestia przekładu? To zagadnienie zostawiam specjalistom przedmiotu), a może Kuba Kowalski, nie ogarnął materii dramatu (może się tego nie da uporządkować?) – bo jego propozycja nie przebiła dokonania poprzednika. Jest dobra, ale nie aż tak dobra. Acha… Scenografia Agaty Skwarczyńskiej mi się podobała, ale jest ta oferta jakby „uszyta” nie na tę okazję. Na tę jest muzyka grana na żywo przez Radka Dudę. Spaja tę propozycję, określa jej zapętlający rytm.

„Zachodnie Wybrzeże” w interpretacji Kowalskiego to zbiór luźno powiązanych scen, (często efektownych), co nie jest nawet szczególnym mankamentem – stało się to przecież rutyną w teatrze postmodernistycznym, ale… Najgorsze, że coś jest nie tak z podawanym tekstem dramatu na scenie – widać, że nie jest wystarczająco sprawnie zorganizowany – np. najpierw pada pointa sceny, by za chwilę pojawił się długi i nudny fragment ją egzemplifikujący. Ciężko to przyjąć, przeczy bowiem ludzkiemu, być może tylko przyzwyczajeniu – potrzeby budowania napięcia opowieści i je rozładowania. Zapewne jeszcze ciężej było też aktorom, w tym Wojciechowi Niemczykowi, który zagrał główną rolę Karola. I jak się mawia – niósł całość. I doniósł. Choć jego rola rozbija się na wiele epizodów, z każdego wychodzi wiarygodny. (A widz nieco zdezorientowany). Zresztą jak pozostali aktorzy w tym spektaklu. W sumie ratują tę propozycję. Urzeczywistniają te długie, nierealistyczne, jakże często logicznie sprzeczne monologi udające rozmowę.

Karol jest częścią rodziny, która przed laty wyemigrowała ze swojego kraju i osiadła na peryferiach jakiegoś dużego miasta. Towarzyszy mu siostra nastolatka Klara (Anna Antoniewicz), matka Cecylia (Joanna Kasperek), Rudolf, jej mąż (Dawid Żłobiński), kręci się wokół nich, milczący Abad (Piotr Stanek) i zwłaszcza wobec Klary Fak (Andrzej Plata). Zajmują się drobnymi kradzieżami, napadami na nieostrożnych, poszukiwaniem porzuconych przez bogatych na wysypisku rzeczy.  Żyją tutaj w środowisku ludzi sobie podobnych. Rzadko mają kontakt z „innymi” – bogatymi ludźmi z centrum. Okazuje się, że mimo, że dorasta tutaj drugie pokolenia – nadal ono nie zasymilowało się z miejscowymi. Nie mają szans na to, powiedzmy sobie szczerze – nie tylko ze względu na brak pomocy socjalnej, owszem byt jakoś określa świadomość, ale jej ostatecznie nie determinuje, jest także potrzebna osobista wizja drogi. I być może jej nieobecność, stanowi główne przesłanie dramatu. Czyni go uniwersalnym.

„Przybysze” jednak zdegradowali przestrzeń w której żyją, upodobnili ją do świata z którego uciekli („To była kiedyś fajna dzielnica”…- mówi jedna z bohaterek spektaklu pochodzącą z „lepszego” świata Monika Pons, w tej roli Beata Pszeniczna). Przejęli natomiast tylko od miejscowych kult pieniądza. Fantazjują - co by było gdyby mieli ich wystarczającą ilość? Ale co znaczy wystarczająca? Ta dla rodziny Karola, która mogłaby ich wydobyć z nędzy, to dla Maurycego Kocha (Jacek Mąka), bogacza z „plastikowymi”, „prawdziwymi” pieniędzmi, jaguarem i rolexem na ręku – jest niczym. Bogacz  pojawił się w tej dzielnicy szukając śmierci, nie mając już motywacji do dalszego dostatniego życia. (Pocieszenie dla biednych, że nawet miliarderzy mają swoje problemy? Ponowienie narracji o sprawiedliwości i równości, która na nas czeka w obliczu śmierci? Eschatologia?) Ale chce, żeby ta śmierć, była jak jego życie – łatwe, lekkie nad planem którego czuwała armia służących, ekonomicznych niewolników. I teraz oczekuje, że to ktoś go zabije i najważniejsze chce, żeby nie bolało. Bo w jego świecie najgorszy jest fizyczny ból. Towarzyszy mu wykwintnie ubrana, a potem rozebrana – Monika Pons. Wokół krąży milczący Abad (Piotr Stanek), wspólnik Karola. Jakoś na „siłę” przez reżysera kreowany na „Innego”, najbardziej „wykluczonego”, nie wiadomo dlaczego nazywanego „Ciapatym”. Tzn. wiadomo dlaczego. Ma niby korespondować z nazwą jaką ludziom w dżalabijach nadali polscy emigranci w Wielkiej Brytanii. (Tyle, że Abad raczej obraża uczucia religijne tych, którzy noszą dżalabiję – pręży bowiem bezwstydny, nagi coraz bardziej zamalowany tors, jakby coraz bardziej pochłaniała go ciemność). Pojęcie „Ciapaty” ma podkreślać zdaje się wyjątkowość naszej niechęci do „innych”. Jest też przypomnieniem o tych, którzy „oburzają” się, dzielą stygmaty i... kontrolują. Zapewne bezinteresownie…

Abad miałby być tylko bardziej wykluczony z powodu milczenia? Jedno co go wyróżnia, to fakt, że przy pomocy słów nie snuje planów co do tzw. przyszłości, rozumie – zdaje się, że takiej nie ma. Słowa nie reprezentują realności. Wywołują dodatkowe problemy. Karol odwrotnie – uważa cały czas, że z Abadem coś mogliby zrobić, żeby żyć jak zwykli ludzie - mieć kobietę, jakąś stałą pracę, a ta ostatnia urasta do miana gwiazdki z nieba. Być może jeszcze się nie dowiedział, że taka praca nie chroni przed ubóstwem. Ale kim mógłby być Karol? Co umie, co mógłby „sprzedać” światu po tamtej lepszej stronie rzeki? Okazuje się, że nic. Może co najwyżej pofantazjować na temat zawodu „goryla” w jakimś tanim barze. Świat bogatych mógłby jedynie kupić ich zdolność do posługiwania się przemocą. Ale i w tym nie są wystarczająco dobrzy. Jak mówi Karol, pojawiło się bowiem pokolenie piętnastolatków, które używa tam kastetu, gdzie oni pięści, tam broni palnej, gdzie oni mogliby najwyżej użyć noża. Kiedy przychodzi pora na potwierdzenie swoje rynkowej przydatności tak on, jak i Abad cofają się przed brutalnym zabójstwem. Nie ma innego miejsca dla nich na tym świecie. Karol woli sam odejść. Ich umiejętności, czy ich rodziców, za które mogliby być szanowani w swoich „ojczyznach” i „matczyznach” – wojownika, pasterza, szamanki, mędrca, głowy rodziny, źródła wzorotwórczego – są tutaj zbyteczne, nawet groteskowe. I wiedzą, że to się nie zmieni. Wie o tym także były rebeliant chodzący w szynelu wojskowym i kalesonach Rudolf, uciekający w zapomnienie (przez dłuższy czas trudny do rozpoznania Dawid Złobiński).

Co ich powstrzymało przed zabijaniem? Karol i Abad nie wiedzą dokładnie. Zagubili swój system wartości. Nie mają nawet na co przysięgnąć, kiedy trzeba coś obiecać. Nic się nie liczy, niczego nie ma, oprócz brudu, niedostatku, cierpienia. Nawet braterstwo wspólników nie jest ważne. A jednak cofają się przed odbieraniem komuś życia – czy to ślad po tym, kiedy ich przodkowie byli chrześcijanami, o czym wspomina matka Karola – Cecylia (Joanna Kasperek), mroczna i przekraczająca granice jednej egzystencji monologiem w Keczua - języku przodków rodziny, który dla nas odbiorców nic nie znaczy. Jest tylko mroczną, obsesyjną melodią. Z boku dzieją się inne nie mniejsze dramaty – Klara, szuka swojego miejsca na ziemi, jest nie głupia, ale w końcu pada w sieć konieczności, według obowiązującej tutaj matrycy i na brudnej skale – doświadcza pierwszego zbliżenia, które ani nie było piękne, ani wzniosłe, ani przyjemne. Jeszcze jedna zapowiedź czegoś wielkiego okazała się farsą (świetnie to wyraziła Anna Antoniewicz). Jej partnerem jest Fak (Andrzej Plata, zdumiewająco inny niż zwykle – wygadanego ironisty, w roli małego zacinającego się cwaniaczka i defloratora).

Wbrew zapewnieniom specjalistów od „dialogu”, ten - podpowiada dramaturg - nie jest możliwy. Nikt nikogo do niego nie zmusi. Niekiedy przeżywamy iluzję, że wielcy tego świata jakiś z nami prowadzą, a w istocie oni tylko dzielą nas, produkują nasz „słuszny gniew”, oczekiwaną przez siebie „opinię” – racjonalizują w istocie swoją dominację. Jedyne co jest możliwe to porozumienie, ale takiego nie da się zaplanować i wdrożyć.

Sypie się pewien projekt polityczny nazywany szumnie „solidarnością”. Nie wierzą  w niego nie tylko wielcy bankierzy i opasłe owczarki polityki, ale nawet oddane sprawie aktywistki i aktywiści, którzy jednak boją się swojego binarnie postrzeganego świata, i tego że ich refleksję opieczętuje się stemplem ksenofobii, albo czymś jeszcze gorszym.

Pewnie Kotles nie przewidział, że także takie sztuki jak jego - o ludziach niepotrzebnych, zapomnianych, upokorzonych – mogą być wykorzystane nie tylko jako źródło może nieco banalnych, ale mających oparcie w doświadczeniu refleksji nad kondycją człowieka, ale także jako narzędzia propagandy.
Przewraca się w grobie?

Krzysztof Sowiński





niedziela, 9 października 2016

„Wyzwolona czyli sformatowana”?



Kolega Wojtka N. po spektaklu powiedział: „Mieszkałem w Uxbridge i ile razy szedłem tam do pracy, myślałem, czy nie lepiej to właśnie dziś skoczyć z mostu”. Znam to uczucie. To skojarzenie jest najlepszą rekomendacją dla tej propozycji.

To ciśnienie i poczucie beznadziei mógł dotąd zrozumieć, być może tylko - ten kto tam żył. Ja mieszkałem w Londynie i „Harper” jest dla mnie rekapitulacją, tej pozbawionej iluzji części, tego wszystkiego, czego doświadczyłem w tym mieście. Znam wiele podobnych historii. Z klimatów londyńskich zabrakło mi tylko w tej propozycji londyńskiego rytmu. Obsesyjnego pośpiechu. Za to świetną egzemplifikacja tego miasta i tych mniejszych jak Uxbridge, czy Manchester – jest scenografia budzącą skojarzenia z tube, autorstwa Mirka Kaczmarka – niepokojąco odczłowieczona, ostateczna niczym prosektorium.

 „Harper”, to także rzecz, która po raz kolejny stawia też pytanie: kim jest teraz aktorka (aktor)? Jakie są granice zawodowych zadań, które można im powierzyć? Lub polecić...
A i zasadnicze, czy bez nagich ciał na scenie jest możliwy współcześnie spektakl? Mnie w zasadzie to nie przeszkadza – lubię – mówiąc językiem spektaklu – patrzeć na gołe c…i, ciała. Bywają dziełami sztuki same w sobie, bez zbędnych objaśnień. Bywają.

Kilka dni temu moja znajoma, która nigdy nie mieszkała za tzw. granicą, opowiadała jak się żyje w Wielkiej Brytanii, mnie człowiekowi, który zaliczył tam dobrych kilka pór roku - i nie było to stypendium dla klasy uprzywilejowanych, dla "równiejszych". Oczywiście ona wiedziała o moim tam pobycie. Wiedziała też lepiej ode mnie, jakie wspaniałe życie tam mają imigranci, a także miejscowi, wbrew licznym moim przeczącym temu relacjom. Ale wg niej jeśli ktoś „tam” nie podołał, to tylko z własnej winy. (Biedaczka, niestety nie czytała dotąd tekstu o manipulacji społecznej autorstwa Chomskyego).

Kiedy tam przyjechałem przed laty, nie znałem prawie języka i wciąż się zastanawiałem o czym wokół mnie mówią ci szlachetni ludzie, sądziłem, że pewnie głównie recytują sobie sonety Szekspira. Nie to co my: prymitywni, ksenofobiczni, pełni nieuzasadnionych uprzedzeń, jak „pisze” o „nas” co dzień przez blisko 30 lat mainstream. Bardzo się chciałem nauczyć tego nobliwego języka. Po kilku miesiącach już coś tam dukałem i zacząłem rozumieć pierwsze wersety (fragment mojej nowelki pt. „Kruk”): „Nauczyłem się od nich „Fucking day”. Pożerają batoniki usta tłustych, zabieganych urzędniczek, dla których nie ma już nadziei, będą już tylko sobą i swoją czterdziestokilogramową nadwagą. Nauczyłem się od nich „Fucking boss… Ass hole…Mother fucker”…wypowiadanych między jednym, a drugim śpiesznym gryzem”. No i jeszcze parę innych słówek przyswoiłem. Ale zyskałem jeszcze jedną cenną informację – za fasadą poprawności językowej „How are you”, kryją  się namiętności wyskakujące poza zwyczajową grzeczność i normę, brak empatii zakodowany w języku, bowiem zawsze pierwszeństwo tam ma  „I”, ono zaczyna wbrew pozorom kończy i formatuje alfabet, niechęć do obcych takich jak ja, jak mój kumpel ze Słowacji, szykanowany w pracy przez „niebiałych” (tak już dobrze?), moich przyjaciół z Rosji i Białorusi, których zawsze uważa większość Brytyjczyków za ludzi drugiej kategorii. Oczywiście ja nie mam o to pretensji, nie chcę też od nikogo przeprosin, nie chcę żeby mnie ktoś bronił – w końcu zasłużyłem na swój los, wybierając kiedyś jako studia, zbędną dla emigranta humanistykę i ciesząc się w swojej głupocie ze zwycięstwa spółki Mazowieckiego i „bezkrwawej” rewolucji - przykładu  dla całego ”demokratycznego” świata. Słowem – w końcu i ja to dostrzegłem - tamtejsi ludzie też mają na szyjach obroże, ale dla niepoznaki najczęściej jedwabne.

Bohaterką (tak ta opowieść ma jasno sprecyzowanego głównego bohatera, a nawet coś co kiedyś nazywano „akcją”, nawet punkt kulminacyjny!, nie na darmo autor „Harper Regan”, Simon Stephens, czytywał Eurypidesa), jest Harper Regan, czterdziestoletnia kobieta, matka nastoletniej córki, w sytuacji, którą reżyser kieleckiej inscenizacji Grzegorz Wiśniewski – określa mianem w „łazience”, która go interesuje bardziej – jak mówił - niż ta sytuacja z „salonu”. Gdyby tylko tak było, to moglibyśmy ponarzekać, bo człowiek różne rzeczy robi w łazience, np. może się zmagać z zatwardzeniem, lub rozwolnieniem, z czym często – trzeba przyznać - spotykamy się w życiu. Być może zresztą to jest właśnie najważniejsze, bo jak mawiało wielu filozofów, a nawet jeden nauczyciel buddyjski – życie to zasadniczo obok oddychania – jedzenie i sranie. Rozmarzyłem się - może nawet doczekamy się na kieleckiej scenie przełamujące kolejne tabu, także sztuki i na ten temat.

Ale… taka interpretacja działalności reżysera w Kielcach, byłaby zdaje się zbyt pochopna. Istotniejsze jest to, że Grzegorz Wiśniewski, sięgnął po tekst pokazujący kobietę, tytułową Harper – jak to mawiał Karl Jaspers, w sytuacji granicznej. Nie będę opowiadał treści sztuki. Nie chce mi się. Każdy też sobie znajdzie informację o brutalizmie - nurcie w dramaturgii brytyjskiej, do którego spokojnie można zaliczyć utwór Simona Stephens’a. Mamy w Kielcach wszystkie jego wyznaczniki – przemoc, seks, narkotyki, patologia, wulgarne słownictwo, a nawet perwersję. Nie każdemu to się spodobało – zwłaszcza golizna, kiedy Magda Grąziowska (Harper Regan), zaczęła się rozbierać na scenie i stanęła na niej naga w ostrym świetle ukazującym tym dobitniej szczegóły jej ciała,  z moich ust wyrwało się ciche – „K..a znowu!?”, a  jeden z włodarzy miasta demonstracyjnie opuścił teatr, zaś widz przede mną – lekceważąc, no nie wiem już które w polskim, a także kieleckim teatrze łamanie tabu, zapadł w pokrzepiającą drzemkę, a wielu innych – sądząc po ich twarzach – czuło tylko stare i dobrze znane zażenowanie. A jak się zaczął rozbierać jak zwykle brawurowy - Krzysztof Grabowski, grający ojca zwykłej, normalnej, jakich wiele rodziny… To… Nie. Nie chodzi mi o jakieś moherowe skrypty, jak chciałoby sądzić wielu „postępowych” artystów, ale bardziej o szacunek dla ludzkiego ciała i tę część jego nazywaną sferą intymną. Wcale bym się nie zdziwił gdyby aktorzy  kolejnej propozycji na scenie uprawiali seks, przecież też się go uprawia i w łazience – więc wart jest pokazania. Ale… Nie chciałbym wulgaryzować tej propozycji. Ma ona zdaje się głębsze tło niż sądzi wielu „postępowych” ludzi. Zapomnieli o jednym - jak pisze publicysta Arkadiusz Stelmach, autor konstatacji „Wyzwolone czyli sformatowane”: „W cywilizacji chrześcijańskiej status kobiety rósł z jej wiekiem – od panieństwa poprzez zamążpójście, bycie matką, dostojną matroną czy w końcu babką. Dziś jest zgoła odwrotnie – kobieta jest wartościowa dopóty, dopóki może się wykazać młodością i atrakcyjnością fizyczną…”. Czy nagość aktorki nie jest czasem, potwierdzeniem tego odhumanizowanego paradygmatu? Czy to właśnie kobiety nie powinny przeciwko temu zaprotestować? Słowem – czy ta nagość to czasem nie tylko „towar”, formatujący recepcję sztuki? Czy i bez tego Magda Grąziowska – tak naprawdę to już Magdalena – nie jest „poważną” aktorką?
Spektakl otwiera dialog Harper z Mickey (nie wiem jak mam to napisać, może tak – absolutnie wiarygodny w tej scenie i w dalszych swoich partiach - Wojciech Niemczyk). Harper jest najlepszą pracownicą, w firmie zarządzanej przez Mickeya. Kobieta prosi o kilka dni koniecznych, aby spotkać się z chorym ojcem, który trafił do szpitala. Szef jednak manipulując nią nie zgadza się. To ważna scena – wyzwalająca następujące po sobie nieuchronne wydarzenia, pokazująca współczesne niewolnictwo oparte na opisywanym przez prof. Annę Pawełczyńską w „Głowach hydry” – przymusie ekonomicznym, który zastąpił (zapewne tylko tymczasowo) przemoc bezpośrednią.  W świecie wielu domniemanych wyborów, okazuje się, że nie mamy zbyt wielu możliwości, biorąc pod uwagę, że drugą z nich  jest skok na głowę z wysokiego mostu. Harper jednak stawia się korporacji. Jednak zdecydowała się za późno – ojciec umarł i już się nigdy córka nie dowie co czuł i co powiedział w ostatnich momentach życia. Jakie to smutne. Smutne… (Ale… Dziwna jest ta ciekawość, tych którzy zostali na tej ziemi – ta nadzieja, że ich przodkowie w końcu coś powiedzieli sensownego). Iluzji co do wagi tej ostatniej przemowy męża nie podziela zdaje się jego żona (w tej roli Joanna Kasperek), prezentująca nową jakość – żałobę bez... żałoby…

Lubimy jednak mimo tego kultywować mity na temat swoich bliskich – taki mit wobec swojego ojca Setha Regana (w tej roli dawno oczekiwany przeze mnie, wciąż niedoceniany Artur Słaboń), żywi Sarah Regan (świetna w roli zblazowanej, jakich widziałem tuziny (może jednak za mało zblazowanej? Jednak zdaje się za inteligentnej?) młodej, „etnicznej” Angielki – Anna Antoniewicz). Ta nie chce dopuścić do siebie, że jej ojciec jest pedofilem. Woli go widzieć jako ofiarę systemu sądowniczego. A kim on jest „naprawdę”? Może jest tylko miłośnikiem dziecięcej urody? Przecież nie jest zbrodnią robić ukradkowe zdjęcia ośmiolatkom w parku i jak mawiają prości, a wyrozumiali ludzie – wąchać siodełka dziewczęcych rowerków. I czym miałaby być ta jakaś „prawda” i to o nas? No czym?

Wszystko w  tym spektaklu rozpływa się w powszechnym niedookreśleniu. Relatywizmie w który – nie chcę pisać pogrążyła się, bo to raczej sterowane wstąpienie, zatem wdepnęła jak w g…., za to jakie postępowe - Europa. Tylko Tobias Az-Za’im (tutaj tę rolę dobrze wypełnił Adrian Brząkała), emigrant z Syrii, wie jak postawić temu opór – tym czymś co mu pomaga jest Bóg. Nastolatek „wierzy”, że bez tego nie wiadomo co byłoby czym, a życie byłoby bez sensu. Nie wiadomo jednak czy chodzi o Boga chrześcijańskiego, czy islamskiego. A to jednak różnica, dająca coraz mocniej o sobie znać.
Nie żebym szukał łatwego pocieszenia w jakiejś taniej deklaracji z transcendencją w tle. Nie żebym popadał w „moherowe” nadzieje. Raczej boję się, naprawdę boję, że wszystkie "harperowe” wątpliwości mogą zostać szybko i dramatycznie unieważnione.

Krzysztof Sowiński
PS. Acha… Podobało mi się… Niewiele się nudziłem.

niedziela, 2 października 2016

Lizanie tabu, konwencji i juwegenitaliów



Mam problem z tym spektaklem. Doceniam młodzieńczą chęć otwierania drzwi, nawet tych już dawno otwartych, ale… zostaje to „ale”. Całość jednak męczy nadmiarem. Wieje partiami…  nudą. Twórcy próbują być „kontrowersyjni” – mówiąc językiem tej propozycji – m.in. poprzez dosłowne „lizanie cipki” jakiś metr od widzów, „wytrenowanych już przez wiele dość mocnych spektakli”. Jest jednak w tej propozycji kilka świetnych scen, znakomitych kreacji, których nie wolno przeoczyć. I jakaś przewrotność. Mam nadzieję, że świadoma.

Okazało się np., że zaklasyfikowane dawno już „ciało” Mirosława Bielińskiego, „ciało-padlina”, jest zupełnie czymś innym, niż to do którego byliśmy przyzwyczajeniu kreacjami tego aktora z przeszłości! Znamy tak często wykorzystywany komediowy sznyt, sceniczne hołubce Mirosława Bielińskiego, a teraz mamy inną jakże odległą od tego stronę jego aktorstwa.

Acha… Teraz… Uniwersalność, o której autorzy tej propozycji wspominają w Gazecie Teatralnej (Nr 56, 2016)  jest bardzo… ograniczona, do tych którzy nadal na serio biorą freudowskie „schizy” za pewnik. Które to zresztą już pokolenie jest wtłaczane w tę część neomarksistowskiego (nie)porządku? Więc zamiast demaskować system opresji, mam wrażenie, że jest on i równolegle na scenie konserwowany.

Reżyser tzw. młodego pokolenia Bartosz Żurowski i jego współpracownik Marcin Cecko, autor adaptacji - na małej scenie kieleckiego teatru Żeromskiego proponują sztukę „Kieł”, na podstawie filmu (2009) Etfymisa Filippousa i Yorgosa Lanthimosa.
Pokazują „jakąś” rodzinę, w bliżej nieokreślonym miejscu (sytuuje je trochę plakat towarzyszący inscenizacji – niedokończony dom z pustaka; symbol greckiego cwaniactwa, a i polskiej kwadratowej „zaradności”), która spełniła swoje marzenie, związane z własnym domkiem z ogródkiem. Solidny dom, z betonową piwnicą, o której językiem budującym grozę, opowiada Ojcu (Mirosław Bieliński), Sąsiad (w tej roli swojski, a tym bardziej przerażający Janusz Głogowski – nawet nie z pozoru jak się często mawia, ale po prostu „normalny człowiek”, tym mocniej winny współuczestnictwa w trwaniu patologii. W sumie bez takich „zwykłych” sąsiadów, dotrzymujących „tajemnicy”, „nie pchających nosa w cudze sprawy” - świat nadużyć musiałby się niepokojąco skurczyć).

Z Ojcem mieszka Matka (znakomicie uwiarygodniająca absurd sytuacji Teresa Bielińska), Brat (miejscowy człowiek-kameleon Dawid Żłobiński), Siostra (już nie zapowiadająca się dobrze, jak zwykli pisać o takich przypadkach powiatowi recenzenci, ale znakomita Dagna Dywicka) oraz Młodsza siostra (przekonująca w tej roli, coraz bardziej z każdym wydawanym przez siebie dźwiękiem, aż szkoda, że tylko gościnnie w Kielcach - Julia Trembecka).
Życie toczy się pod „dyktando” ojca – za realizację regulaminu Ojciec regularnie nagradza, za odstępstwa jest kara, także chłosty. Surowy starotestamentowy władca. Matka zaś realizuje projekt „poprawności politycznej”, co prawda nie stygmatyzuje i nie penalizuje za „słowa nienawiści”, słowa spoza obowiązującego kanonu – „tylko” pełni skromniejszą, ale niezwykle destrukcyjną funkcję dyżurnego autorytetu-objaśniacza, z rzędu proroków mniejszych. I tak według niej np. cipa, to nie narząd m.in. płciowy, ale np. jakiś przedmiot. Mimo tego dziewczęta obserwują i dowiadują się, że „lizanie cipy”, to może być jednak przyjemna rzecz. Co nie jest jakimś szczególnym odkryciem na miarę Tesli, ale burzy jednak porządek tej małej społeczności. Największym przestępstwem jednak jest opuszczenie przestrzeni posesji, za którą jak dowodzi Ojciec czai się zło, przed którym najmocniej przestrzega on sam. A nawet pokazuje dowody działania tych wrogich sił – niby szczątki starszego syna, który zbuntował się, zlekceważył ojcowski zakaz i opuścił domostwo.

Rodzinę odwiedza tylko raz Sąsiad. W zasadzie rytm jej życia „przecina” od czasu do czasu wizyta Ochrony (tym razem to „ona” przełamująca tzw. tabu - Ewelina Gronowska). Tak Ojciec dba o potrzeby seksualne Syna. Za każdym razem Ochrona otrzymuje za to pieniądze i… szklankę pomarańczowego soku, który obsesyjnie, z dokładnością lepszej sprawy przygotowuje Matka. Sok, który staje się obiektem marzeń… połowy widowni. Ochrona nie może wiedzieć jaka jest droga do posesji, dlatego ma zawsze zasłonięte oczy czarną opaską i przyprowadza ją zawsze Ojciec. Potrzeby córek nie są ważne, dlatego przebudzone erotycznie dziewczęta, same fantazjują na temat swojej seksualności. Czy to jest i scenicznym wabikiem dla… widza… Tanim? Czy jednak wyrafinowanym?

Cykl rodzinnego życia wciąż jest obsesyjnie ponawiany. Za którymś tam razem – widz orientuje, że kolejne zatoczone koło („wiecznego powrotu”?)  już nic nie wnosi i widz jak to widz – zawsze niewdzięczny, osadzony jak w fotelu, w innym, swoim kontekście - zaczyna spoglądać na zegarek. Dopiero z tego nastroju wybija go nagłe i niespodziewane zakończenie – Ochrona niepomna zakazów Ojca, zostawia potajemnie oczekiwane przez Córkę kasety do obejrzenia (jest wśród nich i tyle „inspirująca”, co „nieprawdziwa”, ale politycznie poprawna i politycznie oczekiwana, nagradzana, opowieść narzędzie plutokracji - o dzielnym bokserze Rockym, zawodniku „trzeciej, czy czwartej klasy”, który jednak…). Rzecz wychodzi na jaw i Ojciec poddaje karze także i Ochronę, być może zadaje jej nawet karę ostateczną – śmierć. Ale wraz z tym pojawił się inny problem - nie ma kto realizować potrzeb rodzinnego „rodzynka” – syna. Matka z Ojcem postanawiają, że od tego momentu dla bezpieczeństwa rodziny – rolę Ochrony będzie pełniła starsza córka. Po akcie zaspokojenia Brata, zdruzgotana córka obiecuje, że jeśli jeszcze raz się to przydarzy to… wypatroszy pozostałych członków rodziny. Nie miała orgazmu? Jednak nie…Nie... Nie!!!
Całość kończy się zatem „banalnym”, „staroświeckim” („drobnomieszczańskim”?) dramatem dziecka, który ma wstrząsnąć odbiorcą. Czy wstrząsa?  A już myślałem, (szczerze plotę) - że będzie głosem, w stylu mocno słyszalnego prof. Jana Hartmana, który uważa, zręcznie odwracając kota penisem - że "warto rozpocząć dyskusję na ten temat", czyli kazirodztwa, które jest nadal największym, zdaje się tabu.

Czy zatem to jest rzecz o tym, co skrywają za betonowymi murami swoich domostw tzw. porządni ludzie? Nie sądzę. Nie zgadzam się ani z Freudem, ani z lacanowskimi odniesieniami. Bliższy mi jest Andrzej Łobaczewski autor „Ponerologii politycznej”. W zasadzie propozycja Bartosza Żurawskiego widzę jako rzecz o patologii. A jeśli jest o tym – to nie jest o lęku przed „innymi”, jak wciąż chce przekonać nas, „wkrzyczeć” w nas najbardziej współcześnie dominująca narracja, zmierzająca do postawienia znaku równości między roztropnością, a np. ksenofobią - ale o braku odwagi. A mówiąc współczesnym językiem jest także o dobrze rozpoznanym i starym jak świat „zarządzaniu” strachem.
A Ojciec… Nie znamy jego motywacji… Zawiódł jednak jako naturalny przywódca rodziny. Jak podpowiada prof. Zbigniew Stawrowski: "Podstawową cechą prawdziwego męża stanu - wskazywał na to Carl Schmitt - jest umiejętność identyfikacji wrogów własnej wspólnoty. Nie chodzi tu o to, abyśmy sami w sobie pielęgnowali wrogość wobec innych, ale o zwykły realizm - zdolność dostrzegania, że wokół nas mogą być ludzie, wspólnoty czy państwa, które chcą nas zniszczyć. Kto tej umiejętności nie posiada, staje się bezbronny jak dziecko”.
Komu i po co zależy żebyśmy nie dostrzegali tego przesunięcia semantycznego w języku? Jakie będą tego konsekwencje?

A może ten spektakl jest opowieścią o tym, żebyśmy uważnie przyglądali się komu powierzamy władzę? Jak ona jest dystrybuowana? Komu „uwierzyliśmy”? Jakim hasłom? Jeśli chodzi o mnie - najbardziej nie ufam tym o postępie, równości, o tym, że cel uświęca środki, o „dialogu”. O dialogu o którym wciąż wspominają twórcy przedstawienia. Ten rozbrzmiewający wokół monogłos, paradygmat o… dialogu, korzeniami tkwiący w filozofach pokroju Emmanuela Levinasa, ma jeden słaby punkt, który łatwo wychwytujemy nawet bez pomocy Michela Foucalt’a, którego najważniejszym spostrzeżeniem jest refleksja o tym, że przemoc jest zawsze ukryta w dyskursie i wygrywa silniejszy i ten narzuca swoją wolę. Ten punkt wskazuje uwaga filozofa Bogusława Wolniewicza - dialog jest niemożliwy bez porozumienia, a nawet wbrew niemu. Niemożliwy. A jednak wciąż słychać w mediach mainstreamu  mantrę o tym, że wszystko może być przedmiotem dyskursu. Nie może. Historia jeśli czegoś uczy to właśnie tego. I jako powiedział mój znajomy o imieniu Kamboras, że kiedy w końcu doświadczamy przemocy: "Nie ma się co obrażać na to, że obcy testują naszą zdolność utrzymania naszego miejsca na Ziemi. Gdyby widzieli naszą siłę, nawet by nie próbowali. Próbują? Czyli dostrzegli coś co wzięli za słabość. Czyżby nas było coraz mniej? Czyżby zaczynali dominować słabi starcy? Czyżbyśmy wciąż się upierali, że wszystko da się przedyskutować i osiągnąć konsensus?" Niestety nie. Raczej zdecydowanie zmierzamy w kierunku, który tak określił Bertrand Russell: „Bunt plebsu stanie się nie do pomyślenia, podobnie jak zorganizowana insurekcja owiec przeciwko jedzeniu baraniny".

Rewolucja zatem straciła swoje kły (czy jej kiedykolwiek miała?), pod jej szyldem dokonuje się regularne, niekiedy dramatyczne podtrzymywanie władzy grup uprzywilejowanych, którzy na tę okoliczność mają zawsze kilka alternatywnych planów. Któż by jeszcze ufał rewolucji? Chyba jeszcze jest paru uparciuchów z pokolenia dzieci kwiatów, które nie załapały się na ideologiczne synekury. Paru niedobitków z tych, po premierze w Kielcach nie mogło znaleźć „przesłania” sztuki.
I na koniec sobie i Wam drodzy twórcy, szlachetni widzowie - dedykuję „kawałek” z Buddy: "Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swoim autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w  jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam i innym".

Krzysztof Sowiński