niedziela, 14 kwietnia 2013

„Caryca Katarzyna” – efektownie skrojona agitka?

-->
Kto to widział,
 żeby składać hołd
mordercom swoich dziadów!



Grubo ponad godzinę golizny, pokazywania na scenie "cycków" – mówiąc językiem przedstawienia - by na koniec widz usłyszał, wygłoszony jak prawdę objawioną – banał o tym, że Polska to… nienormalność. Banał i uproszczenie, które przez ostatnie lata tak często powtarzał mainstream.

Najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, to „Caryca Katarzyna”, pióra Jolanty Janiczak. Autorka uważa, że historia to plotka, tekst, najczęściej tworzony przez świat mężczyzn, więc i ona czuje się upoważniona, do napisania swojego.

Jak mówi ma gdzieś tzw. prawdę obiektywną, zatem „subiektywizuje”. Dla niej historia Katarzyny, to „droga ciała na tron, polityka pisana ciałem i na ciele”. To ten temat ją zajmuje, gdyż jej zdaniem „o podstawowych dla kobiet sprawach dyskutują politycy płci męskiej z biskupami”. Pewnie jej chodziło o Polskę i katolików. Na ten temat politycy w innych krajach i z innymi hierarchami nie dyskutują? Pytam skromnie…

To w zasadzie kalka mainstream'u. Obowiązująca aktualnie wykładnia. I nawet nie chce mi się z tym dyskutować. Temat przeżuty i przepluty do wyrzygania. (Tak nota bene, znowu spytam - biskupi to jakiś odmienny, trzeci gatunek? )

Autorka zapowiada, że rzeczy takich napisze jeszcze więcej! Przypomnę w Kielcach wystawiono już w zasadzie podobną, także jej - „Joannę Szaloną Królową”.

Niby za nic autorka ma teksty o postaciach historycznych, zgadzam się z nią, bo to tylko przecież mogą być, teksty noszące piętno epoki, by za chwilę przypomnieć: „Katarzyna była wytrawnym graczem, a biorąc na siebie tę rolę, musiała do pewnego momentu, rezygnować ze swoich pragnień, ze swojego ciała” (wszystkie cytaty Gazeta Teatralna Nr 39). Cóż… Widocznie są teksty historyczne, wśród innych przekazów, które zasługują na większą uwagę i… wiarę.  Zależnie od potrzeb cytującego? Od jego zapatrywań politycznych, mających „na celu legitymizację władzy”, która sprzyja (pewnie tymczasowo, jak pokazuje historia, a ta dla mnie bywa jednak magistra est), tzw. artystycznej awangardzie?

A tak z innej beczki – czy listy pisane przez Katarzynę II, do sąsiadów Polski, są wiarygodnym źródłem informacji o epoce, czy nie są?  Np. w swym liście do Fryderyka II z 17 października 1763 roku ujawniła kandydaturę Poniatowskiego, pisząc, że „ze wszystkich kandydatów do polskiej korony ma najmniej możliwości osiągnięcia jej (...), a zatem będzie za nią najbardziej wdzięczny tym, z rąk których koronę otrzyma”.

 „Historia drugiej wojny światowej opowiedziana przez dziadka tysiąc razy lepiej oddała mi ten syf niż podręczniki o bohaterach” – wspomina autorka. No tak… Tylko jest jedna fundamentalna różnica między nią, a nim – on tę wojnę „przeżył” i mimo, że był mężczyzną, zapewniam, że własnym ciałem. Jego ciało miało doświadczenie, którego nawet wnuczka nie przeczuwa i być może będzie tylko zawsze w takich przypadkach spekulować.

Oczywiście, że historia to racjonalny ciąg zdarzeń (autorka tekstu sądzi odwrotnie). Niestety racjonalna aż do bólu. Najczęściej bólu „tamtych”. Co nie oznacza, że nie pojawiają się tam zdarzenia, czy postaci o których nie wiele wiemy, wymykające się ocenie.
Władza, ekspansja – to zbyt poważne rzeczy, żeby je zostawiać roli przypadku. Jak niektórzy twierdzą – „W polityce nie zdarzają się przypadki, a jeśli się zdarzają, to są świetnie wyreżyserowane”.



 Reżyserem jest Wiktor Rubin, który już współpracował z Jolantą Janiczak w Kielcach przy „Joannie Szalonej Królowej”, spektaklu nagradzanym. W zasadzie „Caryca” zrobiona jest, według tej samej matrycy. M.in. tam, tytułowa Joanna – Agnieszka Kwietniewska, biegała po scenie bez majtek tylko w samej koszuli, w tym projekcie Wiktor Rubin poszedł „na tzw. całość” jak powiedział w kuluarach Piotr Szczerski, dystansując się jednak od przesłania sztuki. Aktorka grająca Katarzynę, Marta Ścisłowicz, jest prawie cały czas naga. Nagi bywa także często Wojciech Niemczyk, w roli Piotra I, jej męża. Ja widz, szybko przyzwyczaiłem się do ich nagości, (bo kogóż to jeszcze szokuje? Co to wyzwala, czy przełamuje? Choć dla mnie nagość należy do strefy intymnej i rzeczy ostatecznych, nie żebym nie chciał jej widzieć na scenie, jeśli ma to sens) – do ich dosłownej obecności, jak zapewne powiedziałaby autorka sztuki, na scenie. Tylko zadawałem sobie pytanie: po co to wszystko? Czyż moc teatru czasem nie polega na niedomówieniu? Czy teatr musi się ścigać z innymi niescenicznymi formami tzw. sztuki?

Przed laty Piotr Szczerski, wyreżyserował „Miłość na Krymie”, w jednej z ostatnich scen, ówczesna aktorka Żeromskiego - Viola Arlak, błysnęła  na sekundę nagą, obfitą piersią i to zupełnie wystarczyło.

Nic nie można zarzucić aktorom – największe wyzwanie pewnie stało po stronie tych „nagich” – Marty Ścisłowicz  i Wojciecha Niemczyka – to naprawdę świetni aktorzy, którzy podołali zadaniu. Ale… ona najlepsza jest wtedy, jak już jest… ubrana w wytworną suknię, potrafi jednym spojrzeniem swoich pięknych oczu, gestem, zogniskować uwagę, zburzyć, czy zbudować nastrój, zyskuje wówczas wdzięk i powab. Podobnie on – momentami szokujący, odrażający, jak zawsze skupiony, drobnym gestem budujący role. W pamięć zapadnie pewnie nie scena jak biegają nadzy, ale jak Piotr I, obgryza sobie paznokcie u… nóg, a następnie Katarzyna bierze stopę do całowania. Kochankę Piotra, Lizawietę Woroncową gra Ewelina Gronowska-Ośka, jak zwykle wiarygodna. Posągowa Joanna Kasperek występuje jako Elżbieta Romanowna. Kanclerza jej kochanka i powiernika zagrał świetny Dawid Żłobiński, którego jednak ostatni monolog, wygłoszony już po wręczeniu kwiatów aktorom, ze względu na hałas dobiegający zewsząd, umknął mojej uwadze. Joannę Bez Numeru, zagrała doskonała Beata Pszeniczna, generała Orłowa – Edward Janaszek, ukryty za sowiecką czapką wojskową i czarnymi okularami, powściągliwy i mroczny, ot – narzędzie rosyjskich szachistów, zapowiadający ostateczne rozwiązania.

Problem mam z Alicją z Kariny Czarów, która się pojawia także w tej sztuce – wyobrażam sobie tę rzecz, bez tej postaci, choć brakowałoby pewnie urzekająco pięknej Dagny Dywickiej, w cudownej sukni. (Ma ta aktorka pewien magnetyzm, który pozwala jej rozkwitać zazwyczaj na scenie). I Pawłem I (Andrzej Plata), z tą częścią kiedy, zresztą rewelacyjnie parodiuje Kate Bush – ubrany w damską sukienkę. W roli syna, uciekający w infantylizm przed kołami historii - wyborny. Autorem atrakcyjnej plastycznie scenografii jest Mirosław Kaczmarek.

Najwięcej kontrowersji wywołała jednak postać Stanisława Augusta Poniatowskiego, kreowana przez Tomasz Nosińskiego. Co by o nim nie powiedzieć, to – jak się mawia - rutyniarz, który zawsze może ukraść całość. Często manieryczny – i ta jego cecha, słynna już, jego gestykulacja, sposób chodzenia, artykulacja – doczekały się już parodii.


„Patrząc z dzisiejszej perspektywy, był on postępowym człowiekiem, godnym podziwu” – o Poniatowskim, mówi autorka tekstu. Nie chcę się wikłać w osądy tej postaci, to zbyt rozległy temat. W swojej sztuce Wiktor Rubin, każe wygłosić Nosińskiemu, przydługawy monolog, z którym aktor radzi sobie znakomicie. Tyle, że ja… się zupełnie nie zgadzam z jego przesłaniem – to już nie była sztuka tylko agitka. Fragment narzucający mi jak mam i co mam myśleć, także o Polsce i Polakach – a jego pointa to – Polska to nienormalność.  I szkoda mi czasu i woli, żeby z tą wizją naszego kraju i jego mieszkańców polemizować.

W rozmowie w kuluarach moja koleżanka Magda R., znana polonistka i miłośnik teatru, wyjaśniała mi, że ta nagość to tylko… kostium.. ok. Skrójcie go zatem następnym razem trochę lepiej.

Mówiła, że to antydramat. Więc oczekiwanie, że wszystko będzie świetnie skomponowane, jest nieuzasadnione. Rozumiem jej racje.  Ale… Mnie się wydaje, że takie rzeczy to… efektowny… banał, który znowu, jak to ostatnio bywa, w wykonaniu tzw. młodego pokolenia, -  przypomina, jak mówi Aga M., też artystka, śmietnik popkultury. To taki worek, do którego można wrzucić cokolwiek: cytaty z Biblii, wymyślone naprędce adresy internetowe, słowem co ślina na język przyniesie, przepraszam – wyobraźnia.

A wszystko, to po to, żeby moim zdaniem - jakoś uciec od boleśnie pustej czaso-przestrzeni sceny, a wcześniej kartki.

Podobnie było niedawno w przypadku sztuki „Mój niepokój ma przy sobie broń”, autorstwa Mateusza Pakuły i w reżyserii Julii Mark. Choć tamta rzecz przypominała mi raczej poemat dygresyjny, który zbłądził na scenę.

No niby wszystko jest poezja, jak powiedział Edward Stachura, to może wszystko może być też teatrem?

Oczywiście jestem głęboko przekonany, że ci twórcy, w uczonej dysertacji obronią swoje racje, nawet Wiktor Rubin dowiedzie, że „Caryca Katarzyna” jest perfekcyjnie skomponowana. Wiem, to wyedukowani ludzie, ale cały czas już nie tylko od „Joanny”, chodzi mi po głowie, że są tak inteligentni, że stworzyli niezłą receptę na rzecz, która będzie budzić kontrowersje na scenie, będzie „awangardowa”, co by przez to nie rozumieć, że będzie nagradzana i hołubiona.

I, żeby w tym było rzeczywiście szaleństwo, to jakoś zniósłbym wiele, ale widzę w tym… wyrachowanie. Gotowy przepis – weź postać kontrowersyjną i cokolwiek znaną, postaw na scenie, zrób efektowną scenografię, nasyć i zaciemnij sens i całość (tę metodę już Thomas Elliot uważał za wielce obiecującą), namnóż słów i wątków, tak wiele, że widz i tak się nie zorientuje, o co chodzi, wszak teksty, wysłucha tylko raz, podlej to żywą, wprost ze sceny wonią spoconego, najlepiej nagiego ciała, a wszystko pod płaszczykiem awangardy, walki z „zaściankowością” i… schlebiaj dominującemu trendowi.

A jeśli nie wiesz, że schlebiasz, to odwołuję uwagi o inteligencji. To znaczy, że  jesteś „pożytecznym idiotą”. A jeśli nie jesteś idiotą, to kim jesteś? Pomyśl chwilę.

Oczywiście „sukces” nie będzie udziałem „Niepokoju”, bo jaki on by nie był – deklaratywny, oczywisty, podobnie jak „Caryca”, ma nad nią jedną przewagę – momentami, czasami nieudolnie oskarża rzeczywistych „władców świata”, a to może im się nie spodobać. A nie tych pozornych, wskazanych przez mainstream, propagandę, pozornych z którymi bój toczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin.

Kiedyś Roman Ingarden powiedział mnie więcej tak, że dzieło sztuki, to maszyna do produkowania interpretacji – reżyser pokazuje, że do jednej.

Jeśli naprawdę tzw. młodzież, chce zrobić dzieło sztuki anarchistyczne, czy jak je zwał, pod prąd, niech zada sobie fundamentalne pytanie Woltera - "Jeśli chcesz wiedzieć, kto tobą rządzi, sprawdź kogo nie możesz krytykować”.



Chris

http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/spektakle/id/67

niedziela, 10 marca 2013

"Jądro ciemności" - upadek duszy, czy dialektyka pewności?

Niekiedy w ciszy i przez przypadek powstaje coś ważnego, co nie zostanie "dostrzeżone" przez mainstream, może nawet celowo pominięte? Nie będzie przebojem.

Idę - jak się mawia "sobie",  wiele miesięcy po premierze "Jądra ciemności", do kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach.
Po drodze spotykam dziennikarza z "Radia Kielce", w sumie jedynego medium w regionie, o którego uwagę zabiegają wokół nie tylko twórcy.

Może jedynego, (nie żeby nie miało czerwonych plam w przeszłości, pamiętamy te referencje słusznej partii, tę dialektykę pewności),  które się oparło materialnej degradacji zawodu dziennikarza. Nie sprowadziło jego roli - do "pojawienia się" najczęściej nieprzygotowanej, dwudziestoparolatki, z odważnym dekoltem, na utrzymaniu rodziców, pracującej za kilka śmiesznych i upokarzających groszy, marzącej bezpodstawnie o karierze Stokrotki.

Zamieniamy kilka słów. Dziennikarz sądził, że idę na premierę do Teatru Kubuś, kiedy prostuję, jest lekko zdziwiony - bo w sumie po co chodzić do teatru nie na premiery? Już wszystko przebrzmiało, spektakl oceniony, opisany i przeżuty... A ja uparcie... Ostrzegł mnie - "to momentami irytująca sztuka".

No miał rację, długimi momentami, tyle, że... nie nudzi. Zasługa to aktorów - Edwarda Janaszka, Macieja Pesty, Andrzeja Platy, wcielających się wciąż, w spektaklu, w nowe postaci. Może najbardziej zaskakujące jest obsadzenie białego dryblasa, o jasnych włosach i oczach, niczym prosto z "Main Kampf", w roli... 12-letniego czarnego chłopaka (Maciej Pesta). Świetna kreacja, być może z podwójnym dnem? A może to tylko moja nadinterpretacja, widza marzącego o teatrze - zwierciadle współczesnego gościńca?

Podobno reżyser (Szymon Kaczmarek) zapowiadał, że to rzecz, która odkrywa prawdziwe oblicze Afryki, i że nie jest to kraina mlekiem i miodem płynąca. Jeśli tak, to nie wiem na jakiej podstawie sądził, że tak - my publiczność uważamy? Chybił.
O "W pustyni i w puszczy" dawno zapomnieliśmy. Murzynka  Bambo nikt już nie czyta. Afryka to m.in. "Heban", o którego autorze coraz więcej smutnych rzeczy do nas czytelników dociera po latach, Afryka to "legendarne" zdjęcie umierającego z głodu, na spalonej ziemi dziecka, za którym czai się sęp... To narody mordujące się przy pomocy maczet. To... przemilczane dziś ucieczki "białych" z RPA. Coetzee... Pokłady uranu... Czy to wszystko wstrząsnęło światem? No nie bardzo.
Odsyłam do tekstu o moim przyjacielu Dramanie z Mali.
http://bezprzeginania.blogspot.com/2013/01/draman-z-mali-ja-z-polski-z-kieszeniami.html

Coś teraz powiniem napisać o Josephie Conradzie... Mapkę prowadzącą do skromnego grobu pisarza w  Canterbury, można tam dostać w informacji turystycznej.
Niby na podstawie jego "Jądra ciemności", jest oparta rzecz w Kielcach. Ale nie oszukujmy się, ilu oglądaczy, (może ten chłopak z wyeksponowanymi bicepsami, który wziął dziewczynę na pierwszą randkę, właśnie na "coś" do teatru), nie wspomnę o recenzentach, zna opowiadanie Korzeniowskiego?  Pisarza o którym teraźniejsi Anglicy, w pubie w Bishopsbourne, mówią - "Był tu taki. Jego dom, to któryś z tych koło kościoła".

Więc, zdaje się można i bez Josepha Conrada... W sumie, to może tylko taki wabik, że to niby zajmujemy się trudną sprawą - wybitnym dziełem sztuki, psychologią i moralizowaniem. Takie kilka punktów po stronie plus, już na początku. Koturny pod bose stopy. Niekiedy szkielet na którym snujemy swoją opowieść. Tkankę, którą wypełniamy nieznośną, boleśnie milczącą, pustą - czaso-scenę.

Na początku aktorzy, opowiadają o historii Konga, gdzie się dzieje akcja, choć tak naprawdę spektakl zbudowany jest z luźnych fragmentów, czyli tylko zawsze fragment, jak rzekł niegdyś inny stary mistrz - Tadeusz Różewicz. O tym, że Europejczycy, podbili te tereny, a z ich mieszkańców uczynili niewolników, niepokornych zakuwali w łańcuchy, obcinali dłonie, zabili połowę populacji. Osiem mln ludzi. Osiem. Statystyka... Pewien mędrzec, językoznawca, polityk minionej epoki, miał na jej temat pragmatyczne zdanie. Po cichu - tego nas nauczyło doświadczenie - jak sadzę, podzielamy tę opinię

No i teraz my, niby biali ludzie mamy się bić w piersi, bo my to uczyniliśmy. A w tyle słychać gromkie, "Nigdy więcej" współczesnych zawodowych specjalistów od sumień i skrzywdzonych mniejszości. I od biedy oczywiście.
"My to uczyniliśmy! My!"  Czyli ma się rozumieć - Wy...
Prawda? 
A jednak tego nie zrobił tzw. biały człowiek, tylko tzw. elity. Elity, które dorobiły się gigantycznych majątków na handlu niewolnikami, na eksploatacji nie tylko Afryki. Elity, których potomkowie są... nadal elitami i są tak wpływowe, że można przeczytać tylko hagiografie na ich temat. Od czasu do czasu widzimy następną generację - jak otworzy jakąś znaczącą szkołę, (jej absolwenci, pośpiewają z partytury elit), przytuli do miejsca z sercem dziecko, zatroska się o nadmiar dwutlenku węgla, o zasoby wody, kurczące się miejsce na planecie.
Elity dla których przemoc, to tylko narzędzie, mało estetyczny epizod, a nie upadek duszy.
Elity, które... za nic miały życie ludzkie, białe życie także. Podobno w skutek szkorbutu i innych chorób związanych z niedożywieniem, w czasach Conrada, zmarło około 1 milion żeglarzy. Podobno już od dawna elity wiedziały, że to brak witaminy C, powoduje tę gigantyczna liczbę zgonów, nawet wiedziały jak temu zaradzić (kiszona kapusta, którą już ze sobą brali Wikingowie) i... nic... Nie wiele znaczyło ludzkie życie. Nie wiele znaczy. Cóż się zmieniło? Zatem dobra rada - cieszmy się z życia, póki czas.

Mylił się poeta, pisząc, że najważniejsza jest odwaga. Oj mylił. Więc idźcie i bądźcie rozsądni.
Bądźcie rozsądni, to może... przypadnie Wam jakiś kęs współczesnego Kongo... Tylko bądźcie rozsądni...To pozwoli Wam być może przeżyć. W końcu rozsądni, są niezbędni... elitom.




piątek, 15 lutego 2013

Kogo ocaliliśmy? No kogo?

 Śnił mi się. Był słoneczny dzień. Stoimy półkolem i gawędzimy. Rozpoznaję tylko jego, dwóch osób z jego prawej i lewej strony już nie. I on zdaje się rozpoznaje mnie. Nagle zadaje zaskakujące pytanie. Tym więcej puchnące znaczeniami, że uświadamiam sobie, przecież on od kilku miesięcy... nie żyje.

Stoję przed drzwiami kościoła. Nie mogę dopchać się, ani i nie chcę do środka. Msza, jak mawia się za jego duszę. Później dwóch mężczyzn w czerni, wynosi małe drewniane pudełeczko. Tyle zostało z Jarka.  Nie licząc duszy.

Chciał, żeby tyle. Za pudełeczkiem idą, jego żona i dwie piękne, błękitnookie dorosłe córki. A później cmentarz. Tłum ludzi. W tym dorośli wychowankowie Domu Dziecka, już ze swoimi rodzinami, dziećmi. Jarek, jak się okazuje - całe życie - pracował w bidulu.

Trochę zazdrościmy mu dzisiaj (a może tylko ja?), my  jego posiwiali koledzy z klasy.
Kurwa! Umarł sobie tak przed nami! Odszedł jako przystojny facet, prosty, wysoki, a nie jako pokurczony staruszek z plastikową butelką na siki w nogawce, (konający co dwa dni, kiedy wężyk do butelki, zapcha się skrzepami krwi, bezradnie czekający na miłosierdzie pogotowia), którego nikt już nie pamięta, bo ci co mogli pamiętać - już nie żyją, a ci co żyją - nic nie pamiętają.

I tyle osób przyszło tutaj. Farciarz! Pierdolony farciarz - nawet nie powiedział, że jest aż tak cieżko chory! Nie użalał się.

- Nie jest tak źle. Nie jest. Jestem na rocznym urlopie zdrowotnym, odpoczywam trochę - mówił, z tym swoim szerokim, lekko ironicznym uśmiechem, w nieczęstych momentach, kiedy spotykaliśmy się. Bo przecież wciąż nie ma czasu, mimo, że go po prostu - nie ma, jest tylko iluzją. Więc nie mamy tej iluzji....
Nie pożegnał się z nikim i nie dał nikomu pożegnać się ze sobą.

Pieprzony farciarz - nie będzie gnił, cuchnął i kurczył się. Teraz wmurowują pudełko z nim w beton grobu. Zgrzyta kielnia. Zgrzyta...
I nagle z głośnika toczą się powoli, pierwsze dźwięki "Epitaph" King Crimson. W tym momencie my przyjaciele z młodości Jarka, zamiast płakać, uśmiechamy się do siebie nawzajem, ja łapię uśmiech z wdową juz po Jarku (stoi na górce), Asią. I wszystko to kingcrimsonowe spojrzenie wie. Chociaż ja mniej zdaje się, wiem i pamiętam niż sądzą inni, i ona sądzi. To u niej w domu, przed wielu laty, po raz pierwszy pokochaliśmy King Crimson i nie tylko.
A teraz "epitafium" sączy się kawałek po kawałku, w końcu słyszymy:

Confusion will be my epitaph.
As I crawl a cracked and broken path
If we make it we can all sit back and laugh.
But I fear tomorrow I'll be crying.
Yes I fear tomorrow I'll be crying.

 Jutro tak. Nie dziś. Nie dziś. Dziś się uśmiechamy. Choć i dziś jest tylko iluzją i jutro też nią będzie.

We śnie nie ma twarzy tak umęczonej bólem i chorobą. Promienieje jakimś blaskiem, a jego szare włosy (nie wyłysiał szczęściarz), mają kolor i błysk złota.

- No powiedz... - pyta z tym ironicznym, tak charakterystycznym dla niego uśmieszkiem... - No powiedz... Kogo ocaliłeś! No kogo?
No i rechocze tymi wielkimi kłami dodającymi mu uroku i tajemnicy.
Milczę. Nawet nie zmieszany. Ale milczę.

Myślę sobie: "A niby kogo i dlaczego miałbym ocalać? Kogo i dlaczego?"

Ale on, daję słowo i wszystkie synonimy,  powiedział wyraźnie - "ocalić", a nie na przykład - komuś pomóc...
Przez moment pomyślałem o moim dziadku, który całą wojnę przechowywał na strychu sąsiada, któremu bardziej niż innym, wówczas groziła śmierć, ale wiem, że to się na pewno nie liczy. Nie liczy. I kurwa, nie znoszę tego wszystkiego, nagle obudzonego teraz chóru wnuków takich dziadków, ktorzy ocalali, tej szarańczy. Tego błyszczenia w cudzym czynie i wdzięczenia się, jak mawiano niegdyś - stara kurwa do milicjanta - do silnych i wpływowych tego świata. Brzydzę się tymi zaklęciami, tymi zapewnieniami, przysięgami dozgonnej miłości, parcianymi manifestacjami lojalności.

W końcu uśmiecham się i sięgam do jakby zielonkawej jak łąka koszuli Jarka (wiem, wiem, nie nosił takich, zdecydowanie jeansowe), ale w moim śnie mogła być zielona  (a może, teraz sobie przypominam - była błękitna, ale miała - żywe, zielone gałązki - nici aplikacji) - poniżej czubka kołnierzyka, siedzą mu na kieszeni koszuli dwie biedronki. Sięgam, bez wahania,  po jedną ostrożnie. Siada mi na palcu, a moze tylko przycupnęła, bo nie zna języka polskiego, zna biedronkowy? Rozprostowuje skrzydła, mają czarne kropki i soczystą czerwień.

- Tak to ona! Ona! Ją kiedyś ocaliłem! Na pewno tę!!! - drę się radosny.

Biedronka pofrunęła w górę, ku błękitowi, i kiedy mój wzrok spowrotem wrócił, nie bylo już ani Jarka, ani innych. Zaprawdę wam opowiadam - nawet mnie. Bo czas jest na pewno złudzeniem.

I przysięgam, nie  powiem, a też mi się śniło, kto z Was żyjących wkrótce odfrunie jak biedronka. I obawiam się, że już dzisiaj jest jutrzejszy płacz. I nikogo nie potrafię ocalić. Nikogo.

piątek, 1 lutego 2013

Problem duszy i wystawy „Zwierzęta i kontynenty”



Muzuem Histori Naturalnej w Londynie
Przerażające i piękne są  te zastygłe w ułamku ruchu zwierzęta. Wołają o pióro poety, o pędzel mistrza, zadumę, a doświadczają zbyt pośpiesznych, powierzchownych błysków fleszy. Miałem okazje pobyć z nimi sam na sam. Zobaczyłem ich dusze. Mam niejasne uczucia wobec tego doświadczenia, ale jedno jest pewne  - przypisywanie tej wystawie propagowania zabijania zwierząt przekroczyło granice absurdu.

Tylko w skrócie przypomnę – Muzeum Narodowe w Kielcach otrzymało propozycje przejęcia kolekcji ponad 160 spreparowanych zwierząt, z różnych kontynentów. Dwa tygodnie temu został otwarta wystawa. I myli się, kto mówi, że takich wystaw nie ma już w „cywilizowanych” muzeach świata. Jesienią ubiegłego roku oglądałem taką ekspozycję w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, towarzyszyła jej adnotacja, że żadne ze zwierząt nie zostało zabite dla potrzeb tej placówki, i że kiedy się już nie da dalej konserwować eksponatów, całość zostanie zutylizowana. Podobnie jak sądzę, jest w Kielcach.


Nie będę mówił o misji muzeum, ale trzymając się argumentacji przeciwników wystawy można by zakazać np. eksponowania militariów, a nie jedno ostre narzędzie przyczyniło się do skrócenia kogoś o głowę. Nie jeden rapier, czy jatagan będący w zbiorach kieleckiej placówki, ma swoją mroczną tajemnicę – a oglądany z bliska i skojarzony z ludzkim ciałem wywołuje grozę. Ale nie budzi to publicznych emocji.

Słowem – czy tego chcemy, czy nie – to nasza kultura jest w dużej mierze oparta na przemocy. Ta przemoc dzisiejsza nie jest bardziej humanitarna, nie oddawajmy się iluzji, że np. biały fosfor, to coś lepszego niż ostrze jataganu. Dzisiejsza  przemoc jest zakamuflowana i podlana ketchupem propagandy, który tak cudownie rozszyfrował stary genialny  Julian Tuwim, w wierszu „Do prostego człowieka”. Nie oszukujmy się – nadal wychowujemy ludzi do przemocy. Przemocy doświadczamy każdego dnia, jesteśmy jej źródłem i ofiarą. A  nasza przemoc, nie jest przemocą, przemocą są zawsze ICH działania. Ich.

Ja i "kotka" - Muzeum Narodowe w Kielcach

Tak się złożyło, że jestem teraz pracownikiem muzeum, zajmuję się tam digitalizacją i to mnie przypadła z aparatem w ręku, czynność skatalogowania każdego zwierzęcia. Towarzyszyła mi kompetentny muzealnik, a i myśliciel, erudyta, zdecydowanie także gatunek wymierający -  Joanna Kielar, wówczas pracownik Działu Przyrody w muzeum.

Przed ponad dwa tygodnie, każde zwierzę braliśmy z wielką uwagą i troskliwością w ręce, już nie ze względu tylko na przepisy związane z eksponatami, ale powodowani szacunkiem do tych istot.


Za oknami światło zmieniało się w późno popołudniowe, nadciągnęły granatowe chmury, wydłużały się cienie stłoczonych, w jednej sali gromady zwierząt. Groza i piękno, dreszcz skradający się po plecach. Z metkami na szyjach, przywodziły na myśl senne koszmary, ludzkie i zwierzęce hekatomby. Milczeliśmy,  baliśmy się, że za chwilę je obudzimy ze zbyt długiego snu.  I co wtedy? Co?
A koniec pracy, był zawsze czasem modlitwy w ich intencji. Om mani padme hum. Tyle tylko mogę dla nich zrobić. Om mani padme hum. Buddyjska mantra współczucia.

Muzuem Histori Naturalnej w Londynie

Wielkiego wzruszenia dostarczyła mi niewielka pantera. Wygląda bardzo skromnie.  Miałem jakiś inny w głowie obraz tego gatunku, wydawał mi się większy, potężniejszy. Przyznam, że na safari nie bywam, ostatni raz w ZOO natomiast, byłem jako dziecko, a jako dorosły z własnej woli takiego nie odwiedziłem. 


Więc zaskoczyły mnie jej niewielkie rozmiary i nadwymiarowo duże łapy. Jak głosi wieść, czy być może tylko łowiecka legenda -  to tymi okaleczyła pięciu myśliwych, niektórzy wskutek ran umarli. Kurczył się jej świat, zaczął sąsiadować z ludzką wsią. Lamparcica zaczęła polować na zwierzęta hodowlane. Wieśniacy zawiadomili myśliwych. Zwierzę w mig (mylił się Kartezjusz, że zwierzęta nie myślą), zrozumiało, że to teraz na nią polują i ona też zaczęła na swoich prześladowców. Nieuchwytna (do czasu, cóż ona wie o współczesnej technologii zabijania?), skradała się od tyłu, skakała na plecy i prawą łapą jeszcze w locie, zrywała z twarz i głów płaty skóry i mięsa.

Czy obudziła się we mnie, w człowieku, natura drapieżnika, który podziwia teraz innego drapieżnika, z taką historią, któremu fachowcy przypisują doskonałość w ewolucji?
A teraz stoi już ta „kotka” na wieczność przyczajona.
Zawsze gnę się przed nią do samej ziemi. Pochylam nad jej naturą i odwagą.

Mamy ambiwalentny do nich stosunek. Trójka wielkich monoteistycznych religii, miała zawsze problem ze zwierzętami. Stary Testament zawiera opisy okrucieństwa wobec nich. (Zajmę się bliżej chrześcijaństwem, choć wiem, ze islam i judaizm też nie są w tej sprawie, zdaje się, bez winy). Później, wiosny nie czyni święty Franciszek z Asyżu, a nasze skandaliczne zachowania, wobec zwierząt ukonstytuował Kartezjusz, który twierdził, że te nie tylko nie mają duszy, ale i nie mają uczuć, są maszynami, nie odczuwają bólu i na okoliczność tego sam filozof, podobno publicznie kopał ciężarną sukę, a jęki bólu, traktował niczym dźwięk poruszonego mechanizmu. Podobno też… prywatnie bardzo dobrze traktował swoje psy, miał ulubienicę.

O innym stosunku ludzi do zwierząt, pisze słynna podróżnik Beata Pawlikowska w „Dzienniku”:
„Indianie Ameryki Północnej powszechnie uważali, że w każdej rzeczy przebywa moc ducha. Wszystko, co powstało z woli Stwórcy, niezależnie od tego czy ożywione czy nieożywione posiada duszę. Duszę ma każda roślina, zwierzę, a nawet gleba. Dusze te mają na siebie wpływ, są wzajemnie zależne. Wszystkie rzeczy są ze sobą powiązane i są święte”. Dalej wspomina wypowiedź Hurona – „Wiele razy widziałem duszę mojego konia w jego oczach”.

W 1975 roku powstało "Wyzwolenie zwierząt", Petera Singera, które by się zgadzało z wieloma opiniami Huronów, książka nazywana biblią Ruchu Wyzwolenia Zwierząt.
"Jest to opowieść o tyranii człowieka wobec zwierząt” – pisze tam autor. Zmienia się nasz stosunek do braci mniejszych, pojawiają się wegetarianie z wyboru, dokarmiamy bezdomne zwierzęta, lepiej traktujemy swoje.

Muzeum Historii Naturalnej w Londynie
Osobiście jestem przekonany, że zwierzęta mają dusze. Że przeżywają ogromne emocje, przekonuje mnie właśnie mój pies-staruszek, stukający mnie nosem żądający spaceru, w tym momencie właśnie, kiedy piszę te słowa. Parafrazując słowa Indianina – codziennie widzę duszę w jego oczach.
Ale nawyk podpowiedział mi i chciałem napisać – „muszę mu towarzyszyć teraz prawie bez przerwy w jego ostatnich, zdaje się tygodniach życia”, by stwierdzić, że „chcę”. Więc uczy mnie, co to miłość, cierpienie i nauczy mnie odchodzenia, kiedy przyjdzie kres.

I od każdego z nas zależy czy w Kielcach, na wystawie dostrzeżemy sacrum, czy profanum. Czy dostrzeżemy duszę? Nawet konstatacja (już taką słyszałem na wystawie) – „O jaki ten skurczybyk jest wielki” ( to o lwie), może być początkiem nowego myślenia.

Na drzwiach lokalnej sceny dramatycznej, widnieje sentencja Tadeusza Kantora: „Do teatru nie wchodzi się bezkarnie”. Podobna powinna towarzyszyć zwiedzającym kielecką propozycje muzealną. To cena jaką  przyjdzie nam zapłacić za przenikanie się dusz. Warto podjąć to ryzyko.

Chris
PS. Występuję tutaj prywatnie. Niczego, z nikim nie konsultowałem. Nikogo nie reprezentuję.


http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,13325007,_Wystawa_zacheca_do_zabijania___Obroncy_zwierzat_prosza.html

czwartek, 31 stycznia 2013

Draman z Mali, ja z Polski, z kieszeniami pełnymi… demokracji

 -->
Trzeci Świat i ten "Spowolniały"
Draman, mój czarny przyjaciel z Mali. Nie wiem, czy wrócił do swoich, czy może udało mu się zostać w UK? Ale wiem, że ktoś, jak to często bywa w świecie, chce mu ofiarować - demokrację, wolność i dobrobyt. I jak ofiaruje, to… niechybnie będą ofiary. Dzwonię do Dramana. Ale telefon milczy.


Spotykaliśmy się przez dwa lata w szkole językowej w Londynie. Jesteśmy na zdjęciu, na którym widać jeszcze kilku innych ludzi, którzy przybyli z krajów nazywanych Trzecim Światem, za chlebem, wówczas i ja, z Polski. Ta jednak - jak przekonują politycy z nad Wisły - najwyżej doświadcza „spowolnienia gospodarczego”, nie biedy, czy kryzysu.
W szkolnej salce byliśmy jednak równi, we wszystkim i mieliśmy ten sam kolor skóry - ludzi podejmujących każdą pracę. Równi, bo nikt nie wiedział i nie wie nad Tamizą, że setki tysięcy nas-emigrantów z Polski to tylko „spowolnienie”.

Londyn to niedobre miejsce do nauki czegokolwiek, nie tylko dla takich jak ja i Draman.. Niekiedy tylko, rzadko ktoś robi tutaj „karierę”, jak chociażby były premier M., wówczas bez znajomości angielskiego jak ja, a i tak zatrudniony, w Londynie, za setki tysięcy funtów rocznie, w banku-rekinie, do którego łaszą się płotki, banku potentacie, banku, który kupiłby Polskę i Mali i jeszcze by mu zostało na… równie drobne wydatki. Co ja mówię – banku-oceanie.
Ma się rozumieć - M. urodził się pod właściwą gwiazdą.

Draman stał się prototypem jednej z postaci, napisanej przez mnie, tytułowej nowelki (premier jeszcze nie), zbioru – „Lekcja języka londyńskiego”. Książka przepadła. Na nic zdał się opisany szeroki uśmiech chłopaka z Afryki. Żadną redakcję nie zainteresował. Niestety, albo na szczęście? Nie napisała żadna chociażby, że jest to rzecz do dupy, choć prawie każda, rwie włosy, że nie ma literatury o współczesnej Polsce, w tym „o emigracyjnych losach Polaków” i ociera łzy Masłowską.

Czasami fantazjowaliśmy, że Draman jest bogatym człowiekiem, kto wie, czy nie synem afrykańskiego króla, przecież tamta część kontynentu zawiera jedne z największych dóbr naturalnych globu… I tylko kaprys ojca sprawił, że Draman dla poznania „normalnego życia”, dla próby charakteru, sprząta codziennie przez 12 godzin, za najniższą stawkę, w supermarkecie, zamiast pławić się w pałacowych luksusach, a po pracy, w pleśniejącej norze, głosem Ali Ibrahim "Farka" Touré, co dzień szepcze swoją smutną pieśń - „Pociesz mnie. Pociesz…”, do swojej spracowanej ręki.
Draman na pytania o ojca-wodza, jednak niezmiennie wybuchał śmiechem i… milczał.

Obiecywałem sobie, że kiedyś zaproszę Dramana do Polski. A może nawet znajdę u nas żonę, o której Draman marzył, a nie miał wygórowanych oczekiwań, w końcu nie będzie z nią żył przecież tysiąc lat. Mogła być gruba, albo chuda, blondynka, albo ruda. Byleby… była. Prawie każdy mężczyzna to zrozumie, który zbyt długo jest sam w obcym kraju…
Ale… opuściłem gwałtownie Londyn, niespodziewanie nawet dla samego siebie, nie żegnając się z nikim. Przyrzekałem sobie, że do Dramana zadzwonię. Ale mijała godzina za godzina, mijał tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, jak pisał jeden z poetów, wpadłem w depresję, w nowe obowiązki i rutyny. A na ponowne odwiedziny Londynu zbierałem przez okrągłe dwa lata (nadal mamy zdaje się „spowolnienie”). W końcu, kiedy udało mi się stanąć przed dawną szkołą na Hanwell, gdzie miałem nadzieję odzyskać trop Dramana, ta była zamknięta. I nie zobaczyłem, jego uroczego uśmiechu, w którym prezentował dwa rzędy, zębów - choć to wytarty zwrot, a może nawet rasistowski, któż to wie, nie mniej prawdziwy - z kości słoniowej.

Zawsze z radością padaliśmy sobie w objęcia i kulawą angielszczyzną, z którą on miał większe problemy niż ja, choć i ja jestem głuchawym orłem, opowiadaliśmy sobie, co się ostatnio wydarzyło. Piliśmy razem czarną jak on, kawę i uśmiechaliśmy się.

Niekiedy w nocy budziły mnie telefony, ktoś milczał i… płakał. Kiedyś się w końcu odezwał, to był Draman, który nie radził sobie nie tylko z nowym językiem, choć był poliglotą - mówił już i w swoim, arabskim i po francusku, ale i z samotnością, z tęsknotą za melodią słów dzieciństwa.
A później, kiedy przyszła krótka londyńska zima, miał problem także z chłodem. Pamiętam jak się trząsł, jak zakładał na siebie trzy kurtki, i kiedy pot lał się z niego strumieniami w szkolnej salce, wówczas dopiero był przez chwilę szczęśliwy.
Marzył, żeby zostać piłkarzem, ale miotła i wciąż brudna hala, to nie są dobre rzeczy do treningu futbolu, a o golfie jakoś nie myślał. Wciąż gdzieś bezczynnie leży futbolówka, którą zamierzałem mu ofiarować i w końcu nic z siebie mu nie dałem. Po angielsku  - dałem nic. Podróże jednak kształcą.

Miał wówczas z 20 parę lat. Dziś jest pewnie bliski trzydziestki. Może wyłysiał, może ma pierwsze bruzdy na tej błyszczącej zdrowej, pucołowatej, bez skazy twarzy?  Może jego łagodne, miękkie spojrzenie, nabrało siły wzroku londyńskiego cwaniaczka i chodzi w gaciach z krokiem w okolicach kolan, z połową czarnych pośladków na wierzchu, a złoty łańcuch dzwoni mu na szyi? Yo?!
W jego rodzinnej wiosce, jak mi opowiadał, w takim wieku zostaje się już dziadkiem. Jego rodzice pobrali się jak mieli po… 15 lat. Rok później wyskoczył na świat  Draman.
Dzwonię do niego, ale jego telefon milczy. I boję się o jego świat, jego dzieci i wnuki. I kocham ich wszystkich i nie lękam się wcale, a wcale – a wokół mnie straszą - że są muzułmanami, jak tata i dziadek. A najbardziej się trwożę, że ktoś przemyślał to i ich nie chce na tym globie. I mnie też. Nas o innym kolorze.

W końcu ktoś szczerze pisze o Mali: Gdy w świecie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o atom”. Dalej: „Skąd tak mocna wola, gotowość do ryzyka i niezwykłe tempo działania Francji w Mali? Skąd szybko zapowiedziana pomoc w szkoleniu sił rządowych Mali – sojuszników Zachodu – ze strony UE, zwykle podzielonej i niezdolnej do wspólnej polityki?
Mali jest skrzyżowaniem ważnych dróg, z których jedna prowadzi do Nigru. Ubogi Niger ma największe złoża i największe wydobycie uranu spośród wszystkich krajów z przewagą ludności islamskiej w Afryce i na całym świecie. (…)  Kopalnie uranu w Nigrze należą w większości do korporacji nuklearnej Areva, która jest w 90 procentach własnością Republiki Francuskiej. Uran stamtąd trafia do francuskich elektrowni atomowych – wzmacniając bezpieczeństwo energetyczne i gospodarcze także całej UE – francuskiego arsenału jądrowego, zwiększając potęgę NATO”.

I konkluduje: „Bez broni absolutnej (atomowej) można zginąć lub być zdominowanym nawet siedząc na największej górze złota”.

Cóż znowu siły dobra i demokracji, zwarły się z ośmiornicą Alkaidą, której wciąż mało wszystkiego... Wciąż mało… Ale dobro i sprawiedliwość nas obronią. Nasz dzielny minister od „zagranicy”, też czuwa. Na pewno nas obronią. Nie będzie łatwo. Trzeba wyrzeczeń. Lat chudych. Ofiar.
Co na koniec będzie ze mną i z Dramanem, uzbrojonymi: ja w pustkę, on w niewinność, którzy zawarliśmy tylko malutki, układ Polska-Mali, układ twarzy nazywany wzajemnym uśmiechem?
Cóż z nami, którzy wypatrujemy i nadal wierzymy, on ze swoim ludem od stuleci, ja za Poetą, że „krew obraca w piersi (naszą) ciemną gwiazdę”, i że wszystko tutaj, to tylko próba.
A może to tylko żałosna konstatacja, takich z kieszeniami pełnymi.. demokracji?
Chris
Więcej o Mali: http://wpolityce.pl/artykuly/45608-dr-kostrzewa-zorbas-dla-wpolitycepl-francja-i-sojusznicy-walcza-z-al-kaida-o-uran-afryki-gdy-nie-wiadomo-o-co-chodzi-chodzi-o-atom

niedziela, 27 stycznia 2013

Czy ten pierd... kogutek w końcu zmądrzeje?


Czy Katarzyna Deszcz zna sportowców? A Andrzej Plata, potrafi - powiedzmy - podciągnąć się na drążku te 20 razy? To była kiedyś norma dla przeciętniaka, nie mówiąc o profesjonaliście. No wiem...Wiem... Już to słyszę - to teatr... Iluzja...

Katarzyna Deszcz, to reżyser "Kotki na gorącym blaszanym dachu", najnowszej sztuki, którą wystawia Teatr imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Andrzej Plata, kreuje tam postać Brick'a, byłego sportowca. I kiedy przywykniemy już do jego niezbyt atletycznej sylwetki, a może przymkniemy na to oko - inscenizacja nabiera rozmachu.

Andrzej w roli alkoholika jest bardzo dobry, jakby dotąd nie robił nic innego, tylko nalewał i szukał ze szklaneczką w dłoni kontemplacji ciszy. Właśnie - bardziej kontemplował ciszę, niż przeżywał tajemnicę. Jakby aktor wiedział, że "sekret" Brick'a nie jest dziś już tak dramatyczny, jak niegdyś.

Czy można zawieść, kiedy tworzywem jest utwór "takiego" dramatopisarza, kiedy jeszcze słowo pisarz brzmiało dumnie?
Z drugiej strony prawie każdy ma w głowie, cytuję za wikipedią - "Kotkę na gorącym blaszanym dachu (ang. Cat on a Hot Tin Roof) – film fabularny produkcji amerykańskiej z 1958 w reżyserii Richarda Brooksa oparty na motywach sztuki Tennessee Williamsa pod tym samym tytułem z 1955 roku".
Gdzie - "Zamożny właściciel ziemski Harvey Pollitt (Burl Ives) obchodzi urodziny. Z tej okazji odwiedzają go synowie – Brick (Paul Newman) i Gooper (Jack Carson) z rodzinami. Pollitt ma raka. Gooper i jego żona Mae (Madeleine Sherwood) czekają na śmierć ojca i spadek, Brick, były gwiazdor futbolu i alkoholik, jest uwikłany w związek z Maggie (Elizabeth Taylor). Jednak to on jest jedyną osobą, której nie zależy na fortunie ojca". Koniec cytatu.
I czy się chce, czy nie - jednak się porównuje. Ja na szczęście film oglądałem ze 30 lat temu. A wczoraj tylko jedną scenkę z Paulem Newmanem i Liz Taylor. Cóż... Zmieniają się mody i odbiór...

Nie ma co szczegółowo opowiadać treści utworu, rozłożono to na czynniki pierwsze, a może nawet ostatnie - setki razy. Do teatru poszedłem, nie żeby zostać zaskoczonym jakimś zwrotem akcji, ale żeby doświadczyć właśnie "niezmienności", żeby jeszcze raz wysłuchać, tak wysłuchać - tej samej precyzyjnej historii, trochę na zasadzie dziecka, które mówi - opowiedz mi tę bajkę, jak to lis porwał kogutka. I zobaczyć, czy mój odbiór się zmienił. No i czy ten pierd... kogutek w końcu zmądrzał...
Lubię takie sztuki, ich precyzję (historię o kogutku też) - ten dystans, który dzieli widownię i scenę. Słowem klasyka, choć niezbyt sklasyczniała? I te pytania, czy się zestarzało?
Oczywiście reżyserzy zawsze twierdzą, że nie - że rzecz zawiera wątki uniwersalne, ponadczasowe, etc... Czasami mówią o nowym języku teatru, eksperymencie. Cóż... A ze sceny wieje nudą - dupa boli od siedzenia, a wzrok, co chwila pada na zegarek i na... niektórych z drzemiących lokalnych vipów.
Po latach powiem szczerze, że podstawowym instrumentem oceniającym wartość propozycji jest... mój wzrok... Szuka zegarka... A umysł podpowiada - "To bym skrócił... Tamto także".
Tym razem było inaczej.
Zerknąłem zaledwie dwa razy. Zasługa to całego zespołu i reżyserki. Chciałoby się powiedzieć "nie zawiedli", co oznacza, że do teatru wybieramy się z gotową wizją. Nie wiem, czy to źle, czy dobrze?
Dawno nie widziałem na scenie Łukasza Pruchniewicza (Gooper) i Zuzanny Wierzbińskiej (Mae), zaskoczyli mnie. Co do Łukasza, ma świetny głos, wnosi na scenę dawkę nieprzeintelektualizowanego testosteronu (charyzmę, inny jej rodzaj ma również Wojtek Niemczyk, ale o nim, może innym razem, jak będzie ten raz)  i... jakoś mało jest przez reżyserów zauważany (Łukasz). Był  wiarygodny w roli pazernego prawnika, a zarazem tragiczny - on (Gooper) esencja amerykańskiego kultu pracy, taki rzetelny, przewidywalny, ma nic nie dostać w spadku po ojcu, a całość ma przypaść ulubieńcowi Wielkiego Taty (brawurowy, nazbyt kolokwialny, co się podobało tej części "farsowej" publiczności, mnie mniej - Paweł Sanakiewicz), alkoholikowi Brickowi, który wiadomo - tyle lat pracy ojca zaprzepaści. Zastanawiałem się, co z Zuzanną, raczej widziałem ją dotychczas, jako odwrotność pazernej "drobnomieszczanki", maszynki do produkowania dzieci.  Ale po pierwszych minutach już wiedziałem, że wywiąże się znakomicie. Jak i Beata Pszeniczna, zagrała Maggie (w kuluarach ją podsłuchałem, jak mówiła, że w "realu", to by takiego męża wyrzuciła z domu na zbity pysk), więc chwała jej tym większa, że tak dobrze zagrała postawę przeciwną, Teresa Bielińska (Duża Mama) - niby taka sama jak zwykle, ale... znacznie lepsza, tworząca własny świat iluzji, obok tego szerszego, Michał Węgrzyński - pragmatyczny duchowny,  z dystansem do roli, (chciałbym go więcej oglądać), jak zawsze wiarygodny Janusz Głogowski (lekarz), chciałoby się powiedzieć, to ta dobra część "starej szkoły".

Prawie już koniec... Zatem... Czy sztuka się zestarzała? Czy może być głosem w jakiejś współczesnej sprawie? Dla mnie to ważne, bo kto da świadectwo naszych czasów, jak nie my - tu i teraz?
Raczej wokół widzę świadectwa - koniunkturalizmu, schlebiania władzy, lokalnej także, braku odwagi zwanego poprawnością nie wiadomo dlaczego - polityczną, tworzenia absurdalnych narzędzi typu "słowa nienawiści", obrońców - którzy "bronią" tych, którzy od lat są tak potężni, że tego nie potrzebują, a obrona ich zakrawa o groteskę!
Czy takie świadectwo może się przytrafić w Kielcach? A czemu by nie?! Wciąż mamy nadzieję.

W 1958 roku wątek "miłości" Bricka'a, do Skippera (przyjaciela, który umarł wskutek zażycia leków i nadużywania alkoholu) szedł w kierunku, że posłużę się słowami samego Bricka - "czystej", został przytępiony, z powodów obyczajowych. Dziś Brick musiałby sobie wymyslić inną przyczynę picia.
W sumie to cieszę się, że tę sztukę wyreżyserowała przedstawicielka - jak wyjaśniał Piotr Szczerski, dyrektor kieleckiego teatru - "średniego" pokolenia, a nie "młodszego", bo by amerykański dramaturg zyskał pewnie dodatkową kluczową scenę - typu Skipper i Brick, leżąc koło siebie, niekoniecznie trzymają się za ręce. I byłoby to nazwane pewnie "przełamywaniem tabu" etc.
A tak w ogóle, czy pytanie sprzed ponad 60 lat, o źródła picia, ma jakąkolwiek rację  bytu?
Ale nie ten wątek zogniskował moją uwagę, najbardziej wstrząsające były opowieści Wielkiego Taty, człowieka sukcesu, patriarchy rodu -  kiedy mówił, że jest na tyle bogaty, że mógłby wykarmić wszystkich głodujących na świecie, ale tego nie zrobi, bo człowiek jest... pazerny. Czyżby zapowiedź wbrew sloganom o równości - ostatecznego ukształtowania się świata na klasę oligarchów i biedotę? Wbrew temu, że w latach 50. XX wieku, wiązano iluzje z mitem tzw. średniej klasy? Biedoty, która tyle się może pożywić, ile z symbolicznego rozporka potentata? (Odsyłam do uważnego wysłuchania opowieści Dużego Taty, z wizyty do "kraju arabskiego"). No chyba pojechałem...

Jak sądzę Katarzyna Deszcz jest świadoma większości pytań. Pomógł jej scenograf Andrzej Sadowski i sugestywna muzyka Krzysztofa Suchodolskiego .
Na okoliczność kieleckiej premiery sztukę przetłumaczył Jacek Poniedziałek

Myślę, że dach świata nie był jeszcze nigdy tak gorący jak dziś. A pierd.... kogutek nadal nie zmądrzał. Ale nie tracę nadziei.

Chris

http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/spektakle/id/62