Oglądanie takich
sztuk, ma coś z tej atmosfery, kiedy po raz setny, w swoim
bezpiecznym na tę chwilę światku gdzie stoi telewizor, oglądamy
ulubioną ramotę sprzed pół wieku. Znamy już wszystkie dialogi na
pamięć, podziwiamy wykwintną, trzeszczącą od konwencji grę i
klasę aktorów. Jesteśmy świadomi zabiegów reżysera. I... i nie
możemy doczekać się kolejnej sceny. Podobnie jest z najnowszą
propozycją Teatru Żeromskiego "Wrócę
przed północą" Petera Colley'a w reżyserii
Mirosława Bielińskiego.
Niby
to jest horroro-komedia, ale kto by się tam na
serio przestraszył.
Peter Colley, autor dramatu, a za nim Mirosław Bieliński, co chwila
podważają „fizyczny”
udział widzów w tej propozycji, szanując naszą prywatność i
ukryte motywacje z którymi przyszliśmy do teatru. I...
Grają
z...
konwencją.
Wszystko ujęte jest dyskretnie w cudzysłów, a może nawet dwa –
jeden w drugim.
Mirek
Bieliński z przymrużeniem oka, bierze na
warsztat
uwagi z recepty mistrza Alfreda Hitchocka: „Film
powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma
nieprzerwanie rosnąć”.
U kieleckiego
reżysera w zasadzie rzecz zaczyna się od... wybuchu piecyka w domu,
do którego właśnie wprowadziła się niby zwykła para: ona -
Jenny Sanderson kobieta z problemami psychicznymi (w tej roli Ewelina
Gronowska) i on - jej mąż Greg Sanderson, safandułowaty
niespełniony naukowiec, specjalista od kamieni (Łukasz
Pruchniewicz). Kamieni, które wciąż jak życie wymykają się
próbom, w najmniej odpowiednim momencie, kontrolowanej destrukcji
i... niepokojąco sygnalizują przewrotną naturę przeciętniaka
Grega.
Jest tu wszystko
czego potrzebujemy – dom z mroczną historią na odludziu,
drobnomieszczańskie problemy, nawyki i rytuały. Do tego jest -
znowu pozornie zwyczajny, nieco chamowaty sąsiad George Willowboy
(Janusz Głogowski), na dodatek trafia tam też, jak się okazuje
(niby) siostra Grega – Laura Sanderson (Beata Wojciechowska).
Zaciska się przestrzeń i czas.
Wydaje się, że
może to być dramat „wykluczenia”, o sprawę którego swoje
kopie ścierał
w zaściankowej
Polsce, w swoim czasie prof. Jan Hartman. Oto Grega i jego siostrę
łączy ukrywane nie tylko uczucie. A tu żona Grega Jenny stoi na
przeszkodzie tej starej miłości, która „niezardzewiała”.
Wydawało się, że
Bieliński, mawiało się stary wyga - w końcu zwąchał gdzie są
przychylne: recenzje, festiwale, nagrody i pochwały, przekraczające
ramy naszej wioski. Czeka przecież pustawe, opróżnione z
większości śladów po Piotrze Szczerskim foyer w Żeromskim. I...
Tymczasem...
Historia nabiera rozpędu. Trup co prawda nie ściele się gęsto,
ale gęsto jest od atmosfery tajemnic. Widz wciągany jest w grę –
w której ma odgadnąć, kto jest kim i kim nie jest. Atmosferę
podkręca zachowanie Jennny - czy ma urojenia i powinien ją ktoś
pilnować, żeby o odpowiedniej godzinie jednak brała porcję
pigułek, a może to jest tzw. rzeczywistość? A na koniec co jest
prawdziwe?
Mirosław Bieliński
pointuje te dylematy na koniec swojej propozycji i opowiada się
jednak po stronie zwolenników świata obiektywnego. Świata
tradycyjnych związków przyczynowo-skutkowych, ale niestety i
banalnego rozsądku, prymitywnych odwiecznych motywacji – w czym
rozpoznajemy... siebie.
Lubię tę
„konwencjonalną” grę jaką zaprezentowali aktorzy. A pokazali
kawał dobrego rzemiosła, za które - jeszcze bywa – czasami
zbiera się laury. Lubię grę Łukasza Pruchniewicza, który do
swoich ról dodaje czasami nieco głębi swojej nieokrzesanej i
ekstremalnej na szczęście natury, wzbogaca to jego kreacje
tajemnicą przewrotności. Podobnie mogę powiedzieć o Ewelinie
Gronowskiej – która z bezradnej ofiary (psychiatrii? systemu?
można by pójść nieco za Facault, ale może to będzie już temat
na inną okazję), uczyniła kobietę całkiem roztropną, która
zachowała pierwotny rozsądek (jeśli ten jest pierwotny). Beata
Wojciechowska i Janusz Głogowski – nie zostawili nam niedomówień
kim są na scenie, zagrali to każdym gestem – ona sprytną
manipulantką, on chytrym wieśniakiem. To się chyba nazywało
kiedyś, o czym już kiedyś pisałem – stara dobra szkoła
aktorska, kiedy jeszcze to co stare i sprawdzone, jeszcze ceniono.
„Jestem gotów
dostarczyć publiczności całkowicie zdrowych wstrząsów
emocjonalnych. Nasza cywilizacja stała się do tego stopnia
opiekuńcza i troskliwa, iż nie mamy już możności odczuwać
instynktownych dreszczy lęku. Tymczasem ażeby ocknąć się z
odrętwienia i zapobiec bezwładowi, można jeszcze wywoływać owe
dreszcze sztucznie” - dowodził niegdyś Hitchcock.
A jednak... Parę
dni temu na stacji Leytonstone w Londynie, w miejscu gdzie bywał
artysta, gdzie na muralu jest namalowany jego wizerunek, jakiś
„szaleniec” (jak nam zawsze wmawia mainstream, chroniąc nas
przed naszymi myślami o głębszej intrydze), gardząc
wyrafinowanym scenariuszem i formułą suspensu, zaatakował innych
podróżnych, wielu ciężko raniąc kuchennym nożem. Krzyczał coś,
jeśli wierzyć „przekaziorom” o zemście za „okupowaną
Syrię”.
Co na to
powiedziałby mistrz?
Bo ja odnoszę
wrażenie, że „nasza cywilizacja”, aż się kłębi od zagrożeń, ze strony... innej cywilizacji,
że czeka nas
jeszcze w naszym kraju, naszym mieście, a może nawet teatrze –
wiele zdarzeń, wobec, których wybierając propozycję Bielińskiego,
będziemy szukali – nie wstrząsu po odrętwieniu, ale bezpiecznej,
skontrolowanej w naszej skali przystani.
Krzysztof Sowiński
wtorek, 8 grudnia 2015
środa, 25 listopada 2015
Epoka nowa jest tuż tuż”....
„Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”.
Platon
Platon
Wielu ludzi pyta mnie - już nie jakim był człowiekiem, ale -
jakie poglądy (smutny znak czasu) miał Piotr Szczerski: lewicowe, czy
prawicowe? Ostatnio przypisywano mu najczęściej, z naganą w głosie – te drugie.
Moim zdaniem Piotr stał ponad tą – mówiąc nieco językiem Zbigniewa Herberta -
parcianą dychotomią, tak zręcznie implementowaną nam (chcąc nas dzielić) przez
współczesnych inżynierów ludzkich dusz.
A ci jednak przestali już dawno być nie tylko pisarzami, albo twórcami czegokolwiek, ograniczają się do produkowania służebności wobec ludzi najpotężniejszej z władz i do rezonowania poprawnościowych sloganów, kiedy nadchodzi właściwy moment. Piotrowi obca była taka postawa, nawet jeśli błądził i mylił się w swoich zamierzeniach, robił to zawsze na swój rachunek i nie „wykręcał” się nigdy tanim sofizmatem. A co najważniejsze nigdy (jak sądzę, cóż... to tylko są moje i tylko moje spekulacje na jego temat, których źródłem były nasze wspólne kontakty) – nie posługiwał się kategorią „rozsądku”, której ja szczerze osobiście najbardziej ze wszystkiego nienawidzę, widząc w tym bezpośrednią drogę do konformizmu, do „układania się”... kosztem innych - a to jest zarzewiem wszelkiego nieszczęścia, który toczy świat w skali globalnej.
Na naszych oczach, uszach i językach trwa współczesny zaciekły i nie nowy przecież spór o idee, nazywane także niekiedy uniwersaliami, czy powszechnikami. Piotr wsłuchiwał się w ten spór, ale – jako artysta – nie tylko w sensy wypowiadanych zdań, ale reagował także na ich formę i temperaturę. Obca mu była podwójna etyka - jedna dla „swoich”, druga dla „innych”, w sporze o wartości opowiadał się za tymi niezmiennymi, być może zredukowanymi, ale zmiennie niezmiennymi (czym jestem starszy, to zdaje się bardziej oddaję honor Parminidesowi). By na koniec zaufać współczesnemu platonizmowi, czyli chrześcijańskiej wersji tej wizji uniwersum. Niektórzy uważają, że dał się będąc już u schyłku życia, łamany przez chorobę „omotać czarnym”, jak się często nazywa w naszym kraju kapłanów obrządku rzymsko-katolickiego, kraju tak bardzo przecież z lewej i prawej strony miłującego „wykluczonego”, czy „bliźniego” i – przyjął z tego co słyszałem chrześcijańskie sakramenty. Moim zdaniem to wydarzenie było tylko prostą konsekwencją jego poglądów. I nie tylko ich, ale i towarzyszącego mu przeczucia, które wymyka się spekulacjom rozumu - transcendencji.
Według tradycyjnych odczytań, noszących piętno relatywizmu, naniesionego przez wykoślawiony marksizm (według czego lewicowość, to jest to, co pozwoli „naszym” zawsze wylądować na czterech łapach), Platon „wierzy” w „swoje” formy (idee) i jest twórcą totalitarnej propozycji. A jednak Voegelin w swoim wspaniałym studium na temat autora „Dialogów”, podsuwa nam inne tropy – prawda jest czystą logiką, wyłania się w opozycji do fałszu, a fałsz wobec prawdy. Takie postrzeganie było (choć czytał wiele, ale nie akurat Voegelina) dla Piotra oczywiste i nie dał się nigdy zwieść „zaciemniaczom” sensów. Coś co i można zdefiniować z biedy jako „konserwatyzm”, było w istocie u niego wołaniem o przyzwoitość.
Podziwiałem Piotra w zasadzie za trzy rzeczy – za ten rodzaj słuchu, który mu pozwalał wysłyszeć szybciej niż innym nawet wyobrazić sobie, każdy fałsz jaki rozgrywał się w przestrzeni publicznej, a zwłaszcza w tzw. polityce i szeroko pojętej sztuce. A ta druga (o trzeciej napiszę przy innej okazji), to odwaga z jaką nie patrząc na poprawności polityczne i obyczajowe – te fałsze komunikował.
Szybko dostrzegł, że coś nie jest tak z naszą zmianą ustrojową, która jakoby dokonała się w 1989 roku, choć widział tam ludzi godnych szacunku. W artystycznej formie wyraził swój sprzeciw wobec tego w „Hemarze”. „Ruszył” w tym spektaklu niektórych ze „świętych” main streamu, uczłowieczył, pokazał ich mroczne zakamarki, sprzeciwił się monolitycznemu obrazowi tych postaci i tak troskliwie przez 25 lat budowanym hagiografiom. O nie! Nie zyskał aplauzu. Ale... osiągnął jedno - ukazał, kto w istocie buduje współczesne narracje. Pokazał, że wbrew pozorom i sloganom o „postępie” i „nowoczesności”, które wokół słyszymy, trwa cicha, ale konsekwentna i brutalna walka o władzę nad historią, o jej interpretację, o zachowanie status quo.
Następnym etapem jego niezgody był „Kordian”. A powstawał, kiedy wyśmiewano wokół nawet samą myśl o jakimś zagrożeniu w Europie, a ethos bohaterstwa uważano za objaw abberacji umysłowej, powtarzając zaklęcia o współczesnych sojuszach i „wolnym rynku”. „Kordian” to dramatyczny głos Piotra w sprawie Polski, Polski współczesnej w którym pokazuje z całą jaskrawością, już bez ubierania w jakiekolwiek woale – miałkość naszej klasy politycznej i niepewność jutra. Co zdaje się (choć nie przeceniajmy, aż tak wpływu sztuki i twórców), też nie mogło się szczególnie spodobać, zwłaszcza tej grupie, która „uwierzyła” w „koniec historii”, więc i w „naturalny” koniec tzw. narodów. „Uwierzyła” i czerpie konkretne korzyści ze swojej wiary.
Summa summarum „Kordian” pojawił się, akurat w tym momencie, kiedy zagrożenia dla Polski stały się aż nazbyt realne.
Niegdyś Wojciech Młynarski napisał m.in. :
„Drugi inżynier twarz pełną natchnienia
I wzrok miał pełen błysków absolutu
Rzekł: "Wszczepmy duszy prototyp sumienia
Które w ogóle nie robi wyrzutów
Kładę na szalę potęgę mej wiedzy"
- Gulgotał głosem jasnym i ochoczym -
"No po co sumieniu wyrzuty, koledzy
Po co wyrzuty, kiedy nie ma po czym?"
I wzrok miał pełen błysków absolutu
Rzekł: "Wszczepmy duszy prototyp sumienia
Które w ogóle nie robi wyrzutów
Kładę na szalę potęgę mej wiedzy"
- Gulgotał głosem jasnym i ochoczym -
"No po co sumieniu wyrzuty, koledzy
Po co wyrzuty, kiedy nie ma po czym?"
Piotr podzielałby zapewne niepokój „tamtego” Młynarskiego.
Nie chcę powiedzieć, że ten kielczanin z Krakowa – górnolotnie - był
strażnikiem sumienia, ale na pewno był czuły na ten aspekt. Jak powiedział
bowiem Paweł Sanakiewicz o Piotrze Szczerskim i była to dla mnie najpiękniejsza
przemowa, o jakiej za życia mógł sobie pomarzyć, każdy człowiek, który odszedł
i jego będący jeszcze chwilę tutaj bliscy: „Był to przyzwoity człowiek”. Piotr
dostrzegał bowiem, że „wyrzuty sumienia”, są częścią naszego ludzkiego
istnienia i powodują, że... ten świat jest wart tego cierpienia jakie na nim
się rozgrywa.
W tym samym tekście („Inżynierowie dusz”), dodał Młynarski:
„Epoka nowa jest tuż tuż”...
Dziś kiedy powoli dostrzegamy różne niewidzialne ręce i tę współczesnych inżynierów dusz, pokłońmy się Piotrowi Szczerskiemu, który przeczuł ją już w teatrze „wczoraj”. Bo na serio traktował sentencję o tym, że do tego miejsca nie wchodzi się bezkarnie.
A już na koniec... Nawet jeżeli by miało się okazać, że mylił się Platon twierdząc, że „Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”, jestem wdzięczny Piotrowi za jego obecność TUTAJ, choćby i nawet to TUTAJ, też nie istniało. Więc dobrze było sobie z nim tę chwilę, której nie było - „ponieistnieć”.
Krzysztof Sowiński
poniedziałek, 19 października 2015
Unieważnił pojęcie "teatru prowincjonalnego"
Wspominamy Piotra. Wczoraj odbyło się spotkanie z Markiem Mikosem autorem książki "Z butami do nieba", kolejne w ramach obchodów "40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego".
Mikrofon trafił także między ludzi, publiczność - niektóre z wypowiedzi były żenujące, ich celem było zdaje się podbicie bębenka "ego" dyskutanta i nie warto o tym wspominać. Jedna z wypowiadających się aktorek mówiła także m.in. o "teatrach prowincjonalnych" - to taka deprecjonująca sceny w mniejszych ośrodkach wciąż ponawiana kalka prlowskiej proweniencji.
Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Ale jak widać nie dla wszystkich i nie na zawsze.
Krzysztof Sowiński
Mikrofon trafił także między ludzi, publiczność - niektóre z wypowiedzi były żenujące, ich celem było zdaje się podbicie bębenka "ego" dyskutanta i nie warto o tym wspominać. Jedna z wypowiadających się aktorek mówiła także m.in. o "teatrach prowincjonalnych" - to taka deprecjonująca sceny w mniejszych ośrodkach wciąż ponawiana kalka prlowskiej proweniencji.
Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Ale jak widać nie dla wszystkich i nie na zawsze.
Krzysztof Sowiński
niedziela, 20 września 2015
„Wielopoziomowo” - o bezsensie nudno i bez sensu, ale z widokami na kolejny sukces
Dawno nie byłem w teatrze –
muszę to stwierdzić, bez radości - na czymś tak nudnym i… wyrachowanym, choć
ciekawym w sferze języka. I w zasadzie na tym powinienem skończyć pisanie o
„Hrabinie Batory”, najnowszej propozycji (premiera w Teatrze Żeromskiego w
Kielcach) znanego w Polsce duetu – Wiktora Rubina, reżysera i Jolanty Janiczak,
literatki.
Po prostu wszystko w tej
propozycji jest spóźnione jakieś… 20 lat. Tak już dekomponowano. To zbiorowy sen,
świetny w zapowiedziach, a w realizacji nudny, jednak muszę sięgnąć po ten
wytarty zwrot - „przegadany”, zaledwie fragmentaryczny fragmentarycznie. Sen w którym
jednak nie ma najważniejszej rzeczy w życiu ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) życia,
bez czego wszystko jest w istocie bez sensu – empatii.
Choć przyznam uczciwie, dla
paru kreacji, nie można nie iść na tę sztukę do teatru. No i warto zobaczyć, co
będzie nagradzane. A że będzie to nie mam żadnych wątpliwości, bo para twórców
to naprawdę świadomi ludzie.
A ja… zwyczajnie, że tak
powiem - ontologicznie się z tym, co pokazują na deskach teatru dotychczas - nie
zgadzam. Żeby była jasność - nie zgadzam się z tym „nurtem” w teatrach.
Zarzucam temu uświadomioną lub nie – służbę opresyjnej ideologii.
Dla wyjaśnienia pewnego,
jakże często obecnie obserwowalnego sposobu myślenia o świecie, chciałoby się rzec
podanego z premedytacją i odpowiednią częstotliwością (Goebbelsowską?) do
wierzenia - posłużę się peryfrazą. Oglądałem
z moimi „brytyjskimi” przyjaciółmi doniesienie filmowe – tzw. „uchodźcy” szli
ławą przez jakieś włoskie miasteczko i niszczyli wszystko, co było możliwe do
unicestwienia (pełna dekonstrukcja), plądrowali cudze domy, „gospodarze”
roztropnie zwiali wcześniej. Moi przyjaciele najpierw stwierdzili, że to na
pewno jakiś filmik zmontowany przez „nacjonalistów”. A kiedy uznali prawdziwość
źródła przekazu, konkludowali – „Ci ludzie mieli na pewno przyczynę, żeby tak
się zachowywać”.
Podobnie jest z Elżbietą
Batory i jej dworem propozycji pary twórców – na pewno mieli jakąś przyczynę,
mordując w sposób okrutny, dla zabawy, dla zabicia nudy i bez sensu istnienia –
wielu spośród swoich poddanych. A spektakl tak jest „pociągnięty”, że nieomalże
współczujemy okrutnej, ale i „zagubionej”, płaczliwej hrabinie (w tej roli
super płaczliwa, boleśnie namacalna i rażąco obecna - Agnieszka Kwietniewska) i
dociekać – jaka była przyczyna jej zachowania, co jest z jej duszą uwięzioną w
ciele, albo lepiej, ona nie ma zdaje się duszy - co jest z ciałem uwięzionym w biologii -
przemijaniu. (To ślad zaimplementowanej freudowsko-lacanowskiej wizji
człowieka, tak chętnie ponawianej przez neomarkistów, będących aktualnie przy
władzy w Europie, maszerujących do nas, i po nas - poprzez nasze, a może tylko
iluzorycznie nasze - instytucje
kultury). Tylko pisk obdzieranych ze skóry dziewcząt, które w spektaklu
symbolizują sukienki z grzecznymi kołnierzykami, na chwilę rozdziera uszy
widzów, ale nie serca. Na moment pokazuje grozę i właściwe proporcje zdarzeń.
W tej propozycji punkt
ciężkości kładziony jest na ciało, dylematy związane z przemijaniem, zwłaszcza
kobiety, wizerunkiem, władzy mężczyzn etc. To hasła-klucze podawane razem, obowiązujące
od kilku dziesiątków lat na tzw. Zachodzie.
Zdaje sobie sprawę, nie wszystko
z tego odeszło w niepamięć. Koncepcji biowładzy powinniśmy się uważnie
przyglądać, bo jest rozwijana i kultywowana. Niestety - manipuluje się ciałem
ludzkim, życiem jak nigdy dotąd („odczytana” – śmieszy i irytuje mnie ten
nadużywany wyraz - w tym kontekście
„Hrabina Batory”, mogłaby wiele wnieść i pokazać w jakim kierunku to będzie
zmierzać. Sądzę, ze jednak bardziej w kierunku „Orwella” niż koncepcji Huxley’a).
Nadal rządzą nami inżynierowie, ale już nie dusz, z duszą w zasadzie narzędzia
propagandy się już uporały, a zwłaszcza z duszą jako miejscem…. logiki – więc
inżynierowie ciał. Ciał „wierzących” w każdy sklecony naprędce absurd. Marzą o
takim momencie (niczym niegdyś Bernard Shaw przed drugą apokalipsą – o
humanitarnym gazie, który bezboleśnie będzie zabijał nieproduktywnych i
niepotrzebnych), kiedy będą mogli naciśnięciem jednego klawisz w centralnym
komputerze, nie tylko unieważniać konta w banku, czyli podstawę egzystencji,
bez tego bowiem nie istniejemy już prawie i dziś. I ich marzenie jest bliskie
realizacji. Mogą też, kiedy zechcą unicestwiać, albo rozpraszać i przenosić w
inne miejsca całe narody. Mogą unicestwiać ślady kultury materialnej minionych epok – np. kościoły chrześcijańskie
i buddyjskie świątynie – i nic tutaj nie pomogą rankingi takich na liście
UNESCO.
A my niepomni tego dywagujemy
o roli, „nowoczesnej” roli mężczyzn, o stereotypach męskości - niczym Wiktor
Rubin, który przed premierą m.in. powiedział: „Może to wynikać z pewnej
odpowiedzialności, jaką mężczyźni czują, jaką się obarczyli. Ona wynika z
władzy. Mężczyźni mieli do niej łatwiejszy dostęp. Trudniej im uwolnić się od
wizerunku i od posiadania władzy nawet dla samej władzy. Myślę że mężczyźni
muszą sobie od nowa opowiedzieć kim są, czego się boją, co ich więzi, jakie
obsesje, jakie nałogi, schematy myślowo-czuciowe”.
W spektaklu
„stereotypowy” jest Ferenc, choć też ubrany w „sukienkę”, a „próbuje sobie
powiedzieć kim jest”, co kończy się jego… łzami – nieokreślony co do płci Ficzko,
prezentujący się we wdzianku zrobionym na szydełku (świetny po raz któryś tam
raz - Dawid Żłobiński). Na pytania te nie ma jednak odpowiedzi. Przyniesie je
dopiero sytuacja graniczna.
A oto właśnie wchodzi do nas (Europy)
zupełnie przez „przypadek” (kiedyś, żeby mogli wejść musieliby wielu z nas
zabić, a resztę zniewolić), na swoich własnych nogach, jakby specjalnie dla
Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak - masa ludzka, zdrowe i silne ciała. Potrzebujące
„wszystkiego” ciała, głównie dobrze odżywione, wytrenowane, nieskrępowane zbyt
zawiłą ideologią, gotowe do walki, czego nawet za bardzo nie kryją. (Jak my
będziemy walczyć z tymi ciałami, jak zechcą, a zechcą - nam odebrać wolność i
życie naszym ciałom, kiedy nasze ciała, prawie be wyjątku wyglądają jak ciała
kobiet na początku trzeciego trymestru ciąży? Ich egzemplifikacja są ciała
nieomalże wszystkich aktorów zaangażowanych w ”Hrabinę…”). A tu maszerują ciała
młodych mężczyzn, za przyzwoleniem tzw. lewej strony sceny politycznej i
artystycznej depczą obowiązujące nas nadal, ale dla nich zawieszone (?) prawa.
Jest to cywilizacja, która ma gotowe wzorce dla roli kobiety i mężczyzny, ba…
psa i kota, i jakiekolwiek żywego ciała, a nawet receptury (performatywy także)
na wydobycie z niego ostatniego tchnienia, nie gorsze od tych, których mogła
użyć hrabina Batory. Cywilizacja z którą – jestem jakby niespokojnie spokojny -
będzie ciężko dialogować Jolancie Janiczak i Wiktorowi Rubinowi.
Biopolityka stała się faktem.
Nie sądzę, że potrafi nas uratować jedyny Ferenc (w tej roli jak zwykle – nie
chcę być źle zrozumiany, ale co zrobię, że dotychczas zawsze jest taki na
scenie – wciągająco wiarygodny, niepokojąco obsesyjny w swej roli - Wojciech Niemczyk). Ferenc wie, o co idzie w
świecie – o podbój, terytorium, bogactwa – te nie przemijają, wiedzą o tym
nadzorcy podatników. W tym nie ma żartów, złudzeń, ideologicznych wolt. Choć
obywatelom wciąż opowiadają baśnie - o zaprojektowanej przyszłości, która
będzie już za rogiem, tylko jeszcze raz trzeba chwilowo znowu zacisnąć pasków i
praw, zasznurować usta. Z radością tokują o wolności, równości, z przyganą o „słowach
nienawiści”, o tym co podlega falsyfikacji, a za ruszenie czego idzie się w
niebyt. Wciąż reinterpretują co jest złe, a co teraz dobre. A wszystko okraszone
dużą dawką strachu, ten jest niezmienny w tej zmienności, zawsze przewidywalny
i użyteczny – ale to wszystko służy jednemu – skuteczniejszemu mówiąc językiem
Facault - nadzorowaniu. I nie zapominają o kluczu do panowania w tym
niespokojnym zbyt pełnym ciał świecie (z tym też już COŚ robią, a zrobią jeszcze
więcej) – devide et impera.
„Proponujemy jak zwykle
wielopoziomową grę z odbiorcą (…) – zapowiadała przed premierą Jolanta
Janiczak. Ale kończy się na wielu luźnych
monologach (niekiedy, przyznam miejscami odkrywczo eksploatujących język), a
jest w tym mało teatralnego „dziania się”. Słowem nie ma ani jednej sceny,
która zapada w pamięć. Nie można przecież za taką uznać tej, kiedy aktorzy
stoją przed widzami i śmieją się, wymuszając na publiczności rechot. Albo Anna
(w tej roli Dagna Dywicka, która się zwija się, uwija i rozwija z roli na rolę,
ale…. Czy też, powiedzmy to na przekór - nie istnieje na scenie dzięki jednak
ciału, jeszcze nie tkniętemu (nadmiernie) przemijaniu i stereotypowi „piękna”?)
– wmawia widzom, że na pewno każdy by ją „chciał”. Może by ktoś chciał, albo i
nie chciał. Ale niewątpliwie to też część „wielopoziomowej” gry z
publicznością. Naprawdę było to… mało śmieszne i dzięki facebookowi zainstalowanemu
na „komórkach” można było przetrwać, te żenujące minuty. (Aż mi szkoda
historycznej hrabiny, że nie miała takiej możliwości. Może by ocalało parę
istnień? Zadowoliłaby się paroma wirtualnymi?)
„Interesuje nas ten stan
niezgody na siebie, wynikającej z tego frustracji. Ten spektakl mocno dotyczy
frustracji i dajemy sobie i widzom realną możliwość jej rozładowania. To właściwie jest
spektaklo-performens nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi, pewnie każdego dnia
gdzie indziej”.
W scenie finałowej postaci
rozdają bejzbole widzom. Na scenie leżą pełne ziemi worki – można w nie sobie uderzać
do woli, niby z własnej woli. To „uderzanie”, to też jedno z nośnych implementacji,
które stały się częścią kultury masowej. (Cytatów z niej jest bardzo wiele w
„Hrabinie…”). Chwycili za nie (kije-maczugi) głównie aktorzy, bohaterowie
poprzednich propozycji Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak. Widać, że chcą się
„bawić”, uczestniczyć i „zaistnieć” tyle, ile można, a nawet trochę więcej.
Ale… Ile byśmy nie bili w te
worki – to te uderzenia są tylko świadectwem… agresji i produkują dalej tylko agresję,
a nie przekształcają frustracji. A takie przecież jest – wiemy o tym – możliwe.
W końcu nienawykłe do wysiłku ciałka mogą się jedynie tylko nieco spocić, a ten
zapach, który powstanie - już nie będzie
tylko faux pas. A na koniec, kiedy już zgasną światła, przyjdą przedstawiciele rzeczywistych "wykluczonych" i... posprzątają za najniższą krajową.
Krzysztof Sowiński
PS. Żeby nie było, że się
do…. (Zresztą kim ja jestem, żeby się do TAKICH twórców do…!!!). Więc moje
małe, prowincjonalne ja, „zaściankowe”, „zapieckowe” - będzie czekało z wielką
nadzieją, na kolejne propozycje Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina – bo choć
wszystko już zostało opowiedziane, zawsze można coś jeszcze lepiej lub gorzej
opowiedzieć. (I zresztą nie każdy sobie jeszcze opowiedział). Potrzebujemy,
każda epoka, kraj, dla nich pewnie region - potrzebuje tych narracji, niezależnie od tego, ile ich wyprodukowały poprzednie.
http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/application/images/gazeta/HrabinaBatory_program.pdf
wtorek, 5 maja 2015
Kogo widzicie? Sami siebie widzicie!
W teatrze COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem (w
końcu) bezkarnie. Bałem się tego spektaklu, choć bardzo cieszyłem, że
Piotr Szczerski podjął się realizacji „Kordiana”, wychodząc przeciwko
tym, którzy sądzą, że ten dramat i jego konotacje, to szacowne zabytki. A
dzieło Słowackiego udowodniło, że wbrew wieszczykom, co wrzeszczyli
jego koniec, pokazuje swoją uniwersalną, choć nadal swojską, NASZĄ
niezmienną twarz.
Niestety to jest możliwe tylko dlatego, że bezpośrednia zinstytucjonalizowana przemoc, która jak „wierzyliśmy” (żyjemy bowiem w czasach „laickiej” wiary, która zastąpiła logikę, wierzymy, że banki mają pieniądze, rządy rządzą w naszej sprawie, wszystkie leki leczą, a media mówią prawdę, i wierzymy, że wątpiących trzeba reedukować) - odeszła w niepamięć, dając miejsce „przymusowi ekonomicznemu i poprawności politycznej”, jest znowu faktem. Jest nim naga, brutalna siła, która zawsze się zjawia się jako ostatnie zdanie.
O Słowacki wielkim znawcą ludzkiej psychiki był!
Reżyser musiał dokonać skrótów tekstu, skoncentrował się na warstwie politycznej. Polska w jego kreacji to dom wariatów (świetni w ich roli: Teresa Bielińska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński i Janusz Głogowski). Chorzy psychicznie obywatele wiodą dysputy na szpitalnych łóżkach, m.in. o tym co się dzieje z ich przywódcami i przywódcami przywódców, a nawet tych jeszcze wyżej. Szef szpitala-premier (energetyczny Edward Janaszek), podaje im tworzywo do myślenia – mainstreamową gazetę, która od dawna już tylko wieszczy trzymając się (bo już dawno dogoniła) za swój własny ogon. Rzuci też im łaskawie pilota od telewizora, żeby lud wiedział, co jest ważne w świecie, żeby lud wiedział, kto jest ważny, kto jest równiejszy i co ma myśleć i co mówić ma lud. To bowiem mainstream dzierży prawdziwy rząd dusz, który się marzy młodemu Kordianowi (w tej roli nieśmiały, chwilami zagubiony, jednak nie dotknięty jeszcze manierą, czasami zwaną doświadczeniem, która (na szczęście) nie może mu przyjść z odsieczą, a jednak mimo tego dostrzegalnie charyzmatyczny Mateusz Rzeźniczak z PWSFTviT w Łodzi). Kordiana chciałoby się rzec współczesnym językiem „wykreowały” upadłe anioły, świetni w tych rolach: Imaginacja - Wiktoria Kulaszewska (co za wokal!), Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna - Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda, z liderującym im w roli Szatana – hipnotyzującym Dawidem Żłobińskim. Wydobywają Kordiana z kotła, w którym niektórzy widzowie dopatrywali się urny wyborczej, a inni „smoleńskiego” wraku.
Najbardziej jednak obawiałem się tych szpitalnych łóżek. To znany, często eksploatowany motyw, z pacjentami ubranymi w groteskowe, upokarzające ich koszule, odsłaniające tyłki, wskazujące na człowieka jako bezpośredniego krewnego pewnego gatunku braci mniejszych. Motyw tworzący szeroką panoramę - od wielkiego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, po mało, delikatnie mówiąc, śmieszny serial „Daleko od noszy”. Na szczęście te sceny skropione światłem ironii, groteski, korespondowały w sprawie i stały się jej istotnym głosem. Głosem sterowanej i niekiedy wymykającej się manipulacji ulicy. Czasami „arką przymierza”, kiedy w obłąkańczym szale, z drewnianymi mieczykami, intonują pieśń z Powstania Warszawskiego.
A ponad tym głosem widać Piotr Szczerski, choć nie bez osobistych emocji, wiedzie nas – chciałoby się powiedzieć ku odwiecznemu platońskiemu sporowi (tym razem ukazanego w formie chrześcijaństwa, o którym wielki immoralista Nietzsche mówił jako platoniźmie dla ubogiego plebsu), ze współczesnymi sofistami, nauczycielami PR. Idealistów z pragmatykami. Tych pierwszych utożsamiał Kordian, gotowy dla idei młodo umrzeć, tych drugich emanacją był stary człowiek, marzący o śmierci we własnym sytym po grdykę domu, nazywanym współcześnie życiem na „godnym” poziomie (przekonywujący Mirosław Bieliński). Ale – oto pojawia się pytanie - jednak jak żyć na „godnym poziomie”, na niegodnych warunkach? Ale znajdzie się zapewne stosowny sofizmat i jakiś problem zastępczy, który zaćmi sprawę, zwany np. „wykluczeniem” i uspokoi skołatane resztki sumienia.
Być może w chwilach uniesienia, wielu z nas by chciało być Kordianami, ale w praktyce zwycięża jednak pierwiastek zdrowszego rozsądku. Czegoż byśmy to bowiem, nie zrobili nawet dla iluzji świętego spokoju? Gotowiśmy podpowiada Szczerski wybrać inną iluzję – obietnicę łaski i nagrody, gotowi brnąć w kłamstwo, w obietnicę sojuszu, mimo, że ten nigdy w naszej historii nie okazał się faktem. Dlaczego niby tym razem miało być inaczej? Dlaczego?
W końcu Kordian pada zmęczony własnymi wizjami i nie zabija Cara (jak wynika z tego Polacy słabo odrobili lekturę z „Księcia” Niccolo Machiavelliego, który bezpowrotnie przerwał starożytny Platoński mit, o prawie i porządku jako filarach polis, jak widać nie wszędzie).
A, że władzy nie sprawują potomkowie sprawiedliwych, dowiadujemy się z dramatycznego dialogu Cara (w tej roli bezbłędny, na wskroś wiarygodny i wyalienowany niczym „ruscy szachiści” Wojciech Niemczyk z Wielkim Księciem Konstantym (brawurowy i przerażający Krzysztof Grabowski). Ta scena dopełnia ten utrzymany w dobrym tempie spektakl. Po niej następuje sekwencja, którą widzimy na wielkim ekranie (z filmu Konrada Łęckiego), ukazująca egzekucję polskich żołnierzy w Katyniu. Skończyły się żarty, dywagacje i sojusze. Przemówił towarzysz mauzer. Odpowiedziała mu śmierć, cisza... tzw. cywilizowanego świata i… brutalne kłamstwo.
A wieńczy moment, kiedy Szatan chwyta za kamerę i zwraca ją w stronę publiczności, która na gigantycznym ekranie może też zobaczyć i siebie. Kogo widzicie – jakby pytał parafrazując Piotr Szczerski – sami siebie widzicie. I mało z tego tutaj jest do śmiechu.
Wspomnę jeszcze znakomitą, w starej stylistyce, budującą klimat całości i zamykającą kompozycyjnie - muzykę Zygmunta Koniecznego i zenistyczną (żeby była jasność – jestem wciąż początkującym, bez nadziei na progres, kryptozenistą i lubię ten rzeczownik, wracając do meritum tzn. tyle ile trzeba i nic więcej ponad to) scenografię Jurka Sitarza.
Pisałem już wcześnie. Chodziło mi po głowie i języku, że teatry nazbyt często podejmują się wciąż na nowo rzeczy błahych, wartych co najwyżej korekty u psychoterapeuty, popadają w schematyzm, w propagandę, uczestniczą w produkowaniu starych w nowym opakowaniu dyktatów, zamykają debatę, zamiast ją inicjować, a życie – istotne życie – przetacza się jak huragan w zupełnie innym miejscu. A teatr go nawet nie dotyka.
A teraz w teatrze Żeromskiego, a w zasadzie Szczerskiego COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem stamtąd bezkarnie.
„Kordian” to jest takie zwierciadło, które chcę postawić przed publicznością” – zapowiadał Piotr Szczerski. Jest głosem w sprawie współczesnej Polski – dramatyczną, jak przystało na teatr dramatyczny diagnozą i moralitetem. Bezlitośnie wskazującym kieszonkowy wymiar polskiej klasy rządzących. Tak małych, że nawet siły zła kreują je bez szczególnej atencji. Ale jednak na tyle skutecznych, że gotowi są przerwać spór o „Kordiana” już na zawsze.
I na koniec końca, pozwolę sobie powtórzyć, dedykuję i sobie:
„Lecz jeśli nie zaświeci nic? ... i ból przeminie?
Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?
A potem ciemność ... potem nawet ciemność ginie,
Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,
Że nic nie ma - i Boga nie zapytam, czemu
Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”
Krzysztof Sowiński
Niestety to jest możliwe tylko dlatego, że bezpośrednia zinstytucjonalizowana przemoc, która jak „wierzyliśmy” (żyjemy bowiem w czasach „laickiej” wiary, która zastąpiła logikę, wierzymy, że banki mają pieniądze, rządy rządzą w naszej sprawie, wszystkie leki leczą, a media mówią prawdę, i wierzymy, że wątpiących trzeba reedukować) - odeszła w niepamięć, dając miejsce „przymusowi ekonomicznemu i poprawności politycznej”, jest znowu faktem. Jest nim naga, brutalna siła, która zawsze się zjawia się jako ostatnie zdanie.
O Słowacki wielkim znawcą ludzkiej psychiki był!
Reżyser musiał dokonać skrótów tekstu, skoncentrował się na warstwie politycznej. Polska w jego kreacji to dom wariatów (świetni w ich roli: Teresa Bielińska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński i Janusz Głogowski). Chorzy psychicznie obywatele wiodą dysputy na szpitalnych łóżkach, m.in. o tym co się dzieje z ich przywódcami i przywódcami przywódców, a nawet tych jeszcze wyżej. Szef szpitala-premier (energetyczny Edward Janaszek), podaje im tworzywo do myślenia – mainstreamową gazetę, która od dawna już tylko wieszczy trzymając się (bo już dawno dogoniła) za swój własny ogon. Rzuci też im łaskawie pilota od telewizora, żeby lud wiedział, co jest ważne w świecie, żeby lud wiedział, kto jest ważny, kto jest równiejszy i co ma myśleć i co mówić ma lud. To bowiem mainstream dzierży prawdziwy rząd dusz, który się marzy młodemu Kordianowi (w tej roli nieśmiały, chwilami zagubiony, jednak nie dotknięty jeszcze manierą, czasami zwaną doświadczeniem, która (na szczęście) nie może mu przyjść z odsieczą, a jednak mimo tego dostrzegalnie charyzmatyczny Mateusz Rzeźniczak z PWSFTviT w Łodzi). Kordiana chciałoby się rzec współczesnym językiem „wykreowały” upadłe anioły, świetni w tych rolach: Imaginacja - Wiktoria Kulaszewska (co za wokal!), Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna - Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda, z liderującym im w roli Szatana – hipnotyzującym Dawidem Żłobińskim. Wydobywają Kordiana z kotła, w którym niektórzy widzowie dopatrywali się urny wyborczej, a inni „smoleńskiego” wraku.
Najbardziej jednak obawiałem się tych szpitalnych łóżek. To znany, często eksploatowany motyw, z pacjentami ubranymi w groteskowe, upokarzające ich koszule, odsłaniające tyłki, wskazujące na człowieka jako bezpośredniego krewnego pewnego gatunku braci mniejszych. Motyw tworzący szeroką panoramę - od wielkiego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, po mało, delikatnie mówiąc, śmieszny serial „Daleko od noszy”. Na szczęście te sceny skropione światłem ironii, groteski, korespondowały w sprawie i stały się jej istotnym głosem. Głosem sterowanej i niekiedy wymykającej się manipulacji ulicy. Czasami „arką przymierza”, kiedy w obłąkańczym szale, z drewnianymi mieczykami, intonują pieśń z Powstania Warszawskiego.
A ponad tym głosem widać Piotr Szczerski, choć nie bez osobistych emocji, wiedzie nas – chciałoby się powiedzieć ku odwiecznemu platońskiemu sporowi (tym razem ukazanego w formie chrześcijaństwa, o którym wielki immoralista Nietzsche mówił jako platoniźmie dla ubogiego plebsu), ze współczesnymi sofistami, nauczycielami PR. Idealistów z pragmatykami. Tych pierwszych utożsamiał Kordian, gotowy dla idei młodo umrzeć, tych drugich emanacją był stary człowiek, marzący o śmierci we własnym sytym po grdykę domu, nazywanym współcześnie życiem na „godnym” poziomie (przekonywujący Mirosław Bieliński). Ale – oto pojawia się pytanie - jednak jak żyć na „godnym poziomie”, na niegodnych warunkach? Ale znajdzie się zapewne stosowny sofizmat i jakiś problem zastępczy, który zaćmi sprawę, zwany np. „wykluczeniem” i uspokoi skołatane resztki sumienia.
Być może w chwilach uniesienia, wielu z nas by chciało być Kordianami, ale w praktyce zwycięża jednak pierwiastek zdrowszego rozsądku. Czegoż byśmy to bowiem, nie zrobili nawet dla iluzji świętego spokoju? Gotowiśmy podpowiada Szczerski wybrać inną iluzję – obietnicę łaski i nagrody, gotowi brnąć w kłamstwo, w obietnicę sojuszu, mimo, że ten nigdy w naszej historii nie okazał się faktem. Dlaczego niby tym razem miało być inaczej? Dlaczego?
W końcu Kordian pada zmęczony własnymi wizjami i nie zabija Cara (jak wynika z tego Polacy słabo odrobili lekturę z „Księcia” Niccolo Machiavelliego, który bezpowrotnie przerwał starożytny Platoński mit, o prawie i porządku jako filarach polis, jak widać nie wszędzie).
A, że władzy nie sprawują potomkowie sprawiedliwych, dowiadujemy się z dramatycznego dialogu Cara (w tej roli bezbłędny, na wskroś wiarygodny i wyalienowany niczym „ruscy szachiści” Wojciech Niemczyk z Wielkim Księciem Konstantym (brawurowy i przerażający Krzysztof Grabowski). Ta scena dopełnia ten utrzymany w dobrym tempie spektakl. Po niej następuje sekwencja, którą widzimy na wielkim ekranie (z filmu Konrada Łęckiego), ukazująca egzekucję polskich żołnierzy w Katyniu. Skończyły się żarty, dywagacje i sojusze. Przemówił towarzysz mauzer. Odpowiedziała mu śmierć, cisza... tzw. cywilizowanego świata i… brutalne kłamstwo.
A wieńczy moment, kiedy Szatan chwyta za kamerę i zwraca ją w stronę publiczności, która na gigantycznym ekranie może też zobaczyć i siebie. Kogo widzicie – jakby pytał parafrazując Piotr Szczerski – sami siebie widzicie. I mało z tego tutaj jest do śmiechu.
Wspomnę jeszcze znakomitą, w starej stylistyce, budującą klimat całości i zamykającą kompozycyjnie - muzykę Zygmunta Koniecznego i zenistyczną (żeby była jasność – jestem wciąż początkującym, bez nadziei na progres, kryptozenistą i lubię ten rzeczownik, wracając do meritum tzn. tyle ile trzeba i nic więcej ponad to) scenografię Jurka Sitarza.
Pisałem już wcześnie. Chodziło mi po głowie i języku, że teatry nazbyt często podejmują się wciąż na nowo rzeczy błahych, wartych co najwyżej korekty u psychoterapeuty, popadają w schematyzm, w propagandę, uczestniczą w produkowaniu starych w nowym opakowaniu dyktatów, zamykają debatę, zamiast ją inicjować, a życie – istotne życie – przetacza się jak huragan w zupełnie innym miejscu. A teatr go nawet nie dotyka.
A teraz w teatrze Żeromskiego, a w zasadzie Szczerskiego COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem stamtąd bezkarnie.
„Kordian” to jest takie zwierciadło, które chcę postawić przed publicznością” – zapowiadał Piotr Szczerski. Jest głosem w sprawie współczesnej Polski – dramatyczną, jak przystało na teatr dramatyczny diagnozą i moralitetem. Bezlitośnie wskazującym kieszonkowy wymiar polskiej klasy rządzących. Tak małych, że nawet siły zła kreują je bez szczególnej atencji. Ale jednak na tyle skutecznych, że gotowi są przerwać spór o „Kordiana” już na zawsze.
I na koniec końca, pozwolę sobie powtórzyć, dedykuję i sobie:
„Lecz jeśli nie zaświeci nic? ... i ból przeminie?
Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?
A potem ciemność ... potem nawet ciemność ginie,
Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,
Że nic nie ma - i Boga nie zapytam, czemu
Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”
Krzysztof Sowiński
niedziela, 21 grudnia 2014
Ten ma władzę nad Tobą, komu ją oddasz
"Nie możemy
odpowiadać za emocje,
możemy jednak odpowiadać za zachowania".
Shoma Morita, psychiatra japoński,
"zenista"
Wciąż
słyszę wokół, że „Dzieje grzechu”, to opowieść o dzielnej, niesamowitej
kobiecie i „zdziecinniałych i niedorosłych do swoich ról mężczyznach” - mówiąc
językiem Michała Kotańskiego, reżysera kieleckiej adaptacji tej powieści.
Zastanawiam się - niby
na czym ma polegać ta niesamowitość – na
problemach z oceną rzeczywistości, z przyjmowaniem własnych i zasymilowanych
doświadczeń, na bezradności wobec każdego, kto ma chęć zagrozić bohaterce, a
może wynika z faktu popełnienia dzieciobójstwa?
Może…
Może…. A może to reżyser stał się niewolnikiem „współczesnych odczytań”, w tym
przypadku powieści Stefana Żeromskiego, pod dyktando - ma się rozumieć
nieśmiertelnych jak niegdyś komunizm – teraz jego kontynuacji – opresyjnych
wersji feminizmu i gender.
A suma
summarum wyszło dosyć nudne w pierwszej części widowisko, ciekawe w drugiej. I
zastanawiam się dlaczego ta sztuka pełna atrakcyjnych fragmentów, świetnej gry
aktorów, ze świetną muzyką, scenografią i kostiumami – dla których warto wybrać
się do teatru - nie „zagrała” jako całość?
A
ze schematyczności tego typu propozycji, w pewnym momencie widowiska,
zaśmiewałem się do rozpuchu, choć scena nie była do śmiechu – gwałt na Ewie Pobratyńskiej
(gościnnie w „Żeromskim” Magdalena Grąziowska, którą podziwiam za
„pociągniecie” całości), przez Pochronia (demoniczny Krzysztof Grabowski). Jakieś
dwa tygodnie temu byłem w Krakowie na „Każdy musi kiedyś umrzeć
Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie
Trojańskiej”, tam Odyseusz zgwałcił Eneasza.
Oczywiście obydwie propozycje w
konwencji przebrzmiałego już nieco brutalizmu w teatrze europejskim, ale nadal jak
widać żywotnie przełamującego tzw. tabu w polskim teatrze – czyli obowiązkowo wiszące
członki męskie na widoku publicznym (jeszcze mogę je znieść takie po gwałcie,
ale tylko śmieszą mnie przed). Fiasko takich przedsięwzięć opisuje Slavoj Żiżek
w zajmującym „Lacanie”:
„We współczesnej sztuce często spotykamy brutalne
próby „powrotu do realności” przypomnienia widzowi, ze żyje w fikcji, obudzenia
go ze słodkich snów. (…) Zamiast nadawać tym gestom rodzaj brechtowskiej powagi
i postrzegać je jako wersje alienacji, należy raczej ujawniać, czym tak naprawdę
są – są dokładnym przeciwieństwem tego, za co chciałyby uchodzić”.
I ciężko się z nim nie zgodzić. Ewa Pobratyńska (w
swoim marszu poprzez epoki od tej Żeromskiego, trafiła do współczesnego
Wiednia, symbolizującego los wielu polskich emigrantek?), będzie zgwałcona w
spektaklu Kotańskiego jeszcze raz – jest to zbiorowy, bardziej niedopowiedziany
i… o wiele bardziej przejmujący akt.
Niestety nic dobrego ją nigdy nie spotyka… Bowiem na
widok bohaterki wszyscy mężczyźni dostają seksualnego amoku i aż szkoda, że na
jej drodze Kotański nie postawił jakiegoś sympatycznego homoseksualisty, który
by dał jej chwile wytchnienia, a wtedy – bo już są feminizm, gender,
antyklerykalizm, a nawet nieco polskiego antysemityzmu – dopełniłby się już szkielet ideowy współczesnej polskiej propozycji teatralnej.
Bo jak mówi m.in. Michał Kotański: „Dyskusje wokół
gender też są bardziej projekcją lęków przed tym, co siedzi w nas samych i z
czym nie radzi sobie nasze kulturowe oprzyrządowanie”. A mnie się wydaje od
pewnego czasu, że ta dyskusja, to raczej opór przed kłamstwem i dyktatem, bo
główne założenia gender już zostały skompromitowane (m.in. przez Haralda
Eia, który "zmasakrował" Gender Studies w Norwegii), wielokrotnie
nie tylko w tym dziesięcioleciu. Ale gender nadal dzielnie trwa na froncie
walki z „klerykalizmem” i „ciemnotą” o „postęp” i "świetlaną przyszłość".
A co zadziwiające te ruchy przyjmują organizację
znienawidzonego przez siebie kościoła rzymsko-katolickiego – mają swoich
papieży o strukturze teflonu, hierarchię, tworzą poczty świętych i niezrównane
hagiografie, nie wspominając o sztandarach i procesjach i nie zapominają o
wierzeniach. Na ten temat też miałby wiele do wyjaśnienia Lacan.
Fabuły nie będę opowiadał, bo choć to powieść niezbyt często czytana, to jednak była
już trzykrotnie ekranizowana. Dzień po premierze w Teatrze im. S.Żeromskiego
była debata z szerokim gronem specjalistów literaturoznawców i teatrologów,
która miała odpowiedzieć – czy twórczość Stefana Żeromskiego jest wciąż żywa.
Nie będę jej relacjonował, były tam kamery kilku TV, które zrobią to lepiej.
Gośćmi
specjalnymi byli aktorzy - Grażyna Długołęcka i Olgierd Łukaszewicz, którzy w
1975 roku zagrali główne role w “Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka.
Ograniczę się tylko do symptomatycznej wypowiedzi Grażyny Długołęckiej, która jak
sądzę jest reprezentatywna dla znacznego procentu inteligencji polskiej i
wyraża jej sposób myślenia. Aktorka m.in. stwierdziła, że problematyka
zarysowana tak w powieści jak i adaptacji z jej udziałem, jest nadal aktualna.
Bo oto jej dorosła córka od 15 lat, niczym powieściowy Łukasz Niepołomski,
próbuje uzyskać „rozwód” w kościele rzymsko-katolickim i wciąż jej stawiają tam
problemy (oczywiście dałoby się to pewnie załatwić gdyby zainteresowana
poświęciła tej sprawie dużą sumę pieniędzy, uwaga ta jak sądzę ma podkreślić
tym bardziej niegodziwość i pazerność „katolickich klechów”). Oczywiście można iść i tym tropem. Ale
zastanówmy się nad innym – po co córce wyemancypowanej aktorki (mówiła o
Pobratyńskiej : „(…) co miała dziewczyna zrobić, nie było na jej drodze nikogo,
kto by mógł jej pomóc (czytaj: skutecznych instytucji aborcyjnych) i musiała
się tego (w domyśle dziecka) pozbyć”)
unieważnienie (przypomnę - reguła kościoła rzymskokatolickiego nie przewiduje
rozwodów) - małżeństwa? Czyżby po to, żeby mogła wyjść ponownie za mąż w tym
samym obrządku? I niczym Pobratyńska kilka razy wkładać głowę w to samo jarzmo?
Jak przypomniał, ku lekkiej konsternacji wielu obecnych, Wojciech
Niemczyk (wyborna rola hrabiego Zygmunta Szczerbica), deklaracja po stronie instytucji
o określonych wartościach, wymaga albo realizacji tych wartości, albo - jeśli odczuwa się
dyskomfort – odrzucenia organizacji. Bo wolności mamy tyle, ile jej sobie
wywalczyliśmy.
Dla mnie to celna pointa całości i klucz do współczesnego odczytania „Dziejów grzechów”.
Krzysztof Sowiński
Jak widzę Stefana Żeromskiego już napisałem
wcześniej, więc nie będę powtarzał:
Tutaj pełna obsada: http://www.teatr-zeromskiego. com.pl/spektakle/id/97
„Erotomanii wszystkich krajów łączcie się”!
Ze Stefanem Żeromskim był i jest problem – szokował
przełamywaniem tabu obyczajowego, imponował humanistyczną troską z jaką
opisywał los bliźnich, które kolejne pokolenia sprytnych ludzi nazywają
„lewicowością”. Wymykał się zero-jedynkowym klasyfikacjom. A pełna wiedza o nim
była nieznana przez kilkadziesiąt lat.
Dziś niektórzy z czytelników twierdzą, że
to co było kiedyś atutem jego twórczości
i znakiem rozpoznawczym – bogata metafora, wspaniałe opisy przyrody – są
mankamentem. (Ja bym dodał jeszcze w tych opisach - zachwyt nad kobiecą urodą!)
Dla mnie był jednak tym, który imponował w swoim pisarstwie szczerością. A to
wbrew pozorom bardzo rzadka cecha, nie tylko w jego czasach
Ostatnio miałem okazję widzieć sporo zdjęć pisarza z różnych
okresów jego życia (zbiory MNKi w Kielcach): w szkolnym mundurku, atrakcyjny młodzieniec
(187 cm
wzrostu!), równie dręczony przez
pożądanie jak i gruźlicę (uważający za swoją epoką, że onanizm to grzech
straszniejszy niż wizyta w domu publicznym i kiedy pisze („Dzienniki”) o tym
pierwszym – ze zgrozą w kontekście opowieści o występnym koledze - mieli w
sercu także własny ciężki grzech). Kolejna fotografia - szczupły pan w średnim
wieku nadal przystojny, ze śladami choroby, już z przerzedzoną znacznie
czupryną, ale nadal z błyskiem w oku, które
nadal notowało jak: (…) mknęły, mknęły,
mknęły bez ustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i
sprawiających rozkoszne wrażenie, jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy
wynurzała się z powodzi osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do
uwierzenia piękna, że widok jej był pieszczotą dla wzroku i nerwów. Wyrywał z
piersi tęskne westchnienie jak za szczęściem — i ginął unosząc je w mgnieniu
oka ze sobą” („Ludzie bezdomni”).
Później mamy zdjęcia bardziej upozowane, w duchu tamtej
epoki - miały egzemplifikować dostojność „sumienia narodu”, troskliwego ojca (fotografia
z małą córką Moniką).
Widziałem, też zdjęcie dramatycznie schorowanego mężczyzny u
schyłku jego życia – w sanatorium, siedzi wśród innych pacjentów, a na poręczy
ławki, przycupnęła jednym krągłym pośladkiem, blisko niego roześmiana młoda
pielęgniarka, można by rzec - „(…) panna
dwudziestokilkuletnia, ciemna brunetka z niebieskimi oczami, prześliczna i
zgrabna” („Ludzie bezdomni”), połączona spojrzeniem pełnym tajemnicy z legendarnym
już wówczas pisarzem, który z błyskiem w oku, pozwolił sobie może na nazbyt
prywatny i swawolny gest - rękę zbyt blisko „kibici” dziewczyny. Gest, który
zapisał na zawsze fotograf.
Jego powieść „Ludzie bezdomni” stałą się „biblią” współczesnego
mu młodego pokolenia, wzorem postaw, zaczynem żywotnego narodowego mitu.
„Dzieje grzechu” (1908) wywołały skandal obyczajowy, a „Przedwiośnie” (1926), było
źródłem nieporozumień i rozczarowań, które bardzo go zasmuciły u schyłku życia.
Po ukazaniu się „Dziejów”, pierwszej polskiej powieści o tematyce erotycznej Eliza
Orzeszkowa zarzucała mu „erotomanię” i „histerię”, Władysław Reymont uważał utwór
za niepotrzebny, zaś „dewiacją znakomitego talentu” określał powieść wybitny
badacz polskiej literatury Artur Hutnikiewicz.
Być może Orzeszkowa była najbliższa prawdy – erotomania! Zachwyt
nad tą częścią ludzkiej natury! „Barki jej wąskie, wysmukłe, okrągłe dźwignęły
się do góry. Dziewicze łono drży od westchnienia… Długi szereg wieków, który
odtrącił jej ręce, który zrabował jej ciało od piersi i zorał prześliczne
ramiona szczerbami, nie zdołał go zniweczyć” („Ludzie bezdomni”) – z pod
czyjego pióra mógłby wyjść tak opis, jak nie spod ręki „erotomana”?! Dziś zamiast
tajemnic „erotyki” możemy, co najwyżej pooglądać trochę silikonowych biustów,
eksponowanych na pierwszych stronach popularnych portali, a zamiast debaty
publicznej dotyczącej powieści, wysłuchać współczesnych autorytetów, w tym wypowiedzi
podstarzałej, infantylnej aborcjonistki (to tak w kontekście pytań stawianych w
związku z „Dziejami grzechu”). To takie teraz łamią tabu.
Jego „Przedwiośnie” zaś doczekało się pochlebnych recenzji w…
sowieckiej „Prawdzie”, gdzie powieść uznano za „(…) wyraźną pochwałę
komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W Polsce natomiast spadły gromy na
głowę już schorowanego pisarza.
Na nic się zdały protesty samego Żeromskiego:
„[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w „Przedwiośniu”
najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem
na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego
usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec,
przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych,
najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła
których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się
do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm.
[…] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder –
sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań
stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż
przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy,
i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa „nie ma się tak dobrze”.
Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce
musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć i wdrożyć w życie idee, które
by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę
i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które
by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata,
gdzie jest jej miejsce”.
(„W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym”)
Niestety nie udało mu się. Po II wojnie światowej komunizm
zawitał do Polski (a nawet się pleni tutaj nadal, bo i dziś też nie wiele „wypracowaliśmy”),
jego popiersia jako prekursora nowego ustroju (system nadal zbawia świat!),
najczęściej tworzone w duchu tzw. „realizmu socjalistycznego” zaludniły szkoły
i instytucje kultury. Zakrólowała, a może „zapierwszosekretarzowała”(?) jedna interpretacja „Przedwiośnia”, choć
niekoniecznie zgodna z wolą pisarza. Część jego wypowiedzi została podana
cenzurze, nie tylko ze względu na „treści” polityczne, jak i obyczajowe. Np. z
jego „Dzienników”, przy publikacji usunięto znaczne fragmenty dotykające sfery
intymnej – dotyczące pierwszych doświadczeń erotycznych, wizyt w domach
publicznych, problemów z chorobami wenerycznymi w młodzieńczym wieku pisarza. Żeromski
musiał być także nieskazitelny moralnie. W pogadankach o nim nie wolno było
wspominać o jego zapisach dotykających tej sfery życia, a także faktu, że
porzucił swoją pierwszą żonę i żył w tzw. konkubinacie z Anną Zawadzką, z którą
miał nieślubne dziecko - Monikę Żeromską.
„(…) legenda o małżeństwie z Anną utrzymywała się aż do śmierci
pisarza" – wspomina prof. Jerzy Adamczyk, badacz życia i twórczości
pisarza. W testamencie Żeromski napisał, iż "z całą świadomością"
uznaje ją za żonę "wbrew wszelkiej innej opinii, która by związek ten
inaczej traktować zamierzała". Legenda niestety trwała o wiele dłużej niż
sądzi Profesor.
Tak nota bene Stefan Żeromski w czasie I wojny światowej znalazł
się w Zakopanem, z dwiema rodzinami - z
Oktawią z synem Adasiem i Anną Zawadzką z córką Moniką. Czy pisarz krążył tylko
taktownie między dwoma willami?
Prof. Jerzy Adamczyk: „Przygotowując objaśnienia do listów
zastanawiałem się niejednokrotnie, czy tę wiedzę, którą zdobyłem
"przebijając się i przedzierając" przez liczne dokumenty, upublicznić czy nie.
Postanowiłem podzielić się nią, ponieważ, jak sądzę, ujawnienie jej ani nie
wyrządzi przykrości zainteresowanym, bo nie ma już ich wśród żywych, ani nie
umniejszy ich powagi". „(…) Ponadto,
listy osób wybitnych wydaje się po to, by w świadomości potomnych zapisał się
ich obraz możliwie najbogatszy i najprawdziwszy. Mam nadzieję, że wyłaniający
się z listów obraz człowieka i pisarza o nazwisku Stefan Żeromski będzie bardziej wielowymiarowy i prawdziwszy niż przed edycją listów”.
Znikają jego książki z kanonu lektur szkolnych, więc nie
wiadomo czy w ogóle będzie…
Mogę powiedzieć za Giladem Atzmonem, współczesnym filozofem:
„Teraz sporo zajmuję się Szkołą Frankfurcką, ludźmi, którzy wierzyli, że należy
rozmontować Zachód. Wypowiedzieli wojnę patriarchalnej rodzinie, kościołowi i
systemowi edukacji. I dużo osiągnęli, a szczyt ich działalności przypadł na
okres rewolucji z 1968 roku. Udało im się zniszczyć Zachód i zepsuć lewicę,
zmienić ją w przeciwieństwo lewicy związkowej, która była dość produktywna,
jeśli chodzi o dbanie o interesy ludzi i podział społeczeństwa. (…) Lewica jest
obrzydliwa i jest to tragiczne. Nie wiem, jak wy, ale większość ludzi, których
znam, na jakimś etapie była lewicowa, bo wierzyliśmy w etykę i wierzyliśmy, że
lewica jest motywowana etyczną myślą. Teraz naprawdę nie znajduję już u lewicy
żadnej formy rozumowania i myślenia etycznego. Bardzo mnie to smuci”. Zakrzyknę
zatem zamiast tego, żeby oprzeć się pesymizmowi - „Erotomanii wszystkich krajów
łączmy się”!
Z nadzieją, że Stefan Żeromski dziś podzielałby i te opinie.
Krzysztof Sowiński
Subskrybuj:
Posty (Atom)