poniedziałek, 19 października 2015

Unieważnił pojęcie "teatru prowincjonalnego"

Wspominamy Piotra. Wczoraj odbyło się spotkanie z Markiem Mikosem autorem książki "Z butami do nieba", kolejne w ramach obchodów "40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego".
Mikrofon trafił także między ludzi, publiczność - niektóre z wypowiedzi były żenujące, ich celem było zdaje się podbicie bębenka "ego" dyskutanta i nie warto o tym wspominać. Jedna z wypowiadających się aktorek mówiła także m.in. o "teatrach prowincjonalnych" - to taka deprecjonująca sceny w mniejszych ośrodkach wciąż ponawiana kalka prlowskiej proweniencji.
Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Ale jak widać nie dla wszystkich i nie na zawsze.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 20 września 2015

„Wielopoziomowo” - o bezsensie nudno i bez sensu, ale z widokami na kolejny sukces



Dawno nie byłem w teatrze – muszę to stwierdzić, bez radości - na czymś tak nudnym i… wyrachowanym, choć ciekawym w sferze języka. I w zasadzie na tym powinienem skończyć pisanie o „Hrabinie Batory”, najnowszej propozycji (premiera w Teatrze Żeromskiego w Kielcach) znanego w Polsce duetu – Wiktora Rubina, reżysera i Jolanty Janiczak, literatki.

Po prostu wszystko w tej propozycji jest spóźnione jakieś… 20 lat. Tak już dekomponowano. To zbiorowy sen, świetny w zapowiedziach, a w realizacji nudny, jednak muszę sięgnąć po ten wytarty zwrot - „przegadany”, zaledwie fragmentaryczny fragmentarycznie. Sen w którym jednak nie ma najważniejszej rzeczy w życiu ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) życia, bez czego wszystko jest w istocie bez sensu – empatii.
Choć przyznam uczciwie, dla paru kreacji, nie można nie iść na tę sztukę do teatru. No i warto zobaczyć, co będzie nagradzane. A że będzie to nie mam żadnych wątpliwości, bo para twórców to naprawdę świadomi ludzie.
A ja… zwyczajnie, że tak powiem - ontologicznie się z tym, co pokazują na deskach teatru dotychczas - nie zgadzam. Żeby była jasność - nie zgadzam się z tym „nurtem” w teatrach. Zarzucam temu uświadomioną lub nie – służbę opresyjnej ideologii.

Dla wyjaśnienia pewnego, jakże często obecnie obserwowalnego sposobu myślenia o świecie, chciałoby się rzec podanego z premedytacją i odpowiednią częstotliwością (Goebbelsowską?) do wierzenia -  posłużę się peryfrazą. Oglądałem z moimi „brytyjskimi” przyjaciółmi doniesienie filmowe – tzw. „uchodźcy” szli ławą przez jakieś włoskie miasteczko i niszczyli wszystko, co było możliwe do unicestwienia (pełna dekonstrukcja), plądrowali cudze domy, „gospodarze” roztropnie zwiali wcześniej. Moi przyjaciele najpierw stwierdzili, że to na pewno jakiś filmik zmontowany przez „nacjonalistów”. A kiedy uznali prawdziwość źródła przekazu, konkludowali – „Ci ludzie mieli na pewno przyczynę, żeby tak się zachowywać”.
Podobnie jest z Elżbietą Batory i jej dworem propozycji pary twórców – na pewno mieli jakąś przyczynę, mordując w sposób okrutny, dla zabawy, dla zabicia nudy i bez sensu istnienia – wielu spośród swoich poddanych. A spektakl tak jest „pociągnięty”, że nieomalże współczujemy okrutnej, ale i „zagubionej”, płaczliwej hrabinie (w tej roli super płaczliwa, boleśnie namacalna i rażąco obecna - Agnieszka Kwietniewska) i dociekać – jaka była przyczyna jej zachowania, co jest z jej duszą uwięzioną w ciele, albo lepiej, ona nie ma zdaje się duszy -  co jest z ciałem uwięzionym w biologii - przemijaniu. (To ślad zaimplementowanej freudowsko-lacanowskiej wizji człowieka, tak chętnie ponawianej przez neomarkistów, będących aktualnie przy władzy w Europie, maszerujących do nas, i po nas - poprzez nasze, a może tylko iluzorycznie nasze -  instytucje kultury). Tylko pisk obdzieranych ze skóry dziewcząt, które w spektaklu symbolizują sukienki z grzecznymi kołnierzykami, na chwilę rozdziera uszy widzów, ale nie serca. Na moment pokazuje grozę i właściwe proporcje zdarzeń.

W tej propozycji punkt ciężkości kładziony jest na ciało, dylematy związane z przemijaniem, zwłaszcza kobiety, wizerunkiem, władzy mężczyzn etc. To hasła-klucze podawane razem, obowiązujące od kilku dziesiątków lat na tzw. Zachodzie.
Zdaje sobie sprawę, nie wszystko z tego odeszło w niepamięć. Koncepcji biowładzy powinniśmy się uważnie przyglądać, bo jest rozwijana i kultywowana. Niestety - manipuluje się ciałem ludzkim, życiem jak nigdy dotąd („odczytana” – śmieszy i irytuje mnie ten nadużywany wyraz -  w tym kontekście „Hrabina Batory”, mogłaby wiele wnieść i pokazać w jakim kierunku to będzie zmierzać. Sądzę, ze jednak bardziej w kierunku „Orwella” niż koncepcji Huxley’a). Nadal rządzą nami inżynierowie, ale już nie dusz, z duszą w zasadzie narzędzia propagandy się już uporały, a zwłaszcza z duszą jako miejscem…. logiki – więc inżynierowie ciał. Ciał „wierzących” w każdy sklecony naprędce absurd. Marzą o takim momencie (niczym niegdyś Bernard Shaw przed drugą apokalipsą – o humanitarnym gazie, który bezboleśnie będzie zabijał nieproduktywnych i niepotrzebnych), kiedy będą mogli naciśnięciem jednego klawisz w centralnym komputerze, nie tylko unieważniać konta w banku, czyli podstawę egzystencji, bez tego bowiem nie istniejemy już prawie i dziś. I ich marzenie jest bliskie realizacji. Mogą też, kiedy zechcą unicestwiać, albo rozpraszać i przenosić w inne miejsca całe narody. Mogą unicestwiać ślady kultury materialnej  minionych epok – np. kościoły chrześcijańskie i buddyjskie świątynie – i nic tutaj nie pomogą rankingi takich na liście UNESCO.

A my niepomni tego dywagujemy o roli, „nowoczesnej” roli mężczyzn, o stereotypach męskości - niczym Wiktor Rubin, który przed premierą m.in. powiedział: „Może to wynikać z pewnej odpowiedzialności, jaką mężczyźni czują, jaką się obarczyli. Ona wynika z władzy. Mężczyźni mieli do niej łatwiejszy dostęp. Trudniej im uwolnić się od wizerunku i od posiadania władzy nawet dla samej władzy. Myślę że mężczyźni muszą sobie od nowa opowiedzieć kim są, czego się boją, co ich więzi, jakie obsesje, jakie nałogi, schematy myślowo-czuciowe”.
W spektaklu „stereotypowy” jest Ferenc, choć też ubrany w „sukienkę”, a „próbuje sobie powiedzieć kim jest”, co kończy się jego… łzami – nieokreślony co do płci Ficzko, prezentujący się we wdzianku zrobionym na szydełku (świetny po raz któryś tam raz - Dawid Żłobiński). Na pytania te nie ma jednak odpowiedzi. Przyniesie je dopiero sytuacja graniczna.

A oto właśnie wchodzi do nas (Europy) zupełnie przez „przypadek” (kiedyś, żeby mogli wejść musieliby wielu z nas zabić, a resztę zniewolić), na swoich własnych nogach, jakby specjalnie dla Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak - masa ludzka, zdrowe i silne ciała. Potrzebujące „wszystkiego” ciała, głównie dobrze odżywione, wytrenowane, nieskrępowane zbyt zawiłą ideologią, gotowe do walki, czego nawet za bardzo nie kryją. (Jak my będziemy walczyć z tymi ciałami, jak zechcą, a zechcą - nam odebrać wolność i życie naszym ciałom, kiedy nasze ciała, prawie be wyjątku wyglądają jak ciała kobiet na początku trzeciego trymestru ciąży? Ich egzemplifikacja są ciała nieomalże wszystkich aktorów zaangażowanych w ”Hrabinę…”). A tu maszerują ciała młodych mężczyzn, za przyzwoleniem tzw. lewej strony sceny politycznej i artystycznej depczą obowiązujące nas nadal, ale dla nich zawieszone (?) prawa. Jest to cywilizacja, która ma gotowe wzorce dla roli kobiety i mężczyzny, ba… psa i kota, i jakiekolwiek żywego ciała, a nawet receptury (performatywy także) na wydobycie z niego ostatniego tchnienia, nie gorsze od tych, których mogła użyć hrabina Batory. Cywilizacja z którą – jestem jakby niespokojnie spokojny - będzie ciężko dialogować Jolancie Janiczak i Wiktorowi Rubinowi.

Biopolityka stała się faktem. Nie sądzę, że potrafi nas uratować jedyny Ferenc (w tej roli jak zwykle – nie chcę być źle zrozumiany, ale co zrobię, że dotychczas zawsze jest taki na scenie – wciągająco wiarygodny, niepokojąco obsesyjny w swej roli -  Wojciech Niemczyk). Ferenc wie, o co idzie w świecie – o podbój, terytorium, bogactwa – te nie przemijają, wiedzą o tym nadzorcy podatników. W tym nie ma żartów, złudzeń, ideologicznych wolt. Choć obywatelom wciąż opowiadają baśnie - o zaprojektowanej przyszłości, która będzie już za rogiem, tylko jeszcze raz trzeba chwilowo znowu zacisnąć pasków i praw, zasznurować usta. Z radością tokują o wolności, równości, z przyganą o „słowach nienawiści”, o tym co podlega falsyfikacji, a za ruszenie czego idzie się w niebyt. Wciąż reinterpretują co jest złe, a co teraz dobre. A wszystko okraszone dużą dawką strachu, ten jest niezmienny w tej zmienności, zawsze przewidywalny i użyteczny – ale to wszystko służy jednemu – skuteczniejszemu mówiąc językiem Facault - nadzorowaniu. I nie zapominają o kluczu do panowania w tym niespokojnym zbyt pełnym ciał świecie (z tym też już COŚ robią, a zrobią jeszcze więcej) – devide et impera.

„Proponujemy jak zwykle wielopoziomową grę z odbiorcą (…) – zapowiadała przed premierą Jolanta Janiczak.  Ale kończy się na wielu luźnych monologach (niekiedy, przyznam miejscami odkrywczo eksploatujących język), a jest w tym mało teatralnego „dziania się”. Słowem nie ma ani jednej sceny, która zapada w pamięć. Nie można przecież za taką uznać tej, kiedy aktorzy stoją przed widzami i śmieją się, wymuszając na publiczności rechot. Albo Anna (w tej roli Dagna Dywicka, która się zwija się, uwija i rozwija z roli na rolę, ale…. Czy też, powiedzmy to na przekór - nie istnieje na scenie dzięki jednak ciału, jeszcze nie tkniętemu (nadmiernie) przemijaniu i stereotypowi „piękna”?) – wmawia widzom, że na pewno każdy by ją „chciał”. Może by ktoś chciał, albo i nie chciał. Ale niewątpliwie to też część „wielopoziomowej” gry z publicznością. Naprawdę było to… mało śmieszne i dzięki facebookowi zainstalowanemu na „komórkach” można było przetrwać, te żenujące minuty. (Aż mi szkoda historycznej hrabiny, że nie miała takiej możliwości. Może by ocalało parę istnień? Zadowoliłaby się paroma wirtualnymi?)

„Interesuje nas ten stan niezgody na siebie, wynikającej z tego frustracji. Ten spektakl mocno dotyczy frustracji i dajemy sobie i widzom realną możliwość jej rozładowania. To właściwie jest spektaklo-performens nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi, pewnie każdego dnia gdzie indziej”.
W scenie finałowej postaci rozdają bejzbole widzom. Na scenie leżą pełne ziemi worki – można w nie sobie uderzać do woli, niby z własnej woli. To „uderzanie”, to też jedno z nośnych implementacji, które stały się częścią kultury masowej. (Cytatów z niej jest bardzo wiele w „Hrabinie…”). Chwycili za nie (kije-maczugi) głównie aktorzy, bohaterowie poprzednich propozycji Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak. Widać, że chcą się „bawić”, uczestniczyć i „zaistnieć” tyle, ile można, a nawet trochę więcej.
Ale… Ile byśmy nie bili w te worki – to te uderzenia są tylko świadectwem… agresji i produkują dalej tylko agresję, a nie przekształcają frustracji. A takie przecież jest – wiemy o tym – możliwe. W końcu nienawykłe do wysiłku ciałka mogą się jedynie tylko nieco spocić, a ten zapach, który powstanie -  już nie będzie tylko faux pas. A na koniec, kiedy już zgasną światła,  przyjdą przedstawiciele rzeczywistych "wykluczonych" i... posprzątają za najniższą krajową.
Krzysztof Sowiński

PS. Żeby nie było, że się do…. (Zresztą kim ja jestem, żeby się do TAKICH twórców do…!!!). Więc moje małe, prowincjonalne ja, „zaściankowe”, „zapieckowe” - będzie czekało z wielką nadzieją, na kolejne propozycje Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina – bo choć wszystko już zostało opowiedziane, zawsze można coś jeszcze lepiej lub gorzej opowiedzieć. (I zresztą nie każdy sobie jeszcze opowiedział). Potrzebujemy, każda epoka, kraj, dla nich pewnie region - potrzebuje tych narracji, niezależnie od tego, ile ich wyprodukowały poprzednie.

http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/application/images/gazeta/HrabinaBatory_program.pdf

wtorek, 5 maja 2015

Kogo widzicie? Sami siebie widzicie!

W teatrze COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem (w końcu) bezkarnie. Bałem się tego spektaklu, choć bardzo cieszyłem, że Piotr Szczerski podjął się realizacji „Kordiana”, wychodząc przeciwko tym, którzy sądzą, że ten dramat i jego konotacje, to szacowne zabytki. A dzieło Słowackiego udowodniło, że wbrew wieszczykom, co wrzeszczyli jego koniec, pokazuje swoją uniwersalną, choć nadal swojską, NASZĄ niezmienną twarz.

Niestety to jest możliwe tylko dlatego, że bezpośrednia zinstytucjonalizowana przemoc, która jak „wierzyliśmy” (żyjemy bowiem w czasach „laickiej” wiary, która zastąpiła logikę, wierzymy, że banki mają pieniądze, rządy rządzą w naszej sprawie, wszystkie leki leczą, a media mówią prawdę, i wierzymy, że wątpiących trzeba reedukować) - odeszła w niepamięć, dając miejsce „przymusowi ekonomicznemu i poprawności politycznej”, jest znowu faktem. Jest nim naga, brutalna siła, która zawsze się zjawia się jako ostatnie zdanie.

O Słowacki wielkim znawcą ludzkiej psychiki był!

Reżyser musiał dokonać skrótów tekstu, skoncentrował się na warstwie politycznej. Polska w jego kreacji to dom wariatów (świetni w ich roli: Teresa Bielińska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński i Janusz Głogowski). Chorzy psychicznie obywatele wiodą dysputy na szpitalnych łóżkach, m.in. o tym co się dzieje z ich przywódcami i przywódcami przywódców, a nawet tych jeszcze wyżej. Szef szpitala-premier (energetyczny Edward Janaszek), podaje im tworzywo do myślenia – mainstreamową gazetę, która od dawna już tylko wieszczy trzymając się (bo już dawno dogoniła) za swój własny ogon. Rzuci też im łaskawie pilota od telewizora, żeby lud wiedział, co jest ważne w świecie, żeby lud wiedział, kto jest ważny, kto jest równiejszy i co ma myśleć i co mówić ma lud. To bowiem mainstream dzierży prawdziwy rząd dusz, który się marzy młodemu Kordianowi (w tej roli nieśmiały, chwilami zagubiony, jednak nie dotknięty jeszcze manierą, czasami zwaną doświadczeniem, która (na szczęście) nie może mu przyjść z odsieczą, a jednak mimo tego dostrzegalnie charyzmatyczny Mateusz Rzeźniczak z PWSFTviT w Łodzi). Kordiana chciałoby się rzec współczesnym językiem „wykreowały” upadłe anioły, świetni w tych rolach: Imaginacja - Wiktoria Kulaszewska (co za wokal!), Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna - Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda, z liderującym im w roli Szatana – hipnotyzującym Dawidem Żłobińskim. Wydobywają Kordiana z kotła, w którym niektórzy widzowie dopatrywali się urny wyborczej, a inni „smoleńskiego” wraku.

Najbardziej jednak obawiałem się tych szpitalnych łóżek. To znany, często eksploatowany motyw, z pacjentami ubranymi w groteskowe, upokarzające ich koszule, odsłaniające tyłki, wskazujące na człowieka jako bezpośredniego krewnego pewnego gatunku braci mniejszych. Motyw tworzący szeroką panoramę - od wielkiego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, po mało, delikatnie mówiąc, śmieszny serial „Daleko od noszy”. Na szczęście te sceny skropione światłem ironii, groteski, korespondowały w sprawie i stały się jej istotnym głosem. Głosem sterowanej i niekiedy wymykającej się manipulacji ulicy. Czasami „arką przymierza”, kiedy w obłąkańczym szale, z drewnianymi mieczykami, intonują pieśń z Powstania Warszawskiego.

A ponad tym głosem widać Piotr Szczerski, choć nie bez osobistych emocji, wiedzie nas – chciałoby się powiedzieć ku odwiecznemu platońskiemu sporowi (tym razem ukazanego w formie chrześcijaństwa, o którym wielki immoralista Nietzsche mówił jako platoniźmie dla ubogiego plebsu), ze współczesnymi sofistami, nauczycielami PR. Idealistów z pragmatykami. Tych pierwszych utożsamiał Kordian, gotowy dla idei młodo umrzeć, tych drugich emanacją był stary człowiek, marzący o śmierci we własnym sytym po grdykę domu, nazywanym współcześnie życiem na „godnym” poziomie (przekonywujący Mirosław Bieliński). Ale – oto pojawia się pytanie - jednak jak żyć na „godnym poziomie”, na niegodnych warunkach? Ale znajdzie się zapewne stosowny sofizmat i jakiś problem zastępczy, który zaćmi sprawę, zwany np. „wykluczeniem” i uspokoi skołatane resztki sumienia.

Być może w chwilach uniesienia, wielu z nas by chciało być Kordianami, ale w praktyce zwycięża jednak pierwiastek zdrowszego rozsądku. Czegoż byśmy to bowiem, nie zrobili nawet dla iluzji świętego spokoju? Gotowiśmy podpowiada Szczerski wybrać inną iluzję – obietnicę łaski i nagrody, gotowi brnąć w kłamstwo, w obietnicę sojuszu, mimo, że ten nigdy w naszej historii nie okazał się faktem. Dlaczego niby tym razem miało być inaczej? Dlaczego?

W końcu Kordian pada zmęczony własnymi wizjami i nie zabija Cara (jak wynika z tego Polacy słabo odrobili lekturę z „Księcia” Niccolo Machiavelliego, który bezpowrotnie przerwał starożytny Platoński mit, o prawie i porządku jako filarach polis, jak widać nie wszędzie).

A, że władzy nie sprawują potomkowie sprawiedliwych, dowiadujemy się z dramatycznego dialogu Cara (w tej roli bezbłędny, na wskroś wiarygodny i wyalienowany niczym „ruscy szachiści” Wojciech Niemczyk z Wielkim Księciem Konstantym (brawurowy i przerażający Krzysztof Grabowski). Ta scena dopełnia ten utrzymany w dobrym tempie spektakl. Po niej następuje sekwencja, którą widzimy na wielkim ekranie (z filmu Konrada Łęckiego), ukazująca egzekucję polskich żołnierzy w Katyniu. Skończyły się żarty, dywagacje i sojusze. Przemówił towarzysz mauzer. Odpowiedziała mu śmierć, cisza... tzw. cywilizowanego świata i… brutalne kłamstwo.

A wieńczy moment, kiedy Szatan chwyta za kamerę i zwraca ją w stronę publiczności, która na gigantycznym ekranie może też zobaczyć i siebie. Kogo widzicie – jakby pytał parafrazując Piotr Szczerski – sami siebie widzicie. I mało z tego tutaj jest do śmiechu.

Wspomnę jeszcze znakomitą, w starej stylistyce, budującą klimat całości i zamykającą kompozycyjnie - muzykę Zygmunta Koniecznego i zenistyczną (żeby była jasność – jestem wciąż początkującym, bez nadziei na progres, kryptozenistą i lubię ten rzeczownik, wracając do meritum tzn. tyle ile trzeba i nic więcej ponad to) scenografię Jurka Sitarza.

Pisałem już wcześnie. Chodziło mi po głowie i języku, że teatry nazbyt często podejmują się wciąż na nowo rzeczy błahych, wartych co najwyżej korekty u psychoterapeuty, popadają w schematyzm, w propagandę, uczestniczą w produkowaniu starych w nowym opakowaniu dyktatów, zamykają debatę, zamiast ją inicjować, a życie – istotne życie – przetacza się jak huragan w zupełnie innym miejscu. A teatr go nawet nie dotyka.

A teraz w teatrze Żeromskiego, a w zasadzie Szczerskiego COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem stamtąd bezkarnie.

„Kordian” to jest takie zwierciadło, które chcę postawić przed publicznością” – zapowiadał Piotr Szczerski. Jest głosem w sprawie współczesnej Polski – dramatyczną, jak przystało na teatr dramatyczny diagnozą i moralitetem. Bezlitośnie wskazującym kieszonkowy wymiar polskiej klasy rządzących. Tak małych, że nawet siły zła kreują je bez szczególnej atencji. Ale jednak na tyle skutecznych, że gotowi są przerwać spór o „Kordiana” już na zawsze.


I na koniec końca, pozwolę sobie powtórzyć, dedykuję i sobie:

„Lecz jeśli nie zaświeci nic? ... i ból przeminie?

Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?

A potem ciemność ... potem nawet ciemność ginie,

Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,

Że nic nie ma - i Boga nie zapytam, czemu

Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”


Krzysztof Sowiński

niedziela, 21 grudnia 2014

Ten ma władzę nad Tobą, komu ją oddasz






"Nie możemy odpowiadać za emocje,
możemy jednak odpowiadać za zachowania".
  
Shoma Morita, psychiatra japoński, "zenista"

Wciąż słyszę wokół, że „Dzieje grzechu”, to opowieść o dzielnej, niesamowitej kobiecie i „zdziecinniałych i niedorosłych do swoich ról mężczyznach” - mówiąc językiem Michała Kotańskiego, reżysera kieleckiej adaptacji tej powieści.

Zastanawiam się - niby na czym ma polegać  ta niesamowitość – na problemach z oceną rzeczywistości, z przyjmowaniem własnych i zasymilowanych doświadczeń, na bezradności wobec każdego, kto ma chęć zagrozić bohaterce, a może wynika z faktu popełnienia dzieciobójstwa?

Może… Może…. A może to reżyser stał się niewolnikiem „współczesnych odczytań”, w tym przypadku powieści Stefana Żeromskiego, pod dyktando - ma się rozumieć nieśmiertelnych jak niegdyś komunizm – teraz jego kontynuacji – opresyjnych wersji feminizmu i gender.

A suma summarum wyszło dosyć nudne w pierwszej części widowisko, ciekawe w drugiej. I zastanawiam się dlaczego ta sztuka pełna atrakcyjnych fragmentów, świetnej gry aktorów, ze świetną muzyką, scenografią i kostiumami – dla których warto wybrać się do teatru - nie „zagrała” jako całość?

A ze schematyczności tego typu propozycji, w pewnym momencie widowiska, zaśmiewałem się do rozpuchu, choć scena nie była do śmiechu – gwałt na Ewie Pobratyńskiej (gościnnie w „Żeromskim” Magdalena Grąziowska, którą podziwiam za „pociągniecie” całości), przez Pochronia (demoniczny Krzysztof Grabowski). Jakieś dwa tygodnie temu byłem w Krakowie na „Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej”, tam Odyseusz zgwałcił Eneasza.

Oczywiście obydwie propozycje w konwencji przebrzmiałego już nieco brutalizmu w teatrze europejskim, ale nadal jak widać żywotnie przełamującego tzw. tabu w polskim teatrze – czyli obowiązkowo wiszące członki męskie na widoku publicznym (jeszcze mogę je znieść takie po gwałcie, ale tylko śmieszą mnie przed). Fiasko takich przedsięwzięć opisuje Slavoj Żiżek w zajmującym „Lacanie”:

„We współczesnej sztuce często spotykamy brutalne próby „powrotu do realności” przypomnienia widzowi, ze żyje w fikcji, obudzenia go ze słodkich snów. (…) Zamiast nadawać tym gestom rodzaj brechtowskiej powagi i postrzegać je jako wersje alienacji, należy raczej ujawniać, czym tak naprawdę są – są dokładnym przeciwieństwem tego, za co chciałyby uchodzić”.

I ciężko się z nim nie zgodzić. Ewa Pobratyńska (w swoim marszu poprzez epoki od tej Żeromskiego, trafiła do współczesnego Wiednia, symbolizującego los wielu polskich emigrantek?), będzie zgwałcona w spektaklu Kotańskiego jeszcze raz – jest to zbiorowy, bardziej niedopowiedziany i… o wiele bardziej przejmujący akt.

Niestety nic dobrego ją nigdy nie spotyka… Bowiem na widok bohaterki wszyscy mężczyźni dostają seksualnego amoku i aż szkoda, że na jej drodze Kotański nie postawił jakiegoś sympatycznego homoseksualisty, który by dał jej chwile wytchnienia, a wtedy – bo już są feminizm, gender, antyklerykalizm, a nawet nieco polskiego antysemityzmu – dopełniłby się już szkielet ideowy współczesnej polskiej propozycji teatralnej.

Bo jak mówi m.in. Michał Kotański: „Dyskusje wokół gender też są bardziej projekcją lęków przed tym, co siedzi w nas samych i z czym nie radzi sobie nasze kulturowe oprzyrządowanie”. A mnie się wydaje od pewnego czasu, że ta dyskusja, to raczej opór przed kłamstwem i dyktatem, bo główne założenia gender już zostały skompromitowane (m.in. przez Haralda Eia, który "zmasakrował" Gender Studies w Norwegii), wielokrotnie nie tylko w tym dziesięcioleciu. Ale gender nadal dzielnie trwa na froncie walki z „klerykalizmem” i „ciemnotą” o „postęp” i "świetlaną przyszłość".
A co zadziwiające te ruchy przyjmują organizację znienawidzonego przez siebie kościoła rzymsko-katolickiego – mają swoich papieży o strukturze teflonu, hierarchię, tworzą poczty świętych i niezrównane hagiografie, nie wspominając o sztandarach i procesjach i nie zapominają o wierzeniach. Na ten temat też miałby wiele do wyjaśnienia Lacan.

Fabuły nie będę opowiadał, bo choć to powieść niezbyt często czytana, to jednak była już trzykrotnie ekranizowana. Dzień po premierze w Teatrze im. S.Żeromskiego była debata z szerokim gronem specjalistów literaturoznawców i teatrologów, która miała odpowiedzieć – czy twórczość Stefana Żeromskiego jest wciąż żywa. Nie będę jej relacjonował, były tam kamery kilku TV, które zrobią to lepiej.  

Gośćmi specjalnymi byli aktorzy - Grażyna Długołęcka i Olgierd Łukaszewicz, którzy w 1975 roku zagrali główne role w “Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka. Ograniczę się tylko do symptomatycznej wypowiedzi Grażyny Długołęckiej, która jak sądzę jest reprezentatywna dla znacznego procentu inteligencji polskiej i wyraża jej sposób myślenia. Aktorka m.in. stwierdziła, że problematyka zarysowana tak w powieści jak i adaptacji z jej udziałem, jest nadal aktualna. Bo oto jej dorosła córka od 15 lat, niczym powieściowy Łukasz Niepołomski, próbuje uzyskać „rozwód” w kościele rzymsko-katolickim i wciąż jej stawiają tam problemy (oczywiście dałoby się to pewnie załatwić gdyby zainteresowana poświęciła tej sprawie dużą sumę pieniędzy, uwaga ta jak sądzę ma podkreślić tym bardziej niegodziwość i pazerność „katolickich klechów”).  Oczywiście można iść i tym tropem. Ale zastanówmy się nad innym – po co córce wyemancypowanej aktorki (mówiła o Pobratyńskiej : „(…) co miała dziewczyna zrobić, nie było na jej drodze nikogo, kto by mógł jej pomóc (czytaj: skutecznych instytucji aborcyjnych) i musiała się tego (w domyśle  dziecka) pozbyć”) unieważnienie (przypomnę - reguła kościoła rzymskokatolickiego nie przewiduje rozwodów) - małżeństwa? Czyżby po to, żeby mogła wyjść ponownie za mąż w tym samym obrządku? I niczym Pobratyńska kilka razy wkładać głowę w to samo jarzmo?
Jak przypomniał, ku lekkiej konsternacji wielu obecnych, Wojciech Niemczyk (wyborna rola hrabiego Zygmunta Szczerbica), deklaracja po stronie instytucji o określonych wartościach, wymaga albo realizacji tych wartości, albo - jeśli odczuwa się dyskomfort – odrzucenia organizacji. Bo wolności mamy tyle, ile jej sobie wywalczyliśmy.

Dla mnie to celna pointa całości i klucz do współczesnego odczytania „Dziejów grzechów”.

Krzysztof Sowiński

Jak widzę Stefana Żeromskiego już napisałem wcześniej, więc nie będę powtarzał:

„Erotomanii wszystkich krajów łączcie się”!



Ze Stefanem Żeromskim był i jest problem – szokował przełamywaniem tabu obyczajowego, imponował humanistyczną troską z jaką opisywał los bliźnich, które kolejne pokolenia sprytnych ludzi nazywają „lewicowością”. Wymykał się zero-jedynkowym klasyfikacjom. A pełna wiedza o nim była nieznana przez kilkadziesiąt lat.

Dziś niektórzy z czytelników twierdzą, że to co było kiedyś atutem jego twórczości  i znakiem rozpoznawczym – bogata metafora, wspaniałe opisy przyrody – są mankamentem. (Ja bym dodał jeszcze w tych opisach - zachwyt nad kobiecą urodą!) Dla mnie był jednak tym, który imponował w swoim pisarstwie szczerością. A to wbrew pozorom bardzo rzadka cecha, nie tylko w jego czasach

Ostatnio miałem okazję widzieć sporo zdjęć pisarza z różnych okresów jego życia (zbiory MNKi w Kielcach): w szkolnym mundurku, atrakcyjny młodzieniec (187 cm wzrostu!),  równie dręczony przez pożądanie jak i gruźlicę (uważający za swoją epoką, że onanizm to grzech straszniejszy niż wizyta w domu publicznym i kiedy pisze („Dzienniki”) o tym pierwszym – ze zgrozą w kontekście opowieści o występnym koledze - mieli w sercu także własny ciężki grzech). Kolejna fotografia - szczupły pan w średnim wieku nadal przystojny, ze śladami choroby, już z przerzedzoną znacznie czupryną, ale nadal  z błyskiem w oku, które nadal notowało jak:  (…) mknęły, mknęły, mknęły bez ustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i sprawiających rozkoszne wrażenie, jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy wynurzała się z powodzi osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do uwierzenia piękna, że widok jej był pieszczotą dla wzroku i nerwów. Wyrywał z piersi tęskne westchnienie jak za szczęściem — i ginął unosząc je w mgnieniu oka ze sobą” („Ludzie bezdomni”).

Później mamy zdjęcia bardziej upozowane, w duchu tamtej epoki - miały egzemplifikować dostojność „sumienia narodu”, troskliwego ojca (fotografia z małą córką Moniką).

Widziałem, też zdjęcie dramatycznie schorowanego mężczyzny u schyłku jego życia – w sanatorium, siedzi wśród innych pacjentów, a na poręczy ławki, przycupnęła jednym krągłym pośladkiem, blisko niego roześmiana młoda pielęgniarka,  można by rzec - „(…) panna dwudziestokilkuletnia, ciemna brunetka z niebieskimi oczami, prześliczna i zgrabna” („Ludzie bezdomni”), połączona spojrzeniem pełnym tajemnicy z legendarnym już wówczas pisarzem, który z błyskiem w oku, pozwolił sobie może na nazbyt prywatny i swawolny gest - rękę zbyt blisko „kibici” dziewczyny. Gest, który zapisał na zawsze fotograf.

Jego powieść „Ludzie bezdomni” stałą się „biblią” współczesnego mu młodego pokolenia, wzorem postaw, zaczynem żywotnego narodowego mitu. „Dzieje grzechu” (1908) wywołały skandal obyczajowy, a „Przedwiośnie” (1926), było źródłem nieporozumień i rozczarowań, które bardzo go zasmuciły u schyłku życia. Po ukazaniu się „Dziejów”, pierwszej polskiej powieści o tematyce erotycznej Eliza Orzeszkowa zarzucała mu „erotomanię” i „histerię”, Władysław Reymont uważał utwór za niepotrzebny, zaś „dewiacją znakomitego talentu” określał powieść wybitny badacz polskiej literatury Artur Hutnikiewicz.

Być może Orzeszkowa była najbliższa prawdy – erotomania! Zachwyt nad tą częścią ludzkiej natury! „Barki jej wąskie, wysmukłe, okrągłe dźwignęły się do góry. Dziewicze łono drży od westchnienia… Długi szereg wieków, który odtrącił jej ręce, który zrabował jej ciało od piersi i zorał prześliczne ramiona szczerbami, nie zdołał go zniweczyć” („Ludzie bezdomni”) – z pod czyjego pióra mógłby wyjść tak opis, jak nie spod ręki „erotomana”?! Dziś zamiast tajemnic „erotyki” możemy, co najwyżej pooglądać trochę silikonowych biustów, eksponowanych na pierwszych stronach popularnych portali, a zamiast debaty publicznej dotyczącej powieści, wysłuchać współczesnych autorytetów, w tym wypowiedzi podstarzałej, infantylnej aborcjonistki (to tak w kontekście pytań stawianych w związku z „Dziejami grzechu”). To takie teraz łamią tabu.

Jego „Przedwiośnie” zaś doczekało się pochlebnych recenzji w… sowieckiej „Prawdzie”, gdzie powieść uznano za „(…) wyraźną pochwałę komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W Polsce natomiast spadły gromy na głowę już schorowanego pisarza.
 Na nic się zdały protesty samego Żeromskiego:
„[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w „Przedwiośniu” najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec, przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych, najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm. […] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder – sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy, i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa „nie ma się tak dobrze”. Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć i wdrożyć w życie idee, które by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata, gdzie jest jej miejsce”.
(„W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym”)

Niestety nie udało mu się. Po II wojnie światowej komunizm zawitał do Polski (a nawet się pleni tutaj nadal, bo i dziś też nie wiele „wypracowaliśmy”), jego popiersia jako prekursora nowego ustroju (system nadal zbawia świat!), najczęściej tworzone w duchu tzw. „realizmu socjalistycznego” zaludniły szkoły i instytucje kultury. Zakrólowała, a może „zapierwszosekretarzowała”(?)  jedna interpretacja „Przedwiośnia”, choć niekoniecznie zgodna z wolą pisarza. Część jego wypowiedzi została podana cenzurze, nie tylko ze względu na „treści” polityczne, jak i obyczajowe. Np. z jego „Dzienników”, przy publikacji usunięto znaczne fragmenty dotykające sfery intymnej – dotyczące pierwszych doświadczeń erotycznych, wizyt w domach publicznych, problemów z chorobami wenerycznymi w młodzieńczym wieku pisarza. Żeromski musiał być także nieskazitelny moralnie. W pogadankach o nim nie wolno było wspominać o jego zapisach dotykających tej sfery życia, a także faktu, że porzucił swoją pierwszą żonę i żył w tzw. konkubinacie z Anną Zawadzką, z którą miał nieślubne dziecko - Monikę Żeromską.  „(…) legenda o małżeństwie z Anną utrzymywała się aż do śmierci pisarza" – wspomina prof. Jerzy Adamczyk, badacz życia i twórczości pisarza. W testamencie Żeromski napisał, iż "z całą świadomością" uznaje ją za żonę "wbrew wszelkiej innej opinii, która by związek ten inaczej traktować zamierzała". Legenda niestety trwała o wiele dłużej niż sądzi Profesor.

Tak nota bene Stefan Żeromski w czasie I wojny światowej znalazł się w Zakopanem, z dwiema rodzinami  - z Oktawią z synem Adasiem i Anną Zawadzką z córką Moniką. Czy pisarz krążył tylko taktownie między dwoma willami?

Prof. Jerzy Adamczyk: „Przygotowując objaśnienia do listów zastanawiałem się niejednokrotnie, czy tę wiedzę, którą zdobyłem "przebijając się i przedzierając" przez liczne dokumenty, upublicznić czy nie. Postanowiłem podzielić się nią, ponieważ, jak sądzę, ujawnienie jej ani nie wyrządzi przykrości zainteresowanym, bo nie ma już ich wśród żywych, ani nie umniejszy ich powagi".  „(…) Ponadto, listy osób wybitnych wydaje się po to, by w świadomości potomnych zapisał się ich obraz możliwie najbogatszy i najprawdziwszy. Mam nadzieję, że wyłaniający się z listów obraz człowieka i pisarza o nazwisku Stefan Żeromski będzie bardziej wielowymiarowy i prawdziwszy niż przed edycją listów”.
Znikają jego książki z kanonu lektur szkolnych, więc nie wiadomo czy w ogóle będzie…

Mogę powiedzieć za Giladem Atzmonem, współczesnym filozofem: „Teraz sporo zajmuję się Szkołą Frankfurcką, ludźmi, którzy wierzyli, że należy rozmontować Zachód. Wypowiedzieli wojnę patriarchalnej rodzinie, kościołowi i systemowi edukacji. I dużo osiągnęli, a szczyt ich działalności przypadł na okres rewolucji z 1968 roku. Udało im się zniszczyć Zachód i zepsuć lewicę, zmienić ją w przeciwieństwo lewicy związkowej, która była dość produktywna, jeśli chodzi o dbanie o interesy ludzi i podział społeczeństwa. (…) Lewica jest obrzydliwa i jest to tragiczne. Nie wiem, jak wy, ale większość ludzi, których znam, na jakimś etapie była lewicowa, bo wierzyliśmy w etykę i wierzyliśmy, że lewica jest motywowana etyczną myślą. Teraz naprawdę nie znajduję już u lewicy żadnej formy rozumowania i myślenia etycznego. Bardzo mnie to smuci”. Zakrzyknę zatem zamiast tego, żeby oprzeć się pesymizmowi - „Erotomanii wszystkich krajów łączmy się”!

Z nadzieją, że Stefan Żeromski dziś podzielałby i te opinie.

Krzysztof Sowiński

środa, 15 października 2014

Odpowiedź na tekst pt. „Niesmak po "prowokacji" w teatrze. Widzowie depczą nekrologi z nazwiskami ofiar komunizmu"



Szanowni Państwo,

jak sądzę należy się Państwu kilka słów wyjaśnienia, choć odpowiedź jest zawarta.... w tytule „Widzowie depczą nekrologii...” Widzowie, nie autorzy spektaklu.

Nazywam się Krzysztof Sowiński, jestem komisarzem wystawy, która jest integralną częścią spektaklu „Hemar. Poeta przeklęty”, wystawianego w Kielcach, w Teatrze im. S.Żeromskiego. Reżyserem widowiska jest Piotr Szczerski. Autorem scenografii Jurek Sitarz.
Tak... Przyznaję się, także i w ich imieniu – to myśmy uczynili.

Ktoś z komentatorów tekstu zamieszczonego na portalu niezalezna.pl nawoływał, żeby Piotra Szczerskiego wywalić za tego „Hemara” na zbity pysk, ktoś inny zaproponował, żeby to autorzy teatralnej propozycji, umieścili na klepsydrach nazwiska swoich bliskich i je także deptali.
Chciałem powiedzieć, że wśród „deptanych” jest zamordowany przez UB nastolatek – wujek Piotra Szczerskiego. Jak się nazywał krewny reżysera zostawiam dociekliwym.
Zresztą Piotr Szczerski nie po raz pierwszy upomina się o żołnierzy „wyklętych” - kilka la temu na deskach kieleckiego teatru wystawił „Kłopot Pana Boga”, wg powieści śp. Jana Krzysztofczyka (syna „niezłomnego”), pokazujący dramatyczne losy tych, dla których już nie było miejsca w nowej powojennej rzeczywistości. Oczywiście spektakl przeszedł w tzw. wpływowych mediach bez echa...

Autor tekstu w „niezaleznej” posługuje się opiniami z tzw. drugiej ręki – uwagami widzów i jedną z recenzji – jakkolwiek odczytania dzieła sztuki mogą się zupełnie różnić, to akurat w tym przypadku recenzentka – z całą pewnością nie zrozumiała przesłania teatralnej propozycji.

Nawet patrząc tylko z punktu widzenia konwencji spektaklu, jego narracji – zaczyna się od piosenek przedwojennego Hemara, później następuje sowiecka inwazja, a publiczność jest popychana przez żołdaków do stalinowskiego gmachu, gdzie przybyli „muszą” obejrzeć wystawę okazałych pomników oprawców i przywódców PRL, na podłodze zaś leżą setki klepsydr „Niezidentyfikowanych ofiar władzy ludowej” - widać, że to nie autorzy inscenizacji każą komukolwiek deptać po kimkolwiek.

A swoją drogą - czyż wystawa ta, to nie także i metafora odnosząca się do współczesności – oto właśnie parę dni temu prokurator skazujący legendarna Inkę, został pochowany z wojskowymi honorami!

Przybyli do teatru widzowie dostawali do ręki imienne klepsydry – niektórzy je trzymali z nabożną czcią do końca, inni pieczołowicie (rzekłbym z szacunkiem i miłością) kładli na podłogę, byli tacy, którzy rzucali. Przechodziły tłumy. Te miały do wyboru – przejść po klepsydrach, przesunąć je, „zdeptać”.
I każdy zrobił co zechciał lub musiał zechcieć.

Niestety proszę Państwa to myśmy wszyscy pozwolili „deptać” (w 1989 roku również) i nadal pozwalamy.

W imieniu reżysera zapraszam do Kielc na „Hemara...”, bo jak podpowiada Pismo – tylko prawda nas wyzwoli, a jak przypisuje się Sokratesowi – prawda, to zgodność z rzeczywistością. Jeśli udało nam się pokazać chociażby je cień – spełniliśmy swoją rolę.

Z wyrazami szacunku
Krzysztof Sowiński

sobota, 20 września 2014

List w sprawie „Hemara”






Drogi Piotrze,

 


Motto...
Dzień Zaduszny Polski (wiersz zdaje się)

Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".

Bliscy ofiar wspominają katów:
"Niech Bóg im wybaczy...
A ludzie.... Ludzie... nigdy nie zapomną ".

ks.

od czasu kiedy byliśmy w Kozłówce w Galerii Sztuki Socrealizmu, ja, Ty, Jurek Sitarz - już w aucie, w drodze powrotnej, zastanawiałem się dlaczego Ty, my - to robimy, ten spektakl, tego „Hemara”, oczywiście oprócz wewnętrznego, przeświadczenia, które werbalizujemy prostą i cenną konstatacją, że.... mamy taki obowiązek (to jest ta część, w naszym przypadku, istoty dramatu antycznego).

Ale dlaczego my to robimy?  Po co? (Oczywiście oprócz przeświadczenia, że skoro jest - teatr, to powinno się w nim coś robić, i najlepiej jak to „coś” dotyczy jakiegoś aktualnego myślenia o świecie, o naszym świecie, o naszym języku w którym opowiadamy i wymyślamy ten świat wciąż na nowo. A nie o urojonym wykluczeniu).

Czy jesteśmy rzecznikami przegranej sprawy? Bo niestety  - tak to się jawi aktualnie, choć można to pokazać też, jako tę przysłowiową szklankę pełną do połowy.  Czy upominamy się o tych represjonowanych, którzy jakoby w 1989 roku wygrali? O naszych przodków się upominamy? Czy o część nas, która chce być szlachetna, jest dumna ze szlachetności tych, którzy byli szlachetni przed nami? Ale to nie nasza szlachetność. A być może, upominamy się o tych, którzy byli tak głupi, że się dali zabić?

Czy upominamy się o elementarne wartości? Oczywiście możemy powiedzieć tak i być z siebie dumnymi, chociażby w wąskim gronie...
A dla mnie ciekawsze jest jeszcze to....
A może zazdrościmy im tylko władzy i próbujemy na swój sposób wykopywać spod nich stołek?
A może się lękamy, że zachowalibyśmy się tak samo? I tym głośniej krzyczymy... Tym głośniej...
A może dlatego, ze nie wiemy jakbyśmy się zachowali? I tylko dywagujemy nasza opowieść o podwójnej naszej roli i kata i ofiary?
Bo wiemy od Kierkegaarda, że wszelkie deklaracje są gówno warte, decyduje... decyzja... Ułamek... Moment...
I projektujemy te swoje decyzje, niedecyzje…

Ale przecież robimy to także dla tych, których ojcowie zabijali "bandytów", zabijali tych, którzy strzelali do milicjantów i mierniczych dzielących cudzą własność i parcelujących cudze życie i cudzy bezpowrotnie świat.
A może kamuflujemy tylko w cywilizowanej formie swoją nienawiść? I ostrzymy słowa na zburzonym progu?

Dla mnie to spór, który toczy się od Platona. Od jego dyskursu z sofistami. (Raczej nie dramat dwóch równorzędnych racji, bo te racje - UB i AK, nazwijmy je tak umownie - jakby nie patrzeć nie są takie same, a może są? Z jednej strony próba nawet za cenę śmierci, wytrwania przy wartościach, po których przejechał sowiecki tank, z drugiej mały praktycyzm.... ("Jakoś panie, trzeba było żyć"). I oddanie się we władanie silniejszemu. To dramat historycznych racji często granych przez małych i zwykłych ludzi.

Platon uważa, jak zwykliśmy sądzić - że jest świat idealny, a nasz jest tylko odbiciem, cieniem (gorszym) tamtego. Sofiści mu odpowiadają - prawda to tylko to, co służy silniejszemu. Tak podpowiada im doświadczanie rzeczywistości. Nie mają żadnych iluzji. Więc jako wędrowni retorzy za garść drahm, euro czy dolarów, stypendiów, grantów - uczą jednych „równiejszych” spośród „równych” - jak być dominującymi, a wielką resztę - zjadaczy  chemicznie spreparowanej paszy - posłuszeństwa.

Sam mam wewnętrzne rozdarcie - widzę wielkość wyboru Platona i jasność wywodu sofistów. To oni są skuteczniejsi wbrew pozorom - retoryka to główne narzędzie podporządkowania świata i jego kreowania. I wiem, ze żaden punkt widzenia nie jest punktem ostatecznym. Widzę zatem nasz spektakl jako rodzaj dyskursu, z którego wyłonią się być może jakieś sensy. Pytanie tylko jakie?

Jak chcą współcześni pragmatyści (mówię o filozofach z USA), prawdę produkuje dyskurs. Fakt jest to prawda chwilowa (oni twierdzą, że nie ma innej i nigdy nie było), niekończąca się opowieść, spektakl, który będzie trwał nawet po jego zakończeniu, mało tego - jak widzimy - on trwa już i teraz, będzie miał tylko swoje „pięć minut” na deskach teatru.

Teraz Marian Hemar... Skąd się bierze ta jego niezłomna decyzja? Platoński idealista? A może krzyk człowieka, który choćby tego świata Platona nie było, to wymyśla go sobie na własny użytek, w swojej tylko skali? I jest wierny swojemu zamysłowi.
Zbigniew Herbert nam podpowiada - jak wszystko zawodzi, została nam tylko odwaga. I słowa...

Dlaczego my ten spektakl robimy? Dla Hemara. I innych. I żeby uronić łzę nad Gałczyńskim także. I nad sprytem, czy upadkiem Iwaszkiewicza, noszącego na sędziwej  głowie zamiast czapki błazna, tylko górniczy rekwizyt. Podsuwa mi się być może też trywialna uwaga - bo możemy go zrobić, bo jeszcze go możemy! Bo jeszcze nie mają mocy nam tego zabronić! Bo jeszcze udają cywilizowany dialog! Bo jest jeszcze go – w końcu - dla kogo zrobić.

A ten lęk przed kilkoma wydobytymi kośćmi zamordowanych, z jakichś Łączek - jest zdumiewający! Wydobytych po kilkudziesięciu latach.
Powinni się zatem tym bardziej jeszcze lękać - kilku odkopanych wierszy i listów!

Posłużę się  fragmentem mojego tekstu (widzisz... prościutki jak rzadko, wspominałem):

Kaci wspominają ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".

Hemar i pomordowani dowodzą, że nie każdy...

I niech potomków tych, którzy zmusili Gałczyńskiego do skowytu, to k.... boli, tych synów i wnuków utrwalaczy, specjalistów od zrywania paznokci, miażdżenia jąder i sumień - niech ich boli do końca ich świata i kilka dni później. Bo wiemy, że ich boli...
Bo ten ich lęk przed bólem jest dowodem na to, że człowiek potrzebuje elementarnej sprawiedliwości, a jeśli jej nie ma, to ją sobie wymyśli.
A może to nie lęk przed bólem tylko lęk przed utratą władzy?


Cieszę się, że to wymyślamy... Że to Ty wymyślasz… Wydobywasz z zapomnienia, równego nieistnieniu.

Z wyrazem, a nawet paroma - szacunku
Krzysztof Sowiński