Jeśli masz wątpliwości, czy
mamy utalentowanych aktorów w Kielcach powinieneś wybrać się na… „Anię z
Zielonego Wzgórza”. Dostaniesz historię, która Cię rozbawi i głęboko
wzruszy. I wyobraź sobie (naprawdę ciężko to sobie wyobrazić), że jedyna
garderoba jaka tam będzie zdejmowana publicznie, to będą tylko...
kapelusze. Nie wierzysz?! A jednak! I ani chwili się nie będziesz
nudzić!
„Anię…wystawia Teatr Żeromskiego. To kolejne
wznowienie. Szczegóły spektaklu można znaleźć na stronie internetowej
placówki. (Dobrze, że jest ten internet – mogę sobie darować
wstępniaka).
Wybrałem się w mikołajkowy wieczór, dzięki
temu byłem z publicznością, o jakiej każda scena sobie może pomarzyć –
dzieci! Spontaniczne! Prawdziwe! Dobre i zarazem… okrutne… Prawdziwa
była także wichura, która szalała nad Kielcami i co chwila uderzała,
budząc grozę dorosłych, w teatralny dach.
Nie tylko
publiczność się bawiła, widać, że większość aktorów także – w końcu
mieli okazję, naprawdę COŚ ZAGRAĆ, w spektaklu pełnym życia, ruchu,
tańca i śpiewu - wymagającym prezentacji warsztatu i talentu.
Nie będę się bawił w Pana Boga Recenzenta i oceniał grę poszczególnych aktorów, na uznanie zasługuje cały zespół! A przed reżyserem Janem Szurmiejem kłaniam się nisko.
„Ania…
„ jest zapisem świata, którego niby już nie ma. Miniona epoka. Mamy
historię wrażliwej dziewczynki, którą okrutny los rzuca do sierocińca, a
stamtąd „dobrzy ludzie”, przekazują ją kolejnej rodzinie, u której
dziecko powinno pracą „uczciwie zarobić” na „dach nad głową i kromkę
chleba”. Trzynastolatka ucieka przed mrocznym losem w świat poetyckiej
wyobraźni. Znamy tę opowieść. I wiemy, że… to nie jest najgorsze, co
mogło na przestrzeni dziejów spotkać samotne, bezbronne dziecko.
Wiele
lat przed powstaniem „Ani…” „malarz duszy” Rembrandt, dał światu słynną
„Straż nocną”. Błyskotliwą analizę obrazu można znaleźć w dokumencie
"Rembrandt: oskarżam...!" Wynika z niej m.in. że sierocińce wówczas
skrywały ponurą tajemnicę, odwiedzała je ówczesna elita władzy i
pieniądza, a dzieci były obiektem przemocy seksualnej.
Niby
tych światów już nie ma, ale.. gdybyśmy tylko zmienili kostiumy na
współczesne i tylko nieco unowocześnili fabułę, dodali parę gadżetów…
Przypomnijmy sobie nigdy nie rozwikłaną, współczesną aferę pedofilską w
Belgii, do której nitki wiodły do kręgów najwyższej władzy… A kto był na
jej tropie, zaraz spotykało go... nieszczęście. Nigdy nie wyjaśnioną aferę
pedofilską w Polsce, w którą uwikłany był autorytet mainstreamu.
Pamiętam…
od dzieciństwa słyszę mantrę (a żyje już wystarczająco długo, żeby
wiedzieć, że to KŁAMSTWO, na które łapią się kolejne naiwne, zamulone
medialną propagandą, produkującą lepiej niż kiedykolwiek dotąd - „opinie
publiczne” - pokolenia), że potrzeba tylko trochę czasu, a ten, a już
na pewno technologia – rozwiążą problemy ludzkości, w tym dzieci –
biedę, przemoc. Niestety – przemoc w małej i mega skali nadal są obecne –
bo… to najbardziej opłacalna gałąź biznesu i dopóki tak będzie, nie ma
nadziei na zmiany. Nastąpiła tylko zmiana opakowania… Czyż nie mawiał
stary, mądry Churchill, że – „faszyści przyszłości będą nazywać siebie
antyfaszystami”?
Te dzieci, co rusz oklaskujące aktorów
kieleckiej sceny, jeszcze o tym nie wiedzą. Ale ich rodzice już tak – i
dzielnie przygotowują je do brutalnej walki o przetrwanie, w której nie
ma litości.
O czym zatem jest ta, z pozoru już lekko pokryta
patyną czasu „Ania z Zielonego Wzgórza”? Jest to spektakl o… dobroci,
która czyni z tego ponurego globu, świat cudów. Ten cud dostrzegł
odchodzący na zawsze, stary Mateusz. Niezwykle sugestywna i wzruszająca scena. Obok finałowej - kiedy ciarki biegną po plecach i w jednej chwili uświadamiamy sobie, że oni już wszyscy umarli i my także podzielimy ich los.
Słyszałem jak jedna
zatroskana mama, martwiła się, czy ta śmierć nie jest zbyt dosłowna, czy
nie wpłynie negatywnie na jej pociechy? A przecież do teatru, do świata
sztuki nie wchodzimy bezkarnie. Nawet dziecko.
Być może
takie spektakle jak kielecka „Ania…”, to ostatnie wspomnienia
„dobroci”, a teatry, kino, literatura powoli będą się stawać miejscami,
które będę już tylko utrwalały, oczywiście pod hasłami modernizacji i
walki o tzw. wykluczonych – dominacje tych, którzy „raz zdobytej władzy
nie mają zamiaru już oddać nigdy”.
Tymczasem dzieci
śmieją się i płaczą wraz z Anią i są gotowe naruszyć iluzoryczne światy
sceny i widowni, świata realnego i świata kreowanego i pobiec jej na
pomoc. Ale wiem, że wkrótce się im to zmieni, zostaną tylko boleśnie
praktyczni dorośli, w tym pragmatyczni jak nigdy twórcy, z rozpędu
nazywani artystami i garstka outsiderów.
Ale dla tej garstki warto TUTAJ było być.
niedziela, 8 grudnia 2013
poniedziałek, 4 listopada 2013
Boję się (ps. do "Oswajania śmierci")
czarne planety i czarne gwiazdy pobladły
czarny śnieg sypnie w moje usta po północy.
wtedy ojciec, jak kiedyś, staje przy moim łóżku
taki milczący i tak bardzo umarły.
zatem mocniej wciskam głowę po poduszkę.
przełykam słowa, które są we mnie, do niego.
boję się spojrzeć w jego wykąsane oczy
czarno-błękitnie jarzące się w lustra cieniu.
bo co zrobimy jak się obydwaj dowiemy
o naszym tutaj nieistnieniu?
(Ze zbiorku "Świat według mnie i jego", 1993)
czarny śnieg sypnie w moje usta po północy.
wtedy ojciec, jak kiedyś, staje przy moim łóżku
taki milczący i tak bardzo umarły.
zatem mocniej wciskam głowę po poduszkę.
przełykam słowa, które są we mnie, do niego.
boję się spojrzeć w jego wykąsane oczy
czarno-błękitnie jarzące się w lustra cieniu.
bo co zrobimy jak się obydwaj dowiemy
o naszym tutaj nieistnieniu?
(Ze zbiorku "Świat według mnie i jego", 1993)
Oswajanie śmierci
Trudno pisać o tej propozycji w kategoriach typowej premiery. Bo to nie
było zwykłe przedstawienie. To był hołd jaki Piotr Szczerski,
reżyserując „Wdowy”, oddał zmarłemu niedawno autorowi sztuki –
Sławomirowi Mrożkowi, z którym w ostatnich latach złączył go los.
Reżyser zadał fundamentalne pytanie, czy da się oswoić śmierć?
„Wdowy” Piotr Szczerski, dyrektor Teatru im. S. Żeromskiego, wystawił już w Kielcach, w 2007 roku. Tamta inscenizacja przypadła Mrożkowi do gustu i wyraził opinię nobilitującą reżysera. Tę tegoroczną Piotr Szczerski nazwał reaktywacją, by za chwilę zadać sobie i widzom pytanie, czym jest właściwie reaktywacja?
Zmieniło się wiele, sam reżyser przeszedł przez doświadczenie ciężkiej choroby, a dramaturg – jak to się mawia w naszym języku, próbując oswoić ostateczność – odszedł na zawsze.
„Tym spektaklem chcę Go przywołać zbiorowej pamięci” - mówił reżyser.
„Bo co po nas pozostaje: Pamięć i... kapelusz. Albo inaczej: na pewno kapelusz, a czasem i pamięć” - dodał.
Nie będę się rozwodził na temat „meksykańskiego” sposobu podjęcia tematu śmierci i jej pojmowania. Napisano już na ten temat wiele, a najlepiej o tym opowiedział przed laty sam Dramaturg.
Zresztą nie wiem, czy to jest konieczne do zrozumienia utworu? Oddziaływuje i bez tego. Jest to tekst... zabawny, a zarazem metafizyczny i czysty, któremu niepotrzebne są towarzyszące mu zazwyczaj zawiłe przedpremierowe objaśnienia. I właśnie dzięki metafizyce wymyka się umiejętnie, spod władzy konwencji kilku zarysowanych zręcznie, banalnych sytuacji-skeczów. Tworzy własny dyktat!
I co najważniejsze jest to tekst precyzyjny. Boże! Jaka to rzadkość we współczesnej dramaturgii.... Tekst, który nie ucieka przed odpowiedzialnością, w dziesiątki nagromadzonych konotacji. Tekst, który się mierzy bezpośrednio z widzem i nie szuka wymówek w pseudouczonych dysertacjach, w języku nowomowy psychologicznej, socjologicznej i... teatralnej...
Nie będę opowiadał kanwy wydarzeń! Nie ma przecież sensu. Tytułowe wdowy świetnie zagrały Teresa Bielińska i Joanna Kacperek, a milczącą samym gestem i ruchem Wdowę-Śmierć, wyraziła Beata Pszeniczna. Panów: brawurowo zagrali: Mirosław Bieliński i Tomasz Nosiński. A Kelnera, a zarazem Mistrza Ceremonii – świetny Dawid Złobiński.
Po pięciu latach reżyserskiej nieobecności Piotr Szczerski przypomniał sobie swoje własne korzenie – są nimi: Beckett, Pinter, Mrożek.
Zadał fundamentalne pytanie: czy da się oswoić śmierć? Odpowiedział, jak zrozumiałem: nie da – można tylko ze zrozumieniem i wdziękiem poddać się jej woli.
A być może najlepsi z nas, wojownicy i dotknięci czymś co niektórzy nazywają błyskiem „oświecenia”, kiedyś w nagrodę, wynegocjują ze śmiercią – czas i miejsce pożegnania?
Słynny kapelusz Mrożka, leżał, na stoliku w czasie przedstawienia, a kto był uważny to czuł, że spod niego dyskretnie zerka sam Mistrz. Ale nikt nie miał odwagi spojrzeć wprost - żeby w kapelusza cieniu, nie dostrzec czasem nieistnienia.
Reżyser zadał fundamentalne pytanie, czy da się oswoić śmierć?
„Wdowy” Piotr Szczerski, dyrektor Teatru im. S. Żeromskiego, wystawił już w Kielcach, w 2007 roku. Tamta inscenizacja przypadła Mrożkowi do gustu i wyraził opinię nobilitującą reżysera. Tę tegoroczną Piotr Szczerski nazwał reaktywacją, by za chwilę zadać sobie i widzom pytanie, czym jest właściwie reaktywacja?
Zmieniło się wiele, sam reżyser przeszedł przez doświadczenie ciężkiej choroby, a dramaturg – jak to się mawia w naszym języku, próbując oswoić ostateczność – odszedł na zawsze.
„Tym spektaklem chcę Go przywołać zbiorowej pamięci” - mówił reżyser.
„Bo co po nas pozostaje: Pamięć i... kapelusz. Albo inaczej: na pewno kapelusz, a czasem i pamięć” - dodał.
Nie będę się rozwodził na temat „meksykańskiego” sposobu podjęcia tematu śmierci i jej pojmowania. Napisano już na ten temat wiele, a najlepiej o tym opowiedział przed laty sam Dramaturg.
Zresztą nie wiem, czy to jest konieczne do zrozumienia utworu? Oddziaływuje i bez tego. Jest to tekst... zabawny, a zarazem metafizyczny i czysty, któremu niepotrzebne są towarzyszące mu zazwyczaj zawiłe przedpremierowe objaśnienia. I właśnie dzięki metafizyce wymyka się umiejętnie, spod władzy konwencji kilku zarysowanych zręcznie, banalnych sytuacji-skeczów. Tworzy własny dyktat!
I co najważniejsze jest to tekst precyzyjny. Boże! Jaka to rzadkość we współczesnej dramaturgii.... Tekst, który nie ucieka przed odpowiedzialnością, w dziesiątki nagromadzonych konotacji. Tekst, który się mierzy bezpośrednio z widzem i nie szuka wymówek w pseudouczonych dysertacjach, w języku nowomowy psychologicznej, socjologicznej i... teatralnej...
Nie będę opowiadał kanwy wydarzeń! Nie ma przecież sensu. Tytułowe wdowy świetnie zagrały Teresa Bielińska i Joanna Kacperek, a milczącą samym gestem i ruchem Wdowę-Śmierć, wyraziła Beata Pszeniczna. Panów: brawurowo zagrali: Mirosław Bieliński i Tomasz Nosiński. A Kelnera, a zarazem Mistrza Ceremonii – świetny Dawid Złobiński.
Po pięciu latach reżyserskiej nieobecności Piotr Szczerski przypomniał sobie swoje własne korzenie – są nimi: Beckett, Pinter, Mrożek.
Zadał fundamentalne pytanie: czy da się oswoić śmierć? Odpowiedział, jak zrozumiałem: nie da – można tylko ze zrozumieniem i wdziękiem poddać się jej woli.
A być może najlepsi z nas, wojownicy i dotknięci czymś co niektórzy nazywają błyskiem „oświecenia”, kiedyś w nagrodę, wynegocjują ze śmiercią – czas i miejsce pożegnania?
Słynny kapelusz Mrożka, leżał, na stoliku w czasie przedstawienia, a kto był uważny to czuł, że spod niego dyskretnie zerka sam Mistrz. Ale nikt nie miał odwagi spojrzeć wprost - żeby w kapelusza cieniu, nie dostrzec czasem nieistnienia.
sobota, 2 listopada 2013
Dzień Zaduszny Polski (wiersz zdaje się)
Kaci wspominaja ofiary:
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Bliscy ofiar wspominają katów:
"Niech Bóg im wybaczy...
A ludzie.... Ludzie... nigdy nie zapomną ".
"Takie były czasy. Tak trzeba było.
Każdy by tak zrobił".
Bliscy ofiar wspominają katów:
"Niech Bóg im wybaczy...
A ludzie.... Ludzie... nigdy nie zapomną ".
środa, 30 października 2013
Grób (prozy, z cyklu - "Ukryte poematy")
Powiało złoto-czerwonymi liśćmi, jak to może się zdarzyć tylko „u nas” w
listopadzie. Kobiety zauważyły to, daleko za oknem swoim
dalekowzrocznym spojrzeniem.
Powiało różowo-białymi płatkami kwiatów jabłoni, jak to może się zdarzyć tylko „u nas” w maju. Kobiety zauważyły to, daleko za oknem.
Znowu powiało ("Który to raz?") złoto-czerwonymi liśćmi, jak to może, to może się zdarzyć tylko „u nas” w listopadzie. Kobiety zauważyły...
„Och... żeby kiedyś w taki ciepły, słoneczny dzień.... – być może pomyślała jedna ze starszych pań, 72-letnia Julia, schludna, grubawa kobieta, z pomiętą twarzą i siwymi rzadkimi włosami, które kiedyś były kruczoczarne i tak gęste, że łamały się na nich przy czesaniu najtwardsze kościane grzebienie.
Obok - o podobnym ostatnim dniu - mogła pomyśleć jej 78-letnia siostra, bardzo podobna, tylko nieco wyższa Bogusława. Ubrana jest w elegancki, markowy, ale przyciasny kostiumik, o numer, albo raczej dwa mniejszy niż trzeba. Jest przekonana, że nikt się nie domyśla, że kostiumik odziedziczyła po zmarłej niedawno dużo szczuplejszej kuzynce, którą pod „koniec” odwiedzała w dzień w dzień i syn kuzynki to docenił.
Niektórzy mówią, że nie nosi się rzeczy po umarłych, bo to zwiastuje nieszczęście. Można tylko po bliskiej rodzinie. „Ależ czy nie ma bliższej rodziny ponad kuzynkę po stryjecznym bracie?” – przekonywała siebie i innych Bogusława.
- Ładny masz kostiumik... Kupiłaś sobie? – spytała siostra.
- A... miałam go już od dawna, tylko leżał w szafie.
Zdjęła zdeptane poza tak zwane granice ostateczności, nie pasujące nawet do siebie, pomarszczone buty. Ukazały się ze trzy dziury na niezbyt świeżych rajstopach.
– O... musiały mi się zrobić po drodze... Jakie to dziadostwo teraz robią – tłumaczyła się ich właścicielka.
Zasiadły przy drewnianym stoliku (jasny orzech), o szklanym blacie, na którym gospodyni ustawiła dwie kawy, w filiżankach koloru i kruchości płatków jabłoni i podobne głębokie naczynie pełne małych ciasteczek rozsypanych niczym garść liści, albo miniaturowa talia kart o czekoladowych plecach, dla której już za późno jest na pasjansa i spełniony jest przedostatni tarot.
To po nie sięgała nazbyt często ręka kobiety w kostiumie.
- 0 jakie pyszne! Jakie pyszne! Gdzie takie kupiłaś siostro? – pytała nie pytała.
- W sklepiku pod blokiem. Trzy złote paczka. Kupię ci. Tylko zostaw pieniądze...
- Wiesz... W zasadzie nie są takie dobre. A ja... Muszę się odchudzać... Przytyłam ostatnio. A poza tym... tak biedna kobieta jak ja, nie powinna pozwalać sobie na takie fanaberie jak choćby ciasteczka. Jestem tak biedna. Biedna...
- Ty biedna? Twój mąż ma taką wysoką emeryturę ? Z 1500 złotych! Ty też nie mało.... A ja mam 800!
- No... nie tak świetną.... A wiesz, ile on żre?! Żre i żre! A i wódkę pije! Choruje! Ile to pieniędzy trzeba na lekarstwa?! A ile pije! Ale Dobry Bóg w końcu zlituje się nade mną i go zabierze. Zabierze tego... tego ateistę!
Ale nie bardzo mogła się skupić na tej opowieści. Bo jej ciekawy wzrok (nie była tutaj ponad rok) biegł wciąż od nowej komody siostry (jasny orzech), dwóch foteli i kanapy (jasny orzech), wyłożonych ekologiczną skórką (jasny krem), kupowane przez niezamożnych ludzi, którzy chcą mieć w domu „pięknie”.
- Ty też możesz mieć takie... Rata po sto złotych miesięcznie. Rok mija szybko i spłacisz – zachwala gospodyni.
- Aaaaa... po co mi to? Ile lat ja jeszcze pożyję? Ile? Zresztą... moje stare ślubne meble są jeszcze dobre... No dobrze... coś się tam i już sypie, ale... Kiedyś nie robili tandety jak dziś. Sama wspomnisz moje słowa... Poza tym ja wolę dać wnukom... Moim wnukom.
- Ale przecież nic im jeszcze nie dałaś...
- Ale kiedyś dam – ucięła krótko. – Ja się tam śmierci nie boję... Modlę się codziennie do Boga o miejsce dla mnie w niebie... No... Ale najpierw grób dla siebie trzeba załatwić. Po to się dziś spotkałyśmy...
Wypiły po łyku kawy.
- Groby mamusi i tatusia bez problemu da się rozbudować – relacjonowała Julia. – Grób mamusi nie źle się trzyma, wiesz... Tatusia niestety nie i wiele trzeba zrobić. Ale to już w końcu minęło 65 lat. 65 lat minęło... Mój Boże... Mój... Jak ten czas leci!
„Jak jeden dzień... I jedno nie dociera do mnie, że wy już tacy starzy" – mawiała do swoich dzieci Julia, które uświadomiły sobie, że dawno, dawno już przekroczyły czterdziestkę.
Cóż się stało z jej pięknym synem, mądrym? Choć go całe życie nie może rozgryźć... Zbudowanym ze sprzeczności. Dziś zadającym kłam, swoim własnym poglądom z wczoraj. Choć on tłumaczy, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego - bowiem czuwa tylko nad równowagą świata. Słyszeliście Państwo coś podobnego?
Dziś starsza pani patrzy nad podłysiałego faceta o ostrych, niegdyś tak łagodnych i miękkich rysach. Był prymusem! Źródłem rozpierającej ją dumy przez tyle lat – podstawówka, szkoła średnia, studia! Został nauczycielem. A dziś, kiedy pada szkoła za szkołą, których już nawet echo nie pamięta dokazywania dzieci – jest bezrobotny... Jaki to wstyd... Jak powiedzieć o tym siostrze? Jak? O... woli jej nie sprawiać radości i opowiada jak to syn awansuje, i już jest wicedyrektorem! A syn... Chodzi zasępiony... Niekiedy tylko odezwie się szorstkim głosem. A ostatnio choruje... Czekają w kolejce na badanie. Lekarze nawołują do cierpliwości. Niektórzy, żeby się nie martwić i... zostawiają wizytówki z adresami prywatnych gabinetów. I ona czeka najbardziej. Może – jak to matka – bardziej niż on... Udaje, że nie czeka, ale czeka i czeka...
„Przecież on nie może przede mną. Nie może...”
A kiedyś zażartował: „Mamo... znajdzie się tam dla mnie u babci, albo u dziadka miejsce?”
Przeraził ją ten żart. Zwierzyła się z tego córce. I znów się zdumiała, choć ja widzi co tydzień. Ledwo ją poznała w tej starej, siwej, powłóczącej nogami, grubawej kobiecie! Niemożliwe?! Była tak wiotką, smukłą dziewczyną, o długaśnych nogach!
„Synu... nie martw się – gładzi go po łysawej głowie – wyzdrowiejesz... Pojedziesz do Anglii, tam w pracy jest w bród, tam czterdziestoletni ludzie mają prawo jeszcze żyć!”
Nie bardzo wie, gdzie ta Anglia. Nigdy nie miała paszportu i nigdy nie była za granicą. Ba... Ledwie parę razy za rogatkami swojego małego miasteczka. Ale skąd na to było brać pieniądze? Ledwo się koniec z końcem wiązało. Ledwo. Nadludzkim wysiłkiem. Pracą w dzień i w nocy. Dopóki starczało sił.
Ale ta Anglia to dla niej jest jak Ziemia Obiecana! Szczęśliwa kraina, gdzie po przepracowanym miesiącu nawet tym maluczkim – jak nauczyciele, czy pielęgniarki - coś nie coś zostaje w kieszeni! Ziemia Obiecana! Choć nie żyły w niej i nie wyrażały jej świata biblijne metafory, tak o Anglii myślała. Nie bywa bowiem w kościołach. Jan Paweł II to był dla niej tylko „dobry człowiek” i nigdy go "nie odwiedziła", nie miała takiej potrzeby, choć wycieczek do Watykanu było w bród. A teraz jest już za późno. Ale nie żałuje. Teraz jest nowy papież, będzie w Krakowie... Ale czyż Kraków nie jest czasem na końcu świata? Nie jest równie odległy jak Londyn, albo Ameryka?
Bogusława: - Wiesz... Długo nad tym myślałam.. Przypominałam sobie... Tatuś ciebie bardziej lubił, bo byłaś najmłodsza... Brał cię zawsze na kolana, albo sadzał na stopie i huśtał jak na huśtawce... Pamiętasz? Ja wezmę grób po mamusi i będę leżała na zawsze z mamusią...
Julia: - Dobrze. Niech tak będzie. Ja będę z tatusiem.
- To dobrze, ze tak szybko doszłyśmy do zgody.
I ręka Bogusławy szybko sięgnęła po ciasteczko...
- Teraz trzeba szybko załatwić formalności. Łatwiej i zdaje się taniej, na pewno o wiele taniej, będzie z grobem tatusia choć zniszczony bardzo, jest wykupiony na „wieczność”. Grób mamy niestety... Mija termin... Musisz się pospieszyć i szybko zapłacić – wyjaśniała Julia.
I w tym momencie ręka Bogusławy, w którą niechcący od pewnego czasu wpadało po dwa ciasteczka, zatrzymała się w połowie drogi do jej ust i... skamieniała niczym żona Lotta.
Ledwo "będąc całą w nerwach” dosłyszała: - Może zostaniesz na obiedzie?
I automatycznie odpowiedziała: - Mam obiad w domu już gotowy, ale zostanę, żeby nie robić ci przykrości.
Ale kiedy połykała ostatni kawałek wielkiego kotleta i zabierała się do lodów i ciasta, nagle się rozpromieniła!
- Wiesz co?! Przypomniałam sobie... Ty nie możesz tego pamiętać, byłaś zbyt mała, ale zaufaj siostrze...
I klepnęła się w czoło.
– Tatuś jednak bardziej kochał mnie! Jak mogłam to pomylić! Jak?! A ciebie mamusia... I przykro byłoby tatusiowi, że nie jestem przy nim. Nie możemy robić nic przeciwko woli rodziców. Ich wola to świętość! – dowodziła już spokojna, a jej ręka sięgała spokojnie po największą z pomarańczy.
Powiało różowo-białymi płatkami kwiatów jabłoni, jak to może się zdarzyć tylko „u nas” w maju. Kobiety zauważyły to, daleko za oknem.
Znowu powiało ("Który to raz?") złoto-czerwonymi liśćmi, jak to może, to może się zdarzyć tylko „u nas” w listopadzie. Kobiety zauważyły...
„Och... żeby kiedyś w taki ciepły, słoneczny dzień.... – być może pomyślała jedna ze starszych pań, 72-letnia Julia, schludna, grubawa kobieta, z pomiętą twarzą i siwymi rzadkimi włosami, które kiedyś były kruczoczarne i tak gęste, że łamały się na nich przy czesaniu najtwardsze kościane grzebienie.
Obok - o podobnym ostatnim dniu - mogła pomyśleć jej 78-letnia siostra, bardzo podobna, tylko nieco wyższa Bogusława. Ubrana jest w elegancki, markowy, ale przyciasny kostiumik, o numer, albo raczej dwa mniejszy niż trzeba. Jest przekonana, że nikt się nie domyśla, że kostiumik odziedziczyła po zmarłej niedawno dużo szczuplejszej kuzynce, którą pod „koniec” odwiedzała w dzień w dzień i syn kuzynki to docenił.
Niektórzy mówią, że nie nosi się rzeczy po umarłych, bo to zwiastuje nieszczęście. Można tylko po bliskiej rodzinie. „Ależ czy nie ma bliższej rodziny ponad kuzynkę po stryjecznym bracie?” – przekonywała siebie i innych Bogusława.
- Ładny masz kostiumik... Kupiłaś sobie? – spytała siostra.
- A... miałam go już od dawna, tylko leżał w szafie.
Zdjęła zdeptane poza tak zwane granice ostateczności, nie pasujące nawet do siebie, pomarszczone buty. Ukazały się ze trzy dziury na niezbyt świeżych rajstopach.
– O... musiały mi się zrobić po drodze... Jakie to dziadostwo teraz robią – tłumaczyła się ich właścicielka.
Zasiadły przy drewnianym stoliku (jasny orzech), o szklanym blacie, na którym gospodyni ustawiła dwie kawy, w filiżankach koloru i kruchości płatków jabłoni i podobne głębokie naczynie pełne małych ciasteczek rozsypanych niczym garść liści, albo miniaturowa talia kart o czekoladowych plecach, dla której już za późno jest na pasjansa i spełniony jest przedostatni tarot.
To po nie sięgała nazbyt często ręka kobiety w kostiumie.
- 0 jakie pyszne! Jakie pyszne! Gdzie takie kupiłaś siostro? – pytała nie pytała.
- W sklepiku pod blokiem. Trzy złote paczka. Kupię ci. Tylko zostaw pieniądze...
- Wiesz... W zasadzie nie są takie dobre. A ja... Muszę się odchudzać... Przytyłam ostatnio. A poza tym... tak biedna kobieta jak ja, nie powinna pozwalać sobie na takie fanaberie jak choćby ciasteczka. Jestem tak biedna. Biedna...
- Ty biedna? Twój mąż ma taką wysoką emeryturę ? Z 1500 złotych! Ty też nie mało.... A ja mam 800!
- No... nie tak świetną.... A wiesz, ile on żre?! Żre i żre! A i wódkę pije! Choruje! Ile to pieniędzy trzeba na lekarstwa?! A ile pije! Ale Dobry Bóg w końcu zlituje się nade mną i go zabierze. Zabierze tego... tego ateistę!
Ale nie bardzo mogła się skupić na tej opowieści. Bo jej ciekawy wzrok (nie była tutaj ponad rok) biegł wciąż od nowej komody siostry (jasny orzech), dwóch foteli i kanapy (jasny orzech), wyłożonych ekologiczną skórką (jasny krem), kupowane przez niezamożnych ludzi, którzy chcą mieć w domu „pięknie”.
- Ty też możesz mieć takie... Rata po sto złotych miesięcznie. Rok mija szybko i spłacisz – zachwala gospodyni.
- Aaaaa... po co mi to? Ile lat ja jeszcze pożyję? Ile? Zresztą... moje stare ślubne meble są jeszcze dobre... No dobrze... coś się tam i już sypie, ale... Kiedyś nie robili tandety jak dziś. Sama wspomnisz moje słowa... Poza tym ja wolę dać wnukom... Moim wnukom.
- Ale przecież nic im jeszcze nie dałaś...
- Ale kiedyś dam – ucięła krótko. – Ja się tam śmierci nie boję... Modlę się codziennie do Boga o miejsce dla mnie w niebie... No... Ale najpierw grób dla siebie trzeba załatwić. Po to się dziś spotkałyśmy...
Wypiły po łyku kawy.
- Groby mamusi i tatusia bez problemu da się rozbudować – relacjonowała Julia. – Grób mamusi nie źle się trzyma, wiesz... Tatusia niestety nie i wiele trzeba zrobić. Ale to już w końcu minęło 65 lat. 65 lat minęło... Mój Boże... Mój... Jak ten czas leci!
„Jak jeden dzień... I jedno nie dociera do mnie, że wy już tacy starzy" – mawiała do swoich dzieci Julia, które uświadomiły sobie, że dawno, dawno już przekroczyły czterdziestkę.
Cóż się stało z jej pięknym synem, mądrym? Choć go całe życie nie może rozgryźć... Zbudowanym ze sprzeczności. Dziś zadającym kłam, swoim własnym poglądom z wczoraj. Choć on tłumaczy, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego - bowiem czuwa tylko nad równowagą świata. Słyszeliście Państwo coś podobnego?
Dziś starsza pani patrzy nad podłysiałego faceta o ostrych, niegdyś tak łagodnych i miękkich rysach. Był prymusem! Źródłem rozpierającej ją dumy przez tyle lat – podstawówka, szkoła średnia, studia! Został nauczycielem. A dziś, kiedy pada szkoła za szkołą, których już nawet echo nie pamięta dokazywania dzieci – jest bezrobotny... Jaki to wstyd... Jak powiedzieć o tym siostrze? Jak? O... woli jej nie sprawiać radości i opowiada jak to syn awansuje, i już jest wicedyrektorem! A syn... Chodzi zasępiony... Niekiedy tylko odezwie się szorstkim głosem. A ostatnio choruje... Czekają w kolejce na badanie. Lekarze nawołują do cierpliwości. Niektórzy, żeby się nie martwić i... zostawiają wizytówki z adresami prywatnych gabinetów. I ona czeka najbardziej. Może – jak to matka – bardziej niż on... Udaje, że nie czeka, ale czeka i czeka...
„Przecież on nie może przede mną. Nie może...”
A kiedyś zażartował: „Mamo... znajdzie się tam dla mnie u babci, albo u dziadka miejsce?”
Przeraził ją ten żart. Zwierzyła się z tego córce. I znów się zdumiała, choć ja widzi co tydzień. Ledwo ją poznała w tej starej, siwej, powłóczącej nogami, grubawej kobiecie! Niemożliwe?! Była tak wiotką, smukłą dziewczyną, o długaśnych nogach!
„Synu... nie martw się – gładzi go po łysawej głowie – wyzdrowiejesz... Pojedziesz do Anglii, tam w pracy jest w bród, tam czterdziestoletni ludzie mają prawo jeszcze żyć!”
Nie bardzo wie, gdzie ta Anglia. Nigdy nie miała paszportu i nigdy nie była za granicą. Ba... Ledwie parę razy za rogatkami swojego małego miasteczka. Ale skąd na to było brać pieniądze? Ledwo się koniec z końcem wiązało. Ledwo. Nadludzkim wysiłkiem. Pracą w dzień i w nocy. Dopóki starczało sił.
Ale ta Anglia to dla niej jest jak Ziemia Obiecana! Szczęśliwa kraina, gdzie po przepracowanym miesiącu nawet tym maluczkim – jak nauczyciele, czy pielęgniarki - coś nie coś zostaje w kieszeni! Ziemia Obiecana! Choć nie żyły w niej i nie wyrażały jej świata biblijne metafory, tak o Anglii myślała. Nie bywa bowiem w kościołach. Jan Paweł II to był dla niej tylko „dobry człowiek” i nigdy go "nie odwiedziła", nie miała takiej potrzeby, choć wycieczek do Watykanu było w bród. A teraz jest już za późno. Ale nie żałuje. Teraz jest nowy papież, będzie w Krakowie... Ale czyż Kraków nie jest czasem na końcu świata? Nie jest równie odległy jak Londyn, albo Ameryka?
Bogusława: - Wiesz... Długo nad tym myślałam.. Przypominałam sobie... Tatuś ciebie bardziej lubił, bo byłaś najmłodsza... Brał cię zawsze na kolana, albo sadzał na stopie i huśtał jak na huśtawce... Pamiętasz? Ja wezmę grób po mamusi i będę leżała na zawsze z mamusią...
Julia: - Dobrze. Niech tak będzie. Ja będę z tatusiem.
- To dobrze, ze tak szybko doszłyśmy do zgody.
I ręka Bogusławy szybko sięgnęła po ciasteczko...
- Teraz trzeba szybko załatwić formalności. Łatwiej i zdaje się taniej, na pewno o wiele taniej, będzie z grobem tatusia choć zniszczony bardzo, jest wykupiony na „wieczność”. Grób mamy niestety... Mija termin... Musisz się pospieszyć i szybko zapłacić – wyjaśniała Julia.
I w tym momencie ręka Bogusławy, w którą niechcący od pewnego czasu wpadało po dwa ciasteczka, zatrzymała się w połowie drogi do jej ust i... skamieniała niczym żona Lotta.
Ledwo "będąc całą w nerwach” dosłyszała: - Może zostaniesz na obiedzie?
I automatycznie odpowiedziała: - Mam obiad w domu już gotowy, ale zostanę, żeby nie robić ci przykrości.
Ale kiedy połykała ostatni kawałek wielkiego kotleta i zabierała się do lodów i ciasta, nagle się rozpromieniła!
- Wiesz co?! Przypomniałam sobie... Ty nie możesz tego pamiętać, byłaś zbyt mała, ale zaufaj siostrze...
I klepnęła się w czoło.
– Tatuś jednak bardziej kochał mnie! Jak mogłam to pomylić! Jak?! A ciebie mamusia... I przykro byłoby tatusiowi, że nie jestem przy nim. Nie możemy robić nic przeciwko woli rodziców. Ich wola to świętość! – dowodziła już spokojna, a jej ręka sięgała spokojnie po największą z pomarańczy.
niedziela, 13 października 2013
„Żołnierze są tępymi, głupimi zwierzętami….”
Pada na scenie, mnie więcej takie zdanie - niektórym wydaje się, że jak głośno krzyczą, to zostaną wysłuchani.
„Misja”, najnowsza propozycja kieleckiego Teatru im. (nadal) Stefana Żeromskiego, naprawdę głośno krzyczy! Ale czy przebija się z czymś, czego byśmy dotąd nie wiedzieli? Nie sądzę. Owszem… Jest kilka zapadających w pamięć scen, ale przedstawienie broni się dzięki świetnej grze kilku aktorów. I im warto poświęcić swój czas.
Nowy sezon na deskach kieleckiego teatru dramatycznego rozpoczął się sztuką - „Misja. (Wojny, od których uciekłem”), pióra Michała Buszewicza. Tekstem, który był – jak donoszą media - w półfinale ostatniej edycji Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. „A jego sceniczna forma ma być bliska sposobowi odbioru rzeczywistości przez współczesnego widza, który potrzebuje wielu zmian, by skupić się nad określonym problemem”. Nie wiem kto zaprojektował takiego widza, ale znam rezultaty – mnożenie, z trudem trzymających się „kupy” wątków, mnóstwo krzyku na scenie (w zamiarze zdaje się, żeby wyrwać widza z jego małego, poukładanego światka, wstrząsnąć nim, a w rzeczywistości, żeby widz, zdaje się nie zasnął). A skupić się na jakimś „problemie”, wydaje mi się w tej propozycji rzeczą niepodobną.
Niestety jest kilka nużących momentów, kilka wątków, które spokojnie można by bez straty dla całości zwyczajnie wyp….., nie owijając w bawełnę, a może dziś już polar savoir-vivre’u.
„Misja”, miała opowiedzieć o traumie żołnierzy, którzy – jak mawia się, próbując oswoić nie do oswojenia koszmar zabijania - powąchali prochu. W rolach żołnierzy Włodzimierzów, a zarazem Ratowników, Bankowców, Pielęgniarzy, Oficerów: debiutujący w Kielcach Michał Wanio, Andrzej Plata, Wojciech Niemczyk.
Temat młodych żołnierzy, ich traumatycznych przeżyć, to niebezpieczny zaminowany teren – na tej kanwie powstało wiele wybitnych książek i filmów – wymienię kilka z tych pierwszych - „Na Zachodzie bez zmian”, „Cienka czerwona linia”, „Paragraf 22” i może najlepsza z nich „Bohater na ośle”. Tak naprawdę powinny one znaleźć się na liście zakazanych, bo ujawniają mechanizmy wojny. Po ich przeczytaniu – świat już ostatecznie traci bezpowrotnie swoją naiwność.
Czy koresponduje z tą wiedzą, utwór młodego dramaturga? Nie bardzo. Na scenie się pojawia Wojciech Niemczyk, uczesany jak w scenach finałowych kapitan Benjamin Willard (Martin Sheen w legendarnym „Czasie apokalipsy”). Myślę sobie – dobrze, cytat utajony, będzie polemika. Niestety nie było. To był „prywatny” pomysł aktora.
A może nie musi być takich korespondencji w ogóle? Pewnie, że nie musi, ale zanim się przedstawi swoją wizję, warto znać poprzednie – żeby nie wyważać otwartych dawno drzwi.
Tak naprawdę, zdaje się, to nie jest spektakl o traumie żołnierzy, którzy kilka razy nie zawiedli na tzw. (wszystko na wojnie jest tak zwane) polu bitwy, by na koniec, mówiąc językiem spektaklu z niego haniebnie spierdolić.
To jest opowieść o rodzinie żołnierzy. I tutaj plus dla Buszewicza. Ta rodzina to typowi mieszkańcy blokowiska – ojciec z nieodzownym pilotem w ręku (Edward Janaszek),
prowincjonalna matka (Joanna Kasperek), córka dresiara (Dagna Dywicka, dobrze, choć jej rola jak i pozostałe kobiet – są nazbyt przerysowane), dresiara - dziewczyna żołnierzy (debiutująca w Kielcach Wiktoria Kubaszewska, miała szansę pokazania pełnego wachlarza możliwości, w tym śpiewu, zapowiada się, że „Żeromski”, dokonał dobrego wyboru).
Bo wbrew pozorom, to nie dzieci członków rządu, czy parlamentu, elit finansowych, kulturalnych etc. zaciągają się do armii (nie muszą). Zasadniczo np. w Wielkiej Brytanii, większość „służących”, to młodzieńcy wywodzący się ze… środowisk zwanych kibolskimi. Czy jest tak i w Polsce?
O motywacjach polskich żołnierzy ze spektaklu Eweliny Marciniak (reżyseria) tego się nie dowiemy. Nie będzie oskarżenia systemu – będzie ironia – z polskich sojuszy, polskiego udziału w misjach, pustych rytuałów i formułek – np. tych związanych z uroczystymi pochówkami – żołnierzy, którzy zginęli na „misjach”, misjach bo wiadomo, że to nie wojny, ale „misje stabilizacyjne”. Takie komunikaty łatwiej przyjąć.
Czy żołnierze dawniej też mieli traumy? Gdzieś czytałem, że uczestnicy wojen obronnych, mają statystycznie rzadziej traumę, niż ich koledzy biorący udział w „misjach stabilizacyjnych” z dala od granic kraju. Im dalej tym bardziej, dociera do nich bezsens ich działań.
Jednak nic tak nie ożywiło kieleckiej premiery, z której zaczynało wiać nudą, jak scena pogrzebu młodego żołnierza z udziałem świetnych – Edwarda Janaszka w roli ojca i celebrującego uroczystość, starszego oficera i Matki – Joanny Kasperek. Poczułem przez chwilę ducha Mrożka.
Na koniec mamy monolog Wojciecha Niemczyka, dla niego warto iść do teatru!
Obok wystąpił debiutujący Michał Wanio, którego zdaje się czeka w Kielcach wiele dobrego, był także i Andrzej Plata – zdystansowany i przekonujący.
Przedstawienie wyreżyserowała Ewelina Marciniak, z tzw. cokolwiek miałoby to oznaczać, młodego pokolenia. To dzięki jej pracy z aktorami spektakl broni się jako całość. Autorką ascetycznej scenografii jest Marzena Czarniecka, a muzyki Marcin Nenko.
Jest scena z helikopterem-zabawką, który ląduje obok zagubionych żołnierzy. Dla mnie to jest metafora naszej polskiej roli w tym niebezpiecznym świecie, w którym pokój jest iluzją. Wojna bowiem toczy się nieustannie. Niekiedy wchodzi w fazę militarną. Potrzeba do niej ludzi w uniformach, o których niegdyś Henry Kissinger, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, powiedział: „Żołnierze są tępymi, głupimi zwierzętami używanymi w polityce zagranicznej’.
Warto to pamiętać. I "Do prostego człowieka”, wiersz Juliana Tuwima.
Krzysztof Sowiński
„Misja”, najnowsza propozycja kieleckiego Teatru im. (nadal) Stefana Żeromskiego, naprawdę głośno krzyczy! Ale czy przebija się z czymś, czego byśmy dotąd nie wiedzieli? Nie sądzę. Owszem… Jest kilka zapadających w pamięć scen, ale przedstawienie broni się dzięki świetnej grze kilku aktorów. I im warto poświęcić swój czas.
Nowy sezon na deskach kieleckiego teatru dramatycznego rozpoczął się sztuką - „Misja. (Wojny, od których uciekłem”), pióra Michała Buszewicza. Tekstem, który był – jak donoszą media - w półfinale ostatniej edycji Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. „A jego sceniczna forma ma być bliska sposobowi odbioru rzeczywistości przez współczesnego widza, który potrzebuje wielu zmian, by skupić się nad określonym problemem”. Nie wiem kto zaprojektował takiego widza, ale znam rezultaty – mnożenie, z trudem trzymających się „kupy” wątków, mnóstwo krzyku na scenie (w zamiarze zdaje się, żeby wyrwać widza z jego małego, poukładanego światka, wstrząsnąć nim, a w rzeczywistości, żeby widz, zdaje się nie zasnął). A skupić się na jakimś „problemie”, wydaje mi się w tej propozycji rzeczą niepodobną.
Niestety jest kilka nużących momentów, kilka wątków, które spokojnie można by bez straty dla całości zwyczajnie wyp….., nie owijając w bawełnę, a może dziś już polar savoir-vivre’u.
„Misja”, miała opowiedzieć o traumie żołnierzy, którzy – jak mawia się, próbując oswoić nie do oswojenia koszmar zabijania - powąchali prochu. W rolach żołnierzy Włodzimierzów, a zarazem Ratowników, Bankowców, Pielęgniarzy, Oficerów: debiutujący w Kielcach Michał Wanio, Andrzej Plata, Wojciech Niemczyk.
Temat młodych żołnierzy, ich traumatycznych przeżyć, to niebezpieczny zaminowany teren – na tej kanwie powstało wiele wybitnych książek i filmów – wymienię kilka z tych pierwszych - „Na Zachodzie bez zmian”, „Cienka czerwona linia”, „Paragraf 22” i może najlepsza z nich „Bohater na ośle”. Tak naprawdę powinny one znaleźć się na liście zakazanych, bo ujawniają mechanizmy wojny. Po ich przeczytaniu – świat już ostatecznie traci bezpowrotnie swoją naiwność.
Czy koresponduje z tą wiedzą, utwór młodego dramaturga? Nie bardzo. Na scenie się pojawia Wojciech Niemczyk, uczesany jak w scenach finałowych kapitan Benjamin Willard (Martin Sheen w legendarnym „Czasie apokalipsy”). Myślę sobie – dobrze, cytat utajony, będzie polemika. Niestety nie było. To był „prywatny” pomysł aktora.
A może nie musi być takich korespondencji w ogóle? Pewnie, że nie musi, ale zanim się przedstawi swoją wizję, warto znać poprzednie – żeby nie wyważać otwartych dawno drzwi.
Tak naprawdę, zdaje się, to nie jest spektakl o traumie żołnierzy, którzy kilka razy nie zawiedli na tzw. (wszystko na wojnie jest tak zwane) polu bitwy, by na koniec, mówiąc językiem spektaklu z niego haniebnie spierdolić.
To jest opowieść o rodzinie żołnierzy. I tutaj plus dla Buszewicza. Ta rodzina to typowi mieszkańcy blokowiska – ojciec z nieodzownym pilotem w ręku (Edward Janaszek),
prowincjonalna matka (Joanna Kasperek), córka dresiara (Dagna Dywicka, dobrze, choć jej rola jak i pozostałe kobiet – są nazbyt przerysowane), dresiara - dziewczyna żołnierzy (debiutująca w Kielcach Wiktoria Kubaszewska, miała szansę pokazania pełnego wachlarza możliwości, w tym śpiewu, zapowiada się, że „Żeromski”, dokonał dobrego wyboru).
Bo wbrew pozorom, to nie dzieci członków rządu, czy parlamentu, elit finansowych, kulturalnych etc. zaciągają się do armii (nie muszą). Zasadniczo np. w Wielkiej Brytanii, większość „służących”, to młodzieńcy wywodzący się ze… środowisk zwanych kibolskimi. Czy jest tak i w Polsce?
O motywacjach polskich żołnierzy ze spektaklu Eweliny Marciniak (reżyseria) tego się nie dowiemy. Nie będzie oskarżenia systemu – będzie ironia – z polskich sojuszy, polskiego udziału w misjach, pustych rytuałów i formułek – np. tych związanych z uroczystymi pochówkami – żołnierzy, którzy zginęli na „misjach”, misjach bo wiadomo, że to nie wojny, ale „misje stabilizacyjne”. Takie komunikaty łatwiej przyjąć.
Czy żołnierze dawniej też mieli traumy? Gdzieś czytałem, że uczestnicy wojen obronnych, mają statystycznie rzadziej traumę, niż ich koledzy biorący udział w „misjach stabilizacyjnych” z dala od granic kraju. Im dalej tym bardziej, dociera do nich bezsens ich działań.
Jednak nic tak nie ożywiło kieleckiej premiery, z której zaczynało wiać nudą, jak scena pogrzebu młodego żołnierza z udziałem świetnych – Edwarda Janaszka w roli ojca i celebrującego uroczystość, starszego oficera i Matki – Joanny Kasperek. Poczułem przez chwilę ducha Mrożka.
Na koniec mamy monolog Wojciecha Niemczyka, dla niego warto iść do teatru!
Obok wystąpił debiutujący Michał Wanio, którego zdaje się czeka w Kielcach wiele dobrego, był także i Andrzej Plata – zdystansowany i przekonujący.
Przedstawienie wyreżyserowała Ewelina Marciniak, z tzw. cokolwiek miałoby to oznaczać, młodego pokolenia. To dzięki jej pracy z aktorami spektakl broni się jako całość. Autorką ascetycznej scenografii jest Marzena Czarniecka, a muzyki Marcin Nenko.
Jest scena z helikopterem-zabawką, który ląduje obok zagubionych żołnierzy. Dla mnie to jest metafora naszej polskiej roli w tym niebezpiecznym świecie, w którym pokój jest iluzją. Wojna bowiem toczy się nieustannie. Niekiedy wchodzi w fazę militarną. Potrzeba do niej ludzi w uniformach, o których niegdyś Henry Kissinger, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, powiedział: „Żołnierze są tępymi, głupimi zwierzętami używanymi w polityce zagranicznej’.
Warto to pamiętać. I "Do prostego człowieka”, wiersz Juliana Tuwima.
Krzysztof Sowiński
niedziela, 29 września 2013
Muszę otworzyć (prozy)
Gwałtowny dzwonek do drzwi. Kto to? Kto?
"Pewnie znowu żebrak, albo żebrak-oszust. Trzyma w ręku kartkę,
brudną, postrzępioną, wielokrotnie używaną kartkę z tekstem napisanym
ręką półanalfabety, kartkę do której ta sama ręka o brudnych, długich
paznokciach przykleiła nieudolnie zdjęcie niczym legitymacyjne.
Najlepiej jak jest to zdjęcie dziewczynki nie starszej niż
dziesięcioletnia. Dziewczynka prawie zawsze jest chora na raka,
rzadziej na serce. Tak! Najlepszy jest rak! Budzi grozę! Serce to
tylko serce.
- Daj parę złotych na operację, bo ona umiera! Tutaj napisane!
Doktor napisał! Ona potrzebuje szybko operacji! A operacja droga! A my
biedni! O! Jak bardzo droga! - mówią pół agresywnie, ciemne,
prymitywne, ale sprytne oczy. Bardzo bystre oczy, którym wystarczy
jedno spojrzenie przez ledwo uchylone drzwi i już wszystko wiedzą. I
widzą każdy grymas na mojej twarzy.
- Na jakiego raka? Ja znam lekarzy... - mówię.
Ale moja bezczelność nie może mi - mawiało się kiedyś - ujść płazem. W
tej sytuacji to chyba w zasadzie "gadem".
- Daj! Bo cię spotka jakieś wielkie nieszczęście! - grozi
czarnolica, czarnowłosa, w pstrokatej spódnicy do ziemi, o bardzo
brudnych dłoniach, najwyżej trzynastoletnia.
- Jakie nieszczęście? - pytam ciekawy. - Cóż może mi się
jeszcze przydarzyć?
Od wielu miesięcy leje mi się strużka krwi. Ta krew prześladuje mnie.
Kiedy usiądę w autobusie przesiąka mi przez spodnie i paćkam
siedzenie. Kiedy stoję cieknie mi po nogach do butów. Kiedy chodzę
ciągnie się za mną jej czerwony ślad. Moje myśli mają jej zapach,
lepkość i ciągłość. Ogarnia mnie gniew, żal, rozczarowanie i znowu
gniew czerwony jak ta krew. Jestem wojownikiem! Zdobywcą! Kolumbem!
Ryzykantem! Jestem wojownikiem i jak wojownik miałem umrzeć! Taka była
nie pisana i nie wypowiedziana zdaje się umowa! Słyszysz? Kurwa
słyszysz! Czy nie słyszysz?! Jak wojownik! A nie jakiś bezradny
starzec, dziadek, któremu nie goi się kulejąca noga, zapomniany przez
ludzi i Ciebie, którego można popchnąć, oszukać, poklepać po
łysinie... A on tylko słabym głosem bezradnie poprosi o litość...
Patrzę na ciemne gówno w aureolce posoki czerwoniutkiej i świeżej, jak
wiecznie, płonąca lampka-serce, przytkwiona, pod starą reprodukcją
obrazu z Jezusem, jaki na ścianie miała dawno nieżyjąca pani S., choć
była Żydówką. Lubiliśmy wszyscy panią S.".
Przypomina sobie niespodziewanie dla samego siebie.
"To jej zupełnie odkryte piersi, jako pierwsze w życiu chłopaków,
zobaczyliśmy z kolegą przez uchylone drzwi. Kobieta myła się
rozebrana do pasa w miednicy, stojącej na stojaku. Choć była już
pewnie wtedy bardzo stara, grubo po czterdziestce, piersi miała młode,
pełne i białe. A my mieliśmy mniej niż 12 najwyżej lat. I tyko nas to
zawstydziło. Ciągnie mi się skojarzenie...
Ale jednak nieco później... Było lato. Byliśmy na kolonii. Leżeliśmy
na plaży na brzuchach i tylko plecy opalaliśmy cały czas, bo gdy
leżeliśmy na plecach, zdradzały naszą myśl, namiociki stawiające się
niespodziewanie dla nas samych i ekspresowo, w naszych slipach.
Odrzucamy tę myśl. Myślimy o bólu, udręce, bohaterskiej śmierci i
szpinaku na obiad, a tranie przy kolacji. Koledze, który nas nie lubi.
Surowym księdzu. Tej kurwie nauczycielce, która naderwała nam uszu i
reputacji u naszych ojców. Wypowiadamy całe litanie modlitw! Gramy w
karty i warcaby. Wszystko na nic...
Stanowimy mroczną kastę, która spędza całe dnie na świeżym powietrzu w
słońcu, a ma tylko opalone plecy.
A kiedy nie dało się już wytrzymać, wbiegaliśmy do zimnej wody, by się
zanurzyć przynajmniej po pas. Niekiedy w tym biegu zatrzymywała nas
Pani Wychowawczyni, przeważnie jakaś przejęta swoją rolą
studentka-dziewiętnastka, o pełnych piersiach, których nie musiał
jeszcze podtrzymywać misterny z drutami biustonosz, jakich wiele
miałem okazję poznać, i mocnych brązowych nogach i krągłym tyłku.
Po jej piersiach, których widoku nie mogliśmy znieść bez bólu, osuwały
się słońce, krople potu lub wody, i dwa luźne cieniutkie, małe
trójkąciki kretonu. A zawsze nasze spojrzenia.
- Gdzie! Do wody tacy rozgrzani! Czy wy do reszty pogłupieliście? -
krzyczała groźnie. Niektórzy z nas zatrzymywali się w pół drogi jak
sparaliżowani.
Pani podchodziła do nas: - Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi w oczy,
a ręce trzymaj nie na podbrzuszu, tylko jak na baczność! Szacunek mi
się należy!
Ale moje oczy, choć bardzo się starały, jak bardzo wiem tylko ja, nie
potrafiły patrzeć jej w oczy. Tylko ręce były posłuszne jej rozkazowi.
I zmieszana studentka, szybko pozwalała nam chłodzić w wodzie nasze,
już męskich rozmiarów namiociki, tak okazale wyglądające na tle
chudziutkich nóżek, rączek, zapadniętych klatek i brzuchów ciętych w
tarkę.
Marzyłem o takim momencie. I niedługo potem uchyliłem rąbek, a nawet
trzy kretonu i jednej tajemnicy.
Dziś już o niczym nie marzę. Widzę aureolę krwi, niczym zaćmienie słońca.
Więc co może mi się zdarzyć? Właśnie drętwieje mi lewa ręka, próbuję
ją rozmasować prawą.
- Co mi się jeszcze może zdarzyć? - pytam. - Pracę straciłem. Nowej nie mam.
- Czy odejdą ode mnie ci, których udaję, że kocham, a których kocham?
Czy ci, którzy mnie kochają? A może odejdzie ode mnie, ta kobieta
podobna do Pani Wychowawczyni, z której w dzień, w dzień, a od czasu
"krwi" obsesyjnie, zdzieram rąbki. Bywam w niej, raz za razem, do
bólu, do zdartego naskórka. I znowu! Znowu! Jak nigdy dotąd, jak nigdy
wcześniej.
A moja Wychowawczyni mówi: - Pochlebia mi, że mnie tak pożądasz!
Chyba będę kochał tę moją małą nauczycielkę, ale jej nigdy o tym nie
powiem, z roztargnienia, egoizmu i... strachu.
A może sparaliżuje mi i tę drugą rękę? Kiedyś bałem się nawet o takim
czymś pomyśleć. Odwracałem się i plułem przez ramię trzy razy. Coś
takiego mogło się trafić jakimś dziwnym ludziom, nie mnie! Ja byłem
nieśmiertelny! Mnie nie imały się choroby! Dręczył mnie tylko namiocik
i niespełnione o puchatych piersiach sny wypełniały wszystkie myśli -
i będę musiał nauczyć się pisać nogami, jak bezręki malarz, którego
widziałem w telewizji, trzymający pędzel palcami stóp. Jak będę
wycierał sobie tyłek z kału i krwi, z hektolitrów sączącej się krwi? A
co będzie jak i nogi zerwią się ze smyczy posłuszeństwa?
Ale... Tym razem, to nie ciemnolica. Tym razem to nie jej starożytny
ciemnooki i włosy ród.
Mój średniej wielkości pies, dostaje jak zwykle szału i piszczy na
dźwięk dzwonka u drzwi. Ta jego reakcja doprowadza mnie do mojego
szału w ułamku sekundy. I ja miłośnik zwierząt, skurwysyński, fałszywy
miłośnik zwierząt: zapchlonych porzuconych kundli, bezdomnych kotów,
stada wróbli i dwóch gołębi wpierdalających na moim parapecie, moje
ziarno, na jeszcze moim parapecie, odtrącam go skaczącego po drzwiach,
bosą stopą, ale i to wystarcza - trafiam! Niechcący.
Dużym palcem w tchawicę i pies się dusi - przysiada na dywanie,
pochyla łeb, charczy!
Patrzę bezradny! Czy tym razem jeszcze raz mi się upiecze! Czy zostanę
mordercą własnego psa!?
Ale chyba obydwoje mieliśmy szczęście! Pies zaczyna oddychać. Drę
mordę na niego! Przerażony ucieka w kąt...
W końcu układa się do snu w fotelu. A ja nadsłuchuję, czy
żyje. Biczuję się za okrucieństwo. Obserwuję, jak mu się unoszą boki.
Będzie żył...
Kto dzwoni do drzwi? Kto?".
Przypomina sobie niespodziewanie, to wszystko przed drzwiami gabinetu
lekarskiego.
"- O Boże! Tylko nie to! Za co? Za co? - słania się jakaś kobieta w
średnim wieku.
Doktor wychodzi za nią i pociesza: - Proszę pani, to jest dwudziesty
pierwszy wiek! Wszystko będzie dobrze... Dobrze, że tak wcześnie...
Doktor nie wie, że na korytarzu siedzimy przy ledwo tlących się ogniskach, w chłodzie,
nadzy, zżerani przez insekty i nadsłuchujemy ciemności, osaczeni przez nią, gotowi zerwać
się w każdej chwili do ucieczki. Na korytarzu wróżymy z pogody,
wnętrzności, przeczuć, kart i snów, z zasłyszanych szeptów, wylanych
łez. I statystyki.
A nasza jaskinia nie ma wyjścia.
Jestem tu drugi raz i czekam. Jestem tu sam, choć są inni, tak samo
sami ludzie jak ja sam. I nikt mi nie pomoże. Nikt nie może być ze mną
w tej samotności. Na nic mantry i modlitwy. Na nic. Czekam. I jestem
czekaniem. I jestem skruszonym krzykiem, który utkwił w gardle, jak
ułamki rozgniecionych czasowników. Rozpadła się w gruz gramatyka i jej
cywilizacja - w ciemne i drapieżne nie do opisania charczenia. Jestem
samiuteńki sam. Jestem tylko krokiem po korytarzu i niczym, kawałkiem
zranionego mięsa, kombinacją narzuconych mi siłą cyfr i obsesyjną jedną myślą, od
której nie pomogą mi uciec wszyscy doktorzy świata.
Słyszę tylko dzwonek! I wiem, że - nie ma wyjścia, wolno i aż tak boleśnie to
do mnie dociera - muszę otworzyć".
Subskrybuj:
Posty (Atom)