czwartek, 15 sierpnia 2013

Drabina (prozy)

Krew wolniutko sączyła się Beretowi z malutkiego rudego, długiego pyszczka, jakie miewają jamniki.

Jego pan jechał po ulicach miasta - mawia się - jak szalony, w codziennych rozmowach, jak to między ludźmi, a nawet policyjnych komunikatach.
„Do weterynarza! Do weterynarza! Może nie jest jeszcze za późno? Może nie jest...” – myślał, jeśli się myśli słowami. Wbrew rzeczywistości nadal miał nadzieję... Nie dla siebie. Nie dla siebie...
- Tato uratuj go! Uratuj! – prosiła czteroletnia Julia, jego córka, kiedy z piskiem opon odjechał z rannym Beretem spod ich małego domku, którego remont trwał w nieskończoność. To właśnie przez ten remont stało się to nieszczęście. Beret wymknął się przez uchylone nierozważnie drzwi, a potem przez niedokończone ogrodzenie.
Kilka godzin później zakrwawiony piesek, ledwie doczłapał się pod te same drzwi, pod którymi boleśnie piszczał, aż mu je otworzyli. Wzięła go w swoje rączki Julia i przytuliła. Beret znieruchomiał i ucichł. Zwinął się w kulkę jak do snu. Złote loki małej pani i jej nowa błękitna sukieneczka pokryły się szybko plamami krwi.
„Ile to krwi jest w takim małym zwierzątku? Ile?” – pomyślał ojciec Julii.
Jeszcze chwila i jako zawodowy fotoreporter instynktownie szukał ręką aparatu fotograficznego, przerażająco pięknie i złowieszczo wyglądała mała dziewczynka z rannym psem na ręku. Ale spiorunowała go swoim wzrokiem jego żona.
Szybko znaleźli koc. Włożyli w niego popiskującego jak skrzywdzone dziecko Bereta na tylne siedzenie starawego auta.
- Jadę, a ty zostań z małą.
Wydarzenia nabierały prędkości na tyle, na ile pozwalał sfatygowany silnik. I już mknął. Za chwilę mijani przez niego kierowcy pukali się w czoła.
- Jeszcze, jakieś pięćset metrów, Beret wytrzymaj! Kurwa.... Beret wytrzymaj – krzyczał do samego siebie.
- Bo jeśli nie wytrzymasz... to... – jego oczom ukazał się obraz małej blondyneczki, którą kochał ponad życie.

Miał wciąż wyrzuty sumienia, że pracując tutaj na prowincji jako przedstawiciel medialnego giganta, najczęściej swoje dziecko widział rano jak jeszcze spało, a drugi raz wieczorem jak już spało. A kiedy miał jakiś wolny dzień, co zdarzało się piekielnie rzadko, był zajęty lepieniem z kawałków, swojego małego wymarzonego domku.

Nie uczestniczył w klasycznym wyścigu szczurów, w perspektywie, którego czekała sława i wielkie pieniądze. O nie... To wyścig bezrobotnych po jakikolwiek ochłap. A fotoreporter, dziennikarz to był ochłap dobrze opakowany i brzmiało to prawie dumnie. A prawdę znał tylko on – bieda i codziennie takie same zdjęcia – z wypadków, zaniedbanych kamienic z których odlatywały gzymsy, lokalnych, nudnych polityków, zamarzniętych na kość bezdomnych, remontów deptaku, alternatywnych artystów, którzy byli tak mało alternatywni, a tak bardzo powtarzalni, dziur w ulicach, na których mieszkańcy tracili nerwy i zawieszenia starych aut.
Fakt. Niekiedy w tych dziurach, udało mu się uchwycić nietuzinkową kałużę światła. Błysk prawdy i geniuszu. Ale któż dostrzegał jej surowe piękno w tym mieście walczących o przetrwanie? Mieście gdzie dawno utracono nadzieję. Mieście gdzie ulubionym zajęciem są pielgrzymki godzinami wałęsających się po supermarketach ludzi. Mieście omijanym przez główne drogi i podróżnych. Mieście - setek takich samych facetów w dresach kradnących rozklekotane auta, koła, czy wycieraczki przy blasku księżyca, i wykrzykujących nocą swoją pijaną nie mającą ani początku, ani imienia nienawiść i źal. Mieście gdzie najbogatszymi są dentyści i kardiolodzy, a bezkarnymi królami życia i cudzej śmierci, dzieci byłych esbeków i palestry. Mieście gdzie od lat prym wiodą tandetne gazety, ze zdjęciami wielkości znaczków pocztowych, o przejrzystości listopadowej kałuży, których właścicielami są potomkowie baronów z dawnego KW - tutejsi krezusi.

A jednak marzył o tym, że pewnego dnia uda mu się zrobić klatkę, która wstrząśnie fotograficznym światem i wynagrodzi mu te mijające lata. Ale skarcił się szybko za tę myśl. Za tę pychę. Za to marzenie. Zresztą zdjęcia i tak nie należały do niego tylko do firmy.
Tymczasem miał problem z aparatem fotograficznym – stary się „kończył”, a na nowy nie wiedział skąd wziąć pieniądze. A jak tu być fotoreporterem bez aparatu? Jak?

Zatrzymał się z piskiem opon. Z Beretem na rękach wbiegł do weterynarza. Delikatnie ułożył go na stole operacyjnym.

– Potrącił go samochód – starał się o spokój.
– Niech pan poczeka na korytarzu – powiedział lekarz.
To trwało dla czekającego mgnienie, dobę, albo całe życie. W rzeczywistości operacja trwała jakieś pięćdziesiąt minut. Trzęsącymi się rękoma zapalił papierosa. Zaraz następnego. Potem kolejnego.

Pojawił się lekarz: – Niestety. Nie udało się go uratować. Rozległy krwotok wewnętrzny. To musiało być bardzo mocne uderzenie.
- Ile płacę? - jedynie tyle potrafił wykrztusić z siebie.
- Pięćset złotych.
Przez uchylone drzwi fotoreporter zobaczył małe nieruchome ciałko psa. Rozkrojone ciałko. I poczuł, że chce zachować go w pamięci całego i radośnie machającego ogonem, a nie jako zakrwawiony rudy strzępek.
- Mogę go u pana zostawić? – zapytał.
- Tak. Dopłaci pan sto i... zutylizujemy.

Zapłacił.
I kiedy jechał do domu najwolniej jak potrafił, sprzątaczka wzięła Bereta do torby foliowej i wrzuciła do metalowego kontenera na śmieci, który stał za nowo oddanym nowoczesnym budynkiem lecznicy.

– Ludzi nie ma za co leczyć... A tu taka głupota... Tyle pieniędzy. A weźmy na ten przykład schroniska dla zwierząt? Po co? Nie lepiej usypiać tego od razu? Ile by to było oszczędności w skali kraju? – mądrze dywagowało dwóch niestarych jeszcze ludzi, ubranych w niemodne marmurkowe kurtki jeansowe i zielone wyciągnięte, poplamione spodnie i wykręcone jak kości starych ludzi - buty, pijących o podwójnym woltarzu (taniej i jak sprytnie) piwo siedząc nieopodal na murku i spoglądających na sprzątaczkę.

Dojechał do domu. Zaparkował na podwórku. Wyjął papierosa.
„Co powiedzieć? Jak powiedzieć?”
Obok ogrodzenia przechodził właśnie sąsiad.
Zagadnął: – Ja widziałem... Nawet się nie zatrzymał. Nawet nie hamował, choć mógł. Miał miejsce i czas, bo to ostry zakręt. Trzeba zwolnić. Ale oni nigdy nie zatrzymują się jak na drodze jest mały piesek, albo kot. Nigdy. Jak jest duży pies, to czasami tak. Próbują. Bo taki duży, to może panie, uszkodzić zderzak, czy chłodnicę. A taki mały? Po takim małym to przejadą jak po grudzie – tłumaczył sąsiad. – Ale po pana nie przejechał. Odbił się jak piłeczka. Jak piłeczka. Szkoda go, to był ładny pies. I dziecka szkoda. Szkoda... No to... do widzenia. Do widzenia...

Wszedł.

- Tato gdzie jest Beret? Co się stało z Beretem? Co? – pytała Julia.
- Bereta już nie ma – powiedział cicho.
- Jak to nie ma? Gdzie jest Beret?
- Poszedł do nieba. Tata jest zmęczony córciu.
I podrapał się po przedwcześnie postarzałej, ale nadal przystojnej  twarzy. Mógł stąd kiedyś wyjechać do stolicy. Parę lat temu chciała go, zabrać tam konkurencja. Dumał, dumał i powiedział wtedy „nie”. Bo właśnie dostał ten stary domek po babci i uwierzył, że reszta jakoś się z czasem ułoży.

Od śmierci Bereta minęło kilka tygodni. Julia jakby zapomniała o swoim ulubieńcu.
–  Dobrze. Czas goi rany. Może jej się to zatrze w pamięci... – mieli nadzieję. – Nie takie rzeczy dzieci przeżywają i wychodzą bez szwanku.

Ucieszyli się, że znalazła sobie nawet nowe zajęcie, która bez reszty absorbowało jej, nie potrafiącą usiedzieć na miejscu uwagę.
Codziennie na podwórzu budowała wieżę z piasku, a na niej kolejną  z wiader i wiaderek, na końcu z klocków. Konstrukcja jednak stawiana nieporadnymi rączkami czterolatki waliła się raz po raz. Dziecko jednak odbudowywało ją w nieskończoność.

Z czasem przerazili się tej wytrwałości. Ulubione piękne jak sen lale przestały istnieć. Smutne misie także. I nawet pluszowe pieski, które popiskiwały w zapomnieniu, w pudełku pod biurkiem. A wiadomo przecież, że psy, nawet te pluszowe, to zwierzęta stadne i kochają towarzystwo ludzi. Bez nich marnieją, dziczeją i... szybko umierają.
A ona... Niezależnie czy był deszcz, czy śnieg wychodziła na podwórze i zaczynała swoją budowlę od nowa.

- Mój Boże co ona robi? Co? Dlaczego? – zaniepokoili się w końcu słowami rodzice.

Pewnego dni zastali córkę jak siedzi przed dużą pryzmą piachu. Bez ruchu. Przeraziło ich to bardziej, od tej dawnej nerwowej krzątaniny. Wokół leżały dziś nieużyte klocki.

- Co się stało córuniu? Co? Powiedz mamusi i tatusiowi... No powiedz...
Ona jednak milczała. I milczała.

- To nigdy mi się nie uda... – wydobyło z siebie w końcu dziecko. – Nigdy.
- Co ci się nie uda? – spytał tata. – Co?
- Drabina.
- Jaka znowu drabina?
- Drabina po której chciałam wejść do nieba i przynieść do domu z powrotem Bereta.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Tobiaszek (prozy)


Mówią na mnie kocia mama. Niektórzy uważają mnie za szaloną. Widząc mnie stukają się po głowie. “Popierdoliło się kobicie... Zamiast dziećmi zajmuje się kotami. Ile to panie można by dzieci wykarmić, a tyle jest w dzisiejszych czasach głodnych, a ludzie nie czuli, każdy by tylko sobie... Więc nie mogłaby zamiast tych kotów? Ale tacy głupcy wolą koty. A nie lepiej byłoby to pousypiać? Porządek by był... A nie kocie gówna... Bo, zwierzę to tylko zwierzę, nie czuje jak człowiek. A kot to półdzikie zwierzę. Nieoswojone do końca i samo sobie da rade, nawet jak się z domu wyrwie na wolność. Samo się wyżywi”. Słyszałam nie raz wokół siebie. Ale ja wiem swoje. Ja znam prawdę.

Mniej więcej w te słowa mogła odezwać się mama Oli. Właśnie siedzimy w ich mieszkaniu. Albo inaczej – siedzieliśmy w ich mieszkaniu. To wszystko to już przeszłość, a Ola znowu jest w małym duńskim miasteczku, gdzie pobiera nauki na miejscowym uniwersytecie i szuka miłości swojego życia. Cała rodzina i znajomi są z tego dumni i często to przypominają wobec innych znajomych. W końcu to jedna z niewielu pociech oprócz tysięcy bardzo starych samochodów, które kupiliśmy na Zachodzie po wejściu do Unii. A i większość kolegów i koleżanek Oli wystaje całymi dniami przed blokami, pracy bowiem jak nie było tak nie ma... Więc Ola... Nasza duma...

Wyobraźmy sobie... Siedzimy w mieszkaniu jej rodziny. Są tu dwa spore pokoje. Wysokie. Bardzo wysokie. Jeszcze by na tę szafę, która jest - druga by się zmieściła. Takie pokoje można znaleźć jeszcze w starych kamienicach. “A teraz panie to Żydzi wracają i wyrzucają Bogu Ducha winnych ludzi z wielu takich kamienic w naszym miasteczku”. Ale to mieszkanie nie jest pożydowskie. Kamienice wybudował dziadek Oli przed wojną z nauczycielskiej pensji. Po wojnie zasiedlili ją lokatorzy i tak jest do dziś. Dziadkowi i babci dostało się od władzy ludowej, po nacjonalizacji majątków - mieszkanie dwupokojowe we własnej kamienicy.
Babcia mieszka tu do dziś. Grubiutka i siwawa przetoczyła się do łazienki ze swojego pokoju. Nawet nie spojrzała przez otwarte drzwi na stół przy którym zgromadziło się kilkoro ludzi i będą obchodzili urodziny Oli. Zamknęła się babcia w swoim pokoju. Przez szklane wypełnienie drzwi cięte w kwiaty, widać jej sylwetkę na fotelu jak wpatruje się w połyskujący duży telewizor. Dobre dzieci kupiły jej duży, bo babcia już nie bardzo dowidzi i nie bardzo dosłyszy. Dlatego na korytarzu mimo zamkniętych drzwi słychać jak swoje życie toczą bohaterowie wenezuelskiej telenoweli. 
“On Cię kocha. Marzy o Tobie. Będziecie razem żyli jak w raju! Będziesz miała najpiękniejsze wesele jakie sobie można wyobrazić! – mówi Klaris ciemnolica i ciemnowłosa do swojej przyjaciółki Rebeki, blondynki o olśniewającej urodzie i jasnej cerze. Rebeka pracuje jako służąca w ogromnym domu i obsługuje dorosłego panicza, któremu świetnie się dzieje w biznesie, ale źle w miłości. Pan patrzy uważnie w komputer, pali najdroższe cygara i nieomylnie kiedy mówi „tak” przez telefon – jego konto wzbogaca się w tej chwili o grube miliony. Ale... Cóż są one warte bez miłości? – przyznajcie sami...
Lecz... Panicz jeszcze nie wie, czy piękna Rebeka jest jego siostrą przyrodnią? Waha się jeszcze jego serce... Może Rebeka jest zagubionym dzieckiem wuja, ostatnim szaleństwem starzejącego się dziadka? Może córką nocującego w tym miasteczku 20 lat temu księcia, który bez reszty zakochał się młodej pokojowej, a ta znikła nagle i niespodziewanie zostawiając w jego sercu nie gojącą się ranę. Być może książe, który jest śmiertelnie chory szuka tego jedynego swojego dziecka, żeby jej ofiarować gigantyczny majątek? A Panicz... Jeszcze nie wie, ze los specjalnie mu ja postawił na jego drodze. Nie wie on, ale wie to już jego zranione przez inne, niewierne i wredne - serce”.
- Babciu to szmira! Szkoda na to czasu...
- Może i szmira... cale życie to kicz i szmira, moje dzieci – odpowiada babcia i zanurza się jej dusza w perypetia (może dusza ma teraz blond włosy i wspaniale młode kształty? Któż to wie...), a tutaj zostało tylko na fotelu lekko trzęsące się krnąbrne jak dziecko ciało staruszki?

Mieszkanie pachnie świeżością. Wyremontowała je córka babci, która ze swoim mężem i sześcioma kotami tutaj się sprowadzili. Sprzedali bowiem swoje trzypokojowe na nowym osiedlu, kiedy Ola wyjechała na studia, a syn skończył w stolicy medycynę i postanowił już nie wracać do rodzinnego miasteczka i domu.
Mama “wrzuciła” płytę do odtwarzacza i... na ekranie telewizora spaceruje babcia, a pod ramię trzyma ją wysoki, gruby młodzieniec. Jest jesień - złocą i miedzią się liście. Babcia czuje się szczęśliwa. Może tak niegdyś przez tę samą parkową alejkę przed laty wędrowała pod rękę z dziadkiem?

“Raczki całuję!” – wita Dziadek napotykane sąsiadki. A babcia kraśnieje ze szczęścia, że to jej los podsunął takiego wytwornego dojrzałego nad wiek i poważnie myślącego o życiu mężczyznę. Któż to wie...


- Waży niestety 121 kg i musi się odchudzać. Nigdy nie miał czasu na ćwiczenia i mu się tak przytyło. A z badań wynika, że to nie choroba, że trzeba na dietę... – tłumaczy kilogramy syna Mama.

A ciężko u Mamy zachować linię.

Na stole same słodycze i patera owoców – mandarynki i pomarańcze, cieszą swoim świeżym radosnym kolorem. Wiele ciast i czekoladek. W jednej z misek duńskie, wielkości dużego paznokcia matowe ciemne, jak oparcie foteli ciasteczka. Typowe Zachodnie ciasteczka. Takie, które wystawia dobry Belg, Duńczyk, czy Niemiec i... spogląda jakimś dziwnym wzrokiem, kiedy ręka cudzoziemca sięga po nie po raz drugi tego samego wieczoru. I ta ręka czuje to spojrzenie i zawisa w powietrzu i więcej już nie odnajduje drogi do miski, mimo, że w brzuchu właściciela ręki burczy. To takie ciasteczka, którymi nikt nigdy się nie najadł. Nie utył od nich. To takie, które Polacy mogą tylko wystawić jako ciekawostkę kulinarną. Bo każde polskie jest lepsze i większe, bardziej pachnące, przywołujące dłoń i usta. To z powodu takich ciasteczek jak paznokieć w Danii mógł urodzić się Andersen i jego baśnie – dywaguje narrator.

Siedzimy w fotelach i na kanapie o oparciach i siedziskach z białego eleganckiego płótna i poręczach z ciemnego, bardzo ciemnego drewna. A na półkach książki - światowa klasyka: Dostojewski, Czechow, Miłosz i nawet ten zboczeniec autor “Lolity”, który byłby pedofilem, gdyby nie jedno jego wyznanie, kiedy patrząc na swoją ukochaną po latach, dorosłą, będącą w ciąży i brudnej pidżamie, i szlafroku – sam do siebie mówi mniej więcej tak - “kochałbym ja nawet starą i pomarszczoną etc.” I chcemy mu uwierzyć.
Obok albumy ukazujące uroki odległych zakątków świata. W kącie na specjalnym biurku komputer, z którego teraz sączy się muzyka współczesnej Grecji, a na ekranie pobrana z “netu” pobłyskuje mapa Danii. I o dziwo okazuje się, że można tam dojechać lądem!

W końcu na stół wjeżdża śmietankowy tort. Migoczą 23 świeczuszki. (“Marta nie była już młoda kobieta miała lat 24” – komuś się przypomniało, ale go zaraz uciszono. Nie wypada bowiem... Jak ten świat się zmienia... Czy rzeczywiście się zmienia?) Lecz zanim Ola je zdmuchnie i wypowie życzenie (Chłopa jej trzeba! – słabo ukrywają tę oczywista prawdę, szepcząc do siebie na ucho i puszczając oczka dwie Oli przyjaciółki).
Troska to i mamę. Dumna jest, że dziecko studiuje za granicą, ale smuci, że nie ma chłopaka (w sumie córka ma przystojnego ognistego Włocha, który jednak na Święta wybrał się do innej dziewczyny - uczciwy chłopak nie kryje tego przed Polką) - do słonecznej Italii. Bo po Świętach i powrocie do smutnej Danii, będzie mógł znowu kochać Olę.
Zatroskana Mama wie, ze młodość nie trwa wiecznie, choć się tak wydaje jak ma się lat naście i dwadzieścia, i jeszcze parę.
Przymknęła oczy i widzi siebie równie młodą i szczupłą jak Ola, tylko zamiast ciemnych włosów córki ma blond warkocza... Ach... Prawie, że jęknęła... jak ten czas szybko leci. Tu Ola w beciku, tu ma jedenaście lat. (To wtedy wydarzyła się ta historia, smutna historia z Tobiaszkiem). Pokazuje tę 11-letnią w rodzinnym albumie.
- Podobna do siebie? Nic się nie zmieniła?!
Przytakujemy.

Zanim jednak Ola zdmuchnie świece, nadyma ładniutką buzię kilka razy, żeby rodzinni fotografowie mogli uwiecznić tę chwilę. To bardzo ważne. Błyskają flesze.

Mama w końcu może wprawną ręką podzielić torcik.
- Nie... Nie... Dla mnie mniejszy kawałek” – krygują się dziewczęta.
- Ja się muszę odchudzać – dodaje jedna z nich, niska, pulchna i głośna 28-latka, blondynka, nadal panienka o obfitym biuście, schowanym w zbyt przyciasny, różowy sweterek z miękkiej delikatnej wełny. Co rusz żywotnie tupnie pod stołem nóżkami, obutymi w buty z cholewami na bardzo wysokich obcasach.
Nie ma nic przeciwko tortowi szczupła i wysoka 30-letnia Agnieszka. Od 12 lat w związku ze starszym o kilkanaście lat od siebie mężczyzną, który jednak nadal zachowuje się jak dziecko. “Jest niedojrzały” i nie chce się żenić. Kiedy Agnieszka znowu o tym wspomina, on jej kupuje kolejny pierścionek zaręczynowy. Agnieszka będzie je nosić, z braku miejsca, wkrótce na palcach stóp. Agnieszka marzy o podróżach. A najbardziej chce udać się w roczny rejs statkiem po jakimś oceanie, chce na nim śpiewać (co świetnie potrafi), albo podawać w ostateczności drinki, (czego się nauczy).
Jej mężczyzna siedzi na fotelu i pałaszuje jak dziecko śmietankowy tort. A jednak... jedna półkula martwi się o stary samochód (nie ubezpieczony już od kradzieży), który zostawił pod blokiem Oli. A kątem oka widział pod nim kilkoro młodych ludzi obydwojga płci świdrujących nienawistnym okiem idących i ich pojazd.

I kiedy już wszyscy są obsłużeni, jak zawsze (“Który to już raz jesteśmy razem?”), pada sakramentalne - “Opowiedzcie historię Tobiaszka”. Kryguje się Ola, niech mama opowie. Ona lepiej zna. I nikomu nie przeszkadza to, że historię Tobiaszka słyszeli już przynajmniej kilka razy. Mama niepomna tego, zaczyna ją snuć jeszcze raz.

Dramat Tobiaszka

To stało się jakieś 11 lat temu, ale zaraz... wszystko od początku... Wszystko od początku. Była późna jesień. Szłam rano do pracy w bibliotece, jak zwykle. Nagle zauważyłam jakieś 9-10 letnie dziecko najwyżej. Z jego rozpiętej kurtki wyglądała nieśmiało czarna główka maleńkiego kotka. Miał najwyżej kilka tygodni. W zasadzie potrzebował jeszcze opieki matki.
“Skąd go masz” - spytałam dziecka?
Ono odpowiedziało mi, ze go tutaj znalazło, samotnego i plączącego. Na chwilę maminy brzuch, zastąpiło wnętrze kurtki dziecka i ciepło jego ciała.
“Będę prosiła mamę, żeby mi go pozwoliła zatrzymać” – tłumaczyła dziewczynka.
“Słuchaj – mówiłam do dziecka - ja pracuję w tej samej szkole do której Ty chodzisz. Jeśli mama nie pozwoli Ci go zatrzymać przynieś go do mnie”. Bo zakochałam się w tym kotku od razu. Nie mogłam już ani chwilę myśleć o czymś innym niż jego nieśmiałych oczkach. Bo Tobiaszek to nie był zwykły kot, a mam ich kilka więc się znam, Tobiaszek to nieśmiałe bardzo wrażliwe stworzenie, które nie potrafi się rozpychać łapkami idąc przez życie. Wówczas. Pamiętam... Nie spałam całą noc... I... Tak się stało jak myślałam. Dziecko następnego dnia przyniosło mi kotka i powiedziało, że jego mama się nie zgodziła (“Będzie srał i śmierdział. Wybij sobie z głowy!”). Byłam szczęśliwa. Zaniosłam go do domu. A mieszkaliśmy wówczas na ostatnim czwartym piętrze w nowym blokowisku.

Nie dodała, że... gdzie tylko świeży beton, trawniki i miejsce na przyszłe drzewa. Gromady małych dzieci, z których wyrosną w niedalekiej przyszłości nastoletni zabójcy i złodzieje w spodniach, których krok kończy się koło kolan i złych oczach, gotowi dla zabawy wkopać w kilku kogoś w ten beton chodników.

Tobiaszek szybko się domiauczał z innymi kotami i suczką-psem. Był nieśmiały i cichy, jeśli się go nie nakarmiło to nie jadł – nie potrafił się dopchać bowiem do miski. Wyrósł na pięknego czarnego kotka, stąpającego jeszcze ciszej i chodzącego jeszcze bardziej bezszelestnie niż inne.

I nadszedł ten straszny dzień.

Zepsuła się pralka. Przyszedł ją naprawić jakiś człowiek. Wchodził i wychodził kilkakrotnie. To wówczas musiały zostać uchylone drzwi. Przez nie najprawdopodobniej, wyszedł sobie na spacer, jak często wychodził z nami – Tobiaszek. Minęło wiele godzin zanim zorientowaliśmy się, że Tobiaszka nie ma... Od tego czasu mam zwyczaj przeliczać koty kilkakrotnie dziennie... Szukaliśmy go najpierw po całym domu, zakamarkach szaf, gdzie lubił się zaszyć i spać. Niestety. Tobiaszka nie było. Szukaliśmy go całą noc. Wołaliśmy. Na próżno. Czułam, że nigdy sobie nie daruję, że tak się stało, zwłaszcza z Tobiaszkiem, który był taki nieśmiały i wrażliwy, Tobiaszkiem, który tak bardzo potrzebował miłego słowa, przytulenia, głaskania, poczucia bezpieczeństwa. Czułam, że wyrzuty sumienia nie dadzą mi spokoju do końca mojego życia. Po co go uratowałam przed laty jako małe kocie, by go zmarnować teraz? Los nie może być taki niesprawiedliwy. Bo Tobiaszek to nie był tylko kot. Ktoś mi mówił, ze każdy kot, kiedy odzyska wolność da sobie radę. Przypomni sobie jak się poluje, jak się zdobywa żywność. To nie pasuje do Tobiaszka zupełnie. On jest bezradny. Szukaliśmy go codziennie przez wiele miesięcy. Minęła wiosna, minęło lato, kończyła się jesień. Powiało chłodem. Nasze serca wypełniał smutek. Ale nigdy nie traciliśmy nadziei.

Aż pewnego dnia...

Jedna z sąsiadek powiedziała mi, że dwa bloki dalej, codziennie wieczorem pod latarnią miauczy żałośnie, jakby płakał - kot. Codziennie mimo, ze niektórzy ciskają na niego gromy i różne rzeczy, najczęściej puste butelki po piwie i wódce, szczuli psami.
Natychmiast tam pojechaliśmy. Szukaliśmy na wszystkich czterech klatkach i nic. I nic... I nic...
Wtedy Andrzej mój syn, powiedział: “Mamo zajrzyjmy także do śmietnika”.
Rozglądaliśmy się. Rozglądaliśmy. Nagle pod śmietnik podszedł kot, ale nie wyglądał jak Tobiaszek. Tobiaszek był czarny jak smoła, a ten był siwy jak gołąbek i chudy jak wiór.
“To nie Tobiaszek” – powiedziałam do syna.
Na dźwięk tego imienia kotek zaczął miauczeć.
Andrzej podszedł do niego i mówi do mnie: “Mamo, to jest nasz Tobiaszek, spójrz mu w oczka, to jego oczka, to jego spojrzenie”.
“Nie synu, to nie Tobiaszek, my tylko bardzo chcemy żeby to był Tobiaszek” – odpowiedziałam i pomyślałam sobie, że mimo, że to nie Tobiaszek to i tak wezmę tego kota do siebie. Rozpostarłam ramiona i zawołałam go. Natychmiast skoczył mi w nie i zaczął mruczeć ze szczęścia.
“Mamo to Tobiaszek”. I na koniec zrobiliśmy test – otworzyliśmy drzwi samochodu. Tobiaszek zawsze schodził ze schodów, wchodził sam do samochodu i wówczas jechaliśmy do lasu na spacer. Więc test... Kotek natychmiast wskoczył na tylne siedzenie i zajął miejsce Tobiaszka! Dopiero teraz zobaczyliśmy jak jest wynędzniały. Na tyłku miał wielka ranę. Był zupełnie siwy. Ale skąd wtedy mogliśmy wiedzieć, że kot może osiwieć z tęsknoty i bólu? Skąd? Nie wiedział tego nawet ceniony przez nas weterynarz, który ugiął się w końcu przed faktami.

Później dotarły do nas i inne wiadomości. Wysnuliśmy wnioski. Tobiaszkowi pomyliły się bloki. Przecież mylą się i ludziom, wszystkie są identyczne, różnią się tylko numerem. I przez te wszystkie miesiące próbował wejść do mieszkania położonego w identycznym miejscu jak nasze. Jednak jego właściciele nie rozumieli kota, który z obsesyjną częstotliwością próbował wejść do ich mieszkania, mimo, że sąsiad obok w dzień w dzień traktował śpiącego na wycieraczce zwierzaka, listewką zakończoną gwoździem!

- Franca! Franca! – krzyczy na mężczyznę teraz po raz kolejny Ola, jakby to się stało dopiero dziś. Robi się czerwona i nieprzewidywalna. Prawie odchodzi “od zmysłów”. I jest to najstraszniejsza obelga jaką zna i jaką wypowiedziały jej niewinne usta.

Zapada głuche milczenie. Jeszcze raz wszyscy przeżywają los Tobiaszka.

W końcu Mama wyciąga kolejny rodzinny album. Widać na nim zupełnie siwego wynędzniałego kota. Ten sam kot tylko miesiąc później. Najpierw siwizna ustępuje z łebka i karku. Kilka miesięcy później kot ma tylko siwawe łapki. Po roku jest znowu czarny jak smoła.

- To może jeszcze po kawałeczku tortu? - proponuje mama.
I w tej samej chwili za babcią, która znowu musiała odwiedzić toaletę, człapie czarny szczupły, o starczej sylwetce kot. Patrzy na świat trochę zmętniałymi oczami. Trochę nie dosłyszy, ale kiedy Mama go woła, z radością wskakuje na jej kolana i mruczy ze szczęścia. Ta głaszcze kotka po sierści, która wygląda jakby dopiero brał kąpiel i został wysuszony, i tu i ówdzie jego sierść sterczy jak na szczotce. Szczęście i uwaga kota są krótkie i znowu gdzieś gubi się w swoich myślach i zagląda głęboko do środka siebie, staje się nieobecny.
- Boję się o niego. Boję... – mówi Ola. – Parę dni temu, tuż przed moim przyjazdem zmarła Anusia jego córka.

Anusia chorowała długo na raka. Cierpiała. A Tobiaszek przez ten cały czas nie odstępował jej na krok. Ale w końcu... medycyna przegrała z naturą.

- Tobiaszek był bardzo... związany z Anusią. Razem spali. Bawili się. Często byli przytuleni. Nie był tak z żadnym z pięciu innych kotów, które jeszcze mamy. Widać, że bardzo mu jej brakuje. Unika towarzystwa. Je niby normalnie... Śpi także... Ale... Mimo tego boję się, że Tobiaszek pójdzie wkrótce za nią do Kociego Raju. Czuję, że któregoś dnia, pod moją nieobecność, bezszelestnie oddali się jak przez otwarte drzwi, i nigdy już go nie odnajdziemy – mówi Ola, która już szykuje walizki. Kolejne bowiem krótkie Święta dobiegły kresu.

I kiedy już Ola pojechała pobierać nauki – o tym jacy to ludzie są równi w tej Europie i świecie, i jaki czeka nas wszystkich, nawet w naszym małym miasteczku, wielki dobrobyt i sprawiedliwość, (oczywiście, ma się rozumieć, po przejściowych trudnościach, które będą trwać jakieś parę lat, choć trwają już ładnych parę lat) - jakieś trzy miesiące później, pewnego wieczoru Tobiaszek i Babcia odeszli razem, jakby się zmówili. Po cichutku, nawet nie miauknąwszy.
Nie przeszkodziły im w tym nawet zamknięte na trzy porządne zamki i łańcuch drzwi.
Odeszli, żeby już nie wrócić.
Zostały tylko... ciała babci na bujanym fotelem przed włączonym telewizorem i Tobiaszka na jej kolanach.

„Kochanie idę do ciebie. Tak długo nie wiedzieliśmy się. Teraz już będziemy razem. Na zawsze”.

niedziela, 26 maja 2013

"Hotelowe manewry” czyli nihil novi sub sole „w temacie” farsa

W zasadzie ta sztuka jest pewniakiem. Liczba nagród, które zdobył ich autor jest naprawdę imponująca. Wydaje się, że takich rzeczy, nie da się zepsuć. Ale… na koniec pozostaje refleksja, że nie jest aż tak wesoło, jak świadczą o tym, te wyświadczane autorowi honory. I druga - w końcu  - nie zawsze do teatru przychodzimy, żeby przeżyć wstrząs, niekiedy po to, żeby „bezkarnie” się pośmiać. Choć często niezbyt szczerze.

 I taką funkcję pełni najnowsza propozycja kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego. Mowa o "Hotelowych manewrach czyli błogim s-pokoju", farsie Michaela McKeevera, w tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral, w reżyserii Mirosława Bielińskiego, aktora kieleckiej sceny. Ten jako reżyser zadebiutował już wcześniej - "Kpinami i kpinkami".
Oryginalny tytuł to „Suite Surrender”, gra słów miedzy „słodkim”, a „apartamentem” i „poddaniem”, w zasadzie to jest nieprzetłumaczalne na język polski. Tłumaczka używa zatem określenia „manewry” i sytuuje sztukę, w tradycji polskiej farsy (wspomnę chociażby o słynnych „Miłosnych manewrach”).
Słowem ma być komedia omyłek i było tak. Myliły się jak to może się wydarzyć w hotelu (zrealizowany postulat z „Trzech poetyk klasycznych”, że może być nieprawda, byleby było prawdopodobnie, co cieszy) - bagaże, kwiaty, osoby – dostarczając publiczności powodów do chóralnych śmiechów widzów, także w kieleckim teatrze. Tyle, że… cały czas towarzyszyło mi uczucie, że z tą sztuka i jej autorem jest jak z tańcem Johna Travolty w pamiętnej „Gorączce sobotniej nocy”, kiedy aktor mówi, że on wymyślił ten układ choreograficzny, ale wcześniej zobaczył go w… telewizji. Michael McKeever też wymyślił mnóstwo zabawnych scenek i dialogów.

Prapremiera sztuki odbyła się pięć lat temu. Wystawiana była już w USA, Niemczech, Szwajcarii, jak donosi przydatny internet. I wszędzie bawiła. Tylko dlaczego mnie bawi tylko momentami? A może ja mam mniej powodów do śmiechu, albo dlatego, że nie zażywam prozaku w żadnej postaci, w formie politycznej poprawności też nie?

Jest to rzecz całkiem nowa, która powinna wyrażać poczucie humoru współczesnego tzw. człowieka „zachodniej cywilizacji”, a śmieszy mnie nie zawsze. Jest aż tak przewidywalna?
A może nie wyraża współczesnego człowieka, tylko tego z lat 40. minionego stulecia?
W końcu akcja tej rzeczy dzieje się w 1942 roku w wielogwiazdkowym hotelu Palm Beach Royale, gdzie ma odbyć się uroczysty koncert, z którego dochód przeznaczony jest na finansowanie działań wojennych. (Mało pacyfistyczna idea, no nie?) W koncercie mają wystąpić dwie nienawidzące się artystki, i żadna z nich nie wie, ze wystąpi ta druga. Pech sprawił, że dyrektor hotelu (Mirosław Bieliński) musi je umieścić w jednym apartamencie, w przeciwległych pokojach i… zadbać o to, żeby się nie spotkały twarzą w twarz – przysparza to dyrektorowi zmartwień, a widzom powodów do śmiechu.

Jedną z gwiazd kapryśną Claudię McFadden, lubiącą sobie co nieco, niczym Kubuś Puchatek zjeść - wypić ginu z wermutem gra przekonująco Beata Wojciechowska, a jej asystenta, akompaniatora i.. popychadło kreuje, dawno nie obsadzony w tak dużej roli Marcin Brykczyński. Wygląda wybornie w błękitnym garniturze, wysoki, ze swoimi nieco archaicznymi manierami i urodą – skradł serce nie jednej pani z widowni. Świetnie wywiązał się ze swojego zadania – nie szarżuje w kierunku groteski, natomiast czyni postać na wskroś… pragmatyczną. Chciałbym zobaczyć też kiedyś Marcina na scenie w roli jakiejś drapieżniej, skomplikowanej postaci, mam nadzieję, że jakiś reżyser dostrzeże w nim i tę potencję. Pora. Bo Marcin Brykczyński skończył właśnie 44 lata, a to taki wiek, kiedy już nie zauważają nas kobiety, które my zauważamy, a zauważają te, których my jeszcze nie zauważamy, ale za to poszerza się wachlarz potencjalnych ról.

Nieco lubieżną Atenę Sinclair, zagrała Joanna Kasperek. Cały czas jestem pod wrażeniem jej dopiętej gry, przestrzeni, która wokół siebie tworzy, świetnego wokalu, znakomitej figury, nie przerysowanego gestu, który nigdy jak dotychczas mnie – nie raził manierą, jak to często się zdarza. Jej asystentkę zagrała Zuzanna Wierzbińska, której służy kielecka scena. Murphy Stevens, asystentka, jak to w farsie – spotyka swoją dawną miłość i także coś z tego, niby zabawnego wynika. Niby.
Nie obyło się też bez  postaci bojów hotelowych, którzy są przysłowiowymi chłopcami do „bicia”, ale i sprężynami perypetii, „charakternymi” pełnymi werwy i ekspresji. Z energią zagrali:  Francisa - Łukasz Pruchniewicz, a Otisa, Michał Węgrzyński. A kiedy na scenę brawurowo wpada, a to Dora del Rio, sympatyczna, ciotka-klotka dziennikarka (Ewa Józefczyk), a to pani Everrettowa Osgood, sponsorka eventu jak to się mawia teraz (Teresa Bielińska), rośnie natychmiast temperatura przedstawienia i czuć… naftalinę konwencji.

W końcu dwie zwaśnione gwiazdy muszą się spotkać, ale już nie zdradzę co z tego wyniknie.

Więc o co mi chodzi z tym „śmiechem momentami”? Kiedyś śmiano się z osób kalekich, kopnięcia w zadek, ewidentnej krzywdy człowieka, czy zwierzęcia. O cyrku Barnuma, ludzkich osobliwości przed laty w poetyckiej formie pisał świetny kielecki poeta Zdzisław Antolski. Dziś już się nie śmiejemy z takich osób, ba… dostrzegliśmy, że każdy z nas, wbrew pozorom normalności może się kwalifikować do tego cyrku.

Ale czy czasem znowu nie śmiejemy się z tego, z czego pozwala nam się śmiać, z tego co nam się wybiera do śmiania?

Jak powiedział dyrektor kieleckiej sceny ta farsa może być pewnego rodzaju „katharsis”, po „Carycy”, którą nadal uważam… za złą sztukę. Nie wiem, czy następuje to oczyszczenie, ale daje chwilę oddechu i dzięki za to Mirosławowi Bielińskiemu, który podołał roli aktora i reżysera.

Kiedyś w przypływie szczerości z dyrektorem Szczerskim stworzyliśmy prywatny ranking sztuk, które się pojawiają w naszym teatrze – były tam sztuki „dobre”, „złe”. Ale także i „dobre, których mogłoby by nie być”… Do której kategorii  zaliczyć „Hotelowe manewry…” spróbujcie moi drodzy, odpowiedzieć też sami.

Do teatru nie przychodzi się po chwałę, święty spokój, choć niekiedy po rozrywkę, ale głównie po to – żeby zobaczyć z całą jaskrawością świat takim jakim on jest. Więc czekam.Wytrwale..

niedziela, 14 kwietnia 2013

„Caryca Katarzyna” – efektownie skrojona agitka?

-->
Kto to widział,
 żeby składać hołd
mordercom swoich dziadów!



Grubo ponad godzinę golizny, pokazywania na scenie "cycków" – mówiąc językiem przedstawienia - by na koniec widz usłyszał, wygłoszony jak prawdę objawioną – banał o tym, że Polska to… nienormalność. Banał i uproszczenie, które przez ostatnie lata tak często powtarzał mainstream.

Najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, to „Caryca Katarzyna”, pióra Jolanty Janiczak. Autorka uważa, że historia to plotka, tekst, najczęściej tworzony przez świat mężczyzn, więc i ona czuje się upoważniona, do napisania swojego.

Jak mówi ma gdzieś tzw. prawdę obiektywną, zatem „subiektywizuje”. Dla niej historia Katarzyny, to „droga ciała na tron, polityka pisana ciałem i na ciele”. To ten temat ją zajmuje, gdyż jej zdaniem „o podstawowych dla kobiet sprawach dyskutują politycy płci męskiej z biskupami”. Pewnie jej chodziło o Polskę i katolików. Na ten temat politycy w innych krajach i z innymi hierarchami nie dyskutują? Pytam skromnie…

To w zasadzie kalka mainstream'u. Obowiązująca aktualnie wykładnia. I nawet nie chce mi się z tym dyskutować. Temat przeżuty i przepluty do wyrzygania. (Tak nota bene, znowu spytam - biskupi to jakiś odmienny, trzeci gatunek? )

Autorka zapowiada, że rzeczy takich napisze jeszcze więcej! Przypomnę w Kielcach wystawiono już w zasadzie podobną, także jej - „Joannę Szaloną Królową”.

Niby za nic autorka ma teksty o postaciach historycznych, zgadzam się z nią, bo to tylko przecież mogą być, teksty noszące piętno epoki, by za chwilę przypomnieć: „Katarzyna była wytrawnym graczem, a biorąc na siebie tę rolę, musiała do pewnego momentu, rezygnować ze swoich pragnień, ze swojego ciała” (wszystkie cytaty Gazeta Teatralna Nr 39). Cóż… Widocznie są teksty historyczne, wśród innych przekazów, które zasługują na większą uwagę i… wiarę.  Zależnie od potrzeb cytującego? Od jego zapatrywań politycznych, mających „na celu legitymizację władzy”, która sprzyja (pewnie tymczasowo, jak pokazuje historia, a ta dla mnie bywa jednak magistra est), tzw. artystycznej awangardzie?

A tak z innej beczki – czy listy pisane przez Katarzynę II, do sąsiadów Polski, są wiarygodnym źródłem informacji o epoce, czy nie są?  Np. w swym liście do Fryderyka II z 17 października 1763 roku ujawniła kandydaturę Poniatowskiego, pisząc, że „ze wszystkich kandydatów do polskiej korony ma najmniej możliwości osiągnięcia jej (...), a zatem będzie za nią najbardziej wdzięczny tym, z rąk których koronę otrzyma”.

 „Historia drugiej wojny światowej opowiedziana przez dziadka tysiąc razy lepiej oddała mi ten syf niż podręczniki o bohaterach” – wspomina autorka. No tak… Tylko jest jedna fundamentalna różnica między nią, a nim – on tę wojnę „przeżył” i mimo, że był mężczyzną, zapewniam, że własnym ciałem. Jego ciało miało doświadczenie, którego nawet wnuczka nie przeczuwa i być może będzie tylko zawsze w takich przypadkach spekulować.

Oczywiście, że historia to racjonalny ciąg zdarzeń (autorka tekstu sądzi odwrotnie). Niestety racjonalna aż do bólu. Najczęściej bólu „tamtych”. Co nie oznacza, że nie pojawiają się tam zdarzenia, czy postaci o których nie wiele wiemy, wymykające się ocenie.
Władza, ekspansja – to zbyt poważne rzeczy, żeby je zostawiać roli przypadku. Jak niektórzy twierdzą – „W polityce nie zdarzają się przypadki, a jeśli się zdarzają, to są świetnie wyreżyserowane”.



 Reżyserem jest Wiktor Rubin, który już współpracował z Jolantą Janiczak w Kielcach przy „Joannie Szalonej Królowej”, spektaklu nagradzanym. W zasadzie „Caryca” zrobiona jest, według tej samej matrycy. M.in. tam, tytułowa Joanna – Agnieszka Kwietniewska, biegała po scenie bez majtek tylko w samej koszuli, w tym projekcie Wiktor Rubin poszedł „na tzw. całość” jak powiedział w kuluarach Piotr Szczerski, dystansując się jednak od przesłania sztuki. Aktorka grająca Katarzynę, Marta Ścisłowicz, jest prawie cały czas naga. Nagi bywa także często Wojciech Niemczyk, w roli Piotra I, jej męża. Ja widz, szybko przyzwyczaiłem się do ich nagości, (bo kogóż to jeszcze szokuje? Co to wyzwala, czy przełamuje? Choć dla mnie nagość należy do strefy intymnej i rzeczy ostatecznych, nie żebym nie chciał jej widzieć na scenie, jeśli ma to sens) – do ich dosłownej obecności, jak zapewne powiedziałaby autorka sztuki, na scenie. Tylko zadawałem sobie pytanie: po co to wszystko? Czyż moc teatru czasem nie polega na niedomówieniu? Czy teatr musi się ścigać z innymi niescenicznymi formami tzw. sztuki?

Przed laty Piotr Szczerski, wyreżyserował „Miłość na Krymie”, w jednej z ostatnich scen, ówczesna aktorka Żeromskiego - Viola Arlak, błysnęła  na sekundę nagą, obfitą piersią i to zupełnie wystarczyło.

Nic nie można zarzucić aktorom – największe wyzwanie pewnie stało po stronie tych „nagich” – Marty Ścisłowicz  i Wojciecha Niemczyka – to naprawdę świetni aktorzy, którzy podołali zadaniu. Ale… ona najlepsza jest wtedy, jak już jest… ubrana w wytworną suknię, potrafi jednym spojrzeniem swoich pięknych oczu, gestem, zogniskować uwagę, zburzyć, czy zbudować nastrój, zyskuje wówczas wdzięk i powab. Podobnie on – momentami szokujący, odrażający, jak zawsze skupiony, drobnym gestem budujący role. W pamięć zapadnie pewnie nie scena jak biegają nadzy, ale jak Piotr I, obgryza sobie paznokcie u… nóg, a następnie Katarzyna bierze stopę do całowania. Kochankę Piotra, Lizawietę Woroncową gra Ewelina Gronowska-Ośka, jak zwykle wiarygodna. Posągowa Joanna Kasperek występuje jako Elżbieta Romanowna. Kanclerza jej kochanka i powiernika zagrał świetny Dawid Żłobiński, którego jednak ostatni monolog, wygłoszony już po wręczeniu kwiatów aktorom, ze względu na hałas dobiegający zewsząd, umknął mojej uwadze. Joannę Bez Numeru, zagrała doskonała Beata Pszeniczna, generała Orłowa – Edward Janaszek, ukryty za sowiecką czapką wojskową i czarnymi okularami, powściągliwy i mroczny, ot – narzędzie rosyjskich szachistów, zapowiadający ostateczne rozwiązania.

Problem mam z Alicją z Kariny Czarów, która się pojawia także w tej sztuce – wyobrażam sobie tę rzecz, bez tej postaci, choć brakowałoby pewnie urzekająco pięknej Dagny Dywickiej, w cudownej sukni. (Ma ta aktorka pewien magnetyzm, który pozwala jej rozkwitać zazwyczaj na scenie). I Pawłem I (Andrzej Plata), z tą częścią kiedy, zresztą rewelacyjnie parodiuje Kate Bush – ubrany w damską sukienkę. W roli syna, uciekający w infantylizm przed kołami historii - wyborny. Autorem atrakcyjnej plastycznie scenografii jest Mirosław Kaczmarek.

Najwięcej kontrowersji wywołała jednak postać Stanisława Augusta Poniatowskiego, kreowana przez Tomasz Nosińskiego. Co by o nim nie powiedzieć, to – jak się mawia - rutyniarz, który zawsze może ukraść całość. Często manieryczny – i ta jego cecha, słynna już, jego gestykulacja, sposób chodzenia, artykulacja – doczekały się już parodii.


„Patrząc z dzisiejszej perspektywy, był on postępowym człowiekiem, godnym podziwu” – o Poniatowskim, mówi autorka tekstu. Nie chcę się wikłać w osądy tej postaci, to zbyt rozległy temat. W swojej sztuce Wiktor Rubin, każe wygłosić Nosińskiemu, przydługawy monolog, z którym aktor radzi sobie znakomicie. Tyle, że ja… się zupełnie nie zgadzam z jego przesłaniem – to już nie była sztuka tylko agitka. Fragment narzucający mi jak mam i co mam myśleć, także o Polsce i Polakach – a jego pointa to – Polska to nienormalność.  I szkoda mi czasu i woli, żeby z tą wizją naszego kraju i jego mieszkańców polemizować.

W rozmowie w kuluarach moja koleżanka Magda R., znana polonistka i miłośnik teatru, wyjaśniała mi, że ta nagość to tylko… kostium.. ok. Skrójcie go zatem następnym razem trochę lepiej.

Mówiła, że to antydramat. Więc oczekiwanie, że wszystko będzie świetnie skomponowane, jest nieuzasadnione. Rozumiem jej racje.  Ale… Mnie się wydaje, że takie rzeczy to… efektowny… banał, który znowu, jak to ostatnio bywa, w wykonaniu tzw. młodego pokolenia, -  przypomina, jak mówi Aga M., też artystka, śmietnik popkultury. To taki worek, do którego można wrzucić cokolwiek: cytaty z Biblii, wymyślone naprędce adresy internetowe, słowem co ślina na język przyniesie, przepraszam – wyobraźnia.

A wszystko, to po to, żeby moim zdaniem - jakoś uciec od boleśnie pustej czaso-przestrzeni sceny, a wcześniej kartki.

Podobnie było niedawno w przypadku sztuki „Mój niepokój ma przy sobie broń”, autorstwa Mateusza Pakuły i w reżyserii Julii Mark. Choć tamta rzecz przypominała mi raczej poemat dygresyjny, który zbłądził na scenę.

No niby wszystko jest poezja, jak powiedział Edward Stachura, to może wszystko może być też teatrem?

Oczywiście jestem głęboko przekonany, że ci twórcy, w uczonej dysertacji obronią swoje racje, nawet Wiktor Rubin dowiedzie, że „Caryca Katarzyna” jest perfekcyjnie skomponowana. Wiem, to wyedukowani ludzie, ale cały czas już nie tylko od „Joanny”, chodzi mi po głowie, że są tak inteligentni, że stworzyli niezłą receptę na rzecz, która będzie budzić kontrowersje na scenie, będzie „awangardowa”, co by przez to nie rozumieć, że będzie nagradzana i hołubiona.

I, żeby w tym było rzeczywiście szaleństwo, to jakoś zniósłbym wiele, ale widzę w tym… wyrachowanie. Gotowy przepis – weź postać kontrowersyjną i cokolwiek znaną, postaw na scenie, zrób efektowną scenografię, nasyć i zaciemnij sens i całość (tę metodę już Thomas Elliot uważał za wielce obiecującą), namnóż słów i wątków, tak wiele, że widz i tak się nie zorientuje, o co chodzi, wszak teksty, wysłucha tylko raz, podlej to żywą, wprost ze sceny wonią spoconego, najlepiej nagiego ciała, a wszystko pod płaszczykiem awangardy, walki z „zaściankowością” i… schlebiaj dominującemu trendowi.

A jeśli nie wiesz, że schlebiasz, to odwołuję uwagi o inteligencji. To znaczy, że  jesteś „pożytecznym idiotą”. A jeśli nie jesteś idiotą, to kim jesteś? Pomyśl chwilę.

Oczywiście „sukces” nie będzie udziałem „Niepokoju”, bo jaki on by nie był – deklaratywny, oczywisty, podobnie jak „Caryca”, ma nad nią jedną przewagę – momentami, czasami nieudolnie oskarża rzeczywistych „władców świata”, a to może im się nie spodobać. A nie tych pozornych, wskazanych przez mainstream, propagandę, pozornych z którymi bój toczą Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin.

Kiedyś Roman Ingarden powiedział mnie więcej tak, że dzieło sztuki, to maszyna do produkowania interpretacji – reżyser pokazuje, że do jednej.

Jeśli naprawdę tzw. młodzież, chce zrobić dzieło sztuki anarchistyczne, czy jak je zwał, pod prąd, niech zada sobie fundamentalne pytanie Woltera - "Jeśli chcesz wiedzieć, kto tobą rządzi, sprawdź kogo nie możesz krytykować”.



Chris

http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/spektakle/id/67

niedziela, 10 marca 2013

"Jądro ciemności" - upadek duszy, czy dialektyka pewności?

Niekiedy w ciszy i przez przypadek powstaje coś ważnego, co nie zostanie "dostrzeżone" przez mainstream, może nawet celowo pominięte? Nie będzie przebojem.

Idę - jak się mawia "sobie",  wiele miesięcy po premierze "Jądra ciemności", do kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach.
Po drodze spotykam dziennikarza z "Radia Kielce", w sumie jedynego medium w regionie, o którego uwagę zabiegają wokół nie tylko twórcy.

Może jedynego, (nie żeby nie miało czerwonych plam w przeszłości, pamiętamy te referencje słusznej partii, tę dialektykę pewności),  które się oparło materialnej degradacji zawodu dziennikarza. Nie sprowadziło jego roli - do "pojawienia się" najczęściej nieprzygotowanej, dwudziestoparolatki, z odważnym dekoltem, na utrzymaniu rodziców, pracującej za kilka śmiesznych i upokarzających groszy, marzącej bezpodstawnie o karierze Stokrotki.

Zamieniamy kilka słów. Dziennikarz sądził, że idę na premierę do Teatru Kubuś, kiedy prostuję, jest lekko zdziwiony - bo w sumie po co chodzić do teatru nie na premiery? Już wszystko przebrzmiało, spektakl oceniony, opisany i przeżuty... A ja uparcie... Ostrzegł mnie - "to momentami irytująca sztuka".

No miał rację, długimi momentami, tyle, że... nie nudzi. Zasługa to aktorów - Edwarda Janaszka, Macieja Pesty, Andrzeja Platy, wcielających się wciąż, w spektaklu, w nowe postaci. Może najbardziej zaskakujące jest obsadzenie białego dryblasa, o jasnych włosach i oczach, niczym prosto z "Main Kampf", w roli... 12-letniego czarnego chłopaka (Maciej Pesta). Świetna kreacja, być może z podwójnym dnem? A może to tylko moja nadinterpretacja, widza marzącego o teatrze - zwierciadle współczesnego gościńca?

Podobno reżyser (Szymon Kaczmarek) zapowiadał, że to rzecz, która odkrywa prawdziwe oblicze Afryki, i że nie jest to kraina mlekiem i miodem płynąca. Jeśli tak, to nie wiem na jakiej podstawie sądził, że tak - my publiczność uważamy? Chybił.
O "W pustyni i w puszczy" dawno zapomnieliśmy. Murzynka  Bambo nikt już nie czyta. Afryka to m.in. "Heban", o którego autorze coraz więcej smutnych rzeczy do nas czytelników dociera po latach, Afryka to "legendarne" zdjęcie umierającego z głodu, na spalonej ziemi dziecka, za którym czai się sęp... To narody mordujące się przy pomocy maczet. To... przemilczane dziś ucieczki "białych" z RPA. Coetzee... Pokłady uranu... Czy to wszystko wstrząsnęło światem? No nie bardzo.
Odsyłam do tekstu o moim przyjacielu Dramanie z Mali.
http://bezprzeginania.blogspot.com/2013/01/draman-z-mali-ja-z-polski-z-kieszeniami.html

Coś teraz powiniem napisać o Josephie Conradzie... Mapkę prowadzącą do skromnego grobu pisarza w  Canterbury, można tam dostać w informacji turystycznej.
Niby na podstawie jego "Jądra ciemności", jest oparta rzecz w Kielcach. Ale nie oszukujmy się, ilu oglądaczy, (może ten chłopak z wyeksponowanymi bicepsami, który wziął dziewczynę na pierwszą randkę, właśnie na "coś" do teatru), nie wspomnę o recenzentach, zna opowiadanie Korzeniowskiego?  Pisarza o którym teraźniejsi Anglicy, w pubie w Bishopsbourne, mówią - "Był tu taki. Jego dom, to któryś z tych koło kościoła".

Więc, zdaje się można i bez Josepha Conrada... W sumie, to może tylko taki wabik, że to niby zajmujemy się trudną sprawą - wybitnym dziełem sztuki, psychologią i moralizowaniem. Takie kilka punktów po stronie plus, już na początku. Koturny pod bose stopy. Niekiedy szkielet na którym snujemy swoją opowieść. Tkankę, którą wypełniamy nieznośną, boleśnie milczącą, pustą - czaso-scenę.

Na początku aktorzy, opowiadają o historii Konga, gdzie się dzieje akcja, choć tak naprawdę spektakl zbudowany jest z luźnych fragmentów, czyli tylko zawsze fragment, jak rzekł niegdyś inny stary mistrz - Tadeusz Różewicz. O tym, że Europejczycy, podbili te tereny, a z ich mieszkańców uczynili niewolników, niepokornych zakuwali w łańcuchy, obcinali dłonie, zabili połowę populacji. Osiem mln ludzi. Osiem. Statystyka... Pewien mędrzec, językoznawca, polityk minionej epoki, miał na jej temat pragmatyczne zdanie. Po cichu - tego nas nauczyło doświadczenie - jak sadzę, podzielamy tę opinię

No i teraz my, niby biali ludzie mamy się bić w piersi, bo my to uczyniliśmy. A w tyle słychać gromkie, "Nigdy więcej" współczesnych zawodowych specjalistów od sumień i skrzywdzonych mniejszości. I od biedy oczywiście.
"My to uczyniliśmy! My!"  Czyli ma się rozumieć - Wy...
Prawda? 
A jednak tego nie zrobił tzw. biały człowiek, tylko tzw. elity. Elity, które dorobiły się gigantycznych majątków na handlu niewolnikami, na eksploatacji nie tylko Afryki. Elity, których potomkowie są... nadal elitami i są tak wpływowe, że można przeczytać tylko hagiografie na ich temat. Od czasu do czasu widzimy następną generację - jak otworzy jakąś znaczącą szkołę, (jej absolwenci, pośpiewają z partytury elit), przytuli do miejsca z sercem dziecko, zatroska się o nadmiar dwutlenku węgla, o zasoby wody, kurczące się miejsce na planecie.
Elity dla których przemoc, to tylko narzędzie, mało estetyczny epizod, a nie upadek duszy.
Elity, które... za nic miały życie ludzkie, białe życie także. Podobno w skutek szkorbutu i innych chorób związanych z niedożywieniem, w czasach Conrada, zmarło około 1 milion żeglarzy. Podobno już od dawna elity wiedziały, że to brak witaminy C, powoduje tę gigantyczna liczbę zgonów, nawet wiedziały jak temu zaradzić (kiszona kapusta, którą już ze sobą brali Wikingowie) i... nic... Nie wiele znaczyło ludzkie życie. Nie wiele znaczy. Cóż się zmieniło? Zatem dobra rada - cieszmy się z życia, póki czas.

Mylił się poeta, pisząc, że najważniejsza jest odwaga. Oj mylił. Więc idźcie i bądźcie rozsądni.
Bądźcie rozsądni, to może... przypadnie Wam jakiś kęs współczesnego Kongo... Tylko bądźcie rozsądni...To pozwoli Wam być może przeżyć. W końcu rozsądni, są niezbędni... elitom.




piątek, 15 lutego 2013

Kogo ocaliliśmy? No kogo?

 Śnił mi się. Był słoneczny dzień. Stoimy półkolem i gawędzimy. Rozpoznaję tylko jego, dwóch osób z jego prawej i lewej strony już nie. I on zdaje się rozpoznaje mnie. Nagle zadaje zaskakujące pytanie. Tym więcej puchnące znaczeniami, że uświadamiam sobie, przecież on od kilku miesięcy... nie żyje.

Stoję przed drzwiami kościoła. Nie mogę dopchać się, ani i nie chcę do środka. Msza, jak mawia się za jego duszę. Później dwóch mężczyzn w czerni, wynosi małe drewniane pudełeczko. Tyle zostało z Jarka.  Nie licząc duszy.

Chciał, żeby tyle. Za pudełeczkiem idą, jego żona i dwie piękne, błękitnookie dorosłe córki. A później cmentarz. Tłum ludzi. W tym dorośli wychowankowie Domu Dziecka, już ze swoimi rodzinami, dziećmi. Jarek, jak się okazuje - całe życie - pracował w bidulu.

Trochę zazdrościmy mu dzisiaj (a może tylko ja?), my  jego posiwiali koledzy z klasy.
Kurwa! Umarł sobie tak przed nami! Odszedł jako przystojny facet, prosty, wysoki, a nie jako pokurczony staruszek z plastikową butelką na siki w nogawce, (konający co dwa dni, kiedy wężyk do butelki, zapcha się skrzepami krwi, bezradnie czekający na miłosierdzie pogotowia), którego nikt już nie pamięta, bo ci co mogli pamiętać - już nie żyją, a ci co żyją - nic nie pamiętają.

I tyle osób przyszło tutaj. Farciarz! Pierdolony farciarz - nawet nie powiedział, że jest aż tak cieżko chory! Nie użalał się.

- Nie jest tak źle. Nie jest. Jestem na rocznym urlopie zdrowotnym, odpoczywam trochę - mówił, z tym swoim szerokim, lekko ironicznym uśmiechem, w nieczęstych momentach, kiedy spotykaliśmy się. Bo przecież wciąż nie ma czasu, mimo, że go po prostu - nie ma, jest tylko iluzją. Więc nie mamy tej iluzji....
Nie pożegnał się z nikim i nie dał nikomu pożegnać się ze sobą.

Pieprzony farciarz - nie będzie gnił, cuchnął i kurczył się. Teraz wmurowują pudełko z nim w beton grobu. Zgrzyta kielnia. Zgrzyta...
I nagle z głośnika toczą się powoli, pierwsze dźwięki "Epitaph" King Crimson. W tym momencie my przyjaciele z młodości Jarka, zamiast płakać, uśmiechamy się do siebie nawzajem, ja łapię uśmiech z wdową juz po Jarku (stoi na górce), Asią. I wszystko to kingcrimsonowe spojrzenie wie. Chociaż ja mniej zdaje się, wiem i pamiętam niż sądzą inni, i ona sądzi. To u niej w domu, przed wielu laty, po raz pierwszy pokochaliśmy King Crimson i nie tylko.
A teraz "epitafium" sączy się kawałek po kawałku, w końcu słyszymy:

Confusion will be my epitaph.
As I crawl a cracked and broken path
If we make it we can all sit back and laugh.
But I fear tomorrow I'll be crying.
Yes I fear tomorrow I'll be crying.

 Jutro tak. Nie dziś. Nie dziś. Dziś się uśmiechamy. Choć i dziś jest tylko iluzją i jutro też nią będzie.

We śnie nie ma twarzy tak umęczonej bólem i chorobą. Promienieje jakimś blaskiem, a jego szare włosy (nie wyłysiał szczęściarz), mają kolor i błysk złota.

- No powiedz... - pyta z tym ironicznym, tak charakterystycznym dla niego uśmieszkiem... - No powiedz... Kogo ocaliłeś! No kogo?
No i rechocze tymi wielkimi kłami dodającymi mu uroku i tajemnicy.
Milczę. Nawet nie zmieszany. Ale milczę.

Myślę sobie: "A niby kogo i dlaczego miałbym ocalać? Kogo i dlaczego?"

Ale on, daję słowo i wszystkie synonimy,  powiedział wyraźnie - "ocalić", a nie na przykład - komuś pomóc...
Przez moment pomyślałem o moim dziadku, który całą wojnę przechowywał na strychu sąsiada, któremu bardziej niż innym, wówczas groziła śmierć, ale wiem, że to się na pewno nie liczy. Nie liczy. I kurwa, nie znoszę tego wszystkiego, nagle obudzonego teraz chóru wnuków takich dziadków, ktorzy ocalali, tej szarańczy. Tego błyszczenia w cudzym czynie i wdzięczenia się, jak mawiano niegdyś - stara kurwa do milicjanta - do silnych i wpływowych tego świata. Brzydzę się tymi zaklęciami, tymi zapewnieniami, przysięgami dozgonnej miłości, parcianymi manifestacjami lojalności.

W końcu uśmiecham się i sięgam do jakby zielonkawej jak łąka koszuli Jarka (wiem, wiem, nie nosił takich, zdecydowanie jeansowe), ale w moim śnie mogła być zielona  (a może, teraz sobie przypominam - była błękitna, ale miała - żywe, zielone gałązki - nici aplikacji) - poniżej czubka kołnierzyka, siedzą mu na kieszeni koszuli dwie biedronki. Sięgam, bez wahania,  po jedną ostrożnie. Siada mi na palcu, a moze tylko przycupnęła, bo nie zna języka polskiego, zna biedronkowy? Rozprostowuje skrzydła, mają czarne kropki i soczystą czerwień.

- Tak to ona! Ona! Ją kiedyś ocaliłem! Na pewno tę!!! - drę się radosny.

Biedronka pofrunęła w górę, ku błękitowi, i kiedy mój wzrok spowrotem wrócił, nie bylo już ani Jarka, ani innych. Zaprawdę wam opowiadam - nawet mnie. Bo czas jest na pewno złudzeniem.

I przysięgam, nie  powiem, a też mi się śniło, kto z Was żyjących wkrótce odfrunie jak biedronka. I obawiam się, że już dzisiaj jest jutrzejszy płacz. I nikogo nie potrafię ocalić. Nikogo.

piątek, 1 lutego 2013

Problem duszy i wystawy „Zwierzęta i kontynenty”



Muzuem Histori Naturalnej w Londynie
Przerażające i piękne są  te zastygłe w ułamku ruchu zwierzęta. Wołają o pióro poety, o pędzel mistrza, zadumę, a doświadczają zbyt pośpiesznych, powierzchownych błysków fleszy. Miałem okazje pobyć z nimi sam na sam. Zobaczyłem ich dusze. Mam niejasne uczucia wobec tego doświadczenia, ale jedno jest pewne  - przypisywanie tej wystawie propagowania zabijania zwierząt przekroczyło granice absurdu.

Tylko w skrócie przypomnę – Muzeum Narodowe w Kielcach otrzymało propozycje przejęcia kolekcji ponad 160 spreparowanych zwierząt, z różnych kontynentów. Dwa tygodnie temu został otwarta wystawa. I myli się, kto mówi, że takich wystaw nie ma już w „cywilizowanych” muzeach świata. Jesienią ubiegłego roku oglądałem taką ekspozycję w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, towarzyszyła jej adnotacja, że żadne ze zwierząt nie zostało zabite dla potrzeb tej placówki, i że kiedy się już nie da dalej konserwować eksponatów, całość zostanie zutylizowana. Podobnie jak sądzę, jest w Kielcach.


Nie będę mówił o misji muzeum, ale trzymając się argumentacji przeciwników wystawy można by zakazać np. eksponowania militariów, a nie jedno ostre narzędzie przyczyniło się do skrócenia kogoś o głowę. Nie jeden rapier, czy jatagan będący w zbiorach kieleckiej placówki, ma swoją mroczną tajemnicę – a oglądany z bliska i skojarzony z ludzkim ciałem wywołuje grozę. Ale nie budzi to publicznych emocji.

Słowem – czy tego chcemy, czy nie – to nasza kultura jest w dużej mierze oparta na przemocy. Ta przemoc dzisiejsza nie jest bardziej humanitarna, nie oddawajmy się iluzji, że np. biały fosfor, to coś lepszego niż ostrze jataganu. Dzisiejsza  przemoc jest zakamuflowana i podlana ketchupem propagandy, który tak cudownie rozszyfrował stary genialny  Julian Tuwim, w wierszu „Do prostego człowieka”. Nie oszukujmy się – nadal wychowujemy ludzi do przemocy. Przemocy doświadczamy każdego dnia, jesteśmy jej źródłem i ofiarą. A  nasza przemoc, nie jest przemocą, przemocą są zawsze ICH działania. Ich.

Ja i "kotka" - Muzeum Narodowe w Kielcach

Tak się złożyło, że jestem teraz pracownikiem muzeum, zajmuję się tam digitalizacją i to mnie przypadła z aparatem w ręku, czynność skatalogowania każdego zwierzęcia. Towarzyszyła mi kompetentny muzealnik, a i myśliciel, erudyta, zdecydowanie także gatunek wymierający -  Joanna Kielar, wówczas pracownik Działu Przyrody w muzeum.

Przed ponad dwa tygodnie, każde zwierzę braliśmy z wielką uwagą i troskliwością w ręce, już nie ze względu tylko na przepisy związane z eksponatami, ale powodowani szacunkiem do tych istot.


Za oknami światło zmieniało się w późno popołudniowe, nadciągnęły granatowe chmury, wydłużały się cienie stłoczonych, w jednej sali gromady zwierząt. Groza i piękno, dreszcz skradający się po plecach. Z metkami na szyjach, przywodziły na myśl senne koszmary, ludzkie i zwierzęce hekatomby. Milczeliśmy,  baliśmy się, że za chwilę je obudzimy ze zbyt długiego snu.  I co wtedy? Co?
A koniec pracy, był zawsze czasem modlitwy w ich intencji. Om mani padme hum. Tyle tylko mogę dla nich zrobić. Om mani padme hum. Buddyjska mantra współczucia.

Muzuem Histori Naturalnej w Londynie

Wielkiego wzruszenia dostarczyła mi niewielka pantera. Wygląda bardzo skromnie.  Miałem jakiś inny w głowie obraz tego gatunku, wydawał mi się większy, potężniejszy. Przyznam, że na safari nie bywam, ostatni raz w ZOO natomiast, byłem jako dziecko, a jako dorosły z własnej woli takiego nie odwiedziłem. 


Więc zaskoczyły mnie jej niewielkie rozmiary i nadwymiarowo duże łapy. Jak głosi wieść, czy być może tylko łowiecka legenda -  to tymi okaleczyła pięciu myśliwych, niektórzy wskutek ran umarli. Kurczył się jej świat, zaczął sąsiadować z ludzką wsią. Lamparcica zaczęła polować na zwierzęta hodowlane. Wieśniacy zawiadomili myśliwych. Zwierzę w mig (mylił się Kartezjusz, że zwierzęta nie myślą), zrozumiało, że to teraz na nią polują i ona też zaczęła na swoich prześladowców. Nieuchwytna (do czasu, cóż ona wie o współczesnej technologii zabijania?), skradała się od tyłu, skakała na plecy i prawą łapą jeszcze w locie, zrywała z twarz i głów płaty skóry i mięsa.

Czy obudziła się we mnie, w człowieku, natura drapieżnika, który podziwia teraz innego drapieżnika, z taką historią, któremu fachowcy przypisują doskonałość w ewolucji?
A teraz stoi już ta „kotka” na wieczność przyczajona.
Zawsze gnę się przed nią do samej ziemi. Pochylam nad jej naturą i odwagą.

Mamy ambiwalentny do nich stosunek. Trójka wielkich monoteistycznych religii, miała zawsze problem ze zwierzętami. Stary Testament zawiera opisy okrucieństwa wobec nich. (Zajmę się bliżej chrześcijaństwem, choć wiem, ze islam i judaizm też nie są w tej sprawie, zdaje się, bez winy). Później, wiosny nie czyni święty Franciszek z Asyżu, a nasze skandaliczne zachowania, wobec zwierząt ukonstytuował Kartezjusz, który twierdził, że te nie tylko nie mają duszy, ale i nie mają uczuć, są maszynami, nie odczuwają bólu i na okoliczność tego sam filozof, podobno publicznie kopał ciężarną sukę, a jęki bólu, traktował niczym dźwięk poruszonego mechanizmu. Podobno też… prywatnie bardzo dobrze traktował swoje psy, miał ulubienicę.

O innym stosunku ludzi do zwierząt, pisze słynna podróżnik Beata Pawlikowska w „Dzienniku”:
„Indianie Ameryki Północnej powszechnie uważali, że w każdej rzeczy przebywa moc ducha. Wszystko, co powstało z woli Stwórcy, niezależnie od tego czy ożywione czy nieożywione posiada duszę. Duszę ma każda roślina, zwierzę, a nawet gleba. Dusze te mają na siebie wpływ, są wzajemnie zależne. Wszystkie rzeczy są ze sobą powiązane i są święte”. Dalej wspomina wypowiedź Hurona – „Wiele razy widziałem duszę mojego konia w jego oczach”.

W 1975 roku powstało "Wyzwolenie zwierząt", Petera Singera, które by się zgadzało z wieloma opiniami Huronów, książka nazywana biblią Ruchu Wyzwolenia Zwierząt.
"Jest to opowieść o tyranii człowieka wobec zwierząt” – pisze tam autor. Zmienia się nasz stosunek do braci mniejszych, pojawiają się wegetarianie z wyboru, dokarmiamy bezdomne zwierzęta, lepiej traktujemy swoje.

Muzeum Historii Naturalnej w Londynie
Osobiście jestem przekonany, że zwierzęta mają dusze. Że przeżywają ogromne emocje, przekonuje mnie właśnie mój pies-staruszek, stukający mnie nosem żądający spaceru, w tym momencie właśnie, kiedy piszę te słowa. Parafrazując słowa Indianina – codziennie widzę duszę w jego oczach.
Ale nawyk podpowiedział mi i chciałem napisać – „muszę mu towarzyszyć teraz prawie bez przerwy w jego ostatnich, zdaje się tygodniach życia”, by stwierdzić, że „chcę”. Więc uczy mnie, co to miłość, cierpienie i nauczy mnie odchodzenia, kiedy przyjdzie kres.

I od każdego z nas zależy czy w Kielcach, na wystawie dostrzeżemy sacrum, czy profanum. Czy dostrzeżemy duszę? Nawet konstatacja (już taką słyszałem na wystawie) – „O jaki ten skurczybyk jest wielki” ( to o lwie), może być początkiem nowego myślenia.

Na drzwiach lokalnej sceny dramatycznej, widnieje sentencja Tadeusza Kantora: „Do teatru nie wchodzi się bezkarnie”. Podobna powinna towarzyszyć zwiedzającym kielecką propozycje muzealną. To cena jaką  przyjdzie nam zapłacić za przenikanie się dusz. Warto podjąć to ryzyko.

Chris
PS. Występuję tutaj prywatnie. Niczego, z nikim nie konsultowałem. Nikogo nie reprezentuję.


http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262,13325007,_Wystawa_zacheca_do_zabijania___Obroncy_zwierzat_prosza.html