środa, 14 października 2020

Czy teatr w końcu upomni się o odbieraną nam wolność?

Czy z powodu pseudopandemii, tej globalnej symulakry - nie zobaczymy w naszych małych Kielcach np. „Zarazy”, inspirowanej powieścią Camusa, a także  innych propozycji Teatru Żeromskiego, zaplanowanych na nowy sezon?

Kiedy pisze ten tekst właśnie władze sanitarne regionu ogłosiły, że nasze miasto jest w tzw. strefie żółtej. Oznacza to dla nas, zwykłych ludzi - jeszcze bardziej drastyczne przepisy ograniczające naszą wolność przemieszczania się i naszych osobistych wyborów, w tym dostępu do propozycji kulturalnych.

Jak widać – mimo że tyle razy już skompromitowana fałszywa metodologia badań oparta na liczbie testowanych osób (testami bez walidacji), u których wykryto tzw. wynik pozytywny, interpretowany jako tzw. zakażenie – ma się świetnie. Kolejny minister zdrowia nie zamierza tego, skutecznego, ale tylko w zarządzaniu strachem, narzędzia unieważnić. Ba… zapowiada się, że działania nowego będą jeszcze bardziej destrukcyjne od tych jego poprzednika.

Skąd moja pewność, że ta metodologia uruchamiająca restrykcje jest fałszywa? Wspomnę o jednym z pewników. Medycyna wbrew narracjom o „zakażonych”, „pandemii” i etc. – jest nauką opartą o związku przyczynowo-skutkowe, o fakty. Pandemii przeczą najnowsze raporty sanepidu. Od początku 2020 roku do dziś - nie ma nadprogramowej liczby chorych, hospitalizowanych i zgonów. Nie ma. I pewne jest także, że nie jest to zasługa noszenia patogennych maseczek na naszych twarzach.

Teraz o spektaklach… „Loretta” – to sztuka (groteska?) pióra kanadyjskiego dramatopisarza George’a F. Walkera.  Tą właśnie propozycją zainauguruje nowy (a może kontynuuje stary?) sezon kielecki Teatr im. S. Żeromskiego.

Sztukę reżyseruje dyrektor tego teatru Michał Kotański (w 2008 roku, wystawił ją już w Teatrze Wybrzeże). W kieleckiej inscenizacji wystąpią Anna Antoniewicz, Ewelina Gronowska, Zuzanna Wierzbińska (dwie ostatnie będą kreowały jedną rolę na zmianę), Wojciech Niemczyk, Łukasz Pruchniewicz.

Ta propozycja podejmuje klasyczny już i oklepany problem – młodej dziewczyny (kiedyś, zanim feminizm zdominowało piętno Judith Butler, także chłopaka, wspomnijmy chociażby „Nocnego kowboja”  z 1969 roku, nagrodzony film wyreżyserowany przez Johna Schlesingera) przybywającej z tzw. prowincji do tzw. dużego miasta. Jak można wyczytać w materiałach promujących spektakl: „Młoda, świadoma swoich zewnętrznych atutów Loretta po śmierci męża (pożartego przez niedźwiedzia) ucieka z prowincji do dużego miasta. Siedząc w obskurnym motelowym pokoju planuje zacząć wszystko od nowa. Na swojej drodze spotyka: Sophie – Rosjankę i córkę ex-oficera KGB oraz mężczyzn o wykolejonych życiorysach – zakochanego w niej nieudacznika Dave’a i marzącego o karierze producenta porno Michaela. W poszukiwaniu łatwych pieniędzy decyduje się nakręcić z nimi film dla dorosłych”. Bohater wspomnianego filmu też chciał zostać tzw. żigolakiem, a nie np. tzw. wziętym chirurgiem, czy chociażby strażakiem.

Mamy w tej sztuce do czynienia z problemem zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością. (Tak nota bene – czytałem ostatnio wywiad z jednym z uchodźców z Afryki. Co zrobiło na nim największe wrażenie w Paryżu? Nie ogrom budowli i etc. Tylko to, że na ulicach tego miasta zobaczył białych żebraków. Sądził, że takich nie ma). Z autopsji tę rzeczywistość zna autor „Loretty” 73-letni George F. Walker. Ten w młodości porzucił szkołę średnią i jak się mawiało w tradycji polskiego języka – imał się różnych zajęć, był także m.in. taksówkarzem. Dziś jest hołubionym przez main stream (co każe być mi nieufnym), zamożnym i wpływowym autorem kilkudziesięciu granych na całym świecie sztuk. Prawie co roku (od 1971) produkuje jedną, a już same tytuły jego tekstów np. „Fierce”, „Kill the Poor” – mówią o tym, że ich twórca snuje opowieści o tzw. wykluczonych, głównie ekonomicznie i przejawia polityczne zaangażowanie. Pytanie czy także, jak to często dziś bywa – propagandowe? I jak jego doświadczenia przekładają się na jego twórczość?

O tym tekście mówi się, że jest „feminizujacy” i że demitologizuje „amerykański sen”. Tak nota bene, czy ktoś jeszcze wierzy w ten mit? W USA? Europie? Polsce? Poczekajmy jednak z oceną i zobaczmy co to oznacza w interpretacji Michała Kotańskiego.

Premiera odbędzie się 10 października w tymczasowej (na czas rozpoczętego remontu starej) siedzibie teatru w Kielcach, w budynku przy ul. Ściegiennego 2.

Nie ma co się oszukiwać, dziś teatry często nazywane przez ich liderów w zamyśle nobilitująco „krytycznymi” przeważnie jednak w praktyce rezonują frazesy poprawnościowo-polityczne. „Narażają się, ale tylko bezzębnym.  Niby upominają się o prawa dla „wykluczonych”, a istocie bywają narzędziami wpływu ludzi globalnej władzy, budującymi nowy, utopijny wspaniały świat. Fakt. I kiedyś tak także bywało. Pieczeniarzy (takie stare polskie słowo) bywało w kulturze zawsze najwięcej. Ale… Bywali i inni twórcy. To ze scen teatrów dobiegały do nas wyartykułowane w artystycznej formie słowa diagnozy rzeczywistości, protestu przeciwko przemocy skrytej za pozorami praworządności. Dziś co najwyżej teatry ma swoich budynkach wywieszą flagi jakichś „wykluczonych”, deklarując się w zorkiestrowanym proteście za czymś, bez zadania sobie trudu zrozumienia sensu dziejących się wydarzeń. Nie wiedzą, (albo nie chcą wiedzieć?) że uczestniczą już na tym etapie w projekcie wewnętrznie sprzecznym i manipulacyjnym.

Czy dziś teatr wobec tego, że zabierane są nam elementarne prawa, w tym prawo do swobodnego przemieszczania się i oddychania – upomni się o wolność? Czy syci dziś i w większości „zakontraktowani” przez – przybierające dla zachowania pozorów różne nazwy – dyktatury pieniądza, twórcy, zaryzykują opuszczenie swoich stref dobrobytu, czy będą nadal milczeć?

Czy któraś z tegorocznych propozycji niesie taka potencję? Chyba się rozmarzyłem.

 

sobota, 26 września 2020

„Kopciuszek” w czasach symulakry


To widowisko jest olśniewające. Zachwyca od pierwszej do ostatniej sekundy. Pozwala widzom na ponad 90 minut zapomnieć o absurdzie w którym właśnie żyjemy. O wyprodukowanej dla nas, zwykłych ludzi - tym razem w globalnych rozmiarach - manipulacji społecznej nazywanej pandemią.

To właśnie z powodu tej  symulakry – zorkiestrowanego medialnego obrazu, który od wielu miesięcy pozoruje pandemiczną rzeczywistość (a realnie produkuje wymykające się logice opresyjne przedsięwzięcia niby ratujące nam zdrowie i życie), tworząc swoją własną pełną lęku i bezprawia – premiera „Kopciuszka” zamiast wiosną odbyła się z trudem dopiero właśnie teraz.

Ten spektakl jest jak powiew normalności. Jest pokazem prawa do wolnej ekspresji ruchowej i do swobodnego oddychania, bez imputowanego nam poczucia winy. Ale jest także pośrednio świadectwem odbieranej nam teraz hurtowo wolności. Bo nie oszukujmy się – zakazać komuś swobodnie poruszać się i oddychać – to zakazać mu żyć.

„Kopciuszka” w którym udział wzięło ponad 100 osób - od kilkuletnich wykonawców (np. chóru Mała Fermata) po profesjonalistów - wystawił Kielecki Teatr Tańca, prowadzony przez Elżbietę Pańtak i Grzegorza Pańtaka. To para małżeńska, która przez minione lata z niczego, z amatorskich ruchów stworzyła zawodowy teatr tańca. Jestem zawsze dla nich pełen podziwu.

O rozmiarze przedsięwzięcia, przygotowywanego ponad rok, niech zaświadczy sam fakt, że do tej inscenizacji uszyto około 300 kostiumów. Już samo kolejne ujawnianie kolejnych elementów scenografii wywoływało ze strony widzów salwy braw (autorem scenografii jest Luigi Scoglio, a autorką projektów kostiumów Małgorzata Słoniowska). Widać, że te produkty udanie korespondują z tradycjami komedii dell'arte, produkcjami studia Disneya, a z polskiej rzeczywistości ze sztuką plastyczną Jana Marcina Szancera. Ten ostatni trwale wpłynął na kilka pokoleń Polaków, na jego gusty estetyczne, bowiem jako ilustrator Szancer stworzył rysunki do ponad dwustu publikacji m.in. do „Pinokia”, czy „Baśni Andersena”, także do baśni „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”.

Autorką libretta „Kopciuszka” jest Elżbieta Pańtak. Nie ogranicza się ona jednak tylko do samego kanonicznego tekstu „Kopciuszka” (w opracowaniu literackim Charlesa Perraulta oraz Wilhelma i Jacoba Grimm). Sięga także i po m.in. ikony współczesnej pop kultury jak np. postać Elvisa Presleya, czy ogólnoświatowe widowiska jak np. karnawał w Brazylii, z jego gorącymi rytmami, w tym spektaklu wystukiwanymi brawurowo na kuchennych garnkach, a także rodzime kody kulturowe (widzimy m.in. reminiscencje z twórczości Jana Brzechwy). Choreografia (Elżbieta i Grzegorz Pąńtak) syci się miękko przenikającymi się ruchami z tańca jazzowego i tego nazywanego neoklasycznym. A wykonawcy momentami przeczą prawu grawitacji. Trudno ich wymienić wszystkich. Jestem zmuszony do samoograniczenia w tym względzie. Więc tylko tyle - w roli głównej wystąpiła Małgorzata Kowalska. W roli księcia Aleksander Staniszewski. W roli wróżki charyzmatyczna „pani ponadszpagat” Joanna Polowczyk. Z emerytury wrócił nawet Grzegorz Pańtak, który wcielił się w baśniowego króla. Nasuwa się jednak refleksja, że w teatrach z roku na rok maleje marketingowa rola osób kreujących główne postaci inscenizacji. Coraz rzadziej widzimy ich nazwiska na plakatach, czy materiałach promujących konkretne przedsięwzięcie. Ale to temat na inną opowieść.

A najbardziej cieszy, że ten spektakl jak to często dziś bywa, nie próbował być realizowany w duchu narracji poprawnościowo-politycznych. Jego autorzy opowiedzieli wciąż żywą, chociaż klasyczną już baśń, którą każdy może reinterpretować w swojej własnej skali i woli.

I na koniec - taniec na takim poziomie – mówiąc językiem współczesnych dominujących narracji społecznych – jednak „wyklucza”. Nie wystarczy bowiem stanąć – i w duchu marksizmu semantycznego – oświadczyć „ja też się czuję tancerzem (tancerką)” i produkować z tego typu polityczne coraz bardziej radykalne roszczenia. Na rolę trzeba bowiem zasłużyć wieloletnią, systematyczną pracą i talentem.

Chociaż znając współczesne trendy – może się okazać, że profesjonalny taniec też zostanie „ukarany” za wykluczanie. I zamiast „Kopciuszka”, niedługo już dostaniemy talony na np. obowiązkowy spektakl pt. „Margot”, w którym niebinarna (-ny)  artystka-artystek – zamiast chociażby pas assemblé - pokaże łamiącego „stare estetyki” – wyzwalającego z ograniczeń tradycyjnych dominacji tzw. fucka. Ale za to równocześnie po mistrzowsku - na dwie dłonie.

Krzysztof Sowiński

 

 

poniedziałek, 21 września 2020

Opera w „domu wariatów”


Kiedyś w totalitarnym ZSRR ukuto pojęcie bezobjawowej schizofrenii. „chorowali” na nią przeciwnicy reżimu gnijąc zamiast w łagrach,  bez nawet kłamliwej rozprawy w „psychiatrykach”. Wychodzi na to, że według tego wzoru teraz „napisano” aplikację-narzędzie o nazwie bezobjawowa pandemia. Czy na scenie tancerze z Kieleckiego Teatru Tańca symbolizują to co już się teraz dzieje w świecie rzeczywistym?

Już wiemy, że pandemii nie ma, ale też wiemy, że gdyby nawet się taka zdarzyła - to procedury zaaplikowane nam przez rząd pod dyktando skorumpowanej WHO nie uratowałaby zbyt wielu z nas. „Państwo”, rząd, ale i jego opozycja na naszych oczach, w ciągu kilku miesięcy - wszyscy utracili wiarygodność.

Najgorsze, że część egzekucji absurdalnych „antypandemicznych” przepisów rząd scedował m.in. na dyrektorów placówek edukacyjnych. Co chwila któryś z nich „wykazuje się” i nie tylko w Kielcach, każe dzieciom chodzić w szkole kilka godzin w patagenorodnych maseczkach, nie pozwala zjeść drugiego śniadania, odsyła całe klasy na kwarantannę, tylko z tego powodu, że któryś z uczniów złapał katar, a fałszywy test wykazał u takiego „zakażenie”. To nic, że prawie nikt nie jest poważnie chory, na co wskazują raporty sanepidu. Jak za starej „komuny” – im bardziej oficjalna narracja sprzeczna jest z rzeczywistością, tym gorzej dla… rzeczywistości… Paranoja nieprzerwanie trwa. Manipulacja na „zakażonych” ma się świetnie! Kiedyś mawiano opisując taką sytuację istny „dom wariatów”!

Po ten sam motyw „domu wariatów” sięgnęli twórcy spektaklu, którego kielecką premierę mogliśmy właśnie obejrzeć i usłyszeć w KCK.

Na widowni, nie tylko na scenie KCK też dom wariatów! Można usiąść tylko na co drugim fotelu, zachowując tzw. dystans społeczny. To nic, że i tak musimy przejść „twarzą w twarz” z innymi, żeby zająć swoje miejsce. Zawsze w ramach procedur walki z „pandemią” można jeszcze dodatkowo wygiąć swoje ciało w drugą stronę, zaobserwowałem też nowatorską technikę – niektórzy wstrzymują na tę chwilę oddech. To nic.

Rozpoczyna się spektakl. Na scenie rzędy szpitalnych łóżek, na nich „miotające” się osoby (w tych rolach tancerze Kieleckiego Teatru Tańca) w kaftanach z długi rękawami zawiązanymi na plecach. Kiedyś w totalitarnym ZSRR ukuto pojęcie bezobjawowej schizofrenii. „chorowali” na nią przeciwnicy reżimu, gnijąc zamiast w łagrach bez rozprawy w „psychiatrykach”. Wychodzi na to, że według tego wzoru teraz „napisano” aplikację-narzędzie o nazwie bezobjawowa pandemia. Czy ci tancerze symbolizują to co już się dzieje teraz w świecie rzeczywistym?

„Chorymi”, „zakuci” w maseczki, opiekują się pielęgniarze (w tej roli grupa taneczna seniorów z Kieleckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku „Ponad Czasem”) – poprawią węzły, pogłaszczą po głowach zbuntowanych „wariatów”, którym być może do głowy przyszła myśl - „sprawdzam” zgodność oficjalnej narracji z logiką i rzeczywistością! A przecież dziś dociekanie sensu, to zbrodnicze działanie, etykietowane przez main stream stygmatem „spiskowca”.

Z kieleckich akcentów mamy na scenie jeszcze orkiestrę Filharmonii Świętokrzyskiej oraz Chór Kameralny „Fermata”.

Spektakl ma tytuł „Pożegnanie Króla: Verdi”. Jest „produkowany” w ramach programu PRZESTRZENIE SZTUKI (inicjatywa pod auspicjami MKDN), który koordynuje w naszym województwie Kielecki Teatr Tańca. „Przestrzenie Sztuki” powstają w Katowicach, Kielcach, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Rzeszowie i Zielonej Górze. Ideą przedsięwzięcia jest łączenie różnych środowisk artystycznych – w tym m.in. tzw. zawodowych, jak i amatorskich.

Na scenie rozbrzmiewa kolaż najsłynniejszych arii Verdiego, w znakomitych interpretacjach znanych śpiewaków operowych: Jerzego Artysza, Igi Caban, Renaty Dobosz, Anity Maszczyk). Gratka dla koneserów gatunku! W rolę Błazna wcielił się na dokładkę Wojciech Malajkat.

Autorem spektaklu jest Michał Znaniecki, zainspirował go „Król Lear” Szekspira i muzyka Giuseppe Verdiego. I już prawie myślałem, że reżyser dokonał głębszego wglądu w aktualną nie tylko polską rzeczywistość i jako pierwszy dał temu artystyczny wyraz. Chyba się jednak pomyliłem (to się nazywa zdaje się nadinterpretacja o której tak uczenie mówił m.in. Umberto Eco) – reżyser bowiem na pospektaklowy bankiet przybył w obowiązkowej maseczce – symbolu współczesnej tresury społecznej. A może zrobił to tylko tak dla „niepoznaki”?

Kiedy tę propozycję będą mogli zobaczyć także kolejni mieszkańcy miasta?  Naprawdę nie wiadomo. Właśnie ogłoszono, że powiat kielecki to tzw. strefa żółta („najstraszniejsza” to „czerwona”) – czyli przybyło nam „zakażonych”. To źle rokuje kulturze – jesień za pasem i coroczne infekcje, a każda z nich może być „zapisana” jako objaw pandemii.  Grozi to m.in. zamykaniem scen. I jakoś nie widać, żeby ktoś z władz centralnych, czy lokalnych miał wolę (albo siłę) położenia temu kresu, a zwykli ludzie potrzebę powiedzenia – „Dość!”.

Wydaje się, że (nie jestem tu prekursorem wcześniej to odkrył np. Lech Jęczmyk w ”Nowym Średniowieczu”. Nota bene L. J. to taki myśliciel, któremu taki sławny F. Fukuyama, gość od „Końca historii” mógłby buty czyścić) - po komunizmie i kapitalizmie pod pretekstem walki z „żywiołem” wrócił bowiem feudalizm. Jesteśmy czyjąś własnością, możemy zostać co najwyżej użyci w cudzej wojnie, podobnie jak zużyci zostali „wariaci” z „Pożegnania Króla”. Uzyskamy wtedy nawet szansę, że może ktoś nam rozluźni maseczki na twarzach i węzły rękawów na plecach (jak już przecież bywało w niedalekiej przeszłości - czy jeszcze pamiętacie Drodzy Państwo, oświadczenia premiera Morawieckiego, przed wyborami prezydenckimi, że pandemii w zasadzie już nie ma? Że została „pokonana”?). Rozluźnienia - ale tylko na chwilę.

Krzysztof Sowiński

 

czwartek, 23 kwietnia 2020

Dzień po Zmartwychwstaniu


Na ulicach pusto. Świeci słońce i wieje lodowaty wiatr.
Postepowi opluli już po trzykroć Triduum Sacrum.
A teraz juz "po" święcą jeszcze jeden dzień. Nieświęty.
W kraju skazanym na rozproszenie.
Dzieci zostały w domach.
Dziś maja kolejną lekcję - zajęcia praktyczne.
Temat: Jak posługiwać się szantażem.

poniedziałek, 16 marca 2020

Szansa


Dziś rano byłem z psami na spacerze. Pusto, słonecznie, ptaki cudownie śpiewają. Powietrze nowonadmuchane! Zaczyna się wiosna! Nagle obok mnie przemknęła sapiąc jakaś postać.

Była to pani tak ubrana jak bywają ratownicy medyczni - maska na twarzy, "gogle" na oczach, kombinezon z kapturem, na nogach coś w rodzaju gumowców, na rękach jednorazowe gumowe rękawiczki. Pomyślałem: "Zaczęło się!"

Ale... Po małej suczce, ktorą prowadziła ta pani rozpoznaję - to znajoma z sąsiedniego bloku. Pracownik medyczny, fizjoterapeutka. "Boże - pomyślałem - jak ją zobaczą tak ubraną jej znajome staruszki, z którymi często wystaje, a te ją uważają za autorytet w prawie każdej sprawie, to umrą na zawał".
Pytam (z daleka): "Co się stało pani sąsiadko?
Z gniewem na mnie warknęła w locie: "To pan nie wie?"
Ja: "No wiem... Ludzie wariują ze strachu".
Ta sama pani niedawno na "naszej" psiej łące dowodziła mi, że świat jest przeludniony i że trzeba ratować planetę, i im mniej ludzi, zwłaszcza Polakow bedzie (jakoś szczególnie właśnie za tę destrukcję oskarża i nienawidzi Polakow, córkę, ktora wyemigrowala do Szwajcarii i jej syna, uważa za Szwajcarów) - tym lepiej.

A teraz tak zareagowała na swoją szansę. k

poniedziałek, 2 marca 2020

O dyktacie myśli, strachu i bezpośrednim transferze przeżyć



Są spektakle wobec których zawiesza się zwykłe odczytania (oparte na interpretacjach, wskazywaniu metatekstów i etc.), bowiem ich siła przekazu jest aż tak wielka, że nie zostawia zbyt wiele przestrzeni na tego typu rozważania.  Takim jest kolejna propozycja Teatru TeTaTet, zatytułowana „Bóg jest kobietą o jednej piersi".

Autorką scenariusza, reżyserką i wykonawcą jest kielczanka Anna Iwasiuta – Dudek. Spektakl jest oparty na jej własnych przeżyciach związanych z chorobą nowotworową jakiej aktorka doświadczyła w przeszłości. „Chcę mówić o miłości, o marzeniu, o zwycięstwie, o seksie, o kobiecości. Chcę mówić o tym jak prosto zakrzyczeć można strach i o tym, że po wybrzmieniu krzyk zanika, a strach pozostaje. Chcę o tym opowiedzieć, bo seksualność kobiety Amazonki, jej doświadczanie ciała poprzez duszę i duszy poprzez ciało jest czymś niezwykłym. Czymś o czym warto choć przez chwilę usłyszeć” – mówi artystka.

Dawno nie widziałem tak skupionej publiczności teatralnej, jak ta w trakcie premiery spektaklu (29 lutego 2020 roku na małej scenie KCK). Wszyscy wiedzieli bowiem, że nie mają do czynienia z wydumanym pseudofeministycznym problemem, ale z autentyczną historią kobiety, która stała przed nimi na scenie.

Rozmawiałem z  wieloma osobami i większość  z nich bała się, że będą epatowani cierpieniem chorej osoby. (Wychodzi na to, że jesteśmy jednak przytłoczonym społeczeństwem i nie bardzo chcemy do swoich, dokładać cudzych jeszcze problemów, boimy się bowiem, że może się zdarzyć, iż nasza empatia może przejść wówczas w swoje przeciwieństwo, co się nie aż tak rzadko wydarza). Jednak tak się nie działo – owszem i o nim – cierpieniu była mowa, ale nie to było istotą tej propozycji.
Dla wielu zapewne jest to spektakl o miłości, która wobec przypadkowości życia, miażdżącej jego dotychczasowe sensy, nadaje życiu „Amazonki” inny wymiar. Ocala ją. Może lepiej - pozwala żyć dalej.

To prawda - spektakl jest w pewnej części jakże zrozumiałym lamentem nad stratą części samej siebie, własnych wyobrażeń na swój własny temat, które towarzyszyły kobiecie dotychczas, ale ostatecznie jest okazją do… afirmacji życia i wypowiedzenia peanu na temat miłości.

W jednej ze scen fizycznie niesprawna w chorobie bohaterka ma obsesyjny sen, o tym że swobodnie biega, płynie w powietrzu nie powstrzymana przez biologię. Tę tęsknotę zrozumie tylko ten, kto utracił swoją dawną sprawność. Można ją utracić na dwa sposoby: wskutek nagłej choroby, kontuzji, albo wskutek entropii, która funduje nam starość. Oczywiście są jeszcze ludzie, którzy nigdy „nie fruwali” i im będzie trudno zrozumieć tę metaforę straty.

Jednak dla mnie to była sztuka jeszcze o czymś innym i wierzę, że jej autorka się ze mną zgodzi. „Myśl przychodzi, gdy <<ona>> tego chce, a nie gdy <<ja>> tego chce; kto mówi, że podmiot <<ja>> jest warunkiem orzeczenia <<myślę>> ten zafałszowuje stan faktyczny” – mówił Fryderyk Nietzsche w „Poza dobrem i złem”.
Widowisko Anny Iwasiuty-Dudek, to opowieść o obsesyjnych myślach, które wciąż przypominają o stracie. Myślach z którymi trudno się uporać. Niektórzy mówią nawet, że to niemożliwe. Inni, że przydarza się oświeconym. W przypadku nas zwykłych ludzi, tak przywiązanych do tego na co składa się życie (czyli także do swoich myśli ujętych w różne matryce). Niekiedy tylko miłość drugiego człowieka unieważnia to reprodukowanie przeszłości i osadza istotę ludzką w tu i teraz, pozwala poczuć się znowu… szczęśliwym. Przynajmniej od czasu do czasu.

Nie mamy mocy zmieniania myśli, nie jesteśmy za nie odpowiedzialni, ale mamy moc wpływania na nasze działania. A nowe działania produkują nowe myśli. Trwa nieustanna zmiana. To nasze ludzkie przekleństwo, ale i… wybawienie.

Annie Iwasiucie-Dudek (m.in. świetny wokal, dykcja bez tej nieznośnej panującej powszechnie postmodernistycznej maniery, którą szybciej byłoby sparodiować niż teraz opisać) na scenie jako druga osoba śpiewająca obok niej, towarzyszy udanie młody pianista Wojciech Lisowicz. Spektakl jest niesłychanie ascetyczny. Za scenografię wystarcza kilka luster deformujących odbicia. Przygotowany na tę okoliczność tekst – jest podawany w formie mówionej i śpiewanej. Aktorka mogłaby, ale nie epatuje chorobą. Np. mamy tylko czytelne sygnały - biały makijaż twarzy i bandaże krępujące kobiece ciało. Dwa sceniczne stroje. I tylko tyle. Plus światło. A całe widowisko jest ”uszyte” wg tradycyjnego teatralnego Logosu. A i tak całość ma nietuzinkową moc przekazu.

Niektórzy myśliciele mówią, że po epoce słowa, nadeszła teraz epoka bezpośredniego transferu przeżyć, w tym celu już się wykorzystuje doświadczenia i technologie związane z rzeczywistością wirtualną (np. w teatrach jest teraz mnóstwo zdobyczy techniki, często aktor zaczyna być tylko do tego dodatkiem). Kolejna propozycja Teatru TeTaTet pokazuje że – jeśli w aspekcie twórczości chodzi o to, żeby ktoś chociaż chwilowo wszedł w cudzy świat i go doświadczył – niekoniecznie potrzeba zaawansowanych technologii, wystarczy szczerze i dobrze opowiedziana istotna historia drugiego człowieka. I co najważniejsze - bez pretensji do zmieniania w sferze społecznej świata.

Zatem propozycja Anny Iwasiuty-Dudek, chociaż autentyczna i wzruszająca, będzie kompletnie nieużyteczna w  propagowaniu dyktatów i utopii współczesnego dominującego ruchu, który niestety podszył sie "pod" i wyparł feminizm.

Krzysztof Sowiński