poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pany i chamy - o "Dzikiej róży" inaczej


To unikatowa w skali Polski impreza. Wczoraj po raz 24. odbył się finał przeglądu premier sezonu 2015/2016, zwanego Plebiscytem Publiczności "O Dziką Różę". Widzowie wybierają swoich ulubionych aktorów i spektakle. Warto to kultywować i.... szanować. Gratuluję wszystkim wyróżnionym. Pora jednak na kilka uwag.

W poprzednich edycjach przedstawiciele mediów i urzędnicy traktowali finały jako okazje do darmowej reklamy swoich firm i autoprezentacji. Ich nudne, nadęte wypowiedzi ciągnęły się w nieskończoność.
W tym roku organizator spotkania Teatr im. S. Żeromskiego, postanowił ograniczyć czas mówcom, z korzyścią dla widzów. Niestety to co się udało skrócić, zawłaszczył Piotr Gumulec, konferansjer, który zdaje się postanowił zostać może nie jedyną, ale za to główną gwiazdą tego spotkania. A na mój rozum, pomylił też imprezy.
Michał Rydlewski z Uniwersytetu Wrocławskiego w pracy „Zwodnicze imaginarium. Antropologia neoliberalizmu” - pisze o "kulturowym upokarzaniu", określił je nazwą „pan – cham”. Według tego modelu, ten, który ma mikrofon w ręku jest "panem". Zaatakowana przez niego osoba, nie ma szans na żadną ripostę. Pointą jest rechot tłumu. Uczestnik spotkania staje się bezbronnym "chamem".

Piotr Gumulec wpisuje się w ten model, być może nawet nie do końca robi to świadomie. A to w Kielcach, zakpił sobie z... Kielc (to już jest tak nudne i przewidywalne, że się chce...), posługując się kalką prowincji. To nic, że spektakl z tej "prowincji" święci nieustające triumfy nawet poza granicami kraju. A to z urzędnika, którego zjadła na scenie trema i zafiksował się na nazwisku aktora. A to do jakiegoś widza adresuje niewybredny żart i groteskowy "prezent".  Dostaje się nawet aktorom, "bohaterom" wieczoru i dziennikarzom. Nie trudno też się domyślić jego preferencji ideowych, które z trudem tłumi... z cicha pokpiwając z obecnego na spotkaniu przedstawiciela aktualnego polskiego rządu.
I tak przez bite dwie godziny mało wyszukanych dowcipów. Reprodukowania niestety - wzorca "podległości i podporządkowania", który filozof Janusz Hryniewicz nazywa relacją "kultury folwarcznej".

W ten model wpisują się też... media. I nie tylko, w ten sposób, że jakże często go reprodukują i "twórczo" rozwijają. Mają jeszcze jeden w Kielcach, przy okazji finałów, podtrzymywany i przemilczany "grzech".
Ale pora do nich zaapelować! Co roku wręczają aktorom nagrody od swoich redakcji. A to... zestaw do pielęgnacji włosów, a to jakiś bilet za... sto parę złotych. Słowem - nagrody nikłe nie tylko od strony wartości materialnej, ale i najczęściej zwyczajnie źle trafione.
Proszę Państwa - przestańcie ośmieszać swoje firmy (zresztą... to możecie robić), ale... na miły Bóg - przestańcie zawstydzać nagradzonych!

Krzysztof Sowiński

niedziela, 12 czerwca 2016

Nie wbija gwoździem ideologii



Chciałem się mięciutko „przejechać” po „Szalbierzu” i mieć to z tzw. głowy. W końcu mnie w odróżnieniu od Bogusławskiego, nikt za to co robię teraz nie płaci, a żyć jakoś trzeba. A mam inne rzeczy pilne do roboty. A i słońce za oknem. Ojczyzna też wzywa, Macierewicz będzie rozdawał karabiny, to nawet ok, ale zdaje się później będzie także przydzielał, w trybie nie znającym sprzeciwu i wezwania na nie naszą wojnę. A to już nie ok. Ale… Im więcej rozmyślam o propozycji Pawła Aignera, tym mocniej widzę kunszt i wielopoziomowość jego propozycji.

Kiedyś cenzura, taka powiedzmy instytucjonalna, to było kontrolowanie przez państwo mediów, wydawnictw etc. (czyżby cenzury nie było wtedy jak kontrolują je korporacje i wpływowe lobby?). Dziś cenzurą jest już – jak donoszą media, którym nie pod drodze jest z aktualnym rządem – jeśli odpowiedni organ państwowy – nie dofinansuje oczekiwaną sumą (!), projektów związanych z tzw. kulturą, autorstwa podmiotów (w tym prywatnych), które te media wykreowały na „autorytety”. Wtedy „wpływowe” media podnoszą wielki krzyk! Nawet o „faszyźmie”. Wiadomo, bowiem media wiedzą najlepiej, że jak ktoś się z nimi nie zgadza – to musi być co najmniej reżimowcem. Niestety to są te same ośrodki, które tak skrupulatnie przez lata, oczywiście pod hasłami wolności słowa i równości - budowały o wiele gorszą formę nacisku, przycisku i ucisku – autocenzurę.  Jak łatwo zaobserwować - codziennie rośnie lista zakazanych słów, tzw. słów nienawiści. Sądzę, że w miarę rozwoju technologii, penalizowane będą także myśli nienawiści. Będzie to forma cenzury prewencyjnej.  Być może i o tym procederze jest m.in. właśnie zdawałoby się nieco już archaiczny „Szalbierz”, najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego.

Jakoś nieliczni tylko protestują przeciwko autocenzurze, jej „postępowej” formie opartej na sieci oczekiwanych tematów, grantów, nagród, promocji, dystrybucji, pochwał, nagan i hagiografii. Ideologia w całej krasie. Klęczymy przed nią, z twarzą do ziemi, z dupą do góry, merdamy słowami nieustannego dialogu i niekończącego się pojednania, zapewnień o naszej winie i dobrej woli - niczym aktorzy prowincjonalnego gubernianego teatru przed portretem cara. Do czego to doprowadza pokazuje książka „Granice. Polityczność prozy i dyskursu kobiet po 1989 roku”, Ingi Iwasiów, w której autorka z pozycji naukowca przechodzi na pozycję ideologa, tworzy listy „koniecznych” tematów dla kobiet, piętnuje błędy, wypaczenia i zaniechania. To pouczająca lektura.
Tę epokę „bez cenzury” (poprzedzającą oczywiście PiS), zdaje się krótko określa Paweł Aigner, reżyser kieleckiej inscenizacji „[…] nie ma niczego nowego, cały czas wydaje się, że teatr kręci w kole tych samych znaków”. (Gazeta Teatralna nr 55, czerwiec 2016). I ciężko się z nim nie zgodzić.

„Czy zdecydował się Pan na wybór tytułu ze względu na aktualność tematu w obecnej sytuacji
społeczno-politycznej? Spiró nie podobał się władzom PRL, a „Szalbierz” był ostatnio wystawiany w lutym 2015, czyli jeszcze przed wyborami” –  podrzuca trop oczywiście „obiektywnie”, w stylu „wpływowych” mediów Pawłowi Aignerowi, Anna Zielińska (GT nr 55). (Zuch dziewczyna!) Widocznie ona też widzi zagrożenie „pisowską” cenzurą, a może oczekuje jej z wielkimi nadziejami? Niestety reżyser jednak chyba nie podziela jej lęków i nie daje sprowadzić swojego „głosu” do politycznej doraźności, widzi problem o wiele szerzej: „Spiró mówi, że właściwie w każdym reżimie czy w każdej sytuacji, w której artysta jest w jakiś sposób cenzurowany – a zawsze jest, był i będzie – to nie jest problem dla twórców, ale uwikłanie się we władzę już jest problemem”.

Pełna informację o „Szalbierzu” można znaleźć na stronie teatru: http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/application/images/gazeta/GT_06_2016.pdf
I nie ma sensu tego powtarzać. Krótko. Jest to połączenie dwóch przedstawień. Pierwsze - do prowincjonalnego teatru (tutaj w Kielcach) przyjeżdża, witany czołobitnie przez miejscowych aktorów, styrany życiem człowiek podający się za słynnego „ojca” polskiej sceny  – Wojciecha Bogusławskiego. O prototypie postaci znajdziesz więcej tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojciech_Bogus%C5%82awski
W tej części (akcie?) Bogusławski zgadza się za sowite honorarium wystąpić w Kielcach w roli Tartuffe’a w Molierowskim „Świętoszku”. Przystępują do prób. Aktorzy grają źle, z wyobrażoną prowincjonalną manierą (naprawdę znakomity występ zespołu Żeromskiego – tak grać, żeby było widać, że fatalnie grano!). Bogusławski targuje się z Każyńskim dyrektorem i zarazem reżyserem przedstawienia. A ten nie ma wyboru – miejscowa publiczność wiedziona sławą Bogusławskiego, wykupiła trzy razy więcej biletów niż jest miejsc na widowni. Każyński (energetyczna rola Mirka Bielińskiego) w końcu ma szansę choćby na chwilowe odbicie się z finansowego dołka. Ma tylko jedną uwagę – kielecka sztuka ma wyrazić hołd wobec miejscowych władz – rosyjskiego gubernatora (w tej roli ustylizowany raczej na zimnego, profesjonalistę enkawudzistę z początku lat 50. XX wieku niż na carskiego urzędnika, w końcu wykorzystany w pełni Marcin Brykczyński), akcja bowiem się toczy na początku 19 stulecia, w Polsce będącej – pod rosyjskimi zaborami. Bogusławski przystaje na to. Pytanie tylko czy z postanowienia się wywiąże?

Każyńskiemu staremu pragmatykowi, co z wieloma władzami się dogadywał, nie chodzi o jakieś wnikliwe „odczytanie” dzieła Moliera, chodzi o wpływy do teatralnej kasy i „grant” od gubernatora. I żeby się nie narazić. O resztę nie dba. To proste oczekiwania nie jest łatwo zrealizować – Każyński musi dokonywać niezwykłych cudów ekwilibrystyki ze swoją godnością, pomaga jej przy pomocy… wódki, po premierze upija się do nieprzytomności. (W zasadzie to on jest głównym bohaterem propozycji pióra Gyorgy Spiro).

Bogusławski jednak chce czegoś więcej, prawdy zawartej w dziele Moliera, spostrzeżenia wewnętrznej (istniejącej obiektywnie, można by rzec, idąc za Platonem) logiki dzieła. Uczy interpretacji „Świętoszka”. Przy okazji – czy to czasem, to nie sam Paweł Aigner w artystycznej formie (tak formie, bo jego propozycja ma precyzję i ostrość staroświeckiej brzytwy, przy której bledną liczne jednorazówki) – nie mówi czegoś o manierze postmodernistycznej, tak często brutalnie i selektywnie, pod dyktat ideologii, obchodzącej się z tekstami dramaturgów? Czy nie mówi do nich - Panowie i Panie, najpierw wypadałoby zrozumieć sam tekst może… Żeby…
Coraz bardziej mnie propozycja Pawła Aignera wciąga. (Więcej o nim tutaj:  http://www.kulturalna.warszawa.pl/osoby,1,2151,Pawe%C5%82_Aigner.html?locale=pl_PL
Jego przedstawienie ma naprawdę wiele przenikających się warstw. Nie wszystkie uchwyci zapewne po jednorazowej wizycie w teatrze widz, a co dopiero prowincjonalny recenzent.

W drugiej i ostatniej części propozycji reżysera, grany jest „Świętoszek”. Aktorzy prowincjonalnego teatru przechodzą metamorfozę, każdy chce i „wscenowstępuje” na wyżyny przy legendarnym Bogusławskim.
Reżyser wszystko dopracowuje w każdym detalu! Ruch sceniczny (przy niezwykle barwnych w tej części kostiumach), tempo akcji, kwestie podawane ze sceny - robią znakomite wrażenie! Każdy z osobna aktor robi dobre, a co najważniejsze i wszyscy razem. No i na dodatek, jak obiecał reżyser, tak zrobił – nikt się nie rozebrał, ani do snu, ani do czegoś innego.
To znakomity akt, po pierwszej – jakby nieco przydługiej części.
Spektakl „plecie” się  w pierwszej, a eksploduje w drugiej wokół postaci Bogusławskiego, kreowanej, przez znakomitego, choć odrobinę staroświecko manierycznego Pawła Sanakiewicza. A co jest zabawne, ta jego maniera, ten ulubiony gest i sposób artykulacji, zostały świetnie sparodiowane na scenie (Rogowski - Janusz Głogowski), kiedy prowincjusze próbują się buntować przeciwko wymaganiom Bogusławskiego i szydzą z mistrza. Nawias w nawiasie! A gdzie i kiedy, to niech już sami widzowie odnajdą.

Jeszcze prawie już na koniec… Mała uwaga.. Tekst Gyorgy Spiro, był nieprzychylnie przyjęty w swoim czasie przez polskie władze komunistyczne. Zarzucano pisarzowi demitologizowanie Wojciecha Bogusławskiego, naruszanie świętości narodowych. Zajmującą opowieść o tym można znaleźć w GT. Można tam też przeczytać tekst pióra prof. Marzeny Marczewskiej, zatytułowany „A u nas bez zmian…”. Mówi ona tam w kontekście „Szalbierza” o narodowych mitach, demitologizacjach.  O „naszych” (nie podzielam opinii, że to tylko nasze, widziałem sporo innych narodów) cechach narodowych.
„Zawsze funkcjonujemy w pewnej historycznej narracji, w odurzeniu narodowymi mitami i zbiorowymi wyobrażeniami,  klatce aktualnej propagandy” – pisze badaczka.
Pozwolę sobie, sparafrazować to zdanie – „Zawsze funkcjonujemy w pewnej historycznej narracji, w odurzeniu mitami o postępie, o zateizowanej wersji eschatologii i zbiorowymi wyobrażeniami na ten temat, w klatce nie takiej znów nowej propagandy”.
Bowiem ruch „postępowy” jak wykazał Ernest Tuveson w artykule "The Millenarian Structure of the Communist Manifesto", ma religijną naturę. I choć się tyle razy skompromitował wykazując brak jakiejkolwiek logiki, to niestety nie odszedł, religie bowiem nie łatwo umierają, co napawa smutkiem i nadzieją – tak mnie, jak i Panią Profesor..

Oczywiście nie będzie rewolucji po tym spektaklu, nikt nie wyjdzie na ulicę w gniewie (nic tak nie racjonalizuje bowiem gorących emocji, jak kredyt do spłacenia  we frankach. Zadbała o to tajemnicza ręka wolnego rynku i jego mit). A miejscowa „władza” nie zdejmie sztuki z afisza. Z kilku powodów, a te dwa chyba wystarczą - po pierwsze teatr nie jest już miejscem (czy w ogóle był kiedykolwiek, czy to tylko taka miła dla ucha narracja?) w którym się kształtują jakieś istotne opinie mogące wpływać na jakąś rzeczywistość poza sceną. Po drugie, ilu z nas, ludzi żyjących w „nowej epoce”, a może ktoś z „władzy” także - jest w stanie wysłuchać wciąż ponawianych zdań wielokrotnie złożonych?

I już naprawdę na koniec… Czy na pewno człowiek podający się za Bogusławskiego to był słynny Bogusławski? A może tylko niegłupim, zręcznym oszustem żerującym na snobiźmie? Na micie prowincji i „nieprowincji”? A może Paweł Aigner po raz kolejny kpi ze wszystkiego i pokazuje jak bardzo manipulują nami cudze opinie?
Ale jedno jest najważniejsze - jak mówił przed premierą i co można było naocznie i nausznie stwierdzić - nie wbija gwoździem ideologii.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 15 maja 2016

Pacyfistka? Piękna idea, ale….



Nie wiem czy świadomie, czy też nie – ale… najnowsza propozycja Teatru Żeromskiego, poruszającą problematykę kobiet żołnierek, nie jest do końca zgodna z panującymi dogmatami feministycznymi (o tradycyjnych rolach kobiet i mężczyzn), chociaż z taką przesłanką startuje. I już sam ten fakt zasługuje na uwagę.
Jeszcze jedno - ma niepokojące przesłanie – o zmianie paradygmatu - trudniej nam znieść zabicie niewinnego zwierzęcia, niż zabicie człowieka.

 Spektakl rozpoczęła na korytarzu teatralnym Joanna Kasperek, ubrana w piękną czerwoną suknię, była zdaje się alter ego samej Swietłany Aleksijewicz. Pytała widzów co by zrobili, gdyby wybuchła wojna - czy by uciekli, czy by zabijali... Wiele pytanych kobiet odpowiedziało, że zabijałyby, a wiele osób, że nie wie. Przez cały spektakl postać grana przez znakomitą Joannę Kasperek, była gdzieś tuż, tuż, jako świadek tej historii. A później nawet jej ofiara.

W propozycji reżyserki Elżbiety Depty - "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" na podstawie książki noblistki Swietłany Aleksijewicz o tym samym tytule, kobiety wołają o dostrzeżenie w nich… kobiet. Jest im trudniej na froncie, są słabsze fizycznie, statystycznie mniejsze. A armia nie nadąża za zmianami – nie ma nawet dla kobiet butów o odpowiednim rozmiarze (no może nie dla wszystkich), nie wspominając o stosownej bieliźnie. Kobiety muszą się męczyć zatem w zbyt obszernych „małonietylkotwarzowych” mundurach, z problemami swojej fizjologii (np. cykle menstruacyjne), z problemami z realizacją higieny osobistej, w tym myciem długich włosów.
W końcu ktoś z armijnej „górki” wpada na pomysł i każe obciąć włosy kobietom, jak męskim rekrutom. Oczywiście wojskowy fryzjer robi to niedbale i oszpeca kobiety (widocznie piękno jest jednak konstruktem kulturowym, skoro my widzowie odbierany to jako oszpecenie?). Ale czy obcięcie włosów to tylko sprawa higieny? Nie tylko.
Pamiętam, a jestem ostatnim zdaje się z poboru pokoleniem, które szkolono w koszarach, które miało kałacha w rękach – jak obcięto nam włosy (a większość nas miała wówczas długie, taka była moda), po tej czynności – wszyscy wyglądaliśmy tak samo i sami siebie nie mogliśmy poznać. Nasze prywatne ubrania zostały spakowane do foliowych worków, jak po umarłych i wysłane do naszych domów. Nasza część cywilna przestała istnieć, teraz politrucy zabrali się za to co mamy w naszych głowach, a celem było – jak w każdej armii, wyhodowanie nowego człowieka – posłusznego autorytetom. A jest na to, jeden skuteczny sposób, budowanie pogardy, etykietowanie, wymyślanie wciąż nowych grup „wykluczonych”, które zawsze dzielą i… automatyzm w nauce strzelania, a przede wszystkim zaniechanie elementarnej… logiki. Ten sposób organizacji świata niestety został zaszczepiony na grunt cywilny (z wyjątkiem strzelania) i dziś – codziennie media – produkują z rok na rok coraz sprawniej nasze „poglądy”, a nawet „słuszny gniew” tak potrzebny do rozpętania wojen. Więc wojna jest nieunikniona. Może nawet jeszcze i w tym roku, także u nas. Nasze elity te miłujące „demokrację” i te „demokracji broniące” - od lewa, do prawa bowiem prą do wojny i dawno nie były tak jednomyślne. (Mam nadzieję, że propozycja Elżbiety Dept nie jest prorocza).

Można by zapytać – dlaczego przez tyle stuleci, wojna to była w dominującym procencie męska sprawa? Z powodu „męskiego” widzimisię? Przyczyna była zdaje się prozaiczna. Nie wynikała z ról społecznych, te były wtórne wobec biologii. Dziś wojna to już nie bardzo konfrontacja oko w oko z przeciwnikiem. Siła mięśni przeciwko innej sile. Noszenie ciężkiej broni i oporządzenia. Dziś żeby kogoś zabić wystarczy w istocie ruszyć tylko jednym palcem. A kobiety mają takie same – może statystycznie odrobinę mniejsze – takie same palce, nawet może sprawniejsze, delikatniejsze nie zerwią niepotrzebnie spustu. (Wystarczy prześledzić, ile kobiet snajperek, niektóre z nich to sportswomenki klasy olimpijskiej, wynajmuje się, po jakiejś stronie w różnych konfliktach wojennych, na Ukrainie także). Ile kobiet operuje joystikiem, sterując dronami!  Poza tym ich cykle biologiczne, przy pomocy farmakologii – można zrównać do tych męskich, mało przeszkadzających w wojennej tułaczce.


Ale obraz kobiet żołnierek w tej propozycji teatralnej jest nieco zbyt uczesany, „sentymentalny”, zbyt bliski (nie spodobałby się zapewne Judy Butler) „konstruktom” wtłaczającym kobiety w ich „tradycyjne” role społeczne. Dla pełni zabrakło jakiegoś znaku psychopatii, która nie jest przecież zastrzeżona dla świata mężczyzn. Przecież takie kobiety są także – na myśl przychodzą mi w takich okolicznościach zawsze nie wiem dlaczego, pewnie bez przyczyny - panie pokroju Hilary Clinton. Czy jej postać dowodzi, że „wojna nie jest rzeczą męską”? Czy to wystarczający dowód?


Przypominam sobie,  sentencje mojego kolegi – że wszystko już zostało opowiedziane, ale nie wszyscy sobie jeszcze opowiedzieli. Teraz pora na pokolenie Elżbiety Depty, która jest jeszcze studentką reżyserii. W teatrze jeszcze liczy się (chociaż zaledwie trochę i jakby coraz mniej) jak to „wszystko” zostanie opowiedziane. I trzeba powiedzieć, że w tym przypadku zostało opowiedziane bardzo sprawnie – jak to ostatnio mało „dziania się, dużo gadania”. Reżyserka uszyła swój spektakl według schematu charakterystycznego dla tzw. teatru postmodernistycznego, a o tym można łatwo znaleźć informacje, więc wyjaśnienia sobie daruję. Potrafi się też znaleźć w roli widza, kiedy na scenie zaczyna się robić odrobinę (zwracam uwagę na tę „odrobinę”) nudno, aktorki zaczynają krzyczeć, śpiewać, podskakiwać, tańczyć, albo wszystko na raz. I robią to świetnie! Wiele przejmujących scen (bo to zlepek scen, a raczej fragmentów opowieści o koszmarach wojennych), zagrały Anna Antoniewicz (zdaje się debiut w Kielcach), Dagna Dywicka i Magda Grąziowska (zagrała już Żeromskim w „Dziejach grzechu”). To trio wycisnęło nie jedną łzę ze swojego i „widzowego” oka. Wyglądały bardzo młodo, dziewczęco – i były… tym bardziej przejmujące. Jedna z aktorek A. Antoniewicz (Snajperka) opowiada, jak zastrzeliła niewinnego źrebaka, który niepomny wojny, wybiegł na łąkę pohasać sobie zgodnie z jakimś prawem (a może nie ma żadnych praw, wszystkie dawno „zostały zastrzelone”, tylko nasza pamięć jest tak krótka, i klepiemy „narrację” o ich istnieniu, dlatego, że wokół siebie (podkreślam – siebie), jednak bardzo lubimy same dobre wiadomości?), które jednak unieważniła kula. Jak Snajperka tłumaczyła - w zasadzie nie wiadomo dlaczego zastrzeliła to zwierzę. Nie wolno tej sceny zlekceważyć – bo po pierwsze dowiadujemy się, że eksperyment z uczeniem zabijania w jej przypadku się powiódł, jej wyszkolone ciało zadziałało wbrew jej woli, a po drugie, że zmienił się paradygmat (wśród nas widzów) dotyczący starego systemu wartości – zabicie zwierzęcia odbieramy jako bardziej opresyjne niż człowieka.

„Próbujemy więc pokazać to, co jest maksymalnie uniwersalne, w żadnym wymiarze nie ideologiczne, ani patriotyczne, ani hipisowskie” – mówi reżyserka. Nie wiem, co dla niej się kryje pod tymi pojęciami. Szkoda. Ja np. lubię to co jest wymykające się temu co można zuniwersalizować. Bo np. tzw. wartości uniwersalne często oznaczają tylko „nic” - nieostrość, którą można wykorzystywać uznaniowo, narzędzie dominacji wpływowych mniejszości nad resztą.

Słabością tej propozycji jest przyjmowanie garści stereotypów dotyczących ról męskich – m.in. z naczelnym „łatwiej im zabijać”, kobietom trudniej. Dwie postaci mężczyzn – wysokiej rangi dowódcy (w tej roli znakomity, hipnotyczny, wielopoziomowy Edward Janaszek), jest postacią groteskową, a drugą charakteryzuje symbol na rozchełstanym mundurze (jakby szyty na tę miarę Krzysztof Grabowski!) – napis „hero” – wyraża go kult siły, konkurencji, dominacji i… folgowanie sobie w… gwałtach. Nawet na dzieciach, chociaż wiek, w którym dziecko staje się kobietą jest zapewne „konstruktem” kulturowym. A gwałt zdaje się nie jest takim konstruktem. Wiele powiedziano o gwałtach. Coraz bardziej zmienia on swoją funkcję – pełni także rolę zatarcia genotypu znienawidzonego poprzez swój opór wroga. Coraz bardziej ten sposób jest używany jak broń, nawet tam gdzie nie pada nawet jeden wystrzał. To część żywej jak nigdy dotąd inżynierii społecznej.


A przecież wojna jest także traumatyczna dla… mężczyzn. Jako przykład niech służy dokument o żołnierzach armii GB biorących udział przed wielu już laty w konflikcie na Falklandach. W operacji wzięło udział blisko tysiąc żołnierzy z GB. Zginęło kilkudziesięciu. Byli szkoleniu według wówczas prekursorskich zasad nowoczesnego zabijania, wymyślonych przez tęgie profesorskie głowy od tego, co jest w ludzkich umysłach (nie wiem, czy w tym szacownym gronie „wynalazców” były także kobiety) i ich skuteczność była porażająca - garnizon Argentyńczyków poniósł przerażające straty.  Po latach okazało się, że prawie 30 proc. żołnierzy brytyjskich, nie dając sobie rady ze wspomnieniami, z traumą wojny  popełniło samobójstwa, liczba ta – mimo upływu lat – stale się zwiększa.
Okazało się, znowu, że łatwiej człowieka nauczyć zabijać, niż nauczyć go jak o tym zabijaniu zapomnieć. Ta refleksja powinna nas… cieszyć, a smucić, że ci, którzy uczą i decydują o wysyłaniu na tzw. front nigdy za to nie ponoszą odpowiedzialności. I tylko traktują żołnierzy, teraz i żołnierki - jako głupie bydlęta używane w realizowaniu polityki.

„Nie chcę, by jakakolwiek ideologia wkradła się i zawłaszczyła temat, bo dla mnie pełni on funkcję katarktyczną, uświadamiającą” – podkreślała przed premierą reżyserka.
Niestety trochę zawłaszczyła i podzieliła, a miała szansę być opowiedziana z perspektyw ludzkiej, nie kobiet, ani mężczyzn. Co do roli „uświadamiającej” problem - dobrze, że go przypomniała, co do „katartycznej”, to też się zmienia paradygmat w tej sprawie - coraz większe grono badaczy, uważa, że katharsis, o którym wspomina Arystoteles, mieli przeżywać… aktorzy, a nie widzowie.
Reżyserka deklaruje, że jest pacyfistką. Piękna idea! Mój pradziadek też był pacyfistą i do końca nim był, nawet wtedy kiedy jego sąsiedzi, którzy pacyfistami zdaje się nie byli – obcinali mu w kilku głowę na pieńku pordzewiałym toporem, w czasie tzw. wydarzeń na Wołyniu.



Krzysztof Sowiński


niedziela, 6 marca 2016

„Każdy chce żyć”? A może nie każdy?



 Ze wstrząśniętymi, a nie mieszanymi uczuciami słuchałem jak kielecka publiczność rechocze z dość niewyszukanego dowcipu o murzynach, jakim uraczył nas Hanoch Levin w swojej sztuce z 1985 roku pt. „Wszyscy chcą żyć”. Wiadomo u Levina to „kreacja”, a śmiech publiczności? Co ma znaczyć? Zadaję sobie pytanie…

Biorąc pod uwagę, że kielecką widownię wypełnili w większości miłośnicy tzw. lewicy, tylko gdzieś ukradkiem nie celebrowany, tylko odprowadzany, niechętnym spojrzeniem - przemknął bokiem z żoną senator Krzysztof Słoń, „pisowiec”, to zwolennikom "postępu" gorącym propagatorom multikulti etc., „równości” i piętnowania „nierówności”-  powinno się zrobić smutno. Tyle lat po „dobroci i po złości”, a coraz częściej w ostatnich latach po „złości” – „postępowej” edukacji, prelekcji o „wykluczeniu”, wystaw, przykładów, napomnień, wyroków, kształtowania nowego człowieka – „unijnego”, „przekuwania dusz” – jak mawiano za czasów towarzysza Stalina - poszło w gwizdek. No i po co wielcy filantropi tego świata marnotrawią kasę na krzewienie „równości”? No po co? Powiedzcie mili ludzie?



A sztuka? Dobra. Będzie się podobała. Już się podoba. Nawet bardzo dobra. Efektowna…. Klimatyczna. Trochę senny koszmar z motywem wesołego miasteczka, które wcale nie jest wesołe, przywołujący oniryczny klimat dzieł Federico Felliniego i teatru śmierci… Kantora. Tylko nie tak nudne.

A może jeszcze inaczej? Czy da się jeszcze coś zaskakującego opowiedzieć? Czy można tylko kawałkować, dekonstruować, rezonować to co już było? Bo przez cały czas oglądając spektakl, odnosiłem wrażenie, że to wszystko już było. A może temat śmierci jest wystarczającym pretekstem dla artystycznej produkcji?

Sztukę właśnie wystawia kielecki Teatr Żeromskiego. Próby do niej rozpoczął jeszcze, zmarły w maju, Piotr Szczerski. Kontynuacji podjął się Dawid Żłobiński (zdaje się to ostatnie akordy z „testamentu Szczerskiego”), który zarazem podjął się roli Bamby, czarnego niewolnika Pozny, głównej postaci.

To parę lat temu dla siebie i kieleckiej publiczności twórczość Hanocha Levina, „odkrył” Piotr Szczerski. Zdążył wyreżyserować, dobrze przyjętą przez krytykę i publiczność, sztukę dramaturga z Izraela „Jakiś i Pupcze”. Sylwetki pisarza nie będę przypominał. Informację o nim można znaleźć w ostatnim numerze Gazety Teatralnej, a i po jednym kliknięciu w internecie. Dam zamiast - jak to w postmoderniźmie cytat z cytatem - „Jak pisał Dani Tracz – Levin „dorastał wśród dźwięków języka polskiego” i dźwięki te nieustannie „wybrzmiewają” w jego sztukach. Trudno jednak zaprzeczyć temu, że Levin – ogólnie rzecz ujmując – nie żył w kulturze polskiej, a w hebrajskiej i izraelskiej. I właśnie z myślą o tej kulturze tworzył swoje sztuki, nierzadko wymierzając w nią ostrze krytyki, zwłaszcza w  takich tekstach jak  „Morderstwo”, gdzie bezpośrednio odwoływał się do konfliktu izraelsko-palestyńskiego” („Dramaty Hanocha Levina”, Agata Dąbek). Ta akurat sztuka jest mało związana z kulturą hebrajską, czy izraelską, jakby na siłę szukać związków można by się dopatrywać wpływu judaizmu na decyzje bohaterów odmawiających „zastępstwa”. Ale nie czas tu na teologię. W zasadzie „akcja” sztuki mogłaby się rozgrywać wszędzie, jeden z nielicznych elementów „żydowskości”, to przyjęty entuzjastycznie występ na żywo Tempero, zespołu nawiązującego do tradycji klezmerskiej.

Co wnosi ta sztuka? Znany już z innych propozycji sposób organizacji tekstu przez Levina – buduje go ze znanych motywów, ale nadaje im swoje osobiste piętno. Mamy to. Rozpoznajemy. Jego rodzaj humoru także. Nie będę pisał o tradycji literackiej do jakiej nawiązuje jego tekst. Napisali o tym m.in. liczni uczeni do Gazety Teatralnej, jaka towarzyszy propozycji Dawida Żłobińskiego. Warto do niej sięgnąć, m.in. żeby zobaczyć, że te autorytety, zwłaszcza psychologiczne, więc te autorytety… do debaty o śmierci, nic nie wnoszą. Naprawdę nic. Bo próba puddingu i śmierci polega zawsze na tym samym – osobistym doświadczeniu.

Dlaczego Szczerski sięgnął po Levina? Bo był miłośnikiem Becketta, a do tego Izraelczyk na pewno nawiązuje. Sięgnął, bo w poruszanej problematyce w „Każdy chce żyć”, Levin jest podobny Mrożkowi, którego Piotr Szczerski też nadzwyczajnie cenił. Czy Levin coś wniósł chociażby po „Wdowach”? Raczej powtórzył, że śmierć jest nieuchronna i tajemnicza i żadne racjonalizacje nie działają jak przyjdzie próba „puddingu”.

Nie chce mi się opowiadać kanwy utworu. Taki kaprys hobbysty pracującego pro publico bono, a nawet przeciw. Może tylko kilka zdań na ten temat - Poznę, głównego bohatera odwiedza anioł śmierci przypomina mu o rychłym „odejściu”. Pozna może się wykpić znajdując (ma tylko trzy dni) kogoś na swoje miejsce. Ale wbrew deklaracjom o miłości, nawet starzy rodzice, którzy gotowi zrobić „wszystko dla swojego dziecka”, nie chcą umrzeć za niego. Deklaruje swoją pomoc żona Pozny, Poznabucha (Beata Wojciechowska, właśnie obchodziła 30 lat pracy na scenie i mogliśmy podziwiać jej doskonały warsztat, że tak powiem, z całym szacunkiem - starego rytu), ale tylko po to, żeby przez chwilę popastwić się nad wiarołomnym mężem.  Podstępem zwabione za Poznę umiera w końcu dziecko. Tradycyjną formułę spektaklu rozrywa na chwilę pojawienie się Andrzeja Platy, który jest cytatem z samego siebie. Ale tylko na chwilę – śmierć nie zna innej konwencji niż jej własna.

Publiczność dobrze odbiera kolejne odmowy pomocy Poznie. My też po tej drugiej stronie sceny z satysfakcją przyjmujemy fiasko działań hrabiego. Umrze… Umrze… Mimo władzy, pieniędzy i pozycji. Będzie „jakaś” sprawiedliwość na tym świecie! My też kochamy nasze życia, choćby i na co dzień twierdzilibyśmy, że są do „życi”. Sztuka utwierdza nas w słuszności naszego egoizmu. Łagodzi dysonans. Tłumaczy, że jakieś „bohaterstwo” to absurd. W skrytości ducha wypieramy, że jednak byli i zapewne będą ludzie, którzy poświęcą swoje życie dla ratowania innego życia. Moja babcia nr 46499 więzień niemieckiego obozu zagłady Auschwitz , wspominała o ludzkiej podłości, o ludzkich sercach z kamienia, o typach psychopatycznych, poświęcających wszystko i wszystkich, także „swoich”. Smutne to są historie i często sprzeczne z obowiązującymi teraz poprawnościowymi narracjami. Ale mówiła też o tych, którzy gotowi byli sami umrzeć niż na śmierć narażać innych.
Nie chcemy słuchać takich historii. Tworzy się nowy paradygmat. Bo łatwiej nam przyjąć, że naszą niegodziwość determinuje biologia, czy środowisko. Łatwiej powiedzieć, że jak zrobiłem tak, a tak, to w momencie działania nie mogłem zrobić inaczej. Więc dla jednych - chociażby taka Inka - to bohaterka, wzór dla naśladowania, dla innych to tylko niepotrzebnie zmarnowane młode życie. Trwa spór, który łatwo się nie zakończy.

Teraz trochę o grze aktorów, główna postać Pozny grał Krzysztof Grabowski. Gra on często, co się podoba widzom na tzw. „kurwie”, czyli startuje na najwyższym poziomie energii, a później już… tylko napięcie rośnie… Tym razem jest w zasadzie cały czas na scenie – więc „kurwa” musiała się wyczerpać i wyczerpała, może i mógłby rozbudować swoją rolę bardziej, otoczyć ją kontekstami, „głębiami”, ale chyba nie taka była koncepcja reżysera – uczynił ze swoich aktorów znaki plastyczne, znaki odchodzenia, typy, znaki kurczowo trzymającego się życia. I wszyscy się świetnie się z tego wywiązali.

I żeby było „coś” na koniec. Z propozycji Levina wynika nauka, którą dawno pokazała chociażby „Tybetańska księga umarłych”. Jest nawet w tej tradycji medytacja trupa, leżąca pozycja - martwe ciało.
Warto ją  chociaż raz popraktykować, żeby zobaczyć co jest ważne.
Chociażby dla tej jednej chwili refleksji warto wybrać się na „Wszyscy chcą żyć”. Jednej chwili, którą za chwilę znowu zapomnimy porwani przez wir życia. Do następnego uświadomienia.

Krzysztof Sowiński

poniedziałek, 14 grudnia 2015

„O tym, na czym naprawdę mi zależy [...] nie ma i nie będzie żadnego mego pisma”


Obchody "40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego" dobiegły końca, poinformowały pod koniec listopada tego roku media. Ogarnął mnie smutek. Zakończyła się pewna epoka. Ale nie tylko w sensie czasu, propozycji artystycznych, ale zasadniczo w sensie kontynuacji pewnego rodzaju myślenia – o świecie, ludziach i twórczości. Bliskiego Piotrowi, jak sądzę myślenia, będącego niezbędnym składnikiem wolności osobistej i wolności możliwej dla innych.
W teatrze pokazano kilka spektakli w reżyserii Piotra Szczerskiego, pojawiła się książka na jego temat, wiele osób na różnych spotkaniach zabrało głos w kontekście artysty. Ale mam odczucie, że ledwo dotknęliśmy zjawiska kulturowego jakim w Kielcach (bo Kielce mnie teraz interesują) był Piotr Szczerski. I, że ten obraz będziemy jeszcze długo składać. A i że czas tutaj będzie niezbędnym elementem.
Oczywiście jak to zwykle bywa przy takich okazjach – kiedy odchodzi nietuzinkowy człowiek – pojawiały się rzesze ludzi, którzy najwięcej o Piotrze wiedzą, byli z nim najmocniej związani, znali jego zakamarki myśli. Byli źródłem sensownych rad. A w głosie niektórych słychać było przyganę, tyle razy go „zjechałem” i gdyby mnie bardziej słuchał... Nie ganię tego. Często przy takiej okazji wielu próbuje zaistnieć publicznie, przypomnieć o swoim żywocie, podleczyć swoje kompleksy, pogłaskać swoje ego, ogrzać się przy Tym, który miał odwagę - robił coś, raz mu wychodziło lepiej, innym razem gorzej. Artyści bowiem porzucają wygodną rolę krytyka i sami się mierzą z żywiołem życia i wystawiają na cudze oceny. Za tę odwagę wieczna im chwała. Ci pozostawieni przez artystów - są jakby ułomnym lustrem, ale i w to warto także spojrzeć, żeby zobaczyć - w tym przypadku - ile w takich miejscach zostało z Piotra.
Wspomnę też, bo to ważne dla nas tutaj na tym skrawku globu, na którym coraz trudniej o jakieś bezpieczne miejsce, bo po każde wyciągają swoje ręce globalni uzurpatorzy - to co już powiedziałem wcześniej: „Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Piotr sięgał do myślenia, które tkwiło w korzeniach kultury grecko-rzymsko-chrześcijańskiej. Myślenia, które początek ma w systemie edukacji, gdzie nauka zwana logiką byłą czymś oczywistym (Piotr przeszedł przez tę szkołę). Myślenia opartego na propozycji Platona, wobec którego jak powiedział Whitehead, reszta to tylko przypisy i komentarze.
Carl Popper zarzucał Platonowi tworzenie „społeczeństwa zamkniętego”. A jednak przecież ostatnia rzecz jaką można powiedzieć o teatrze Piotra, który zaakceptował podział świata na ten duchowy i materialny - to taka, że tworzył teatr „zamknięty”. Zwłaszcza dla widza.
Myślenia, którego narzędziem są prawa logiki. Myślenia, które było oparte na naturalnej hierarchii (nawet starsi wiekiem mówili w teatrze niekiedy o Piotrze - „Stary to...”, „Stary tamto...” - nawiązując z własnej woli – do nienarzuconego przez nikogo patriarchalnego modelu, w którym Piotr był ojcem, owszem niekiedy surowym), a jego konsekwencją jest cywilizacja jednej tylko etyki dla wszystkich. Myślenia, które umożliwia osobistą drogę, osobiste wybory i jest naturalną obroną przed zmasowaną propagandą. Przed światem w którym człowiekowi podaje się obraz wykreowanej rzeczywistości, zamiast niej samej. Takie myślenie – ok... jest owszem często nielinearne, jak bywa u ludzi - porwane, niekiedy porzucane na długo. Ale jest myśleniem, które daje możliwość rzeczywistego sprzeciwu i buntu, (a nie tego pozornego jak to często teraz u twórców bywa) – było obecne u Piotra i tego będzie mi brakować.
Ale pointa jest taka - jakbyśmy się nie starali tutaj, to obraz Piotra będzie niepełny. Zostają nam tylko wspomnienia i spekulacje. Być może za ważne trzeba uznać, to co napisał Platon: „O tym, na czym naprawdę mi zależy [...] nie ma i nie będzie żadnego mego pisma, bo nie jest to racjonalne, jak matematyka, i nie daje się ująć w słowa. Ale gdy długo zmagałeś się z rzeczą, nagle zapala się w duszy jakby światło”.
Krzysztof Sowiński



wtorek, 8 grudnia 2015

Między sztucznymi i prawdziwymi dreszczami

Oglądanie takich sztuk, ma coś z tej atmosfery, kiedy po raz setny, w swoim bezpiecznym na tę chwilę światku gdzie stoi telewizor, oglądamy ulubioną ramotę sprzed pół wieku. Znamy już wszystkie dialogi na pamięć, podziwiamy wykwintną, trzeszczącą od konwencji grę i klasę aktorów. Jesteśmy świadomi zabiegów reżysera. I... i nie możemy doczekać się kolejnej sceny. Podobnie jest z najnowszą propozycją Teatru Żeromskiego "Wrócę przed północą" Petera Colley'a w reżyserii Mirosława Bielińskiego.


Niby to jest horroro-komedia, ale kto by się tam na serio przestraszył. Peter Colley, autor dramatu, a za nim Mirosław Bieliński, co chwila podważają „fizyczny” udział widzów w tej propozycji, szanując naszą prywatność i ukryte motywacje z którymi przyszliśmy do teatru. I... Gra z...
konwencją. Wszystko ujęte jest dyskretnie w cudzysłów, a może nawet dwa – jeden w drugim.


Mirek Bieliński z przymrużeniem oka, bierze na warsztat uwagi z recepty mistrza Alfreda Hitchocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”.
U kieleckiego reżysera w zasadzie rzecz zaczyna się od... wybuchu piecyka w domu, do którego właśnie wprowadziła się niby zwykła para: ona - Jenny Sanderson kobieta z problemami psychicznymi (w tej roli Ewelina Gronowska) i on - jej mąż Greg Sanderson, safandułowaty niespełniony naukowiec, specjalista od kamieni (Łukasz Pruchniewicz). Kamieni, które wciąż jak życie wymykają się próbom, w najmniej odpowiednim momencie, kontrolowanej destrukcji i... niepokojąco sygnalizują przewrotną naturę przeciętniaka Grega.
Jest tu wszystko czego potrzebujemy – dom z mroczną historią na odludziu, drobnomieszczańskie problemy, nawyki i rytuały. Do tego jest - znowu pozornie zwyczajny, nieco chamowaty sąsiad George Willowboy (Janusz Głogowski), na dodatek trafia tam też, jak się okazuje (niby) siostra Grega – Laura Sanderson (Beata Wojciechowska). Zaciska się przestrzeń i czas.
Wydaje się, że może to być dramat „wykluczenia”, o sprawę którego swoje kopie ścierał
w zaściankowej Polsce, w swoim czasie prof. Jan Hartman. Oto Grega i jego siostrę łączy ukrywane nie tylko uczucie. A tu żona Grega Jenny stoi na przeszkodzie tej starej miłości, która „niezardzewiała”.
Wydawało się, że Bieliński, mawiało się stary wyga - w końcu zwąchał gdzie są przychylne: recenzje, festiwale, nagrody i pochwały, przekraczające ramy naszej wioski. Czeka przecież pustawe, opróżnione z większości śladów po Piotrze Szczerskim foyer w Żeromskim. I...


Tymczasem... Historia nabiera rozpędu. Trup co prawda nie ściele się gęsto, ale gęsto jest od atmosfery tajemnic. Widz wciągany jest w grę – w której ma odgadnąć, kto jest kim i kim nie jest. Atmosferę podkręca zachowanie Jennny - czy ma urojenia i powinien ją ktoś pilnować, żeby o odpowiedniej godzinie jednak brała porcję pigułek, a może to jest tzw. rzeczywistość? A na koniec co jest prawdziwe?
Mirosław Bieliński pointuje te dylematy na koniec swojej propozycji i opowiada się jednak po stronie zwolenników świata obiektywnego. Świata tradycyjnych związków przyczynowo-skutkowych, ale niestety i banalnego rozsądku, prymitywnych odwiecznych motywacji – w czym rozpoznajemy... siebie.


Lubię tę „konwencjonalną” grę jaką zaprezentowali aktorzy. A pokazali kawał dobrego rzemiosła, za które - jeszcze bywa – czasami zbiera się laury. Lubię grę Łukasza Pruchniewicza, który do swoich ról dodaje czasami nieco głębi swojej nieokrzesanej i ekstremalnej na szczęście natury, wzbogaca to jego kreacje tajemnicą przewrotności. Podobnie mogę powiedzieć o Ewelinie Gronowskiej – która z bezradnej ofiary (psychiatrii? systemu? można by pójść nieco za Facault, ale może to będzie już temat na inną okazję), uczyniła kobietę całkiem roztropną, która zachowała pierwotny rozsądek (jeśli ten jest pierwotny). Beata Wojciechowska i Janusz Głogowski – nie zostawili nam niedomówień kim są na scenie, zagrali to każdym gestem – ona sprytną manipulantką, on chytrym wieśniakiem. To się chyba nazywało kiedyś, o czym już kiedyś pisałem – stara dobra szkoła aktorska, kiedy jeszcze to co stare i sprawdzone, jeszcze ceniono.


„Jestem gotów dostarczyć publiczności całkowicie zdrowych wstrząsów emocjonalnych. Nasza cywilizacja stała się do tego stopnia opiekuńcza i troskliwa, iż nie mamy już możności odczuwać instynktownych dreszczy lęku. Tymczasem ażeby ocknąć się z odrętwienia i zapobiec bezwładowi, można jeszcze wywoływać owe dreszcze sztucznie” - dowodził niegdyś Hitchcock.


A jednak... Parę dni temu na stacji Leytonstone w Londynie, w miejscu gdzie bywał artysta, gdzie na muralu jest namalowany jego wizerunek, jakiś „szaleniec” (jak nam zawsze wmawia mainstream, chroniąc nas przed naszymi myślami o głębszej intrydze), gardząc wyrafinowanym scenariuszem i formułą suspensu, zaatakował innych podróżnych, wielu ciężko raniąc kuchennym nożem. Krzyczał coś, jeśli wierzyć „przekaziorom” o zemście za „okupowaną Syrię”.
Co na to powiedziałby mistrz?
Bo ja odnoszę wrażenie, że „nasza cywilizacja”, aż się kłębi od zagrożeń, ze strony... innej cywilizacji,
że czeka nas jeszcze w naszym kraju, naszym mieście, a może nawet teatrze – wiele zdarzeń, wobec, których wybierając propozycję Bielińskiego, będziemy szukali – nie wstrząsu po odrętwieniu, ale bezpiecznej, skontrolowanej w naszej skali przystani.


Krzysztof Sowiński

środa, 25 listopada 2015

Epoka nowa jest tuż tuż”....






Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”.
Platon

Wielu ludzi pyta mnie - już nie jakim był człowiekiem, ale - jakie poglądy (smutny znak czasu) miał Piotr Szczerski: lewicowe, czy prawicowe? Ostatnio przypisywano mu najczęściej, z naganą w głosie – te drugie. Moim zdaniem Piotr stał ponad tą – mówiąc nieco językiem Zbigniewa Herberta - parcianą dychotomią, tak zręcznie implementowaną nam (chcąc nas dzielić) przez współczesnych inżynierów ludzkich dusz.

A ci jednak przestali już dawno być nie tylko pisarzami, albo twórcami czegokolwiek, ograniczają się do produkowania służebności wobec ludzi najpotężniejszej z władz i do rezonowania poprawnościowych sloganów, kiedy nadchodzi właściwy moment. Piotrowi obca była taka postawa, nawet jeśli błądził i mylił się w swoich zamierzeniach, robił to zawsze na swój rachunek i nie „wykręcał” się nigdy tanim sofizmatem. A co najważniejsze nigdy (jak sądzę, cóż... to tylko są moje i tylko moje spekulacje na jego temat, których źródłem były nasze wspólne kontakty) – nie posługiwał się kategorią „rozsądku”, której ja szczerze osobiście najbardziej ze wszystkiego nienawidzę, widząc w tym bezpośrednią drogę do konformizmu, do „układania się”... kosztem innych - a to jest zarzewiem wszelkiego nieszczęścia, który toczy świat w skali globalnej.

Na naszych oczach, uszach i językach trwa współczesny zaciekły i nie nowy przecież spór o idee, nazywane także niekiedy uniwersaliami, czy powszechnikami. Piotr wsłuchiwał się w ten spór, ale – jako artysta – nie tylko w sensy wypowiadanych zdań, ale reagował także na ich formę i  temperaturę. Obca mu była podwójna etyka - jedna dla „swoich”, druga dla „innych”, w sporze o wartości opowiadał się za tymi niezmiennymi, być może zredukowanymi, ale zmiennie niezmiennymi (czym jestem starszy, to zdaje się bardziej oddaję honor Parminidesowi). By na koniec zaufać współczesnemu platonizmowi, czyli chrześcijańskiej wersji tej wizji uniwersum. Niektórzy uważają, że dał się będąc już u schyłku życia,  łamany przez chorobę „omotać czarnym”, jak się często nazywa w naszym kraju kapłanów obrządku rzymsko-katolickiego, kraju tak bardzo przecież z lewej i prawej strony miłującego „wykluczonego”, czy „bliźniego” i – przyjął z tego co słyszałem chrześcijańskie sakramenty. Moim zdaniem to wydarzenie było tylko prostą konsekwencją jego poglądów. I nie tylko ich, ale i towarzyszącego mu przeczucia, które wymyka się spekulacjom rozumu - transcendencji.

Według tradycyjnych odczytań, noszących piętno relatywizmu, naniesionego przez wykoślawiony marksizm (według czego lewicowość, to jest to, co pozwoli „naszym” zawsze wylądować na czterech łapach), Platon „wierzy” w „swoje” formy (idee) i jest twórcą totalitarnej propozycji. A jednak Voegelin w swoim wspaniałym studium na temat autora „Dialogów”, podsuwa nam inne tropy – prawda jest czystą logiką, wyłania się w opozycji do fałszu, a fałsz wobec prawdy. Takie postrzeganie było (choć czytał wiele, ale nie akurat Voegelina) dla Piotra oczywiste i nie dał się nigdy zwieść „zaciemniaczom” sensów. Coś co i można zdefiniować z biedy jako „konserwatyzm”, było w istocie u niego wołaniem o przyzwoitość.

Podziwiałem Piotra w zasadzie za trzy rzeczy – za ten rodzaj słuchu, który mu pozwalał wysłyszeć szybciej niż innym nawet wyobrazić sobie, każdy fałsz jaki rozgrywał się w przestrzeni publicznej, a zwłaszcza w tzw. polityce i szeroko pojętej sztuce. A ta druga (o trzeciej napiszę przy innej okazji), to odwaga z jaką nie patrząc na poprawności polityczne i obyczajowe – te fałsze komunikował.

Szybko dostrzegł, że coś nie jest tak z naszą zmianą ustrojową, która jakoby dokonała się w 1989 roku, choć widział tam ludzi godnych szacunku. W artystycznej formie wyraził swój sprzeciw wobec tego w „Hemarze”. „Ruszył” w tym spektaklu niektórych ze „świętych” main streamu, uczłowieczył, pokazał ich mroczne zakamarki, sprzeciwił się monolitycznemu obrazowi tych postaci i tak troskliwie przez 25 lat budowanym hagiografiom. O nie! Nie zyskał aplauzu. Ale... osiągnął jedno - ukazał, kto w istocie buduje współczesne narracje. Pokazał, że wbrew pozorom i sloganom o „postępie” i „nowoczesności”, które wokół słyszymy, trwa cicha, ale konsekwentna i brutalna walka o władzę nad historią, o jej interpretację, o zachowanie status quo.

Następnym etapem jego niezgody był „Kordian”. A powstawał, kiedy wyśmiewano wokół nawet samą myśl o jakimś zagrożeniu w Europie, a ethos bohaterstwa uważano za objaw abberacji umysłowej, powtarzając zaklęcia o współczesnych sojuszach i „wolnym rynku”. „Kordian” to dramatyczny głos Piotra w sprawie Polski, Polski współczesnej w którym pokazuje z całą jaskrawością, już bez ubierania w jakiekolwiek woale – miałkość naszej klasy politycznej i niepewność jutra. Co zdaje się (choć nie przeceniajmy, aż tak wpływu sztuki i twórców), też nie mogło się szczególnie spodobać, zwłaszcza tej grupie, która „uwierzyła” w „koniec historii”, więc i w „naturalny” koniec tzw. narodów. „Uwierzyła” i czerpie konkretne korzyści ze swojej wiary.

Summa summarum „Kordian” pojawił się, akurat w tym momencie, kiedy zagrożenia dla Polski stały się aż nazbyt realne.
Niegdyś Wojciech Młynarski napisał m.in. :
„Drugi inżynier twarz pełną natchnienia
I wzrok miał pełen błysków absolutu
Rzekł: "Wszczepmy duszy prototyp sumienia
Które w ogóle nie robi wyrzutów
Kładę na szalę potęgę mej wiedzy"
- Gulgotał głosem jasnym i ochoczym -
"No po co sumieniu wyrzuty, koledzy
Po co wyrzuty, kiedy nie ma po czym?"

Piotr podzielałby zapewne niepokój „tamtego” Młynarskiego. Nie chcę powiedzieć, że ten kielczanin z Krakowa – górnolotnie - był strażnikiem sumienia, ale na pewno był czuły na ten aspekt. Jak powiedział bowiem Paweł Sanakiewicz o Piotrze Szczerskim i była to dla mnie najpiękniejsza przemowa, o jakiej za życia mógł sobie pomarzyć, każdy człowiek, który odszedł i jego będący jeszcze chwilę tutaj bliscy: „Był to przyzwoity człowiek”. Piotr dostrzegał bowiem, że „wyrzuty sumienia”, są częścią naszego ludzkiego istnienia i powodują, że... ten świat jest wart tego cierpienia jakie na nim się rozgrywa.
W tym samym tekście („Inżynierowie dusz”), dodał Młynarski:
„Epoka nowa jest tuż tuż”...

Dziś kiedy powoli dostrzegamy różne niewidzialne ręce i tę współczesnych inżynierów dusz, pokłońmy się Piotrowi Szczerskiemu, który przeczuł ją już w teatrze „wczoraj”. Bo na serio traktował sentencję o tym, że do tego miejsca nie wchodzi się bezkarnie.

A już na koniec... Nawet jeżeli by miało się okazać, że mylił się Platon twierdząc, że  Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”, jestem wdzięczny Piotrowi za jego obecność TUTAJ, choćby i nawet to TUTAJ, też nie istniało. Więc dobrze było sobie z nim tę chwilę, której nie było - „ponieistnieć”.

Krzysztof Sowiński