poniedziałek, 18 marca 2019

Świat równiejszych spośród równych



W tym samym czasie, kiedy na deskach Teatru Żeromskiego pojawia się spektakl pt. ≈[prawie równo], pracownicy instytucji kultury w Kielcach, (w tym także ci z teatru),  finansowanych m.in. przez miejscowy  Urząd Marszałkowski – próbują, zresztą bezskutecznie, zwrócić uwagę władz i społeczeństwa na nędzę, której doświadczają mimo posiadanej pracy. Ale kogóż to, drodzy Państwo, obchodzą biedni ludzie?

To miejscami nudnawa (zwłaszcza w pierwszej odsłonie), z naiwną diagnozą dotyczącą ekonomii, ale jednak posiadająca związki z rzeczywistością, perfekcyjnie wyreżyserowana, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi propozycja. A co najważniejsze – jest to rzecz nastawiona na pokazanie życia zwykłych ludzi, a nie na rezonowanie jakiejś propagandy. A to przecież już i tak wiele we współczesnym teatrze, w którym coraz mniej jest artystów, a coraz więcej aktywistów politycznych.

≈[prawie równo], to najnowsza propozycja w kieleckim teatrze,  który podjął współpracę z islandzką reżyserką Uną Thorleifsdottir.  Tematem spektaklu jest… ekonomia. Ale niestety nie dowiemy się po jego obejrzeniu skąd się biorą pieniądze. Jest tylko w nim zawarte oskarżenie tajemniczego kapitalizmu, który pozbawia ludzi pracy, pieniędzy, nadziei i życia. A proces ten jest pokazany na przykładzie  fragmentów z życia zwykłych ludzi, takich figur jak: Martyna, Mani, Andrej i Freja. (W istocie, biegnę już z wyjaśnieniem, reżyserce pomylił się kapitalizm z korporacjonizmem).  Europę  Zachodnią (my Polacy tkwimy w nim od kilkudziesięciu lat, więc aż tak nas nie przeraża) nawiedza właśnie tzw. kryzys – oznacza to, że nawet zdobycie pracy nie chroni pracownika przed ubóstwem. Ba… nawet tzw. wykształcenie nie daje gwarancji zatrudnienia. Szerzy się zatem nepotyzm. Ujawnia frustracja. Produkuje się rzeczywista, a nie wyimaginowana i wmawiana nam przez speców od politpoprawności – nienawiść.

Obiektem westchnień zwykłych ludzi – nie są stada białych leksusów i zamki nad Loarą (te jakoś przypadkowo od rewolucji francuskiej nie zmieniają właścicieli), ale zwykłe rzeczy np. kurtka, nowa kurtka w której jeszcze nikt nie chodził (tę radość z posiadania takiej genialnie zagrał Andrzej Plata, jeszcze do niego wrócimy), a nawet flakonik markowych perfum. Dostępne wykształcenie dla „ludu”, to wszechobecne, nikomu niepotrzebne kursy i studia – np. zarządzanie i marketing, a w Polsce np. politologia, czy modny obecnie coaching. Krzysztof Karoń, autor niezwykle ważnej, demaskatorskiej Historii antykultury – nazywa te zawody pasożytniczymi. Są zbędne. Niczego potrzebnego nie produkują. To celowe działanie sprawujących władzę – także poprzez system edukacji, produkujących bezrobotnych, tzw. prekariat. Prekariusz bowiem nie ma szans na wydobycie się z nędzy. Jest zawsze zależny od pomocy władz i nigdy jej nie zagrozi. Jest trzymany całe życie przez nią za twarz. Jak widzimy bezpośrednią przemoc z dawnych totalitarnych reżimów, zastąpiła mniej zauważalna i spektakularna przemoc ekonomiczna. A nawet jeśli delikwent dostanie w końcu jakąś pracę, np. w jakimś minimarkecie, to i tak nadal będzie współczesnym pariasem, „wykluczonym”. I żeby przez chwilę żyć po ludzku (np. iść na obiad do restauracji) musi (może?) kraść pieniądze ze sklepowej kasy, albo dopuszczać się innych większych, czy mniejszych świństw. A co najgorsze – relatywizować takie zachowania.

Jednak ten spektakl, wbrew deklaracjom jej twórców, nie jest oskarżeniem nieludzkiego kapitalizmu, ale… korporacjonizmu, systemu neoliberalnego (wbrew nazwie nie ma w tym ostatnim żadnej wolności), gdzie przy pomocy narzędzia jakim jest socjalizm (aktualnie neomarksizm), światowa plutokracja pozbawia społeczeństwa, oczywiście w imię równości i równych szans,  nie tylko resztek własności, ale także godności i życia. Prywatyzuje zyski, a nacjonalizuje straty. Zatem wołanie autorów spektaklu o lepszą redystrybucję pieniędzy (a może się mylę i nie wołają?), jest wołaniem o więcej socjalizmu – czyli leczenie dżumy, jeszcze większą dawkę bakterii. Jedynym bowiem rozwiązaniem jest złamanie światowego monopolu na produkcję i dystrybucję pieniędzy. Wierzę, że to jest możliwe, dzięki milionom ludzi dobrej woli.

Po propozycjach neomarksistów psychoanalitycznych (spekatkl 1946), po propozycjach neomarksistów magicznych (jak np. Jak wam się podoba), mamy do czynienia z propozycją marksistki (być może nieświadomej, ludzie na tzw. zachodzie naprawdę sądzą, ze żyją w ustrojach kapitalistycznych) w starym stylu, czyli ekonomicznym. To jedyny z tych trzech głosów z którym można dyskutować. To jedyny głos spośród wymienionych, mający związek z diagnozą rzeczywistości społecznej. To jedyny głos (co prawda błądzący), w sprawie zwykłych ludzi, nie utrwalający władzy właścicieli współczesnych niewolników.

Jeszcze jest jedna sprawa – chociaż mamy do czynienia i w tym przypadku z „mykami” teatru postdramatycznego (antymimetycznego), to jednak reżyserka zostawiła aktorom przestrzeń do – nie tylko bycia „ciałem”, „performerem”, ale także do kreacji roli. I aktorzy świetnie się z tych zadań wywiązali.  Naiwną, głupiutką Martynę i jej drugie drapieżne, amoralne „ja” – zagrały Dagna Dywicka i Ewelina Gronowska. Łagodną powierzchnię bohaterki reprezentowała ta pierwsza, a jej gwałtowną naturę ta druga.  Udał się ten mix. Historię Freii, która życzy śmierci koleżance, (ta ją pozbawiła pracy) – urzeczywistniła Joanna Kasperek, wyciszona, stonowana, ale tym bardziej przerażająca. Jeśli ktoś raz w życiu miał do czynienia z pracownikiem pośredniaka i coachem – to wie, że te persony doskonale na scenie zaprezentowała Beata Pszeniczna. Andreja (ofiarę neoliberalnego systemu edukacji) wziął udanie na swoją klatę odzianą w tandetny dres, świadectwo epoki prekariuszy – Tomasz Włosok.  Maniego, naukowca specjalistę od ekonomii, który sam jednak nie potrafi się odnaleźć w świecie, który próbuje naukowo opisać –  Wojciech Niemczyk. Scena kiedy grana przez niego postać, wobec braku perspektyw na etat i naukową karierę, postanawia popełnić samobójstwo, na długo, dzięki temu aktorowi, zapewne zapadnie widzom w pamięci. Wspomnę, że w liczbie samobójstw z powodów ekonomicznych Polska jest liderem w „wolnym” świecie. Zapowiada się, że nikt nam tego pierwszeństwa jeszcze długo nie odbierze.

Najbardziej przerażającą twarz neoliberalizmu pokazał odgrywając rolę Mówcy, konferansjera – Andrzej Plata. Przybliżmy ten fragment spektaklu, bo zmroził on widownię i prawie mnie wyrwał z teatralnego fotela (a dodam, że mnie jest naprawdę ciężko namówić w teatrze do „wspólnej zabawy”) i miałem już wstać i bronić bezdomnego Piotrka (znowu rewelacyjny Dawid Żłobiński!), który w imię „zabawy” właśnie godził się na ledwie zakamuflowaną przemoc wobec niego (nie będę zdradzał więcej, idźcie do teatru i zobaczcie sami o co chodzi). Miło, że zagrał także Łukasz Pruchniewicz, wstrzelił się (nie chcę używać archaicznej nieco w tej naszej ponowoczesności metafory „wcielenia”), idealnie w postać cynicznego pracownika pośrednika. Nie strzelała, ale niepokojąco strzelistym znakiem współczesnej zabawy i marzeń o takiej była Anna Antoniewicz.

No i po kolejnej premierze. Było dużo pracy. Przekładania nieprzekładalnego, z trzech języków na miejscowy, polski. Większość aktorów będzie miało teraz do południa sporo czasu i mogą „popolować” na pozimowe, atrakcyjne wysprzedaże. A „władze”, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, w końcu mogą np. polecieć na zasłużone wakacje, powiedzmy na Tajlandię. Pogrzać udręczone prowincjonalnymi Kielcami ciała na najpiękniejszych plażach świata, gdzie ręka tamtejszego prekariusza podrapie im tyłki i poda drinki. A wszystko to zawdzięczamy neoliberalizmowi i płacom nazywanym w Polsce kominowymi. To taki nasz miejscowy wkład, autorstwa „wybitnego” ekonomisty pana Balcerowicza (wdrożył w Polsce plan Sorosa-Sacha), który biednych proletariuszy przerobił… na prekariat i zniszczył na rozkaz plutokracji nie tylko klasę średnią, ale i nadzieję na lepszy świat. Wykreował za to zawód nadzorcy niewolników i współpracujących z nimi strażników cudzej pamięci, jedynie słusznego dyskursu, piewców tolerancji, puszczających spod przymkniętych powiek nienawistne spojrzenia, inwigilujących i wysyłających donosy na tych którzy… chcą innego ładu.

Krzysztof Sowiński


wtorek, 12 marca 2019

Gołąb


Nagle zaczął padać śnieg i wiać wiatr. Jak to w marcu. Zrobiło mi się go żal. Że jest tam sam. Że moknie. Pokrwawiony, ranny, dziko i bezradnie patrzący... na mnie. Dygocący. Wtulony w... zimny mur... Dopełzł. Obok ruchliwej ulicy. Poszedłem znowu do niego dopiero teraz. Ja. Ch...wy, zawsze spóźniony bodhisatwa, z pudełkiem w ręku. Widzę... Leży nadal... Ale... Umarł. Oczko zamknięte. Głowa na boku. Na betonie. Piórka przemoknięte. Nie oddycha. Zostawiam go. Tam gdzie się urodził. Tam gdzie żył. Tam gdzie codziennie szukał jedzenia. Tam gdzie go ktoś zabił. I tam gdzie ktoś się nim pożywi.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Za widnokręgiem widnokrąg



Kanoniczny tekst, dukt zdań dostojnych, kompletnych, tak obcy teatrowi postdramatycznemu, rewelacyjny Wojciech Niemczyk jako Narrator, świetna gra pozostałych aktorów, do tego zjawiskowa scenografia Magdaleny Musiał, a całość w Teatrze Żeromskiego z taktem wyreżyserowana przez Michała Kotańskiego. Aż mi się żal zrobiło, że nie miałem dziadków ze wsi. Tylko z Kielc, którzy później migrowali do... Auschwitz.

To wszystko pokazuje, że nawet spektakl bez „początku, środka i końca” – czyli Arystotelesowskiego mimetyzmu może zachwycić kielecką publiczność, usytuowaną gdzieś na szlaku między Krakowem a Warszawą. Wystarczy jej tylko w „przedakcji”… nie opluć.

„Nie ma ważniejszego nurtu polskiej powojennej prozy niż nurt chłopski, skodyfikowany przez Henryka Berezę w Związkach naturalnych, kanonicznie opisany przez Andrzeja Zawadę w książce Gra w ludowe” – powiada Dariusz Kulesza. Jak zauważa ten badacz, po zagładzie inteligencji polskiej w czasie II wojny światowej, nastąpiła wielka migracja ze „wsi do miasta”. Podkreśla on ponadto, że dokonała się zmiana świadomości narodowej; dawna Polska miała rodowód szlachecki, wywodziła się ze „szlacheckiego Soplicowa, z epickiego Pana Tadeusza, z Mickiewiczowskiego głównie romantyzmu, […] powojenna Polska jest ze wsi”. Wskutek tego pojawiła się szeroka reprezentacja pisarzy wywodzących się ze wsi, podejmujących tematykę związaną z rodzimym środowiskiem. Warto w tym miejscu wspomnieć Juliana Kawalca i jego najsłynniejszy utwór Tańczący jastrząb, gdzie pisarz pokazuje „tragizm osób porzucających wieś, wykorzenionych, niezdolnych odnaleźć się w nowej przestrzeni, w nowym świecie, w mieście”. Innym ważnym reprezentantem nurtu wiejskiego jest Tadeusz Nowak, który w A jak królem, a jak katem będziesz podejmuje temat „utraty i odzyskiwania świętego, wiejskiego uniwersum”.

Ten nurt reprezentuje także kielczanin ś.p. Jan Krzysztofczyk, którego dwie jednoaktówki Podział i Święcone na pół wystawił przed laty Teatr S. Żeromskiego w Kielcach.

Jednak zdaniem Kuleszy arcydziełem, największym osiągnięciem powojennej literatury polskiej jest Kamień na kamieniu (1984) Wiesława Myśliwskiego. Tą powieścią – dowodzi ten badacz – „Myśliwski zamknął nurt chłopski polskiej prozy”, przekroczył go dzięki „epickiemu talentowi”.

A wyznaczył tą powieścią nurt „autotransgresyjny” – czyli taki którego postaci same wymyślają sobie rozwój. Warto dodać, że motyw stworzenia lepszego świata dla następnego pokolenia, wcześniej niż Myśliwski, wprowadził też pisarz z naszego regionu Józef Morton w powieści Spowiedź (1937). Jeden z bohaterów utworu stary Okła „chce, aby jego syn został <panem> […]”.

W 1996 roku ten Myśliwski wydał jednak kolejną powieść, znowu arcydzieło polskiej literatury – jest nią Widnokrąg. Jej bohaterem jest Piotr, który wspomina przeszłość – swoich dziadków, wujków, stryjenki i rodziców. Zwykłe, niezwykłe życie.

Adaptacji powieści dokonał Radosław Paczocha. Główną postać, Narratora zagrał Wojciech Niemczyk, który przez ponad trzy godziny przebywał na scenie i ogniskował uwagę widzów, a musiał do tej roli nauczyć się stu trzech stron z powieści! W tej inscenizacji reżyser Kotański zamiast linearności zręcznie zapętlał fabularny czas. W ostateczności dostajemy hipnotyczne koło i kółka wiecznego powrotu – z ich radościami i cierpieniem. Chociaż mało w tym odoru ciężkiej pracy, a więcej zapachu jabłoni. Całość rewelacyjnie wygląda plastycznie za sprawą Magdaleny Musiał i Jakuba Lecha odpowiedzialnego za projekcje.

W zasadzie powinienem już przestać pisać i szczerze powiedzieć – idźcie do teatru zobaczcie to sami! Nawet jak nie uda Wam się zdekodować sensów zawartych w tym spektaklu (jeśli takie zawiera), to i tak urzeknie Was jego magiczny dukt. I zapewniam, że będziecie płakać kiedy np. Piotr będzie żegnał się z matką, niezależnie od tego, czy to kreacja „zapośredniczona”, czy "bezpośrednia", „postępowa”.

Ale jeszcze muszę coś w swoim stylu. Nie jest to tylko nostalgia za krowami i przestrzenią łąk. Za chłopskością. Jest to także opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Może jeszcze nie w obliczu bliskiej śmierci (chociaż niepokojąco wygląda ostatnia scena, kiedy Piotr kładzie się i przykrywa kocem Wujka Władka (niesamowita rola Dawida Żłobińskiego!), który „niedawno” odszedł, a spogląda na niego własny, syn tak jak niegdyś Piotr spoglądał na własnego ojca), ale z perspektywy awansu, który się dokonał.

Patrzymy na przeszłość – jak pisze M. Dąbrowski w Autobiografii, czyli próbie tożsamości – „na te lata z intelektualną wyższością człowieka historycznego, człowieka świadomego, ale zarazem tęsknimy za nimi, gdyż właściwa była im siła moralna, prawda i czystość”.

Aczkolwiek badacze uważają, że awans ze wsi do miast już się zakończył. Ja jestem głęboko przekonany, że awans nadal trwa. Wciąż go obserwuję. Partia chłopska niedawno straciła władzę. Wielu jej beneficjentom zagraża utrata stanowiska, dużych pieniędzy do których przywykli, prestiżu. Jakże powiedzieć w rodzinnej wsi o tym? Jakże? Trwają targi, podchody, umizgi, przetasowania, powstają nowe sojusze. Także… w przestrzeni teatru.

Jeden z liderów chłopskich codziennie rezonuje globalistyczne frazeso-dogmaty.
A pod śniegami, jak wyrzut sumienia leżą gnijących miliony ton chłopskich jabłek.
Także pod  Sandomierzem Myśliwskiego.
Jeden z liderów chłopskich codziennie rezonuje globalistyczne frazeso-dogmaty.
Stara się o reelekcję do europarlamentu.
Już dawno zapomniał, że życie bierze się nie z "zarządzania" masami, ale ciężkiej pracy.
A pod śniegami, jak obraza boska, leżą gnijących miliony ton chłopskiego znoju.

Nadal są ci, którzy płacą cenę – nadal porzucają swoją cywilizację, jej etykę, przyjmują kryteria obcej – i  nadal sumienie z tego powodu w nich zgrzyta. Ale jeszcze jedno jak sądzę pokolenie – i już przestanie.

Widnokrąg Kotańskiego jest o tych, którym jeszcze nie przestało.

I na koniec aktorzy… Jak tu napisać, że wszyscy byli rewelacyjni. Znowu standardowe słowa? Kalki recenzji. Powiem tak – chylę swoją czapkę. 

Krzysztof Sowiński


wtorek, 16 października 2018

Jeden krok



„…ani kawał powroza”

- Dużo pracuję. Naprawdę bardzo ciężko ćwiczę… Od tamtego czasu… Chcę znowu chodzić i już być z wami na zawsze – mówisz do mnie. I robisz dwa kroki. W moim kierunku. I kiedy wykonujesz kolejny na dowód tej uzyskanej sprawności, jedna noga, zresztą chudziutka i sztywna ugina Ci się i o mało co, nie upadasz małą główką na kamienie. Udaję, że tego nie zauważam. Na takie same kocie łby, jakie były na części podwórka  z mojego dzieciństwa. Wyślizgane przez czas kamienne czaszki. Z ich oczodołów wyrastały garstki zielonej trawy.
Jestem trochę przerażony, a w zasadzie rozczarowany, nic się w Tobie od tamtego czasu nie zmieniło, jesteś  nadal chwiejącym się wysuszonym szkielecikiem obciągniętym skórą. Nadal taki staruteńki. I patrzysz na mnie tym umęczonym wzrokiem. Myślę sobie – co jest k..? Miało być zupełnie inaczej. Miałeś być znowu mocny, zwarty, pełny i szybki jak wiatr. Co jest k…?! Ogarnia mnie smutek. Taki żal, że łkam i ten płacz mnie właśnie budzi.

Krzysztof Sowiński

PS. Uśpiliśmy go już przeszło trzy lata temu. Już nie widział. Nie słyszał. Nie poznawał nikogo. Miał często ataki lęku. Nie mógł już chodzić także na przednich łapkach. Nie chodził nawet już z czyjąś pomocą. Mógł tylko jeść. Więc go nakarmiliśmy. Jadł łapczywie. Ostatni raz wziąłem go na ręce i ostatni przeszliśmy już o zmroku wokół naszego budynku. Znaną mu najkrótszą trasą. Doktor powiedział, że tak będzie lepiej. Przyszedł do nas. Niestety pacjentowi pękały żyły i doktor wbił mu strzykawkę prosto w serce. Ustał oddech. Pomyśleliśmy – koniec.
Padał ulewny deszcz, a ON nieruchomo leżał przy naszych głowach. Szeptaliśmy do niego: „Już Cię nie boli biedaku… Nie boli… Nie bój się. Wszystko jest ok. Nie bój się. To zdaje się tylko śmierć. Umarłeś. I idź tam gdzie Cię prowadzi instynkt”. Tak do rana. Było słonecznie. Zawieźliśmy go i wsadziliśmy do mokrego dołu. I znowu powiedzieliśmy: „Nie bój się. Wszystko jest ok. Nie bój się. To zdaje się tylko śmierć. Umarłeś. I idź tam gdzie Cię prowadzi instynkt”. A tu się okazuje, że nigdzie nie poszedł. I, że cały czas był przy nas. I wciąż jest oddalony o jeden krok.

niedziela, 14 października 2018

"I śmiech niekiedy może być nauką"



„Szalone nożyczki” to dawno oczekiwany przez kielecką publiczność, spektakl  w reżyserii Jerzego Bończaka zrealizowany w Teatrze Żeromskiego. Bowiem widzowie mogą liczyć tym razem, po kilku praniach mózgów jakich doświadczyli w Kielcach, na dużą dawkę… rozrywki. Ma ta komedia kryminalna i swoje drugie mroczne dno, z którego niekoniecznie wszyscy jednak zdają sobie sprawę.


To sztuka z 1965 roku autorstwa Paula Portnera, przypomniana  w l. 70. XX wieku w USA. Jak się okazało od tego czasu jest grana na scenach całego świata i jest jedną z najbardziej popularnych propozycji teatralnych wszechczasów.

Warto się zastanowić jak ta w zasadzie przeciętna literacko propozycja, niezbyt oryginalna jeśli chodzi o intrygę i… nieco nudnawa, osnuta na banalnym wątku kryminalnym osiągnęła taki sukces. No jak? Jej fenomen polega na tym, że jest to pierwsza w historii sztuka interaktywna.

O co w tym chodzi? Po pierwsze ta propozycja, zgodnie z zaleceniem jej właścicieli, jest zawsze przykrajana (w ramach identyfikacji) do  miejscowej publiczności – stąd i w Kielcach padają ze sceny m.in. nazwy ulic, okolicznych miejscowości związane z tym miastem. Po drugie aktorzy w części drugiej wchodzą w dialog z publicznością, wykorzystując znany z wielu kryminałów schemat – polegający na tym, że prowadzący śledztwo policjant zatrzymuje wszystkich podejrzanych i rekonstruuje przebieg wypadków, ustalając kto mógł być mordercą. W tych działaniach przedstawiciel prawa zwraca się do publiczności.

To widzowie przypominają o pewnych wydarzeniach, których byli „świadkami” w części pierwszej. Reżyser musi przewidzieć te uwagi, czy pytania i na tę okoliczność skonstruować kilka alternatywnych mini scenariuszy. Zmusza to aktorów występujących w takiej propozycji nie tylko do wygłoszenia swojej kwestii, ale także do częstych improwizacji, bo jak wynika z historii dotychczasowych inscenizacji widzowie bywają w swoich pomysłach nieobliczalni. I to oni w końcu głosując decydują kto jest winny. Jak się okazało w Kielcach, różni widzowie wskazywali na… innego podejrzanego. Chętnie w tym uczestniczą, bo też… niczego nie ryzykują, nie są „gwałceni”, czy stawiani w roli oprawców (może co najwyżej dyskretnie ośmieszani) przez twórców przedstawienia, pozostają w strefie komfortu, mogą za to wyluzować się i błysnąć spostrzegawczością. I błyszczą.

Jak już napisałem mamy do czynienia z komedią, więc co rusz widzowie wybuchają zdrowych śmiechem, fakt niekoniecznie wszyscy w tych samych momentach.

Tzw. ludzkość doczekała się wielu sentencji związanych ze śmiechem. Jedni myśliciele chwalą tę czynność, inni jej nadmiar uważają za oznakę głupoty. „I śmiech niekiedy może być nauką,/ Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa” – pisał przed laty Ignacy Krasicki. W tej sztuce w Kielcach dość często ten „śmiech” natrząsa się jednak z osób. Jednym z głównych bohaterów tej propozycji jest Antoni (energetyczna rola Dawida Żłobińskiego), fryzjer gej. Twórcy spektaklu niemiłosiernie eksploatują stereotypy związane z wyobrażeniami o gejach. Niekiedy to przybiera postać dowcipów nie za wysokich lotów. Ale skoro sama persona Antoniego uważa te okoliczności za śmieszne, to i publiczność po jakiejś dłuższej chwili na zastanowienie się czy czasem „nie uprawiają śmiechu nienawiści”, albo jakiejś formy „gejofobii”, też coraz śmielej sobie porechotuje.

Śmieją się też aktorzy i widzowie z… ludzi z prowincji, a i śmieją ze stereotypu niezbyt lotnego policjanta niższej rangi (realistyczny Bartłomiej Cabaj, będzie z nim kreował tę postać na zmianę Łukasz Pruchniewicz), który zdradza milicyjny rodowód. Śmieją się też ludzie z żony (pokazująca pazur komediowy, w tej roli dawno niewidziana Teresa Bielińska, gra na zmianę z Joanną Kasperek), wpływowego lokalnego polityka, która ma inklinacje do kleptomanii. Fryzjerkę z wdziękiem i lekkością kreowała natomiast Beata Pszeniczna. Talent komediowy, łatwość w nawiązywaniu kontaktu  z publicznością pokazał także Andrzej Plata, w roli prowadzącego śledztwo komisarza. Był jeszcze Jacek Mąka, który jakby się zespolił z postacią, także podejrzanego o dokonanie zbrodni handlarza antykami. Wykorzystano także głosy Bogdana Gumowskiego i Marka Wtorka z Polskiego Radia w Kielcach. Tylko wciąż nie wiem, kto zagrał postać zamordowanej słynnej niegdyś pianistki.

Czuć było jednak w tym zabawę, odwieczną ulubioną zabawę elit (polskie też to lubią)… w panów z centrali i prostaczków z prowincji. Nieśmiertelna zabawa, która nawet doczekała się naukowych refleksji.

Aktorzy w kuluarach chwalili sobie pracę z Jerzym Bończakiem, chwalili jego profesjonalizm, precyzję z jaką, wykorzystując także swój talent aktorski, przekazywał swoje oczekiwania dotyczące kreowanych ról aktorom. Mogli sobie chwilę pograć, nawet jak już wspomnieliśmy, w określonych ramach, bo ramach, ale także po… improwizować.

W "Anatomy of Crticism" (1957) Northrop Frye omawiając problematykę związana z obecnością archetypów w literaturze, podsuwa wzorce fabularyzacji i nazywa je - mythoi. Według tego wzorzec romansowy potwierdza zwycięstwo dobra nad złem. Tragiczny – zła  nad dobrem. Satyryczny pokazuje panowanie zła i słabość człowieka. Komediowy – chwilowe pojednanie. To chwilowe pojednanie możemy dostrzec właśnie w „Szalonych nożyczkach”. Lubią to ludzie, zatem nagrody i festiwale (znając związane z tym praktyki i oczekiwania jurorów), nie będą udziałem tej propozycji, za to kielecki teatr zyskał maszynę do robienia frekwencji i dobrego wśród mieszkańców grodu wrażenia.

A teraz o niebezpieczeństwach płynących z tej sztuki. Była już grana tysiące razy i… utrwala niebezpieczny, wykorzystywany do manipulacji społecznej projekt… Antyplatoński projekt. Zdecydowanie sprzeczny z tradycją cywilizacji europejskiej, która jest ujawniana także chociażby w utworach giganta utworów kryminalnych Agathy Christie. Ta tradycja jest osadzona na prawie (o rzymskiej proweniencji), gdzie to śledczy na bazie faktów, rekonstruują przebieg wydarzeń, posługują się narzędziami logiki i dociekają tzw. prawdy. Ten spektakl propaguje inną wizję, gdzie pytanie o to co jest prawdziwe poddaje się głosowaniu. Zostawia się zatem przestrzeń do bełkotyzacji prawa i negocjuje prawdę, widzianą jako społecznie użyteczne narzędzie. A w takich okolicznościach głos  mędrca i głupca jest niestety liczony jednakowo. A głos manipulatora wielokrotnie.

Krzysztof Sowiński