niedziela, 17 czerwca 2018

Pot nie ma zapachu perfum



Czego się dowiedzieliśmy ze spektaklu Mai Kleczewskiej? Że ciała ludzkie, reprezentowane także i przez te aktorów rzadko bywają piękne? Że zamiast dreszczu zainteresowania i pożądania, budzą niekiedy ciarki abominacji i zażenowania? Że przeciętne męskie genitalia daleko odstają rozmiarami od tych, które prezentują gwiazdy porno? Że na damskich są włosy, a to owłosienie przy odpowiednim powiększeniu jawi się niczym Guliwer w krainie liliputów? Że można przebierać się w dowolne osobowości, w tym w inną płeć? A faceci dają radę chodzić w szpilkach i sukienkach?

I na koniec – że postmodernizm w zasadzie skrytykowany tak precyzyjnie i totalnie, zmiażdżony tak, że nic – wydaje się – z niego już nie zostało, nadal jest aktywnie rezonowany przez twórców?

A może cała ta droga poprzez ten spektakl, długimi momentami nużąca (zaprojektowano to nasze widza znużenie, czy też nie?) jest tylko po to, żeby pokazać rozwój i upadek „stylu”.  I żeby w finale sztuki powiedzieć może nie zbyt odkrywczo, ale szczerze wyrażając to tradycyjną metaforą – że nie ma co się „obcyndalać”; z życiem trzeba się wziąć za bary. A przy tej czynności można doznać dyskomfortu, zmęczyć się, zranić, a na pewno spocić. A pot nie ma zapachu ekskluzywnych perfum.

To zacznijmy od postmodernizmu.  Jego krytyki dokonał Edward O. Wilson w pracy pt. „Postomodernizm intelektualna czkawka Zachodu”. Wychodzi od tezy, że „myśliciele Oświecenia sądzili, że możemy poznać wszystko, radykalni postmoderniści uważają, że wszelka wiedza jest niemożliwa”.  Po czym stwierdza Wilson, że odwiecznie obserwujemy zmagania ładu z chaosem i to zawsze zwycięża jednak ten pierwszy.

Krytyki czołowych gwiazd postmodernizmu wykazując luki w ich rozumowaniu, a i brak wykształcenia skrywany za nowomową nurtu wykazali  Alan Sokal i Jean Bricmont w „Modnych bzdurach”.  O nonsensach, jakie tuzinami wychodziły spod klawiatury  Judith Butler nie raczyli nawet wspomnieć. Woleli krytykować m.in. guru, czy nadguru, słowem równiejszego spośród równych; Deridę.

Miazgi postmodernizmu, na poziomie którego nie może zlekceważyć nikt, kogo interesuje problem poznania, dokonał Jordan B Peterson. Wyszedł od główniej przesłanki kierunku: „Istnieje nieskończenie wiele sposobów na interpretację skończonego zestawu zjawisk”. I trzeba tutaj przyznać „prawdę” „ojcom” postmodernizmu Derridzie i Foucault. Zauważmy przy okazji, że filozofowie ci skonstruowali sprytne narzędzie – przy pomocy którego można zaatakować nieskończenie wiele możliwości interpretacji czegokolwiek. Bowiem każdy z nas może wysnuć wniosek, że żadna z tych interpretacji nie powinna być uprzywilejowana wobec innych.  „Sęk w tym, że to nieprawda” – unieważnia dogmat Peterson. Zatem „postmodernizm ma rację w głównym założeniu lecz myli się, w drugorzędnym”. I, że chociaż – dodaje filozof – jest nieskończenie wiele interpretacji świata, to jednak nie istnieje  równie wiele wykonalnych interpretacji świata. Decyduje ewolucja, która z interpretacji jest wykonalna – „poprzez zabicie wszystkiego co interpretuje świat na tyle źle, żeby umrzeć”. Słowem wykonalne interpretacje to te, które pozwalają nam przeżyć. Musieliśmy przekazać też geny, które to umożliwiają. To śmierć jest rozwiązaniem problemu interpretacji. (Kto jak kto, ale – nie łudźmy się – to jak wynika z praktyki, to m.in. wielu reżyserów teatralnych doskonale zna tę prawdę i zawsze odnajdzie właściwą interpretację, która prowadzi do źródeł przetrwania, a nawet daje „co nieco” więcej). Jak dodaje profesor – „Twoja interpretacja powinna cię uchronić przez cierpieniem i śmiercią”.  Konkluzja ogólna – decyduje zatem sama natura, a nie „konstrukt społeczny”. Współdziałanie i rywalizacja z innymi też ograniczają liczbę interpretacji świata, przynajmniej przez jakiś czas. W tym momencie pojawiają się także jakieś cele.

W dziwny alians postmodernizm na tym etapie wchodzi z neomarksizmem. Naczelną zasadą starego marksizmu jest spoglądanie na świat poprzez pryzmat oprawców i ofiar. Tę zasadę, tę interpretację świata postmodernizm przyjmuje jako… jedną z ważniejszych interpretacji. Co jest już paradoksem samym w sobie. Walkę burżuazji z proletariatem w neomarksizmie zastąpiono walką między grupami tożsamości, opresyjnej tłuszczy z „wykluczonymi”.

Tym problemem właśnie zajmuje się reżyser Kleczewska w najnowszym spektaklu Teatru Żeromskiego w Kielcach zatytułowanym „Jak wam się podoba”, jak napisano w materiałach promocyjnych towarzyszących wydarzeniu – opartym na sztuce W. Szekspira. Oczywiście Szekspirowi w tej realizacji „pomagał” jak mógł dramaturg Łukasz Chotkowski. Głównie wspomógł tego angielskiego pisarczyka wulgaryzmami osadzonymi w tradycji języka polskiego.

Na scenie pojawiają się kolejno „wykluczeni” – niedorozwinięta osoba, „obiekt” polowania pedofila, przemocy domowej i inne persony o ustalonej i nieustalonej płci. Wszyscy oczywiście są czyimiś ofiarami. Każda  z nich może wykorzystać na okoliczność wypowiedzenia się scenę teatralną jak kozetkę freudowskiego psychoanalityka. Zaciera się granica między faktem, a zmyśleniem, między odgrywaną rolą, a życiem prywatnym, między grą, a osobistymi emocjami. Na dodatek „akcja” na scenie jest egzemplifikowana prywatnymi filmikami jednej z aktorek z rodzinnego „albumu”, a podkład muzyczny i odpowiednia manipulacja kadrami – powodują, że ze sceny momentami wieje grozą – że plenią się w umysłach widzów koszmarne interpretacje.

Nie chce mi się pisać o gender. Tyle razy już zasadnie to zjawisko krytykowano. Ograniczę się do jednego – jeśli rzeczywiście płeć jest konstruktem kulturowym (pomijając „drobiazgi” natury biologicznej), to… Czy – mówiąc za Petersonem – głos lewicy i nie jest tożsamy z głosem tzw. radykalnej prawicy – która chciałaby leczyć np. osoby homoseksualne? Przecież lewica chce „leczyć”  z „faszyzmu”,  „homofobii”, a ostatnio nawet z „islamofobii”? Zastanówcie się  twórcy… Zanim władzy nie przejmie kapryśny towarzysz mauser.
Zresztą „poprawność polityczną” unieważnili na kieleckiej scenie sami aktorzy, kiedy „po” domagali się na scenie obecności Kleczewskiej, krzycząc; „reżyser”.

Profesor Ryszard Legutko napisał: „Czytanie tekstów postmodernistycznych średniaków piszących do rozmaitych czasopism literaturoznawczych czy quasi-filozoficznych należy do najnudniejszych zajęć intelektualnych, gdzie element niespodzianki jest całkowicie wykluczony”.

Ile było tych niespodzianek w tej propozycji? Czy pisząc o najnowszej sztuce Kleczewskiej powinienem słowo tekst zamienić na spektakl? Może bym to zrobił, gdyby nie ostatnie jakieś 20 minut widowiska. Oto każdy bohater „spojrzał” w lustro (Lacanowskie?) i znalazł do zapasów przeciwnika. Swoje, jakieś „swoje”. Nie chcę celowo pisać o jakimś „ego”, czy innych jego wariantach.  To „swoje”, zagrali sportowcy, zapaśnicy z LKS Znicz Chęciny. To oni zmusili – swoich  aktorskich odpowiedników do blisko 20 minutowej walki. Mimo, że konfrontacja była „na niby” – jak obserwowałem – niektórzy aktorzy byli bliscy „zejścia”. To w takich momentach, walki, totalnego zmęczenia człowiek sobie  uświadamia bez słów, co jest czym i czym nie jest.  Co bywa istotne. To w takich momentach hołubione abstrakty tracą swoją pozycję dominanta. A my „coś” poznajemy – „coś” co trudno zwerbalizować.  „Coś” co nie da się zwerbalizować. „Coś” o czym można wymienić wiedzę, ale tylko z kimś, który „coś” doświadczył. „Coś” o czym się będzie mówić do końca prze-trwania. „Coś" o czym można tylko pomilczeć. Warunkiem uruchomienia tego jest wola działania i zwykła szczerość.

O fascynacjach reżyserki kodami popkultury nie będę pisał. Na pewno napisze ktoś inny.

Napiszę za to jeszcze kilka zdań o grze wybranych aktorów.

Bartłomiej Cabaj zagrał Orlando. Miałem kontakt nie raz i nie dwa z osobami upośledzonymi, udanie imitował jedną z nich. Chwała mu za to. Za umiejętność podpatrywania rzeczywistości. To wielka zaleta.

Jego brata Oliwiera kreował Wojciech Niemczyk. Jest to postać, szorstkiego „kibola”.  Main stream, który czuje, że takie figury są trudne do zmanipulowania potrafi je stygmatyzować z wielką regularnością i siłą. Są zatem umniejszane także i na scenie. Scenie, która współbrzmi z main streamem, a zdaje się nie powinna.  Jak się okazuje Wojciech Niemczyk potrafi „chodzić” nie tylko we fraku, ale i wyśmiewanym przez „elitę” dresie z kilkoma paskami na rękawach. To on otwierał spektakl i go kończył – zapewne dzięki sprawności fizycznej najdłużej wytrwał na „macie”. To aktor u którego nie pierwszy raz podziwiam – skupienie, precyzję i… szacunek do widza.

Niemałe wrażenie robi Kamil Studnicki (Amiens). Jest nawet jak na mój gust nazbyt realny. Nie wiem czy tylko dzięki charakteryzacji, czy także własnej umiejętności ogniskowania energii. Okaże się. Do tego w tym małym ciele (och… Boże, czy go to „wyklucza”, czy wprost przeciwnie „wklucza”? Oto jest pytanie) tkwi wielki wokal. Jakoś mi się skojarzył z młodym Tadeuszem Łomnickim z „Niewinnych czarodziei”.
k.s.
p.s.

Link do książki A. Sokala: https://fptbsp.files.wordpress.com/2011/04/modne-bzdury-a-sokal-j-bricmont1.pdf
Do artykułu R. Legutko: http://www.ipsir.uw.edu.pl/UserFiles/File/Katedra_Socjologii_Norm/TEKSTY/RLegutko_Postmodernizm.pdf


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz