niedziela, 28 kwietnia 2019

I my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu




Jakich byśmy nie użyli  kluczy interpretacyjnych do tego przedstawienia, jakich byśmy nie próbowali zastosować technik odczytania, przeczytania, obok czytania, niedoczytania, czy między, odczuwania, czy równie uprawnionego olewania etc. – to wszystkie te zabiegi nie ukryją  jednego, że widz dostał koszmarnie nudne przedstawienie.

Nasuwa się też ogólna refleksja (bo to się nie wydarza pierwszy raz), że na polskiej scenie (post)dramatycznej, wytworzyła się  grupa reżyserów, produkującą spektakle, z których śmieją się tylko oni i ich kumple, kumpele pomagający im w realizacji, a widzom pozostaje w udziale tylko ból d….y . Groźnie brzmiąca Psychoza, nowa propozycja Teatru Żeromskiego w Kielcach okazała się zwykłą,  jak się kiedyś kolokwialnie mówiło na takie nudziarstwa ch…zą.

Boże… jakie spustoszenie w umysłach ludzi, dokonał fakt, że przez kilkadziesiąt lat w polskim szkolnictwie nie było na maturze obowiązkowego egzaminu z matematyki, która zostawiał niegdyś trwały ślad „dorzeczności” w umysłach rozwiązujących zadania uczniów. Ta wiedza pozwalająca określić co jest czym, a czym nie jest – chroniła niegdyś nie tylko „artystów” przed nadużywaniem bełkotu. Dziś już nic nie chroni, także widza.

I nie chodzi nawet o podjęty temat (skądinąd istotny) – ludzi wykazujących tzw. odchylenia od tzw. normy psychicznej, o ich problemach i relacjach z tzw. społeczeństwem. O to, że na scenie dostajemy kalejdoskop metod stosowanych w celu pomocy człowiekowi, który dostrzegł absurdalność swojego dotychczasowego życia, szuka swojej tożsamości, jakiegoś punktu zahaczenia od którego mógłby zacząć budować swój świat. Tylko o organizację tego wszystkiego na scenie. Zastosowaną formę podawczą. Nie ma w tym nic odkrywczego, nic ponad wiedzę, jaką na ten temat nabywa się we współczesnych maglach, jakimi bywają portale społecznościowe. A co najgorsze widać, że twórcy tego czegoś, nie mieli nigdy do czynienia z naprawdę człowiekiem chorym (nie chcę napisać psychicznie, bo bym tym samym sam rezonował tę kartezjańską tradycję). Że ich refleksja nie jest oparta nawet na zasymilowanym doświadczeniu. (Przynajmniej na scenie wygląda to jakby nie była). To zapewne zostawiłoby ślad w ich optyce. Za to mamy cytaty z Freuda, Junga, Nietzschego, czy Lacana. Odwołania do pojęcia biowładzy kojarzonej z Foucaultem (tegoż jakoś jeszcze znoszę, chociaż i jego refleksja jest oparta na prymitywnej marksistowskiej konstatacji, że świat wypełniają tylko prześladowcy i ofiary). Kontroli tzw. podmiotu m.in. przy pomocy farmakologii, co jest zresztą trafną uwagą – jesteśmy bowiem jednym z przodujących w nadużywaniu leków narodów.

Magda Kupryjanowicz (o reszcie autorów tej realizacji nie chce mi się nawet wspominać), autorka tekstu powtarza postmodernistyczne dogmaty na temat psychiki człowieka. I nie ma w tym absolutnie nic twórczego. A swoją zapowiedź tego co będzie się działo na scenie (Gazeta Teatralna 73) – kończy mantrą środowisk  neomarksistowskich o narcystycznej idealizacji siebie i paranoidalnej projekcji obcych. Czyli przypomina nam m.in. o tym, po raz kolejny, że nie byliśmy zbyt solidarni wobec tzw. uchodźców, którzy przecież nie bardzo okazali się tymi za kogo się podawali. Jak mawiał Einstein Obłęd: [to] powtarzanie w kółko tej samej czynności, oczekując innych rezultatów. Myślę, że ta dramaturżka powinna na poważniej pochylić się nad tą refleksją mędrca, zanim wyprodukuje kolejny tekst. Warto by też przy okazji coś jednak przeżyć. Czegoś istotnego doświadczyć. To niekiedy umożliwia rzeczywisty kontakt, a nie ten pozorowany. Wymuszony magicznymi zaklęciami rodem z Austina i Butler.
 
Ideowym praprawnukom Hegla, który twierdził:  Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów, fakty jednak nie przeszkadzają w narzucaniu swojej wizji świata. Na pewno twórczyni nie zauważa, że sama jest małym elemencikiem w maszynie niszczącej tzw. tradycyjne związki rodzinne.  To takie przez wieki pozwalały większości ludzi na tym globie mieć swoją dynamiczną, ale jednak swoją tożsamość, pozwalającą przeżyć swoje  życie w jednym kawałku, a jedynym terapeutą była jakaś babcia lub dziadek – ktoś mądry, mądrością wynikającą z doświadczenia.

Moje wywody zakończę fragmentem wiersza Ars poetica, Czesława Miłosza:

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

.

Krzysztof Sowiński
 PS. Tak mi się skojarzyło… Dwóch facetów na scenie Andrzej Plata i Bartłomiej Cabaj (nawet i oni nie mogli uratować tej propozycji) ubrani byli wyjątkowo niegustownie – tandetne swetry w jodełkę i jeszcze bardziej tandetne spodnie dresowe (styl tzw. wieśniaków), jakie biedni Polacy kupują na kilogramy w szmateksach. To taki nasz powszechny kontakt z nowoczesną Europą – przywdziać znoszone na Zachodzie przez kogoś innego szmaty. (Przypominam sobie protest „uchodźców”, którym ofiarowano podobne – wyrzucili takie do kontenerów ze śmieciami i zażądali markowych, modnych ubrań w jakich niekiedy chodzą szefowie placówek kulturalnych, finansowanych z budżetu „nienawistnego” im państwa).   W końcu zrozumiałem – realizatorzy Psychozy, nie pochylali się nad ludźmi z problemami. Czy oni czasem nie stworzyli kolejnej wersji haniebnego i naprawdę wykluczającego programu Chłopaki do wzięcia? Programu, który cieszy się nadzwyczajnym powodzeniem u polskiej inteligencji pierwszego lub drugiego pokolenia – u dzieci, wnuków dawniejszych ormowców i handlarzy guzików?

poniedziałek, 18 marca 2019

Świat równiejszych spośród równych



W tym samym czasie, kiedy na deskach Teatru Żeromskiego pojawia się spektakl pt. ≈[prawie równo], pracownicy instytucji kultury w Kielcach, (w tym także ci z teatru),  finansowanych m.in. przez miejscowy  Urząd Marszałkowski – próbują, zresztą bezskutecznie, zwrócić uwagę władz i społeczeństwa na nędzę, której doświadczają mimo posiadanej pracy. Ale kogóż to, drodzy Państwo, obchodzą biedni ludzie?

To miejscami nudnawa (zwłaszcza w pierwszej odsłonie), z naiwną diagnozą dotyczącą ekonomii, ale jednak posiadająca związki z rzeczywistością, perfekcyjnie wyreżyserowana, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi propozycja. A co najważniejsze – jest to rzecz nastawiona na pokazanie życia zwykłych ludzi, a nie na rezonowanie jakiejś propagandy. A to przecież już i tak wiele we współczesnym teatrze, w którym coraz mniej jest artystów, a coraz więcej aktywistów politycznych.

≈[prawie równo], to najnowsza propozycja w kieleckim teatrze,  który podjął współpracę z islandzką reżyserką Uną Thorleifsdottir.  Tematem spektaklu jest… ekonomia. Ale niestety nie dowiemy się po jego obejrzeniu skąd się biorą pieniądze. Jest tylko w nim zawarte oskarżenie tajemniczego kapitalizmu, który pozbawia ludzi pracy, pieniędzy, nadziei i życia. A proces ten jest pokazany na przykładzie  fragmentów z życia zwykłych ludzi, takich figur jak: Martyna, Mani, Andrej i Freja. (W istocie, biegnę już z wyjaśnieniem, reżyserce pomylił się kapitalizm z korporacjonizmem).  Europę  Zachodnią (my Polacy tkwimy w nim od kilkudziesięciu lat, więc aż tak nas nie przeraża) nawiedza właśnie tzw. kryzys – oznacza to, że nawet zdobycie pracy nie chroni pracownika przed ubóstwem. Ba… nawet tzw. wykształcenie nie daje gwarancji zatrudnienia. Szerzy się zatem nepotyzm. Ujawnia frustracja. Produkuje się rzeczywista, a nie wyimaginowana i wmawiana nam przez speców od politpoprawności – nienawiść.

Obiektem westchnień zwykłych ludzi – nie są stada białych leksusów i zamki nad Loarą (te jakoś przypadkowo od rewolucji francuskiej nie zmieniają właścicieli), ale zwykłe rzeczy np. kurtka, nowa kurtka w której jeszcze nikt nie chodził (tę radość z posiadania takiej genialnie zagrał Andrzej Plata, jeszcze do niego wrócimy), a nawet flakonik markowych perfum. Dostępne wykształcenie dla „ludu”, to wszechobecne, nikomu niepotrzebne kursy i studia – np. zarządzanie i marketing, a w Polsce np. politologia, czy modny obecnie coaching. Krzysztof Karoń, autor niezwykle ważnej, demaskatorskiej Historii antykultury – nazywa te zawody pasożytniczymi. Są zbędne. Niczego potrzebnego nie produkują. To celowe działanie sprawujących władzę – także poprzez system edukacji, produkujących bezrobotnych, tzw. prekariat. Prekariusz bowiem nie ma szans na wydobycie się z nędzy. Jest zawsze zależny od pomocy władz i nigdy jej nie zagrozi. Jest trzymany całe życie przez nią za twarz. Jak widzimy bezpośrednią przemoc z dawnych totalitarnych reżimów, zastąpiła mniej zauważalna i spektakularna przemoc ekonomiczna. A nawet jeśli delikwent dostanie w końcu jakąś pracę, np. w jakimś minimarkecie, to i tak nadal będzie współczesnym pariasem, „wykluczonym”. I żeby przez chwilę żyć po ludzku (np. iść na obiad do restauracji) musi (może?) kraść pieniądze ze sklepowej kasy, albo dopuszczać się innych większych, czy mniejszych świństw. A co najgorsze – relatywizować takie zachowania.

Jednak ten spektakl, wbrew deklaracjom jej twórców, nie jest oskarżeniem nieludzkiego kapitalizmu, ale… korporacjonizmu, systemu neoliberalnego (wbrew nazwie nie ma w tym ostatnim żadnej wolności), gdzie przy pomocy narzędzia jakim jest socjalizm (aktualnie neomarksizm), światowa plutokracja pozbawia społeczeństwa, oczywiście w imię równości i równych szans,  nie tylko resztek własności, ale także godności i życia. Prywatyzuje zyski, a nacjonalizuje straty. Zatem wołanie autorów spektaklu o lepszą redystrybucję pieniędzy (a może się mylę i nie wołają?), jest wołaniem o więcej socjalizmu – czyli leczenie dżumy, jeszcze większą dawkę bakterii. Jedynym bowiem rozwiązaniem jest złamanie światowego monopolu na produkcję i dystrybucję pieniędzy. Wierzę, że to jest możliwe, dzięki milionom ludzi dobrej woli.

Po propozycjach neomarksistów psychoanalitycznych (spekatkl 1946), po propozycjach neomarksistów magicznych (jak np. Jak wam się podoba), mamy do czynienia z propozycją marksistki (być może nieświadomej, ludzie na tzw. zachodzie naprawdę sądzą, ze żyją w ustrojach kapitalistycznych) w starym stylu, czyli ekonomicznym. To jedyny z tych trzech głosów z którym można dyskutować. To jedyny głos spośród wymienionych, mający związek z diagnozą rzeczywistości społecznej. To jedyny głos (co prawda błądzący), w sprawie zwykłych ludzi, nie utrwalający władzy właścicieli współczesnych niewolników.

Jeszcze jest jedna sprawa – chociaż mamy do czynienia i w tym przypadku z „mykami” teatru postdramatycznego (antymimetycznego), to jednak reżyserka zostawiła aktorom przestrzeń do – nie tylko bycia „ciałem”, „performerem”, ale także do kreacji roli. I aktorzy świetnie się z tych zadań wywiązali.  Naiwną, głupiutką Martynę i jej drugie drapieżne, amoralne „ja” – zagrały Dagna Dywicka i Ewelina Gronowska. Łagodną powierzchnię bohaterki reprezentowała ta pierwsza, a jej gwałtowną naturę ta druga.  Udał się ten mix. Historię Freii, która życzy śmierci koleżance, (ta ją pozbawiła pracy) – urzeczywistniła Joanna Kasperek, wyciszona, stonowana, ale tym bardziej przerażająca. Jeśli ktoś raz w życiu miał do czynienia z pracownikiem pośredniaka i coachem – to wie, że te persony doskonale na scenie zaprezentowała Beata Pszeniczna. Andreja (ofiarę neoliberalnego systemu edukacji) wziął udanie na swoją klatę odzianą w tandetny dres, świadectwo epoki prekariuszy – Tomasz Włosok.  Maniego, naukowca specjalistę od ekonomii, który sam jednak nie potrafi się odnaleźć w świecie, który próbuje naukowo opisać –  Wojciech Niemczyk. Scena kiedy grana przez niego postać, wobec braku perspektyw na etat i naukową karierę, postanawia popełnić samobójstwo, na długo, dzięki temu aktorowi, zapewne zapadnie widzom w pamięci. Wspomnę, że w liczbie samobójstw z powodów ekonomicznych Polska jest liderem w „wolnym” świecie. Zapowiada się, że nikt nam tego pierwszeństwa jeszcze długo nie odbierze.

Najbardziej przerażającą twarz neoliberalizmu pokazał odgrywając rolę Mówcy, konferansjera – Andrzej Plata. Przybliżmy ten fragment spektaklu, bo zmroził on widownię i prawie mnie wyrwał z teatralnego fotela (a dodam, że mnie jest naprawdę ciężko namówić w teatrze do „wspólnej zabawy”) i miałem już wstać i bronić bezdomnego Piotrka (znowu rewelacyjny Dawid Żłobiński!), który w imię „zabawy” właśnie godził się na ledwie zakamuflowaną przemoc wobec niego (nie będę zdradzał więcej, idźcie do teatru i zobaczcie sami o co chodzi). Miło, że zagrał także Łukasz Pruchniewicz, wstrzelił się (nie chcę używać archaicznej nieco w tej naszej ponowoczesności metafory „wcielenia”), idealnie w postać cynicznego pracownika pośrednika. Nie strzelała, ale niepokojąco strzelistym znakiem współczesnej zabawy i marzeń o takiej była Anna Antoniewicz.

No i po kolejnej premierze. Było dużo pracy. Przekładania nieprzekładalnego, z trzech języków na miejscowy, polski. Większość aktorów będzie miało teraz do południa sporo czasu i mogą „popolować” na pozimowe, atrakcyjne wysprzedaże. A „władze”, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, w końcu mogą np. polecieć na zasłużone wakacje, powiedzmy na Tajlandię. Pogrzać udręczone prowincjonalnymi Kielcami ciała na najpiękniejszych plażach świata, gdzie ręka tamtejszego prekariusza podrapie im tyłki i poda drinki. A wszystko to zawdzięczamy neoliberalizmowi i płacom nazywanym w Polsce kominowymi. To taki nasz miejscowy wkład, autorstwa „wybitnego” ekonomisty pana Balcerowicza (wdrożył w Polsce plan Sorosa-Sacha), który biednych proletariuszy przerobił… na prekariat i zniszczył na rozkaz plutokracji nie tylko klasę średnią, ale i nadzieję na lepszy świat. Wykreował za to zawód nadzorcy niewolników i współpracujących z nimi strażników cudzej pamięci, jedynie słusznego dyskursu, piewców tolerancji, puszczających spod przymkniętych powiek nienawistne spojrzenia, inwigilujących i wysyłających donosy na tych którzy… chcą innego ładu.

Krzysztof Sowiński


wtorek, 12 marca 2019

Gołąb


Nagle zaczął padać śnieg i wiać wiatr. Jak to w marcu. Zrobiło mi się go żal. Że jest tam sam. Że moknie. Pokrwawiony, ranny, dziko i bezradnie patrzący... na mnie. Dygocący. Wtulony w... zimny mur... Dopełzł. Obok ruchliwej ulicy. Poszedłem znowu do niego dopiero teraz. Ja. Ch...wy, zawsze spóźniony bodhisatwa, z pudełkiem w ręku. Widzę... Leży nadal... Ale... Umarł. Oczko zamknięte. Głowa na boku. Na betonie. Piórka przemoknięte. Nie oddycha. Zostawiam go. Tam gdzie się urodził. Tam gdzie żył. Tam gdzie codziennie szukał jedzenia. Tam gdzie go ktoś zabił. I tam gdzie ktoś się nim pożywi.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Za widnokręgiem widnokrąg



Kanoniczny tekst, dukt zdań dostojnych, kompletnych, tak obcy teatrowi postdramatycznemu, rewelacyjny Wojciech Niemczyk jako Narrator, świetna gra pozostałych aktorów, do tego zjawiskowa scenografia Magdaleny Musiał, a całość w Teatrze Żeromskiego z taktem wyreżyserowana przez Michała Kotańskiego. Aż mi się żal zrobiło, że nie miałem dziadków ze wsi. Tylko z Kielc, którzy później migrowali do... Auschwitz.

To wszystko pokazuje, że nawet spektakl bez „początku, środka i końca” – czyli Arystotelesowskiego mimetyzmu może zachwycić kielecką publiczność, usytuowaną gdzieś na szlaku między Krakowem a Warszawą. Wystarczy jej tylko w „przedakcji”… nie opluć.

„Nie ma ważniejszego nurtu polskiej powojennej prozy niż nurt chłopski, skodyfikowany przez Henryka Berezę w Związkach naturalnych, kanonicznie opisany przez Andrzeja Zawadę w książce Gra w ludowe” – powiada Dariusz Kulesza. Jak zauważa ten badacz, po zagładzie inteligencji polskiej w czasie II wojny światowej, nastąpiła wielka migracja ze „wsi do miasta”. Podkreśla on ponadto, że dokonała się zmiana świadomości narodowej; dawna Polska miała rodowód szlachecki, wywodziła się ze „szlacheckiego Soplicowa, z epickiego Pana Tadeusza, z Mickiewiczowskiego głównie romantyzmu, […] powojenna Polska jest ze wsi”. Wskutek tego pojawiła się szeroka reprezentacja pisarzy wywodzących się ze wsi, podejmujących tematykę związaną z rodzimym środowiskiem. Warto w tym miejscu wspomnieć Juliana Kawalca i jego najsłynniejszy utwór Tańczący jastrząb, gdzie pisarz pokazuje „tragizm osób porzucających wieś, wykorzenionych, niezdolnych odnaleźć się w nowej przestrzeni, w nowym świecie, w mieście”. Innym ważnym reprezentantem nurtu wiejskiego jest Tadeusz Nowak, który w A jak królem, a jak katem będziesz podejmuje temat „utraty i odzyskiwania świętego, wiejskiego uniwersum”.

Ten nurt reprezentuje także kielczanin ś.p. Jan Krzysztofczyk, którego dwie jednoaktówki Podział i Święcone na pół wystawił przed laty Teatr S. Żeromskiego w Kielcach.

Jednak zdaniem Kuleszy arcydziełem, największym osiągnięciem powojennej literatury polskiej jest Kamień na kamieniu (1984) Wiesława Myśliwskiego. Tą powieścią – dowodzi ten badacz – „Myśliwski zamknął nurt chłopski polskiej prozy”, przekroczył go dzięki „epickiemu talentowi”.

A wyznaczył tą powieścią nurt „autotransgresyjny” – czyli taki którego postaci same wymyślają sobie rozwój. Warto dodać, że motyw stworzenia lepszego świata dla następnego pokolenia, wcześniej niż Myśliwski, wprowadził też pisarz z naszego regionu Józef Morton w powieści Spowiedź (1937). Jeden z bohaterów utworu stary Okła „chce, aby jego syn został <panem> […]”.

W 1996 roku ten Myśliwski wydał jednak kolejną powieść, znowu arcydzieło polskiej literatury – jest nią Widnokrąg. Jej bohaterem jest Piotr, który wspomina przeszłość – swoich dziadków, wujków, stryjenki i rodziców. Zwykłe, niezwykłe życie.

Adaptacji powieści dokonał Radosław Paczocha. Główną postać, Narratora zagrał Wojciech Niemczyk, który przez ponad trzy godziny przebywał na scenie i ogniskował uwagę widzów, a musiał do tej roli nauczyć się stu trzech stron z powieści! W tej inscenizacji reżyser Kotański zamiast linearności zręcznie zapętlał fabularny czas. W ostateczności dostajemy hipnotyczne koło i kółka wiecznego powrotu – z ich radościami i cierpieniem. Chociaż mało w tym odoru ciężkiej pracy, a więcej zapachu jabłoni. Całość rewelacyjnie wygląda plastycznie za sprawą Magdaleny Musiał i Jakuba Lecha odpowiedzialnego za projekcje.

W zasadzie powinienem już przestać pisać i szczerze powiedzieć – idźcie do teatru zobaczcie to sami! Nawet jak nie uda Wam się zdekodować sensów zawartych w tym spektaklu (jeśli takie zawiera), to i tak urzeknie Was jego magiczny dukt. I zapewniam, że będziecie płakać kiedy np. Piotr będzie żegnał się z matką, niezależnie od tego, czy to kreacja „zapośredniczona”, czy "bezpośrednia", „postępowa”.

Ale jeszcze muszę coś w swoim stylu. Nie jest to tylko nostalgia za krowami i przestrzenią łąk. Za chłopskością. Jest to także opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Może jeszcze nie w obliczu bliskiej śmierci (chociaż niepokojąco wygląda ostatnia scena, kiedy Piotr kładzie się i przykrywa kocem Wujka Władka (niesamowita rola Dawida Żłobińskiego!), który „niedawno” odszedł, a spogląda na niego własny, syn tak jak niegdyś Piotr spoglądał na własnego ojca), ale z perspektywy awansu, który się dokonał.

Patrzymy na przeszłość – jak pisze M. Dąbrowski w Autobiografii, czyli próbie tożsamości – „na te lata z intelektualną wyższością człowieka historycznego, człowieka świadomego, ale zarazem tęsknimy za nimi, gdyż właściwa była im siła moralna, prawda i czystość”.

Aczkolwiek badacze uważają, że awans ze wsi do miast już się zakończył. Ja jestem głęboko przekonany, że awans nadal trwa. Wciąż go obserwuję. Partia chłopska niedawno straciła władzę. Wielu jej beneficjentom zagraża utrata stanowiska, dużych pieniędzy do których przywykli, prestiżu. Jakże powiedzieć w rodzinnej wsi o tym? Jakże? Trwają targi, podchody, umizgi, przetasowania, powstają nowe sojusze. Także… w przestrzeni teatru.

Jeden z liderów chłopskich codziennie rezonuje globalistyczne frazeso-dogmaty.
A pod śniegami, jak wyrzut sumienia leżą gnijących miliony ton chłopskich jabłek.
Także pod  Sandomierzem Myśliwskiego.
Jeden z liderów chłopskich codziennie rezonuje globalistyczne frazeso-dogmaty.
Stara się o reelekcję do europarlamentu.
Już dawno zapomniał, że życie bierze się nie z "zarządzania" masami, ale ciężkiej pracy.
A pod śniegami, jak obraza boska, leżą gnijących miliony ton chłopskiego znoju.

Nadal są ci, którzy płacą cenę – nadal porzucają swoją cywilizację, jej etykę, przyjmują kryteria obcej – i  nadal sumienie z tego powodu w nich zgrzyta. Ale jeszcze jedno jak sądzę pokolenie – i już przestanie.

Widnokrąg Kotańskiego jest o tych, którym jeszcze nie przestało.

I na koniec aktorzy… Jak tu napisać, że wszyscy byli rewelacyjni. Znowu standardowe słowa? Kalki recenzji. Powiem tak – chylę swoją czapkę. 

Krzysztof Sowiński