wtorek, 10 marca 2026

A jednak to…

 Teatr TeTaTet - premiera

„A jednak to miłość”, to komedia wystawiana przez Teatr TeTaTet w Kieleckim Centrum Kultury. W tym zabawnym tekście ukryty jest jednak poważny problem. W naszym świecie trwa zażarta walka o… pozycję tzw. wykluczonego. Ma to oczywiście swoje konsekwencje.

Nie wystarczy być już dziś tylko utalentowanym żeby publicznie „zaistnieć”, dobrze być także właśnie „wykluczonym”. No i oczywiście niezbędna dla odniesienia sukcesu jest realizacja narracji ludzi naprawdę trzymających globalną władzę. Czyli także mass media, wytwarzanie (creatio ex nihilo) i dystrybucję pieniędzy.

Natomiast (mam taki wniosek jako m.in obserwator jakoby elitarnej TV Kultura), już zupełnie, w tym wszystkim, nie liczy się tzw. sztuka, która miałaby się, w co nadal powszechnie naiwnie wierzymy - „sama się obronić”. Nie liczy się także tzw. artysta.

Dla egzemplifikacji… Na jednej ze ścian teatru widnieje portret moim zdaniem wybitnego pisarza, m.in. prekursorskiego twórcy Teatru Kobiet, nie aż tak przecież dawno zmarłego (2015), Henryka Jachimowskiego. Nowe pokolenie już nie wie kim był ten Pan. I wciąż niestety nie ma materialnych środków i chyba ludzi gotowych do zachowania pamięci o nim, choćby w formie monografii. Sądzę, że on i inni Kielczanie - jak np. Ryszard Miernik (pisarz), czy Michał Zduniak (wybitny muzyk jazzowy, wiem, że urodzony w Warszawie, za to Kielczanin z wyboru) – bez realizacji przemyślanego planu - będą wkrótce zapomniani.

Wracając do tematu. W przeszłości media pokazywały nam mnóstwo historii ludzi, którzy dołożyli wszelkich starań żeby być „wykluczonymi”, oczywiście tymi - z wciąż dynamicznie zmieniającej się listy main streamu. (Na tej liście nie ma oczywiście w istocie wykluczonych - ludzi biednych, chorych, czy starych). Zatem można znaleźć historię kobiety z USA, która swoją całą karierę budowała na swoich opowieściach o tym, że ma korzenie afrykańskie, co okazało się kłamstwem. Czy inną narrację. W 2016 roku opinią publiczną wstrząsnęła historia Josepha Hirta, który przez lata twierdził, że przeżył Auschwitz, spotkał doktora Josefa Mengele. Dopiero w 2016 roku przyznał, pod presją faktów, że zmyślił swoją historię, jak przekonywał, aby "podtrzymać pamięć" o Holokauście. Przez lata był honorowany i zarabiał krocie.

Po co ludzie robią takie rzeczy? Jak wynika z praktyki - głównie dla sławy i co jest kluczowe - pieniędzy. Przyznam, że ja, który jestem minimalistą, nie doceniałem siły pieniędzy. Ale te niestety, w dominującej większości, definiują naszą etykę. W zasadzie unieważniają ją – można bowiem znaleźć badania, które pokazują - ile jest warte życie ludzkie. Okazuje się, że nawet ludobójstwo także jest kwestią tylko ceny i zawsze znajduje swoich wykonawców.

Podobny pomysł na karierę syna w świecie mody wymyśliła wpływowa i zamożna pani Florence Fontaine. Dostrzegła bowiem, że największymi kreatorami mody na świecie są homoseksualni mężczyźni. Wykreowała zatem siebie jako postać matki osoby homoseksualnej, bojowniczki i twarzy ruchów LGBT. Lepiąc tożsamość syna wraz z pomocnikami, przygotowała i zrealizowała swój plan – m.in. poprzez wyreżyserownie serii głośnych „miłosnych” skandali, których bohaterem był jej syn i wianuszek znanych gejów. Niestety pewnego dnia odwiedziła syna ze swoją piękną asystentką. I coś między asystentką, a synem zaiskrzyło. Coś czego nie dało się już unieważnić. Według twórców spektaklu jest to… miłość.

W Kielcach długie minuty widzowie, zastanawiali się (rezultat poprawności politycznej), czy kiedy pada słowo gej, a zwłaszcza homoseksualista, można się śmiać, a może należy się już tylko oburzyć i słać donosy o „mowie nienawiści”? Później były już odważniejsze salwy śmiechu. Chociaż moim zdaniem (a znam sporo gejów), generalnie tekst komedii jest sfastrygowany ze stereotypów dotyczących tej grupy i trzyma się na przysłowiowe krawieckie szpilki. I to często tych „wytartych” – np. geje obowiązkowo noszą się modnie, wytwornie, kolorowo, pachną drogimi perfumami i mówią cienkim głosem. Wykazują także nadmierną „emocjonalność”, którą dawni psychologowie, a za nimi np. filmowcy Hollywood przypisywali… stygmatyzując je - kobietom. Na scenie pada hasło – „bądź męski” i oznacza to tyle co… mówienie niskim głosem i „kwadratowe” ruchy, jakby każdy heteryk miał pospinane mięśnie, a każdy gej był wybitnym uczniem… uczniów, znanego niegdyś nauczyciela jogi – Yengara i potencjalnym nowym Nuriejewem. Słowem - gej to…, to według tego przekazu, zasadniczo zniewieściały facet. A gdzie inne tradycje - np. niezwykle odważnych walczących w parach gejów-wojowników ze starożytnej Sparty?

Obserwowałem kilku kieleckich gejów, którzy byli także na premierze w teatrze – ich mimikę, interpretowałem to, być może niesłusznie jako niesmak, spowodowany użytymi przez komediopisarza licznymi skryptami. We mnie te „kalki” budziły znaczący opór. Chociaż główne problemy przedstawione w sztuce są jednak, moim zdaniem, na rzeczy.

Czy kreator mody Hermès Fontaine po ujawieniu jego prawdziwej tożsamości, w tym seksualnej – utrzyma swoją wysoką pozycję w świecie mody? Oto jest pytanie.

Pada też inne – czy bycie heterykiem to nie czasem regres, dyskomfort, „skaza”. Ta skaza trochę w ujęciu – tak mi się skojarzyło - śp. Jachimowskiego, który przed laty, w bardziej dramatycznej formie, w trakcie innej ”prawdy etapu”, dokonywał rozrachunku z kulturą i cywilizacją.

W słynnym serialu „Dwóch i pół”, znajdziemy taką scenę – jeden z bohaterów Jake, wczesny nastolatek, dowiaduje się, po serii obserwacji, że nie jest homoseksualistą i go to smuci. Warto wspomnieć, że wychowujemy dzieci wśród licznych przekazów, w tym także filmowych, zasypujących nas, czy trzeba czy nie trzeba, postaciami niezwykle sympatycznych gejów. Chociaż nie ma jak dotychczas żadnych badań, które by potwierdzały, że wraz z określoną orientacją zyskujemy na empatii. Na dylematy Jake’a, jego tata Alen odpowiada, że nie ma w tym nic złego, że heterycy też mają prawo do pełnego życia.

Pointa jest zatem taka - wszyscy mamy prawo do sensownego życia, każdy ma prawo do tolerancji, a nikt nie ma prawa żądać bezwarunkowej afirmacji. A jedyna równość jaka jest możliwa, w cywilizowanym świecie, to równość wobec prawa. Próby ustanowienia innej – niezależnie od intencji zawsze produkują totalitaryzm i prędzej czy później kończą się ludobójstwem.

„A jednak to miłość”, to sztuka Stephana Eckela, niemieckiego autora głównie komedii i thrillerów. Zdaniem krytyki „ich wspólną cechą są żarty językowe i szalona prędkość oraz nagromadzenie wydarzeń – a akcja opiera się na dialogach i szybkim, prawie farsowym tempie”. Na język polski sztukę przetłumaczył Jacek Kaduczak i być może „siłą” odmienności języków przekład nie do końca oddaje domniemane zalety pierwowzoru.

Spektakl reżyserował Mirosław Bieliński. Autorem scenografii jest Adrian Lewandowski. Miejscem akcji komedii jest paryski Dom Mody. Rzecz jest osnuta wokół postaci Hermèsa Fontaine’a (dychotomiczna (?) rola Kamila Błocha), nowego „dyktatora” w świecie mody. Jego matką jest Florence Fontaine (nieomalże demoniczna Małgorzata Oracz) – „mocna” kobieta czynu, przekonana, że każdy aspekt życia da się zaplanować i zrealizować. Jej asystentkę (Fanny-Yelenę), zagrała Justyna Sieniawska. Jej rola napisana przez komediopisarza, moim zdaniem była nazbyt jednowymiarowa, ale i tak aktorka sobie z tym poradziła. Nota bene - nie chciałbym chwalić tę aktorkę, tylko za jej niewątpliwą urodę (to mi się wydaje takie „tanie”), bardziej za dyscyplinę (bo, jako osoba zajmująca się rekreacją ruchową od lat, wątpię, żeby to była tylko kwestia przypadku, czy mitologicznych genów), z jaką ta pani przygotowuje do zadań aktorskich swoje ciało.

Pracowników Domu Mody – Simona Petita i Madame Michel – pełen energii, mimetyzujący geja według wspomnianych skryptów – Mirosław Bieliński i Teresa Bielińska (świetna w roli krytykantki, mocno stąpającej po „faktach”).

Krzysztof Sowiński