niedziela, 8 stycznia 2023

Wciąż w tym samym miejscu?

Premiera w TETATET – „Ballady i romanse" 

Jeszcze kilka dni temu, myśląc o produkcjach wielu teatrów przejętych w Polsce przez tzw. Zielonych Khmerów, propozycjach opartych o najnowsze zdobycze techniczne, czyniące spektakle efektownymi wizualnie,  zastanawiałem się czy bez tego, da się zrobić coś, co byłoby zdolne do zogniskowania uwagi widza zepsutego perfekcyjnie skrojonymi „netflixami” i jego teatralnymi surogatami. No i nie musiałem długo czekać!

W Kielcach w teatrze TETATET, na początku nowego 2023 roku, możemy  oglądać – nową propozycję tej sceny (opieka artystyczna Teresa Bielińska) – „Ballady i romanse”, pióra Adama Mickiewicza. Jego twórcy nie ukrywają, że tym razem, zamiast relaksować widzów, mają także ambicje edukacyjne i swoją propozycję adresują także do uczniów z kieleckich szkół. I zdaje się trafiają w dziesiątkę – bo jak mi wiadomo od zaprzyjaźnionych nauczycielek, już nazbyt wielu uczniów nie wie co znaczą słowa: lico, czy łono i pora, żeby im to ktoś powiedział. Pora też, żeby się dowiedzieli jak brzmiał kiedyś język polski i jak się zmienia przez epoki. Jakich słów nadal używamy w takim jak dawniej znaczeniu, a jakie w innym, a jeszcze jakie słowa w ogóle wyszły z użycia. A także w co kiedyś wierzyli nasi przodkowie? Jakim posługiwali się systemem wartości? Jaką mieli wyobraźnię… I co było dla nich tzw. tabu i dlaczego. Słowem, żeby uczniowie poznali korzenie swojego kodu nie tylko kulturowego, ale nawet cywilizacyjnego. Bo bez tego są bowiem tylko mało znaczącą masą, bez tożsamości, która można przepychać z jednego krańca świata w drugi, niczym trzodę na dużym pastwisku – masą podatną na manipulacje cynicznych inżynierów społecznych.

 „Wdrukowania kulturowe zostały nam wpojone w bardzo młodym wieku, gdy często jeszcze nawet nie byliśmy w pełni świadomi. To one determinują nasze zachowania w dorosłym życiu. Podstawą do wytworzenia się wdrukowania jest jakieś doświadczenie i towarzyszące mu emocje ” – wyjaśnia Clotaire Rapaille, badacz kultur. Naszej młodzieży już dawno wdrukowano (imprint) kod współczesnej popkultury i pora, żeby poznali także te głębsze rodzime.

Oczywiście na pewno ktoś powie – po co analizować język dawnych epok? Odpowiem. Chociażby po to, żeby nie czekać na opinie w jakiejkolwiek dziedzinie ekspertów wyprodukowanych przez main stream, a mieć swoje własne przemyślenia – bo, jak niegdyś zauważyła Anna Pawełczyńska w publikacji „Głowy hydry. O przewrotności współczesnego zła” (2014), wszelkie totalitaryzmy zaczynają się od operacji na słowach (przesunięciach semantycznych). Z dnia na dzień nagle pojawia się jakiś dziwoląg typu „chory bezobjawowo”, stając się ogniwem w procesie odbieranej nam zwykłym ludziom wolności. Warto więc wsłuchiwać się w wypowiadane do nas słowa.

A weźmy chociażby takiego „Świtezia”! Czy nie przypomina nam zwłaszcza teraz (!), nadal sytym i nieustannie ogłupianym telewizyjną propagandą, o tym że małym kraikom takim jak nasz – wolność, która w ogóle nigdy nie bywa dana na zawsze, może być odebrana chociażby w wyniku braku roztropności w relacjach z potężnymi sąsiadami? Że ci wielcy mogą nas przeobrazić w popiół?

Teatry main streamowe dysponują potężnymi dotacjami. TETATET do nich nie należy. Ma skromniutki budżet i nie dla nich są np. wizualne fajerwerki będące częścią proponowanych projektów. Scenografia „Ballad i romansów” jest niezwykle skromna – na prawie pustej scenie stoi tylko kilka białych kubików, orężem, a nawet końmi są dwa na biało pomalowane kije, a na ścianie, ponad głowami aktorów jeden rzutnik projektuje kilka grafik reprezentujących naszą splątaną przyrodę, która jest także niezbędnym bohaterem „Ballad i romansów”. Do tego trzech męskich wykonawców ubranych w takie same koszule, a dwie aktorki w podobne bluzki i spódnice. I tyle. I wystarczyło.

Na premierze wystąpili: Ewa Pająk (na zmianę z nią będzie grała Teresa Bielińska), Mirosław Bieliński, Ewelina Gnysińska (później Magda Szczepanek), Karol Czajkowski (będzie tę rolę z nim dzielił Łukasz Oleś) i  Andrzej Cempura (będzie występował także Marcin Brykczyński). „Wtapiali” się w postaci m.in. z ”Romantyczności”, „Ucieczki”, „Liliji”, „Pani Twardowskiej” i na koniec „Świtezi”. Osobą, która z racji powierzonych jej ról w tej scenicznej propozycji, wypełniła sobą całą scenę była Ewelina Gnysińska. Raz po raz przeistaczała się tylko mową ciała i intonacją – np. z niewinnej zdradzonej romantycznej kochanki w zbrodniarkę, która zabiła swojego męża. Skutecznie jej w tych przeobrażeniach towarzyszył Karol Czajkowski, grając niewiernego młodzieńca, brata zabitego, czy nawet Mefistofelesa. Aż dziw mnie ogarniał, że ci nadal bardzo młodzi aktorzy potrafili się uporać ze zrytmizowanym językiem Mickiewicza, nic nie tracąc z jego pierwotnych brzmień, a nadając mu zarazem cechy naturalnej współczesnej dykcji. Bo innym pozostałym uczestnikom spektaklu nie dziwiłem się, bo to dojrzali aktorzy, którzy przez kilkadziesiąt lat kariery już nie raz interpretowali coraz rzadziej obecne w teatrach kanoniczne dla polskiej kultury teksty. Nie zawiedli i tym razem. Chętnie kiedyś obejrzę także w akcji ich zastępców.

„Ruch romantyczny jako całość odznacza się tym, że w miejsce standardów utylitytarystycznych [rozumianych jako „filozofia zdrowego rozsądku”] wprowadza standardy estetyczne” – konkludował w „Dziejach zachodniej filozofii” Bernard Russell. Patrząc na gusty dzisiejszej młodzieży oglądającej z upodobaniem filmy typu „Wednesday” (bohaterką tego jest panna Adams), te „standardy estetyczne” nie bywają nigdy zapomniane i od czasu do czasu przypominają o sobie w swojej radyklanej formie.

Mimo, że właśnie mija dwusetna rocznica wydania „Ballad i romansów”, spór o to, czy istnieje świat metafizyczny, którego projekcje podejmuje w swojej twórczości m.in. Adam Mickiewicz, czy tylko ten realny, jest nadal nierozstrzygnięty. Jesteśmy w pewnych sprawach w tym samym miejscu co tamta generacja, aczkolwiek w swojej pysze zbyt często sądzimy, że jesteśmy „dalej”.

Krzysztof Sowiński