środa, 23 lutego 2022

"Największą teorią spiskową jest przekonanie milionów o „dobroci” swoich władców"

 (Luty 2022)

Kiedyś zapytano Stanisława Lema, wybitnego polskiego pisarza jaką książkę by ze sobą zabrał na bezludną wyspę, ten odpowiedział, że wziąłby „Dzieje zachodniej filozofii” (1945), autorstwa Bernarda Russella.

Jest teraz szansa właśnie zakupić tę pozycję w cenie papieru na którym ją wydrukowano. Możemy skorzystać z tzw. promocji i nabyć tę ponad 1000 stronicową księgę, która doczekała się drugiego polskiego wydania (2020), (pierwsze – 2000) i zobaczyć co cenił w tej pracy niewątpliwy geniusz, autor – proroczego, a chyba raczej predykcyjnego wynikającego z refleksji opartej na naukowych wzorach – „Kongresu futurologicznego”. (Kto nie zna „Kongresu…” natychmiast powinien go przeczytać).

Teraz mała odskocznia… Co jakiś czas widzimy w mediach akcję, która odbywa się pod stygmatyzującym i dzielącym nas, skonstruowanym według matrycy „pedagogiki wstydu” hasłem – „Nie bądź statystycznym Polakiem, czytaj książki!”. (Wspomnijmy… Czyta tylko nieco ponad 40 proc. i większość z nich sięga tylko po jedną książkę rocznie. Nie odbiegamy jednak w tej dziedzinie jakoś rażąco od „zachodniej” normy. Bowiem nieczytanie jest globalnym trendem naszych czasów). Jej autorzy swoje refleksje opatrują jakimś cytatem autorytetu zachwalającego tę czynność, typu – „Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła” (Wisława Szymborska). Także często posługują się wypisem pióra Mikołaja Gogola – „Bardzo wiele książek należy przeczytać po to, aby sobie uświadomić, jak mało się wie”.

Jak  widzimy poetka w ujęciu postmodernistycznym cel w czytaniu książek widzi w „zabawie”, czy „rozkoszy czytania” – jak mawiają twórcy, „objawiciele” i uczniowie opowieści o śmierci wielkich narracji. Natomiast Gogol widział w tym czytaniu głównie cel edukacyjny. Dyrektor Biblioteki Narodowej Tomasz Makowski twierdzi, jak sądzę w duchu tzw. filozofii dialogu (według mnie z gruntu manipulacyjnej) – że trzeba czytać, żeby pozbyć się strachu przed „innym”. Bo jak wiadomo wśród sobie równych, dziś najrówniejszy jest na świecie „inny”. Współcześni literaturoznawcy w swojej większości twierdzą że warto czytać, żeby dobrze… pisać. Pewnie prof. Bralczyk, czy Miodek – powiedzieliby, żeby „ładnie mówić”.

Tylko konia z rzędem temu, albo „teslę” kto mi odpowie, czy akurat współczesnemu człowiekowi najbardziej są właśnie potrzebne te umiejętności?

Według mnie tzw. pandemia uświadomiła, że wielu z nas nie potrafi… logicznie myśleć! Dowód? A chociażby… Iluż to z nas np. „uwierzyło”, że nieszczepieni są zagrożeni przez niezaszczepionych!

Zatem najbardziej czego potrzebujemy to edukacji! Dr Magdalena Wielomska-Ziętek aktualnie, a przed nią znany cybernetyk Józef Kosecki dowiedli, że właśnie usunięcie z programów nauczania m.in. logiki i filozofii – spowodowało, że aż tylu ludzi nie potrafi samodzielnie myśleć. W rezultacie dziś aż tak wielu poddało się propandemicznej propagandzie, skądinąd dość prymitywnej – opartej na starych Goebbelsowskich wzorach. W rezultacie aż tak ogromna część społeczeństwa m.in. zgodziła się na poświęcenie wielu z naszych seniorów (niekowidowych pacjentów) przed którymi służba zdrowia już dwa lata zamyka swoje drzwi. Obojętna też jest na los dzieci i młodzieży wobec których łamie się od miesięcy fundamentalną zasadę humanistycznej medycyny – primum non nocere.

W tym zagubieniu pomocna może być… filozofia. Powrót do dorobku intelektualnego tych, którzy byli przed nami. O tym gdzie się są korzenie logicznego myślenia, którego teraz nam tak bardzo brakuje, wskazuje także w swojej pracy ten wybitny matematyk i filozof jakim był Russell. Jak zauważa, to twórczej krytyce logiki Arystotelesa zawdzięczamy rozwój logiki nowożytnej.

Warto też sięgnąć do jego autorstwa rozdziału o Machiavellim (ten żył na przełomie XV i XVI wieku), żeby w końcu wyzbyć się dziecięcej iluzji, że jakiś władca, premier, prezydent, albo szef jakiejś międzynarodowej organizacji typu WHO, czy właściciel firmy farmaceutycznej – jest  naszym zastępczym ojcem, czy matką i dba o nasz dobrostan. „W „Księciu” całkiem otwarcie odrzuca się ogólnie przyjęte nakazy moralne, którymi musi kierować się w swoim postępowaniu władca […]” – referuje Russel konstatacje Machiavelliego, które tak skrupulatnie przyswoił przez minione wieki cały „cywilizowany” zachodni świat.

Jak powiedziała dr Agnieszka Majcher – największą bowiem teorią spiskową jest właśnie przekonanie milionów ludzi o „dobroci” swoich władców.

Filozof wspomina też Dawida Hume’a i przypomina, że to właśnie ten zerwał połączenie między wiarą, a wiedzą, które tak nam się mylą w XXI wieku cyfryzacji. Zatem od przeszło 250 lat nie mamy żadnego racjonalnego powodu, że by np. „wierzyć w medycynę” do czego od dwóch lat przekonują nas politycy i main streamowe media. Hume też ostrzegał, żeby nie wyciągać zbyt pochopnych konkluzji i przytacza obserwacje zaczerpnięte z doświadczeń jego epoki także z dziedziny medycyny. Dowodził, że fakt, że jakaś grupa ludzi poddana terapii wyzdrowiała nie oznacza, że jest to rezultat skuteczności lekarstwa, którym w czasach Hume’a jakże często to bywało, była oszukańczo serwowana… woda z mąką. Słowem – nie mamy też żadnego powodu, żeby wierzyć i lekarzom.

„W zamęcie ścierających się fanatyzmów jedną z niewielu sił jednoczących jest naukowa wierność prawdzie” – to jedno z ostatnich zdań kończących tę gigantyczną pracę jakiej się podjął Russel. Dodał, że cnotę tę jego szkoła filozoficzna (analityczna) pragnęła wprowadzić do filozofii. Niestety jego nadzieje okazały się nieuzasadnione, już za jego życia pojawił się ruch umysłowy (być może niesłusznie) nazywany postmodernizmem, który istnieniu obiektywnej prawdy zaprzeczał. Niestety ruch został  wykorzystany przez współczesnych władców do sterowania społecznego, w tym totalitarnej kontroli ludzi, a i zapewne otworzył drogę do nowych form ludobójstwa.

I już na koniec. Coś mi się zdaje, że ja też będę statystycznym Polakiem i będę czytał tylko jedną książkę przez cały ten rok i będą to „Dzieje zachodniej filozofii”.

Krzysztof Sowiński

Przywrócić rozumienie rzeczywistości w epoce irracjonalności

 

(Styczeń 2022)

„Imperium Klausa Schwaba. Jedna planeta, jedna ludzkość, jeden zarząd” (2022), to jeszcze pachnąca drukarską farbą książka filozof, specjalistki od sterowania społecznego Magdaleny Ziętek-Wielomskiej.

To jest pierwsza publikacja, która w szerszym kontekście pozwala nam zrozumieć, to co się dzieje we współczesnym świecie przez ostatnie blisko dwa lata, które my nazywamy czasem „pandemii”. Okresie który odebrał nam pod pretekstem nieweryfikowalnej w kategoriach nauki „walki” z wirusem – najbardziej istotne prawa obywatelskie i z takim trudem, i za taką straszną cenę wywalczone przez naszych przodków prawa człowieka. Czasie w którym dokonano skutecznego ataku także na nasze dobra materialne.

„Jako osobę zajmującą się sterowaniem społecznym interesuje mnie kwestia tego, gdzie kryją się ośrodki realnie sprawujące władzę w świecie. Kwestią oczywistą jest to, że piastowanie określonego stanowiska nie oznacza posiadania władzy. Co więcej, większość współczesnych politycznych stanowisk to atrapy, za którymi mogą ukrywać się globalistyczne ośrodki władzy. Zaczęłam badać, co dokładnie robi Schwab i co się dzieje w Davos – mówi w jednym z wywiadów autorka.

Kim jest tytułowy Klaus Szwab? To założyciel Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, człowiek który w 2020 roku ogłosił Wielki Reset. Warto wspomnieć, że historię ludzkości  ten ekonomista-ideolog podzielił na tę „After Christ” i „After Coronavirus” – sygnalizując swoje ambicje nie tylko światowego lidera w dziedzinie ekonomii. Zatem z punktu antropologii nowym mitem ludzi – już to obserwujemy od lat - jest Mit Matki Ziemi, a jego kapłanami są globaliści. Szwab to także autor wpływowych książek – „COVID-19: The Great Reset” i „Czwarta rewolucja przemysłowa”. Wyraził w nich pogląd, że nasz dotychczasowy świat trzeba przebudować od podstaw. A nowe technologie połączą ten fizyczny, cyfrowy i biologiczny – w wyniku czego powstanie „nowy człowiek”. (W istocie zamysł ten - to skuteczny atak na cywilizację łacińską – opartą na greckiej logice, rzymskim prawie i chrześcijańskiej etyce - sprzeczną z marzeniami o dominacji „Szwabów”).

Tzw. Nowy ład zaproponowany na bazie „pandemii” stanowi początek świata zaplanowanego w kręgu tego niemieckiego ideologa. Trzeba od razu zauważyć, że to niebezpieczna wizja, w której wąskie grono globalistów dzięki technologii sprawuje absolutną władzę nad resztą społeczeństwa, kontrolując każdy ich aspekt życia, a nawet tego życia długość. (O takim świecie marzył jeden z poprzedników Szwaba – także rzecznik stworzenia „społeczeństwa stabilnego”, filozof Bertrand Russell (1872-1970). Dowodził, że m.in. dzięki nowym technologiom w przyszłości „bunt owiec przeciwko wilkom nie będzie możliwy”). Mamy już tę technologię i już dziś czujemy tego przedsmak - widać jak można nie tylko utrudnić, ale i uniemożliwić życie „nieposłusznym” (wg globalistów) obywatelom.

Wielomska-Ziętek w swojej pracy na bazie ogólnie dostępnych dokumentów, wyjaśnia źródła inicjatyw Szwaba i szeroko niebezpieczeństwa, które nam z tego tytułu grożą.

„Celem tej i kolejnych publikacji jest przywrócenie rozumienia rzeczywistości w epoce dominacji irracjonalności, która stanowi prawdziwą esencję Nowego Mitu - wyjaśnia filozofka.

To na bazie tej „nieracjonalności” (prekursorem tego nurtu był m.in. religioznawca Frederic Spiegelberg, który postanowił obalić „tyranię abstrakcyjnego rozumu”) – globaliści zbudowali wewnętrznie sprzeczną narrację o „pandemii”. Te opowieści przekazywane przez zorkiestrowane mass media ponad 50 proc. zarządzanych strachem obywateli w każdym z „demokratycznych” społeczeństw przyjęło, wbrew faktom za rzeczywistość. Ale tylko kilka procent otwarcie mówi temu swoje „NIE!”.

Ta nowa rzeczywistość, to świat w którym każdy może być chory i poddany terapii wbrew swojej woli. A o tym kto jest chory nie decydują już objawy (pojawiło się bowiem pojęcie chorego bezobjawowo), ale niediagnostyczny test i urzędnik orzekający na tej bazie o losie konkretnego człowieka. Świat w którym noszący stygmat „zakażonego” są utożsamiani  z chorymi. Świat w którym przy pomocy techniki cyfrowej oznacza się i dzieli całe grupy ludzi, poddaje się ich także nieracjonalnej i sprzecznej z zasadami nauki o medycynie izolacji, a co najgorsze łamiąc prawo – inwigilacji. Świat w którym „niezaszczepiony” jest stygmatyzowany i oskarżany za to, że jakoby zagraża „zaszczepionemu”. Świat w którym już niektórzy politycy śmiało mówią o fizycznej likwidacji opornych.

Jak podpowiada Magdalena Wielomska-Ziętek jeszcze nie przegraliśmy walki z globalistami. Jeszcze możemy przeciwdziałać naszemu uprzedmiotowieniu – a skutecznym narzędziem jest do tego edukacja. A najważniejszym teraz celem jest przerwanie narracji globalistów powołujących się na pseudonaukę reprezentowaną teraz w mass media przez funkcjonariuszy Nowego ładu i wskazanie prawdy.

Jest jeszcze jedno szczególne niebezpieczeństwo które grozi tylko Polakom – jasno je formułuje filozofka. „Klaus Schwab, […] do tej skomplikowanej układanki wnosi jeszcze jeden element: niemieckie koncepcje imperialne i gospodarcze, które wyrastają z niemieckiej tradycji potępiającej indywidualizm i liberalizm. Pod ich sztandarami Adolf Hitler rozpoczął w 1933 r. swój własny Wielki Reset, który wtedy przegrał z liberalizmem i komunizmem”.

Krzysztof Sowiński

środa, 16 lutego 2022

„Edith Piaf” - kielecka premiera

(Styczeń 2022)

Wiele „dostatnio”, chciałoby się powiedzieć na modłę neodrobnomieszczańską, żyjących  z pieniędzy podatników tzw. lewicowych teatrów w Polsce, stręczy nam właśnie łamiący godność i  prawa człowieka sanitaryzm. W tym samym czasie teatr Tetatet, którego działalność głównie zależna jest od darczyńców - znowu przygotował dla nas mieszkańców Kielc noworoczną niespodziankę - recital (ja bym to nazwał raczej spektaklem) zatytułowany „Edith Piaf”. Rzecz przypominającą o tkwiącym w większości nas - pragnieniu miłości i wolności.

Na tę propozycję składają się piosenki Edith Piaf (1915-1963), ikony kultury francuskiej, uważanej przez krytykę muzyczną za jedną najwybitniejszych piosenkarek XX wieku. Przypomnijmy. Artystka ta wykonywała z wielką ekspresją specjalnie pisane dla niej utwory. Jej niskiego, mocnego, chropowatego głosu – słuchaliśmy i my także Polacy, w czasach kiedy piosenki anglojęzyczne jeszcze zupełnie nie zdominowały przestrzeni medialnej. (W „Trójce nawet w l. 80 była audycja zatytułowana „Dachy Paryża”, propagująca kulturę Francji). Docierały do nas także informacje o wielu aspektach życia Piaf – traumatycznym dzieciństwie i dramatach życiowych, w tym miłosnych. Słyszeliśmy także o jej uzależnieniu od alkoholu i narkotyków.

Po śmierci Piaf jej piosenki cieszyły się nadal popularnością. Po te utwory sięgali m.in. tacy artyści jak: Josephine Baker, Louis Armstrong, Marlene Dietrich, Liza Minnelli, Serge Gainsbourg, czy Johnny Hallyday.

Dokonania Edith Piaf wracają do nas co jakiś czas. Obecnie w Kielcach w interpretacji Małgorzaty Pruchnik – Chołki, związanej z rzeszowskim Teatrem im. W. Siemaszkowej. Aktorka wykonała na scenie KCK w polskim tłumaczeniu (Andrzeja Ozgi i Wojciecha Młynarskiego) m.in. takie utwory jak: „Milord", "Brawo dla Clowna", ”Akordeonista”, ”La vie en Rose”, „Pod niebem Paryża”, „Padam Padam”.

Joanna Warmuzińska‑Rogóż z Uniwersytetu Śląskiego, popełniła esej pt. „Fenomen piosenki francuskiej w Polsce, czyli Piaf wiecznie żywa” (2013). Napisała m.in. tak: „Można domniemywać, że właśnie przeniesienie „ducha” piosenki stanowi dla Młynarskiego dominantę translatorską, czyli element, który powinien subiektywnie pozostać bez zmian w przekładzie”. Przypomnijmy, że jedną z najważniejszych cech piosenki francuskiej jest właśnie jej warstwa literacka. Ta „literackość” była obecna nie tylko w wielu tłumaczeniach, ale i w rodzimych produkcjach, jak choćby w twórczości Agnieszki Osieckiej. Bardziej wyrafinowane osoby tęsknią za tym nieobecnym już dziś kunsztem.

Bowiem kiedyś tego typu piosenki korespondowały z naszym życiem, w syntetycznej formie ukazywały losy różnych bliskich nam figur. Ich tematem była często miłość, także ta nieodwzajemniona, również inne ludzkie dramaty. Nuciliśmy te utwory, przy pomocy ich słów wyrażaliśmy zawirowania w naszym życiu. Nagle i boleśnie o tym, że to już przeszłość przypomniała nam o tym opowieść w wykonaniu aktorki z Rzeszowa.

Małgorzata Pruchnik – Chołka nie tylko śpiewała, ale także opowiadała o życiu Edith Piaf, o swoich fascynacjach tą artystką, a nawet swoich osobistych emocjach. Mieszało się to co zaplanowane, z tym co prywatne. Życie z fikcją. Pragnienie komunikacji międzyludzkiej, z lękiem przed kontaktem z innym odbiorcą recitalu, który także pod wpływem fałszywych opowieści o „pandemii”, „zarządzany strachem” założył na swoją twarz maseczkę przeciwślinową i wyczyniał dziwne pląsy mijając takiego samego człowieka jak on, albo sztywno siedział koło „innego” na sąsiednim fotelu. Mamy do czynienia ze społecznym dramatem!

Na scenie aktorce towarzyszyli Wojciech Front (kontrabas) i Dariusz Kot (akordeon). Na szczęście byli bez masek – o których nawet izraelskie władze sanitarne powiedziały, że nie zatrzymują, ani nie ograniczają transmisji żadnego wirusa, a są tylko symbolem „edukacji”. A według wielu z nas zwykłych ludzi – tylko symbolem tresury.

Aktorka nieco upodobniła się do słynnej artystki – założyła jak tamta czarną sukienkę, nawet namalowała sobie brwi takie jakie miała Edith Piaf. Być może wiedziony tym obrazem i spodziewając się że będzie także w śpiewaniu naśladowała Piaf, po pierwszej piosence Małgorzaty Pruchnik - Chołki, zawiedziony pomyślałem sobie, że to jednak nie Edith Piaf!

Ale po tej pierwszej reakcji słuchając kolejnych utworów zrozumiałem, że aktora nie naśladuje francuskiej piosenkarki, ale dokonuje nie tyle interpretacji jej piosenek, ile zabiera głos w procesie polskiej recepcji twórczości Piaf. I trzeba powiedzieć, że jest to głos znaczący.

Krzysztof Sowiński

Teatry na rzecz totalitaryzmu...

 (Grudzień 2021)

Krąży opinia o tym, że aby zatriumfowało zło wystarczy milczenie zwykłych ludzi, ale to refleksja połowiczna. Do usankcjonowania masowej strukturalnej przemocy  – potrzeba jeszcze tych, którzy gorliwie będą realizować łamiące prawa człowieka „rozporządzenia” reżimu.

Właśnie teraz tzw. teatry lewicowe na co dzień niby stojące po stronie „wykluczonych” - przystąpiły jako pierwsze do wprowadzania w swoich siedzibach łamiących Powszechną Deklaracje Praw Człowieka, także Konstytucję – „sanitarnych rozporządzeń” rządu.

Te „rozporządzenia” są w istocie bezprawnym dzieleniem ludzi na „zaszczepionych” i „niezaszczepionych”. Przy czym ci drudzy będą od teraz stygmatyzowani także w teatrach, będą widzami drugiej kategorii. Z czasem pewnie nie będą mogli w ogóle do nich wejść. Oczywiście motywowane jest to rządową antynaukową narracją, o tym że „niezaszczepieni”, MOGĄ [magiczne słowo używane w manipulacji społecznej] zarażać „zaszczepionych” i „ta pandemia” – jak mawiają propagandyści „z tego powodu nigdy się nie skończy”. (Czyli po raz pierwszy w dziejach medycyny – jak zauważyło wielu logicznie myślących ludzi - za nieskuteczność leku, oskarżono tych, którzy go nie przyjęli).

Absurd tego twierdzenia podważający w ogóle sens szczepień (po co to robić, skoro nie chronią?), jest ukuty w istocie wg wzorów propagandy hitlerowskiej – która zastraszonemu „ludowi” przekazała opowieść o nieempatycznych Żydach, którzy roznoszą tyfus, a sami „zarażający” chorują na tę chorobę „bezobjawowo”. Jaką te nonsensy uruchomiły spiralę zbrodni to już wiemy z historii II wojny światowej.

Wracając do teatrów… Najpierw na stronie fb Teatru Żeromskiego ukazała się informacja, że widz, który się świeżo zaszczepił, dostanie darmowy bilet na spektakl. Kiedy mieszkańcy Kielc mocno przeciwko tej segregacji zaprotestowali – „teatr” zrobił to co potrafi nie źle robić od lat, sięgnął po narzędzie cenzury – kazał usunąć natychmiast liczne głosy protestu. Zostały tylko nieliczne aprobaty. Następnie jako jeden z pierwszych „teatr” zaakceptował narzucony przez rząd w istocie totalitarny model podziału społeczeństwa i gorliwie podzielił widownię na tę dla „zaszczepionych” i „niezaszczepionych”.

Dzisiejsza rzeczywistość jest bardzo dynamiczna – w niewoli już jesteśmy po dwudziestu miesiącach. Tak szybko m.in. dzięki małym lokalnym pomocnikom, także takim jak Teatr Żeromskiego.

Ten ponad rok temu zaczął od promowania noszenia tzw. maseczek- narzędzia tresury społecznej. Następnie „teatr” poszedł krok dalej – w czasach absurdalnych lockdownów, kiedy tysiące Polaków traciło swoje biznesy, popadało w spiralę długów, a niektórzy tracili życie z powodu zamkniętych drzwi służby zdrowia przed „niekowidowymi” pacjentami – „teatr” wypłacał, ale tylko bliskim mu ludziom ze swojego środowiska 100 procent honorariów nawet za spektakle, które nigdy ze względu na tzw. lockdown nie odbyły się! Były tylko w planach. Ja uważam to działanie przynajmniej za nietyczne. A dzieje się to wszystko i nabiera tempa, tylko dlatego, że  wytresowano nas aby nie mówić niegrzecznego „NIE!”.

Krzysztof Sowiński

Przedtakt…

 

(Paźdzernik 2021)

Widowisko taneczno-muzyczne Kieleckiego Teatru Tańca pt. „Ballady bez Romansów. Mickiewicz wzruszony”, powstało w ramach programu Ministerstwa Kultury Dziedzictwa Narodowego i Sportu „Przestrzenie Sztuki”. I nie ma co rozpatrywać tego spektaklu w całości jako wydarzenia artystycznego.

Jak mówi bowiem dyrektor KTT Elżbieta Pańtak: „Intencją spektaklu jest wielopłaszczyznowa integracja lokalnych środowisk artystycznych z twórcami światowego formatu”.

Ta propozycja jest zbudowana na kanwie „Ballad i romansów” (1822) Adama Mickiewicza. (Wielu badaczy literatury zgadza się, że te teksty są pierwszymi balladami w języku polskim, stanowią manifest polskiego romantyzmu. Romantyzmu w Polsce nieco spóźnionego do tego Zachodniego będącego odpowiedzią na mechanistyczne oświecenie). Zbiór ten (pierwsza część „Poezyj”), składa się z 14 ballad. W kieleckim wydarzeniu fabułę wyznaczają: „Lilije”, „Świtezianka”, „Romantyczność” i „Dudarz”.

Spektakl otwierają recytacje tekstów Mickiewicza wykonane przez seniorów (grupa ze Świętokrzyskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku) biorących udział w przedstawieniu. To nieco nużący, ale ze względu na formułę projektu konieczny fragment. Po tym widz i słuchacz już obcuje z wydarzeniem na wysokim poziomie artystycznym – zapierającym dech (u wielu widzów w tzw. maseczkach, których absurd używania dowiedziono już w setkach randominiozowanych badań)  - występem tancerzy KTT, znakomitej choreografii  wyłonionych w drodze konkursu i wartych zapamiętania Katarzyny Myrdy („Lilije”, „Romantyczność”) i Dawida Pieroga („Świtezianka”, „Dudarz”). Klimatu dopełnia łamiąca konwencje ballady muzyka w wykonaniu Zespołu Trzy Dni Później (powstała na specjalne zamówienie KTT, jej autorką jest Joanna Piwowar-Antosiewicz, liderka zespołu) i niezawodnej kieleckiej Fermaty. Onirycznego klimatu widowisku dodaje scenografia Luigi Scoglio i znakomite projekcje multimedialne Karoliny Jacewicz.

W przyszłym roku przypada dwusetna rocznica powstania „Ballad i romansów” Adama Mickiewicza. Spektakl prezentowany w Kielcach jest – jak to określają jego organizatorzy - przedtaktem do roku jubileuszowego, w którym widowisko zostanie rozbudowane dramaturgicznie.

„Spotkanie różnych pokoleń i wspólna próba odczytania przełomowego dzieła polskiej literatury romantycznej jest wyzwaniem, które wymaga połączenia środków ekspresji takich jak taniec, aktorstwo, multimedia i …prawda. Tylko w ten sposób pokażemy aktualne tematy poruszone przez Mickiewicza 200 lat temu. Mądrość i doświadczenie seniorów, skontrastowane ze świeżym spojrzeniem młodych choreografów w ruchu scenicznym pozwoli znaleźć nowy język, który może dotrzeć do dzisiejszej publiczności. Zbudujemy światy, które łączą rzeczywistość z rytuałem, literaturę z ruchem scenicznym, poezję z codziennością” – mówił przed premierą reżyser widowiska Michał Znaniecki. Ten znany twórca ma już duże doświadczenie w pracy  z tzw. wykluczonymi, których na scenie w Kielcach reprezentują seniorzy.

A jak wygląda ten „nowy język” i czy przypadnie Państwu taka formuła do gustu – już musicie doświadczyć tego sami.

Ja osobiście nie lubię sięgania po „wykluczonych” w jakiejkolwiek dziedzinie nie tylko sztuki. A sama sztuka jest niedemokratyczna i niesprawiedliwa, nie dzieli się na profesjonalną i nieprofesjonalną tylko taką, która porusza lub czyni obojętnym, a żeby zachwycić musi najpierw dzielić. I wolę żeby tak pozostało. Bowiem tworzenie parytetów zawsze się kończy tym samym – beneficjentami upowszechniania są upowszechniacze, łączenia „łącznicy”, a „wykluczeni” i artyści zostają z kieszeniami pełnymi satysfakcji.

Krzysztof Sowiński

O smutku tworzenia i tworzenia końcu…

 

(12 grudzień 2021)

„Często mówimy o radości tworzenia, a czy smutek tworzenia to jest jakiś gorszy?” – dzieli się swoją zaskakującą łamiącą stereotyp, wartą zapamiętania refleksją Jerzy Bednarski, artysta fotografik z Kielc.

Wypowiada się ze szczególnego powodu – właśnie wydał „Pheromones” – imponujący album składający się z części zdjęć, które ten zasłużony i znany w naszym regionie artysta tworzył przez długie lata.

Rzeczywiście zamieszczone w publikacji akty utrzymane są w większości przypadków - w atmosferze nostalgii, smutku i nieuchronnego przemijania.

Ich twórca osobiście dokonał wyboru zdjęć. Nie pomaga też odbiorcy w ich „odczytaniu”  - akty są pozbawione kontekstów, np. informacji o czasie kiedy powstały… Ba… artysta nawet w swojej książce nie numeruje stron. Biorąc pod uwagę, że modelki na zdjęciach występują nieubrane, trudno nawet studiując szczątkowe części kobiecej garderoby, które możemy zauważyć na fotografiach, dociekać na podstawie trendów w modzie czasu ich powstania. Jakby artysta chciał powiedzieć „coś” o zataczającym kole historii, metaforze tak charakterystycznej w myśleniu o przemijaniu w naszym kręgu kulturowym.

Akt, czyli ukazanie ludzkiego ciała, zwłaszcza kobiecego, to jeden z najbardziej nośnych tematów w malarstwie i fotografii. Sięgało po niego wielu, także w kieleckim środowisku fotografików, ale nielicznym w kraju udało się coś istotnego na ten temat pokazać. Do tego grona można zaliczyć fotografie Jerzego Bednarskiego, który jak się to mawia wypracował - swój idiom.

Artysta podzielił swoje prace w albumie na grupy, którym nadał tytuły, a może raczej hasła, słowa wywołujące pewne asocjacje. Np. pierwsza część zdjęć poprzedzona jest zwrotem „Dyskretne trwanie”. Dla mnie ten zwrot brzmi tutaj akurat przekornie. Bo w tym miejscu znajdziemy czarno-białe zdjęcia nagich kobiet jakby uwięzionych w pół przeźroczystych tkaninach (kojarzące mi się ze współczesną wersją całunów, albo artystyczną reperkusją tego co znaleziono pod gruzami Pompejów). Często są to kobiety pozbawione twarzy, z wyeksponowanymi intymnymi częściami ciała. Te młode osoby nie wzbudzają jednak dreszczyku erotycznych emocji u odbiorcy, ale niepokój, o to - że np. łatwo mogą stać się ofiarami nadużycia. Są jakby zatrzymane w nieczasie i być może dopiero po uwolnieniu („wylarwieniu?) rozpoczną swoje nowe i na dodatek to właściwe życie. Tę część albumu kończy zdjęcie kilku kobiet jakby zapakowanych do poziomych półek w szafie. Oczekują na „swoją kolej” w istnieniu? Zwłaszcza w dobie fałszywej pandemii i na jej bazie wprowadzanemu krok po krok, (chciałoby się powiedzieć - półka po półce, przy bierności większości „prawych” i „lewych” ludzi) – totalitaryzmowi tak bezczelnemu i tak potężnemu, że po tym „wszystkim” Auschwitz będziemy wspominali tylko jako lokalną zbrodnię   te zdjęcia jakby prowokują do zadania pytania – kto się bawi naszym życiem? Kto? Kto nie pozwala nam spokojnie żyć i zgodnie z naturą oddychać? Kto nas tak bezwzględnie okrada z naszych własności? Kto gwałci nasze prawa? Bednarski bowiem jakby wiedziony prekognicją – pokazuje także i zdjęcia na których kilka pięknych kobiet ma zakręcony ciasno woal wokół twarzy, poddanych jakby procesowi duszenia i zagłady.

Kolejna partia zdjęć nosi tytuł „Harmony”. Tutaj mamy do czynienia z nagimi kobietami leniwie przeciągającymi się na morskim piasku (ulubione miejsce pracy Bednarskiego to był letni Hel), czy ogrodowym fotelu. Ale wiele i z tych nawet budzi u odbiorcy jakiś bliżej nieokreślony niepokój. Proces bowiem został uruchomiony – nasz świat się właśnie kończy.

Reasumując. Jednak ile bym się nie naprodukował na ten temat, jak długo bym nie przekodowywał – to nic nie zastąpi osobistego spojrzenia na te zdjęcia. Do czego zachęcam.

„Wschód piersi/ Gdy dłoń nieba dotyka/ I przełęcz świetlista/ włosów/ to niebo kochać chce/ i Człowieka”. To jeden z tekstów poetyckich, które towarzyszą zdjęciom, jakie powstały z inspiracji pracami Bednarskiego. Ich autorką jest poetka Magdalena Szczykutowicz. Teksty te są w dwóch wersjach polskiej i angielskiej. Na ten drugi język przysposobiła je specjalista od przekładoznawstwa doktor Agnieszka Majcher.

Jerzy Bednarski powiedział, że tym albumem żegna się już z fotografią. „Swoje już zrobiłem” powiedział. Twierdzi, że teraz zostało mu już tylko posprzątanie pracowni.

Miejmy nadzieję, że to jednak nie koniec, że np. ktoś jeszcze temu zasłużonemu artyście zorganizuje, w jakimś godnym jego talentu miejscu, wystawę tych zdjęć. Pewnie w dużych formatach tym bardziej ujawnią swoje niepokojące umykające słowu piękno. Tak piękno. Bo Jerzy Bednarski przez długie lata w swojej w twórczości tropił i kreował piękno i je nam pokazywał.

Krzysztof Sowiński

 


wtorek, 15 lutego 2022

Przywrócić rozumienie rzeczywistości w epoce irracjonalności

 


 „Imperium Klausa Schwaba. Jedna planeta, jedna ludzkość, jeden zarząd” (2022), to jeszcze pachnąca drukarską farbą książka filozof, specjalistki od sterowania społecznego Magdaleny Ziętek-Wielomskiej.

To jest pierwsza publikacja, która w szerszym kontekście pozwala nam zrozumieć, to co się dzieje we współczesnym świecie przez ostatnie blisko dwa lata, które my nazywamy czasem „pandemii”. Okresie który odebrał nam pod pretekstem nieweryfikowalnej w kategoriach nauki „walki” z wirusem – najbardziej istotne prawa obywatelskie i z takim trudem, i za taką straszną cenę wywalczone przez naszych przodków prawa człowieka. Czasie w którym dokonano skutecznego ataku także na nasze dobra materialne.

„Jako osobę zajmującą się sterowaniem społecznym interesuje mnie kwestia tego, gdzie kryją się ośrodki realnie sprawujące władzę w świecie. Kwestią oczywistą jest to, że piastowanie określonego stanowiska nie oznacza posiadania władzy. Co więcej, większość współczesnych politycznych stanowisk to atrapy, za którymi mogą ukrywać się globalistyczne ośrodki władzy. Zaczęłam badać, co dokładnie robi Schwab i co się dzieje w Davos – mówi w jednym z wywiadów autorka.

Kim jest tytułowy Klaus Szwab? To założyciel Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, człowiek który w 2020 roku ogłosił Wielki Reset. Warto wspomnieć, że historię ludzkości  ten ekonomista-ideolog podzielił na tę „After Christ” i „After Coronavirus” – sygnalizując swoje ambicje nie tylko światowego lidera w dziedzinie ekonomii. Zatem z punktu antropologii nowym mitem ludzi – już to obserwujemy od lat - jest Mit Matki Ziemi, a jego kapłanami są globaliści. Szwab to także autor wpływowych książek – „COVID-19: The Great Reset” i „Czwarta rewolucja przemysłowa”. Wyraził w nich pogląd, że nasz dotychczasowy świat trzeba przebudować od podstaw. A nowe technologie połączą ten fizyczny, cyfrowy i biologiczny – w wyniku czego powstanie „nowy człowiek”. (W istocie zamysł ten - to skuteczny atak na cywilizację łacińską – opartą na greckiej logice, rzymskim prawie i chrześcijańskiej etyce - sprzeczną z marzeniami o dominacji „Szwabów”).

Tzw. Nowy ład zaproponowany na bazie „pandemii” stanowi początek świata zaplanowanego w kręgu tego niemieckiego ideologa. Trzeba od razu zauważyć, że to niebezpieczna wizja, w której wąskie grono globalistów dzięki technologii sprawuje absolutną władzę nad resztą społeczeństwa, kontrolując każdy ich aspekt życia, a nawet tego życia długość. (O takim świecie marzył jeden z poprzedników Szwaba – także rzecznik stworzenia „społeczeństwa stabilnego”, filozof Bertrand Russell (1872-1970). Dowodził, że m.in. dzięki nowym technologiom w przyszłości „bunt owiec przeciwko wilkom nie będzie możliwy”). Mamy już tę technologię i już dziś czujemy tego przedsmak - widać jak można nie tylko utrudnić, ale i uniemożliwić życie „nieposłusznym” (wg globalistów) obywatelom.

Wielomska-Ziętek w swojej pracy na bazie ogólnie dostępnych dokumentów, wyjaśnia źródła inicjatyw Szwaba i szeroko niebezpieczeństwa, które nam z tego tytułu grożą.

„Celem tej i kolejnych publikacji jest przywrócenie rozumienia rzeczywistości w epoce dominacji irracjonalności, która stanowi prawdziwą esencję Nowego Mitu - wyjaśnia filozofka.

To na bazie tej „nieracjonalności” (prekursorem tego nurtu był m.in. religioznawca Frederic Spiegelberg, który postanowił obalić „tyranię abstrakcyjnego rozumu”) – globaliści zbudowali wewnętrznie sprzeczną narrację o „pandemii”. Te opowieści przekazywane przez zorkiestrowane mass media ponad 50 proc. zarządzanych strachem obywateli w każdym z „demokratycznych” społeczeństw przyjęło, wbrew faktom za rzeczywistość. Ale tylko kilka procent otwarcie mówi temu swoje „NIE!”.

Ta nowa rzeczywistość, to świat w którym każdy może być chory i poddany terapii wbrew swojej woli. A o tym kto jest chory nie decydują już objawy (pojawiło się bowiem pojęcie chorego bezobjawowo), ale niediagnostyczny test i urzędnik orzekający na tej bazie o losie konkretnego człowieka. Świat w którym noszący stygmat „zakażonego” są utożsamiani  z chorymi. Świat w którym przy pomocy techniki cyfrowej oznacza się i dzieli całe grupy ludzi, poddaje się ich także nieracjonalnej i sprzecznej z zasadami nauki o medycynie izolacji, a co najgorsze łamiąc prawo – inwigilacji. Świat w którym „niezaszczepiony” jest stygmatyzowany i oskarżany za to, że jakoby zagraża „zaszczepionemu”. Świat w którym już niektórzy politycy śmiało mówią o fizycznej likwidacji opornych.

Jak podpowiada Magdalena Wielomska-Ziętek jeszcze nie przegraliśmy walki z globalistami. Jeszcze możemy przeciwdziałać naszemu uprzedmiotowieniu – a skutecznym narzędziem jest do tego edukacja. A najważniejszym teraz celem jest przerwanie narracji globalistów powołujących się na pseudonaukę reprezentowaną teraz w mass media przez funkcjonariuszy Nowego ładu i wskazanie prawdy.

Jest jeszcze jedno szczególne niebezpieczeństwo które grozi tylko Polakom – jasno je formułuje filozofka. „Klaus Schwab, […] do tej skomplikowanej układanki wnosi jeszcze jeden element: niemieckie koncepcje imperialne i gospodarcze, które wyrastają z niemieckiej tradycji potępiającej indywidualizm i liberalizm. Pod ich sztandarami Adolf Hitler rozpoczął w 1933 r. swój własny Wielki Reset, który wtedy przegrał z liberalizmem i komunizmem”.

Krzysztof Sowiński