poniedziałek, 18 marca 2019

Świat równiejszych spośród równych



W tym samym czasie, kiedy na deskach Teatru Żeromskiego pojawia się spektakl pt. ≈[prawie równo], pracownicy instytucji kultury w Kielcach, (w tym także ci z teatru),  finansowanych m.in. przez miejscowy  Urząd Marszałkowski – próbują, zresztą bezskutecznie, zwrócić uwagę władz i społeczeństwa na nędzę, której doświadczają mimo posiadanej pracy. Ale kogóż to, drodzy Państwo, obchodzą biedni ludzie?

To miejscami nudnawa (zwłaszcza w pierwszej odsłonie), z naiwną diagnozą dotyczącą ekonomii, ale jednak posiadająca związki z rzeczywistością, perfekcyjnie wyreżyserowana, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi propozycja. A co najważniejsze – jest to rzecz nastawiona na pokazanie życia zwykłych ludzi, a nie na rezonowanie jakiejś propagandy. A to przecież już i tak wiele we współczesnym teatrze, w którym coraz mniej jest artystów, a coraz więcej aktywistów politycznych.

≈[prawie równo], to najnowsza propozycja w kieleckim teatrze,  który podjął współpracę z islandzką reżyserką Uną Thorleifsdottir.  Tematem spektaklu jest… ekonomia. Ale niestety nie dowiemy się po jego obejrzeniu skąd się biorą pieniądze. Jest tylko w nim zawarte oskarżenie tajemniczego kapitalizmu, który pozbawia ludzi pracy, pieniędzy, nadziei i życia. A proces ten jest pokazany na przykładzie  fragmentów z życia zwykłych ludzi, takich figur jak: Martyna, Mani, Andrej i Freja. (W istocie, biegnę już z wyjaśnieniem, reżyserce pomylił się kapitalizm z korporacjonizmem).  Europę  Zachodnią (my Polacy tkwimy w nim od kilkudziesięciu lat, więc aż tak nas nie przeraża) nawiedza właśnie tzw. kryzys – oznacza to, że nawet zdobycie pracy nie chroni pracownika przed ubóstwem. Ba… nawet tzw. wykształcenie nie daje gwarancji zatrudnienia. Szerzy się zatem nepotyzm. Ujawnia frustracja. Produkuje się rzeczywista, a nie wyimaginowana i wmawiana nam przez speców od politpoprawności – nienawiść.

Obiektem westchnień zwykłych ludzi – nie są stada białych leksusów i zamki nad Loarą (te jakoś przypadkowo od rewolucji francuskiej nie zmieniają właścicieli), ale zwykłe rzeczy np. kurtka, nowa kurtka w której jeszcze nikt nie chodził (tę radość z posiadania takiej genialnie zagrał Andrzej Plata, jeszcze do niego wrócimy), a nawet flakonik markowych perfum. Dostępne wykształcenie dla „ludu”, to wszechobecne, nikomu niepotrzebne kursy i studia – np. zarządzanie i marketing, a w Polsce np. politologia, czy modny obecnie coaching. Krzysztof Karoń, autor niezwykle ważnej, demaskatorskiej Historii antykultury – nazywa te zawody pasożytniczymi. Są zbędne. Niczego potrzebnego nie produkują. To celowe działanie sprawujących władzę – także poprzez system edukacji, produkujących bezrobotnych, tzw. prekariat. Prekariusz bowiem nie ma szans na wydobycie się z nędzy. Jest zawsze zależny od pomocy władz i nigdy jej nie zagrozi. Jest trzymany całe życie przez nią za twarz. Jak widzimy bezpośrednią przemoc z dawnych totalitarnych reżimów, zastąpiła mniej zauważalna i spektakularna przemoc ekonomiczna. A nawet jeśli delikwent dostanie w końcu jakąś pracę, np. w jakimś minimarkecie, to i tak nadal będzie współczesnym pariasem, „wykluczonym”. I żeby przez chwilę żyć po ludzku (np. iść na obiad do restauracji) musi (może?) kraść pieniądze ze sklepowej kasy, albo dopuszczać się innych większych, czy mniejszych świństw. A co najgorsze – relatywizować takie zachowania.

Jednak ten spektakl, wbrew deklaracjom jej twórców, nie jest oskarżeniem nieludzkiego kapitalizmu, ale… korporacjonizmu, systemu neoliberalnego (wbrew nazwie nie ma w tym ostatnim żadnej wolności), gdzie przy pomocy narzędzia jakim jest socjalizm (aktualnie neomarksizm), światowa plutokracja pozbawia społeczeństwa, oczywiście w imię równości i równych szans,  nie tylko resztek własności, ale także godności i życia. Prywatyzuje zyski, a nacjonalizuje straty. Zatem wołanie autorów spektaklu o lepszą redystrybucję pieniędzy (a może się mylę i nie wołają?), jest wołaniem o więcej socjalizmu – czyli leczenie dżumy, jeszcze większą dawkę bakterii. Jedynym bowiem rozwiązaniem jest złamanie światowego monopolu na produkcję i dystrybucję pieniędzy. Wierzę, że to jest możliwe, dzięki milionom ludzi dobrej woli.

Po propozycjach neomarksistów psychoanalitycznych (spekatkl 1946), po propozycjach neomarksistów magicznych (jak np. Jak wam się podoba), mamy do czynienia z propozycją marksistki (być może nieświadomej, ludzie na tzw. zachodzie naprawdę sądzą, ze żyją w ustrojach kapitalistycznych) w starym stylu, czyli ekonomicznym. To jedyny z tych trzech głosów z którym można dyskutować. To jedyny głos spośród wymienionych, mający związek z diagnozą rzeczywistości społecznej. To jedyny głos (co prawda błądzący), w sprawie zwykłych ludzi, nie utrwalający władzy właścicieli współczesnych niewolników.

Jeszcze jest jedna sprawa – chociaż mamy do czynienia i w tym przypadku z „mykami” teatru postdramatycznego (antymimetycznego), to jednak reżyserka zostawiła aktorom przestrzeń do – nie tylko bycia „ciałem”, „performerem”, ale także do kreacji roli. I aktorzy świetnie się z tych zadań wywiązali.  Naiwną, głupiutką Martynę i jej drugie drapieżne, amoralne „ja” – zagrały Dagna Dywicka i Ewelina Gronowska. Łagodną powierzchnię bohaterki reprezentowała ta pierwsza, a jej gwałtowną naturę ta druga.  Udał się ten mix. Historię Freii, która życzy śmierci koleżance, (ta ją pozbawiła pracy) – urzeczywistniła Joanna Kasperek, wyciszona, stonowana, ale tym bardziej przerażająca. Jeśli ktoś raz w życiu miał do czynienia z pracownikiem pośredniaka i coachem – to wie, że te persony doskonale na scenie zaprezentowała Beata Pszeniczna. Andreja (ofiarę neoliberalnego systemu edukacji) wziął udanie na swoją klatę odzianą w tandetny dres, świadectwo epoki prekariuszy – Tomasz Włosok.  Maniego, naukowca specjalistę od ekonomii, który sam jednak nie potrafi się odnaleźć w świecie, który próbuje naukowo opisać –  Wojciech Niemczyk. Scena kiedy grana przez niego postać, wobec braku perspektyw na etat i naukową karierę, postanawia popełnić samobójstwo, na długo, dzięki temu aktorowi, zapewne zapadnie widzom w pamięci. Wspomnę, że w liczbie samobójstw z powodów ekonomicznych Polska jest liderem w „wolnym” świecie. Zapowiada się, że nikt nam tego pierwszeństwa jeszcze długo nie odbierze.

Najbardziej przerażającą twarz neoliberalizmu pokazał odgrywając rolę Mówcy, konferansjera – Andrzej Plata. Przybliżmy ten fragment spektaklu, bo zmroził on widownię i prawie mnie wyrwał z teatralnego fotela (a dodam, że mnie jest naprawdę ciężko namówić w teatrze do „wspólnej zabawy”) i miałem już wstać i bronić bezdomnego Piotrka (znowu rewelacyjny Dawid Żłobiński!), który w imię „zabawy” właśnie godził się na ledwie zakamuflowaną przemoc wobec niego (nie będę zdradzał więcej, idźcie do teatru i zobaczcie sami o co chodzi). Miło, że zagrał także Łukasz Pruchniewicz, wstrzelił się (nie chcę używać archaicznej nieco w tej naszej ponowoczesności metafory „wcielenia”), idealnie w postać cynicznego pracownika pośrednika. Nie strzelała, ale niepokojąco strzelistym znakiem współczesnej zabawy i marzeń o takiej była Anna Antoniewicz.

No i po kolejnej premierze. Było dużo pracy. Przekładania nieprzekładalnego, z trzech języków na miejscowy, polski. Większość aktorów będzie miało teraz do południa sporo czasu i mogą „popolować” na pozimowe, atrakcyjne wysprzedaże. A „władze”, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, w końcu mogą np. polecieć na zasłużone wakacje, powiedzmy na Tajlandię. Pogrzać udręczone prowincjonalnymi Kielcami ciała na najpiękniejszych plażach świata, gdzie ręka tamtejszego prekariusza podrapie im tyłki i poda drinki. A wszystko to zawdzięczamy neoliberalizmowi i płacom nazywanym w Polsce kominowymi. To taki nasz miejscowy wkład, autorstwa „wybitnego” ekonomisty pana Balcerowicza (wdrożył w Polsce plan Sorosa-Sacha), który biednych proletariuszy przerobił… na prekariat i zniszczył na rozkaz plutokracji nie tylko klasę średnią, ale i nadzieję na lepszy świat. Wykreował za to zawód nadzorcy niewolników i współpracujących z nimi strażników cudzej pamięci, jedynie słusznego dyskursu, piewców tolerancji, puszczających spod przymkniętych powiek nienawistne spojrzenia, inwigilujących i wysyłających donosy na tych którzy… chcą innego ładu.

Krzysztof Sowiński


wtorek, 12 marca 2019

Gołąb


Nagle zaczął padać śnieg i wiać wiatr. Jak to w marcu. Zrobiło mi się go żal. Że jest tam sam. Że moknie. Pokrwawiony, ranny, dziko i bezradnie patrzący... na mnie. Dygocący. Wtulony w... zimny mur... Dopełzł. Obok ruchliwej ulicy. Poszedłem znowu do niego dopiero teraz. Ja. Ch...wy, zawsze spóźniony bodhisatwa, z pudełkiem w ręku. Widzę... Leży nadal... Ale... Umarł. Oczko zamknięte. Głowa na boku. Na betonie. Piórka przemoknięte. Nie oddycha. Zostawiam go. Tam gdzie się urodził. Tam gdzie żył. Tam gdzie codziennie szukał jedzenia. Tam gdzie go ktoś zabił. I tam gdzie ktoś się nim pożywi.