niedziela, 17 czerwca 2018

Pot nie ma zapachu perfum



Czego się dowiedzieliśmy ze spektaklu Mai Kleczewskiej? Że ciała ludzkie, reprezentowane także i przez te aktorów rzadko bywają piękne? Że zamiast dreszczu zainteresowania i pożądania, budzą niekiedy ciarki abominacji i zażenowania? Że przeciętne męskie genitalia daleko odstają rozmiarami od tych, które prezentują gwiazdy porno? Że na damskich są włosy, a to owłosienie przy odpowiednim powiększeniu jawi się niczym Guliwer w krainie liliputów? Że można przebierać się w dowolne osobowości, w tym w inną płeć? A faceci dają radę chodzić w szpilkach i sukienkach?

I na koniec – że postmodernizm w zasadzie skrytykowany tak precyzyjnie i totalnie, zmiażdżony tak, że nic – wydaje się – z niego już nie zostało, nadal jest aktywnie rezonowany przez twórców?

A może cała ta droga poprzez ten spektakl, długimi momentami nużąca (zaprojektowano to nasze widza znużenie, czy też nie?) jest tylko po to, żeby pokazać rozwój i upadek „stylu”.  I żeby w finale sztuki powiedzieć może nie zbyt odkrywczo, ale szczerze wyrażając to tradycyjną metaforą – że nie ma co się „obcyndalać”; z życiem trzeba się wziąć za bary. A przy tej czynności można doznać dyskomfortu, zmęczyć się, zranić, a na pewno spocić. A pot nie ma zapachu ekskluzywnych perfum.

To zacznijmy od postmodernizmu.  Jego krytyki dokonał Edward O. Wilson w pracy pt. „Postomodernizm intelektualna czkawka Zachodu”. Wychodzi od tezy, że „myśliciele Oświecenia sądzili, że możemy poznać wszystko, radykalni postmoderniści uważają, że wszelka wiedza jest niemożliwa”.  Po czym stwierdza Wilson, że odwiecznie obserwujemy zmagania ładu z chaosem i to zawsze zwycięża jednak ten pierwszy.

Krytyki czołowych gwiazd postmodernizmu wykazując luki w ich rozumowaniu, a i brak wykształcenia skrywany za nowomową nurtu wykazali  Alan Sokal i Jean Bricmont w „Modnych bzdurach”.  O nonsensach, jakie tuzinami wychodziły spod klawiatury  Judith Butler nie raczyli nawet wspomnieć. Woleli krytykować m.in. guru, czy nadguru, słowem równiejszego spośród równych; Deridę.

Miazgi postmodernizmu, na poziomie którego nie może zlekceważyć nikt, kogo interesuje problem poznania, dokonał Jordan B Peterson. Wyszedł od główniej przesłanki kierunku: „Istnieje nieskończenie wiele sposobów na interpretację skończonego zestawu zjawisk”. I trzeba tutaj przyznać „prawdę” „ojcom” postmodernizmu Derridzie i Foucault. Zauważmy przy okazji, że filozofowie ci skonstruowali sprytne narzędzie – przy pomocy którego można zaatakować nieskończenie wiele możliwości interpretacji czegokolwiek. Bowiem każdy z nas może wysnuć wniosek, że żadna z tych interpretacji nie powinna być uprzywilejowana wobec innych.  „Sęk w tym, że to nieprawda” – unieważnia dogmat Peterson. Zatem „postmodernizm ma rację w głównym założeniu lecz myli się, w drugorzędnym”. I, że chociaż – dodaje filozof – jest nieskończenie wiele interpretacji świata, to jednak nie istnieje  równie wiele wykonalnych interpretacji świata. Decyduje ewolucja, która z interpretacji jest wykonalna – „poprzez zabicie wszystkiego co interpretuje świat na tyle źle, żeby umrzeć”. Słowem wykonalne interpretacje to te, które pozwalają nam przeżyć. Musieliśmy przekazać też geny, które to umożliwiają. To śmierć jest rozwiązaniem problemu interpretacji. (Kto jak kto, ale – nie łudźmy się – to jak wynika z praktyki, to m.in. wielu reżyserów teatralnych doskonale zna tę prawdę i zawsze odnajdzie właściwą interpretację, która prowadzi do źródeł przetrwania, a nawet daje „co nieco” więcej). Jak dodaje profesor – „Twoja interpretacja powinna cię uchronić przez cierpieniem i śmiercią”.  Konkluzja ogólna – decyduje zatem sama natura, a nie „konstrukt społeczny”. Współdziałanie i rywalizacja z innymi też ograniczają liczbę interpretacji świata, przynajmniej przez jakiś czas. W tym momencie pojawiają się także jakieś cele.

W dziwny alians postmodernizm na tym etapie wchodzi z neomarksizmem. Naczelną zasadą starego marksizmu jest spoglądanie na świat poprzez pryzmat oprawców i ofiar. Tę zasadę, tę interpretację świata postmodernizm przyjmuje jako… jedną z ważniejszych interpretacji. Co jest już paradoksem samym w sobie. Walkę burżuazji z proletariatem w neomarksizmie zastąpiono walką między grupami tożsamości, opresyjnej tłuszczy z „wykluczonymi”.

Tym problemem właśnie zajmuje się reżyser Kleczewska w najnowszym spektaklu Teatru Żeromskiego w Kielcach zatytułowanym „Jak wam się podoba”, jak napisano w materiałach promocyjnych towarzyszących wydarzeniu – opartym na sztuce W. Szekspira. Oczywiście Szekspirowi w tej realizacji „pomagał” jak mógł dramaturg Łukasz Chotkowski. Głównie wspomógł tego angielskiego pisarczyka wulgaryzmami osadzonymi w tradycji języka polskiego.

Na scenie pojawiają się kolejno „wykluczeni” – niedorozwinięta osoba, „obiekt” polowania pedofila, przemocy domowej i inne persony o ustalonej i nieustalonej płci. Wszyscy oczywiście są czyimiś ofiarami. Każda  z nich może wykorzystać na okoliczność wypowiedzenia się scenę teatralną jak kozetkę freudowskiego psychoanalityka. Zaciera się granica między faktem, a zmyśleniem, między odgrywaną rolą, a życiem prywatnym, między grą, a osobistymi emocjami. Na dodatek „akcja” na scenie jest egzemplifikowana prywatnymi filmikami jednej z aktorek z rodzinnego „albumu”, a podkład muzyczny i odpowiednia manipulacja kadrami – powodują, że ze sceny momentami wieje grozą – że plenią się w umysłach widzów koszmarne interpretacje.

Nie chce mi się pisać o gender. Tyle razy już zasadnie to zjawisko krytykowano. Ograniczę się do jednego – jeśli rzeczywiście płeć jest konstruktem kulturowym (pomijając „drobiazgi” natury biologicznej), to… Czy – mówiąc za Petersonem – głos lewicy i nie jest tożsamy z głosem tzw. radykalnej prawicy – która chciałaby leczyć np. osoby homoseksualne? Przecież lewica chce „leczyć”  z „faszyzmu”,  „homofobii”, a ostatnio nawet z „islamofobii”? Zastanówcie się  twórcy… Zanim władzy nie przejmie kapryśny towarzysz mauser.
Zresztą „poprawność polityczną” unieważnili na kieleckiej scenie sami aktorzy, kiedy „po” domagali się na scenie obecności Kleczewskiej, krzycząc; „reżyser”.

Profesor Ryszard Legutko napisał: „Czytanie tekstów postmodernistycznych średniaków piszących do rozmaitych czasopism literaturoznawczych czy quasi-filozoficznych należy do najnudniejszych zajęć intelektualnych, gdzie element niespodzianki jest całkowicie wykluczony”.

Ile było tych niespodzianek w tej propozycji? Czy pisząc o najnowszej sztuce Kleczewskiej powinienem słowo tekst zamienić na spektakl? Może bym to zrobił, gdyby nie ostatnie jakieś 20 minut widowiska. Oto każdy bohater „spojrzał” w lustro (Lacanowskie?) i znalazł do zapasów przeciwnika. Swoje, jakieś „swoje”. Nie chcę celowo pisać o jakimś „ego”, czy innych jego wariantach.  To „swoje”, zagrali sportowcy, zapaśnicy z LKS Znicz Chęciny. To oni zmusili – swoich  aktorskich odpowiedników do blisko 20 minutowej walki. Mimo, że konfrontacja była „na niby” – jak obserwowałem – niektórzy aktorzy byli bliscy „zejścia”. To w takich momentach, walki, totalnego zmęczenia człowiek sobie  uświadamia bez słów, co jest czym i czym nie jest.  Co bywa istotne. To w takich momentach hołubione abstrakty tracą swoją pozycję dominanta. A my „coś” poznajemy – „coś” co trudno zwerbalizować.  „Coś” co nie da się zwerbalizować. „Coś” o czym można wymienić wiedzę, ale tylko z kimś, który „coś” doświadczył. „Coś” o czym się będzie mówić do końca prze-trwania. „Coś" o czym można tylko pomilczeć. Warunkiem uruchomienia tego jest wola działania i zwykła szczerość.

O fascynacjach reżyserki kodami popkultury nie będę pisał. Na pewno napisze ktoś inny.

Napiszę za to jeszcze kilka zdań o grze wybranych aktorów.

Bartłomiej Cabaj zagrał Orlando. Miałem kontakt nie raz i nie dwa z osobami upośledzonymi, udanie imitował jedną z nich. Chwała mu za to. Za umiejętność podpatrywania rzeczywistości. To wielka zaleta.

Jego brata Oliwiera kreował Wojciech Niemczyk. Jest to postać, szorstkiego „kibola”.  Main stream, który czuje, że takie figury są trudne do zmanipulowania potrafi je stygmatyzować z wielką regularnością i siłą. Są zatem umniejszane także i na scenie. Scenie, która współbrzmi z main streamem, a zdaje się nie powinna.  Jak się okazuje Wojciech Niemczyk potrafi „chodzić” nie tylko we fraku, ale i wyśmiewanym przez „elitę” dresie z kilkoma paskami na rękawach. To on otwierał spektakl i go kończył – zapewne dzięki sprawności fizycznej najdłużej wytrwał na „macie”. To aktor u którego nie pierwszy raz podziwiam – skupienie, precyzję i… szacunek do widza.

Nie małe wrażenie robi Kamil Studnicki (Amiens). Jest nawet jak na mój gust nazbyt realny. Nie wiem czy tylko dzięki charakteryzacji, czy także własnej umiejętności ogniskowania energii. Okaże się. Do tego w tym małym ciele (och… Boże, czy go to „wyklucza”, czy wprost przeciwnie „wklucza”? Oto jest pytanie) tkwi wielki wokal. Jakoś mi się skojarzył z młodym Tadeuszem Łomnickim z „Niewinnych czarodziei”.
k.s.
p.s.

Link do książki A. Sokala: https://fptbsp.files.wordpress.com/2011/04/modne-bzdury-a-sokal-j-bricmont1.pdf
Do artykułu R. Legutko: http://www.ipsir.uw.edu.pl/UserFiles/File/Katedra_Socjologii_Norm/TEKSTY/RLegutko_Postmodernizm.pdf


niedziela, 22 kwietnia 2018

Roz-pętlenie



„Z Przemyśla do Przeszowy” i „Teraz” – to dwie mało znane sztuki pióra Aleksandra Fredry, które można zobaczyć od TERAZ w Teatrze Żeromskiego. Wyreżyserował jej znany w Polsce od kilkudziesięciu lat operator filmowy, reżyser światła i multimediów i twórca teatralny Mikołaj Grabowski. Na szczęście nie silił się na „przełamujące tabu” odczytanie tekstu dawnego autora, za to pozostał wierny staroświeckiej „intencji autora”. Po prostu zrobił co swoje. Co trzeba. I tyle ile trzeba.

Na deskach kieleckiego teatru pokazuje nam innego Fredrę, nie tego od „Zemsty” i „Ślubów panieńskich”, do którego przyzwyczailiśmy się, ale Fredrę bystrego, choć nie oskarżającego i nie wbijającego w poczucie winy, obserwatora  ludzkich charakterów. Za życia pisarzowi zarzucano, co zrozumiałe w jego epoce, że jego sztuki nie są zbyt głębokie i nie poruszają problematyki patriotycznej. W późnym okresie, kiedy pisał także i te dwie już wspomniane, zmienił swoją sztukę pisarską  – zamiast umownej konwencji komediowej jakiej oczekiwał ówczesny odbiorca, mającej nikły związek z rzeczywistością, wprowadził do swoich tekstów… realizm, na dodatek krytyczny, ale nie tendencyjny. Jego komedie tracą swoje lukrowane opakowanie. Za to pojawiają się w nich gorzkie, jak już jesteśmy w kręgu metafor kulinarnych, refleksje na temat kondycji człowieka równoległego Fredrze.

Grabowski pokazuje jednak, że ci ludzie z epoki autora „Teraz”, jak się współczesny odbiorca już oswoi z tamtym językiem pełnym konwenansów i obyczajów, co zresztą trwa tylko chwilę -  dostrzeże, że tamte figury, nie różnią się aż tak bardzo jak chcielibyśmy wierzyć - od wielu ludzi współczesnych. A okazją do wykazania tego są banalne, ale istotne w perspektywie osobistej, sytuacje jakie zdarzają się w każdej epoce – rozwód, gry, które prowadzą ze sobą rozstający się rodzice, do których wykorzystują wspólnie spłodzonego potomka, interesowność, koniunkturalizm i na dodatek  pragmatyzm w stylu o który byśmy nigdy – w swojej większości - nie podejrzewali 19. wieku. To nam się wydaje, że to dopiero teraz chwieje się system wartości z wielu nas.  Że teraz w to miejsce pojawia się np. kult pieniądza. A tu już u Fredry mamy zapowiedź… dominacji korporacjonizmu, bezwzględnego rynku finansowego, który wszystko relatywizuje i wszystko poddaje wątpliwości (nazywa ponowoczesnością) oprócz samego siebie. Sobie przydaje atrybuty nieuniknionego heglowskiego postępu, w którym zajmuje miejsce dawnych państw.

Na dodatek Fredro dyskretnie pokazuje dawną kulturę, która szybciej niż sądzili jej użytkownicy, już odchodzi. Pojawiają się bowiem nowe wynalazki, pozornie zmniejszające tylko odległości – kolej żelazną i telegraf – a w istocie budujące nowe nośne metafory opisujące dotychczasowy świat. Zmienia się ludzkie życie – zwłaszcza postrzeganie czasu, którego symbolem jest na scenie zap…. jak obłąkane wskazówki ściennego zegara.

Jest też smutna i wesoła wiadomość płynąca z tego spektaklu – ludzie się nie zmieniają. Jesteśmy zapętleni i tylko sami od czasu do czasu swoim osobistym wysiłkiem od-pętlamy siebie i „się”. I takie zmiany nie bywają skutkiem działań inżynierów społecznych.

Na koniec, jak się okazuje, co jest bardzo cenne, mamy kogoś od refleksji typu Gogolowskiego.

Gratkę mieli i aktorzy, mogli się ubrać w kostiumy i sobie pograć, zamiast pokazywać na scenie „swoje wnętrze”, czy „swoją osobowość”. Wystąpili także ci dawno niewidziani na kieleckiej scenie – Mirosław Bieliński, Janusz Głogowski, Beata Pszeniczna, Łukasz Pruchniewicz. Także Andrzej Plata. Miło było i ich także widzieć odnalezionych w akcji.

niedziela, 25 lutego 2018

Metaświętoszek?



„Świętoszek” w Żeromskim to polski debiut Ewy Rucińskiej, reżyserki tzw. nowego pokolenia. I dzięki wielosieczności tekstu Moliera, która ujawniła się na scenie, być może nawet wbrew woli reżyserki, ten start jest udany. Ba… Taki rodzaj spektaklu był od jakiegoś czasu nawet oczekiwany. I choć jest „utkany” według znanego wzoru, otworzył wiele możliwych perspektyw odczytania. A to już w dzisiejszym teatrze przecież nie mało. Zaproponuję zatem moje.

A jest ono m.in. sprowokowane tekstem pióra kulturoznawcy Jana Sowy, zawartym w Gazecie Teatralnej towarzyszącej premierze. Zabawnie i strasznie zarazem jest słyszeć rozczarowanie płynące ze środowiska ludzi, którzy przez ostatnie kilkadziesiąt lat zwalczało i tresowało w poprawności politycznej polskich „katoli”. Wykazywało anachroniczność ich wiary, która nie jest – jak dowodzi socjolog – w żadnym razie „ostoją całości oraz pewności”. By w końcu zamiast się ucieszyć, co by było zrozumiałe  – „zapłakało”, konstatując – oto „jesteśmy” (czyli Oni są) krajem bardziej „pogańskim niż chrześcijańskim”. Dlaczego płacz, rozczarowanie i zapowiedź dalszej „pracy” nad opornymi? Bo… w większości odmówiliśmy gościny muzułmańskim „uchodźcom”. Nie spodobali się „środowiskom” Polacy, co wolą jednak pracować dla siebie, a nie na obcych i jednak groźnych dla naszej cywilizacji ludzi. (Obcy, biegnę z wyjaśnieniem, to taka figura, pomagająca w kontroli mających inne na istotne tematy zdanie, niż „elity”, niekiedy w podobnym miejscu pojawia się inna figura retoryczna tzw. populizm). A może ta decyzja większości Polaków nazywa się  pragmatyzmem?  I czy czasem nie powinno się pogratulować mieszkańcom kraju także nad Silnicą, że idąc tropem św. Augustyna potrafili oddzielić sprawy wiary od spraw rozumu? A może pomogę i przypomnę za Einsteinem, że głupotą jest robić wciąż to samo i tak samo, oczekując innych rezultatów. Przybysze bowiem nie wiadomo dlaczego (a może wiadomo?), chcą zawsze w każdym miejscu stwarzać opresyjny świat który opuścili, niestety wciągając w to autochtonów…

A przy okazji… Warto wspomnieć także, że chrześcijaństwo wysoko ceni sobie… roztropność. "Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. (...) Roztropność jest "prawą zasadą działania", za Arystotelesem pisze jeden z ojców kościoła zwany św. Tomaszem.  A „człowieka roztropnego (mądrego) charakteryzuje przenikliwość i przewidywanie” – można wyczytać w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tyle cytatów.

Propozycja Ewy Rucińskiej  jest być także narracją o… braku… roztropności. Przynajmniej jest taka dla mnie w tej chwili. Na szczęście ta rzecz nie jest łopatologiczną krytyką chrześcijańskiej hipokryzji.  Pozwala nam to zatem pospekulować na temat Moliera. Np.  jakby się zachował dziś… Byłby kimś w rodzaju  pisarza Michela Houellebecqa, z jego „Uległością”? Pokazałby, że w miejsce wypieranych religii, pojawiają się inne – np. te świeckie, ze swoimi dogmatami jak np. neomarksizm?  (A czy zamiast posążka Maryi postawiłby na scenie – popiersia Spinnellego i Gramsciego?)  Pokazałby, że te dogmaty podane „ludowi”, to tylko narzędzie manipulacji, użyte do ich kontroli… Do zdobycia i utrzymania władzy. O tę kontrolę i o to kto kontroluje pyta dramatycznie w kontekście tego spektaklu jego autorka. Cóż.. przywilej młodości. Ale o tym później.  Czy raczej podzielałby Molier poglądy ludzi pokroju cytowanego socjologa?

Teraz kilka zdań o tej mojej interpretacji. Do domu Orgona przybywa, człowiek znikąd chciałoby się powiedzieć „uchodźca” – Tartuffe. Potrafi manipulować nowym środowiskiem, odwołuje się do jego dogmatów – zwłaszcza miłosierdzia i pojęcia grzechu, chociaż nie podziela tego systemu wartości. Ba.. Nawet nim gardzi i uważa to za zachowania ludzi słabych. Zyskuje zaufanie. Przejmuje  majątek gospodarza,  gwałci jego żonę Elmirę i symbole tego świata (scena na „kratce”). By w końcu z „gościa” stać się właścicielem majątku i przy pomocy „pożytecznych idiotów” i hipokrytów (Pan Układny) narzucić dyktat także prawny dawnym mieszkańcom, czyni ich „uchodźcami” we własnym kraju, unieważnia jego historię, świętości i mity.

Jak to wszystko możliwe? Przecież intryga – widzimy to – jest szyta aż nazbyt grubymi nićmi… Uwłacza elementarnej logice, sprawiedliwości i przyzwoitości. A od czego jest propaganda? Od czego?! Dzieje się to wszystko, w imię kolportowanego domniemanego „kryzysu” wartości, w imię opowieści o degeneracji sytych, chociaż widzimy, że „syte” są tylko „elity”, w imię likwidacji opresyjnego systemu patriarchalnego, w imię utopi postępu i zmiany.  A cóż dostajemy za to? To samo… Tylko w wersji z którą nie da się już dialogować. W wersji, która być może dojrzeje do tolerancji za kilkaset lat, a może nigdy… Ba… Nawet wszystkim tym ruchom przyklaskują seniorzy typu Pani Perelle.  Przez moment wydaje, że ten absurd przerwie nowe pokolenie reprezentowane przez Walerego, ten gdzieś pod dresem przez moment poczuł, że ma nawet, coś co nasi przodkowie nazywali „jajami”, ale gdzieś się gubi w swoim własnym światku, zawiesza... Nawet Marianna zamienia „narzucony” przez ojca strój harcerki (militarny), na nowy niby wolnościowy, a jednak precyzyjnie zaprojektowany dla  takich jak ona  uniform i ulega… syndromowi sztokholmskiemu. Brutalna siła jest bowiem… pociągająca.

Reżyserka Ewa Rucińska na szczęście, jak to czyni już niewielu nic nie „dośpiewała” do tekstu Moliera. Chwała jej za to. Zrezygnowała tylko z pewnej partii tekstu, warto osobiście zobaczyć z której. Okazało się, że ten stary Molier w nowym „silnicznym” i ślicznym opakowaniu jednak się obronił.

A… i obiecana kontrola. Kto kontroluje? Jak masz jakiekolwiek i kiedykolwiek wątpliwości – zawsze idź jak podpowiadają mądrzy – śladem pieniędzy. Kontroluje ten, u którego po „rewolucji” znajdziemy zagubiony kuferek ze złotem poprzednich właścicieli. Proste? Prawda?

Teraz z gry aktorów. Okazuje się, że ja też mogę podziwiać kreacje Magdy Grąziowskiej,  zwłaszcza kiedy narzuci się jej precyzyjne granice roli. Jej Elmira jest równie zblazowana, co i tragiczna. Justyna Janowska – świetnie rozegrała słowem i ruchem, postać rodzinnej pacynki Marianny. To niewolnica patriarchy, czy tylko swojego umysłu? Ta scena z jej udziałem zapada w pamięć, także i przez to, że rozgrywa się na przekór grawitacji. Bartłomiej Cabaj… Wiem… Nadużywam słowa – wiarygodny, ale oglądam jego rolę po raz kolejny i jakoś mi teraz, to do niego pasuje. Edward Janaszek (Molier, Kleant), Jacek Mąka (Orgon) i Beata Wojciechowska (Pani Pernelle) – nie… nie wypominam wieku… Przypominam tylko ich warsztat (chyba nie lubię tego słowa, kojarzy mi się ze smutnym stolarzem Józefem, chodzi mi o tzw. kulturę teatralną, świadomość technik i konwencji, czyli pozbywanie się na scenie rzeczy… zbędnych), nienaganną dykcję  i  myślę, że… to już się nie wróci. Nie wiem jeszcze czy ze smutkiem. Dawid Żłobiński (snuje się w masce przez pół spektaklu, przestawia krzesła etc.), ale kiedy ma „swoje” jako Pan Układny jak często – porywa. Jeszcze Jakub Sasak, jako współczesny Walery. Bez tej kreacji nie byłoby transferu Moliera z czasów dawnych na te dzisiejsze – hiphopowa artykulacja tekstu dawnego mistrza i gest, który temu towarzyszy wciągają i bawią. Czy wszyscy już? Nie. Antonina Antoniewicz, fascynuje jako buntownicza i sprytna Doryna. Przypomina ta postać różniej maści współczesne aktywistki-hipokrytki. I na koniec Wojciech Niemczyk… Ciężko mi się pisze na jego temat, wielu wie, że się znamy. Więc powiem tak – ktoś miał, a może to przypadek (?), przewrotny pomysł obsadzenia w roli manipulatora Tartuffe, właśnie aktora, który ma w dorobku filmową kreację prawego i „niezłomnego”, z różańcem w ręku wypełniającego swoją straceńczą, tragiczną misję. Co z tego wynikło można zobaczyć w Żeromskim. Sądzę, że warto.

Zapomniałem o orkiestrze w harcerskich mundurkach, dziewczynkach. Czy czasem nie zostały wprowadzone w sieć manipulacji? Kontroli? Pani Reżyserko…





niedziela, 18 lutego 2018

Nadsłuchiwanie - ani wiersz ani proza


Pamięci mojej babci
Stanisławy Sowińskiej,
nr 46499, 
więźnia niemieckiego obozu zagłady.


Tej nocy miałem sen. Wiem, że nie dam rady odtworzyć sennej logiki panującej w TAM. Nawet się nie będę starał. Skupię się na TYM co pamiętam i trochę na melodii języka. A pamiętam, (to taka próba racjonalizacji, zgodzimy się?), że zanim usnąłem oglądałem dokument o ostatnich pięciu latach życia Davida Bowie. Słuchałem jego ostatniej płyty – Blackstar. I… pomyślałem nawet WÓWCZAS, że nawet on musiał STĄD odejść.

Także we śnie słyszałem jego muzykę, zdaje się Lazarusa. Znalazłem się w jakiejś jadalni przypominającej szkolną (pamiętacie?), z takim okienkiem w ścianie, malowanej do „pasa” na zielono, błyszczącą farbą olejną, a od góry spadała na nas kredowa biel. Ale to nie ma znaczenia. Chyba była moja już kolej przy tym okienku, byłem właśnie „pierwszy”, a z kimś w tej kolejce rozmawiałem o śmierci.

- Widzisz – mówiłem nie wiem po co i komu, bo nie często się zwierzam z czegoś, chociaż robię wrażenie, że owszem – mój ojciec tak młodo umarł… Samobójstwo.

A na to, chyba jakaś pani, a może pan z drugiej strony okienka, widziałem tylko spracowane dłonie. Chyba kobieta jednak: – Nie mów o tym tak głośno… Bo tamta pani płacze…

Spojrzałem do środka przez to okienko. Stała tam w głębi, przy rzeźbionym we floresy, które także przeminęły, kredensie, przy blacie. Starannie uczesane siwe włosy. To moja babcia nr 46 499! Przeżyła niemiecki obóz zagłady. Tyfus. Leżała już naga w „trupiarni”. A nawet WTEDY prze-żyła jak się rzuciła na obozowe druty w Boże Narodzenie, po tym kiedy na placu apelowym na kilka różnych języków, na setki takich samych głosów, w ten nadzwyczajny mróz – śpiewali „Cichą noc” . Niestety, tak sądziła WÓWCZAS, nie wiadomo dlaczego wyłączono na ten wieczór prąd, a strażnik na wieżyczce z karabinem w dłoni, zagapił się na tę CHWILĘ. Przeżyła także „marsz śmierci”. I TAKŻE ten moment, kiedy już po wojnie, jej szpitalne koleżanki, włamały się cichą nocą do magazynu z jedzeniem, i jadły dotąd aż umarły z prze-jedzenia. (Piszę o tym, bo pewnie nie będę miał już drugiej okazji. Piszę dla Ciebie Ty, który przyszłaś po mnie).

Wspominała PÓŹNIEJ: „Zrozumiałam, że będę żyć. Że muszę żyć. Bo w domu, w Kielcach, czekali na mnie moi mali synowie. Wiedziałam, że jestem im potrzebna. Tyle lat byli bez matki”.

Kiedy ich znowu spotkała, chociaż byli nadal jeszcze dziećmi, to oczy mieli już ludzi dorosłych.

A w tym śnie… Stała przy ścianie, na której wisiała makata z napisem: „Pan Bóg kocha dziadki, które słuchają ojca i matki”. Rąbkiem fartucha ocierała łzy. Płakała, bo… syn posłuchał, a właśnie WTEDY nie powinien. Wygarnęła mu bowiem: „Jak masz tak pić i żyć tak jak dalej teraz… to lepiej żebyś….”. Przynajmniej jest taka na ten temat w mojej rodzinie opowieść. Ale we śnie milczała, tylko szloch wstrząsał jej okrąglutkim, babcinym ciałem. Zawsze mi się dziwiła, że nie chcę jeść. Dostała wnuczka niejadka… Niepłaczka… Ludzie jak można nie chcieć, po tym wszystkim, jeść! Jak można!

„Zjedz jeszcze jedno jajeczko! Zobacz to takie małe jajeczko, na miękko! Babcia prosi…”

Nie wiem dlaczego nie pobiegłem jej utulić w moich męskich ramionach. Jaki ja jestem oschły! A może już nie miałem ramion? Wiem, jak bolesne były dla niej te chwile przez te długie lata, kiedy sobie przypominała, że jej najmłodszy syn nie żyje, a syn jej syna  tylko trochę przypomina ojca. I głupio i nieszczerze się uśmiecha z tego powodu. I nie chce się przytulać.

W końcu, żeby już nie wspominać tej śmierci i śmierci innych dzieci, babcia KIEDYŚ postanowiła umrzeć. Kupiła trumnę i wstawiła do pokoju. Uszyła sobie na maszynie Singer, jej bliźniaczą siostrę karmicielce rodziny, czarną sukienkę. Pożegnała się. Także ze mną. Ale ja wyjechałem WTEDY. Nie wierzyłem, że odchodzi „naprawdę”. A ona. Ubrała się. Położyła i… umarła. Dotarło do mnie (WTEDY?), że to jednak już „na zawsze”.

- Przepraszam babciu, że rozgadałem się w moim śnie o tej śmierci ojca. Nie powinienem Ci tego przypominać. Może nazbyt długo nie zdawałem sobie sprawy, że ty nadal możesz nadsłuchiwać kroków. Jego kroków na schodach. Na ostatnim stopniu. Dźwięku naciśniętej OD TAMTEJ STRONY klamki.

niedziela, 14 stycznia 2018

Przepraszam czy płynie z nami Sternik?

Czy to zapowiedź zmiany paradygmatu w polskim teatrze, (czy tylko TA RZECZ pokazuje głębszy niż u innych twórców, etap rozwoju reżyserki i dramaturga)? Czyżby nadeszła era teatru, który już nie rezonuje i nie utrwala mainstreamowych „jedynie słusznych” matryc? Chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Korzystamy z wolności wyboru… Czytamy te same książki, skupiamy swoją uwagę na tych samych newsach, żyjemy emocjami związanymi z tymi samymi problemami – bo mamy też te same źródła informacji i te same kanały reakcji. Jesteśmy zatem świetnie poinformowani. I… Ale zamiast głębszej refleksji, chociażby zadania sobie pytania – kto jest tym, który nadaje i po co to nadaje, dryfujemy do kolejnego tematu, czy narzuconego nam filmiku.  Rok za rokiem. Popłaczemy sobie nad ściętym drzewem, skrzywdzonymi zwierzaczkami i dziećmi, obudzimy w sobie „słuszny gniew”, wyślemy złotych 2.46 esemesem na konta ratujących świat, pobiadolimy nad losem „uchodźców”, wyśmiejemy „spiskowe teorie”, a nawet w chwili heroizmu wstrzymamy na chwilę oddech, żeby nie produkować niepotrzebnie co2. Bo wiadomo, największy problem to jest to co2, bo to gaz niebezpieczny i zbędny. No i pytamy - jakie mamy granice? Jakie? Kim jesteśmy? I na pewno odkryjemy też nasze prawdziwe „ja”. I czym jest ludzkość. A może nie ma co odkrywać? Ale po drodze przynajmniej jeszcze się samozrealizujemy. Ok. Poironizowałem.

Zatem nic nowego o otaczającym nas świecie czego byśmy nie wiedzieli, my zebrani w kieleckim teatrze, nie powiedzieli nam twórcy „Ciemności” - dramaturg Paweł Demirski i reżyserka Monika Strzępka. Ale… chwała im za ten ich autorstwa spektakl.

Bo najważniejsze jest to, że pozwolili sobie na dyskretną krytykę absurdów poprawnościowo-politycznych dogmatów – takich jak postkolonializm, feminizm, nawet freudyzm oczywiście w lacanowskim ujęciu, z jego opowieściami o tzw. Innym, który jednak jak wynika z praktyki ma w d... dialog z nami i chce być takim jak „my”, czyli niektórzy „my” z „nas”. A „my” to oznacza klasę , która „ma”. I nie oszukujmy się, że takie „nasze klasy” nagle zniknęły wraz z dziewiętnastym, czy końcem dwudziestego wieku i tak łatwo znikną.

Spektakl „Ciemności” (nawiązuje do „Jądra ciemności”, powieści Józefa Korzeniowskiego, która zadaje wiele pytań w tym te o granice człowieczeństwa), zbudowany jest  z luźnych fragmentów, w których przenikają się dwa plany dziewiętnastowieczny i ten współczesny, całość łączy motyw podróży parostatkiem do miasta najbardziej mrocznego z mrocznych. Jego pasażerowie dwie pary; ta „kolonialna” i ta „postkolonialna” rozmawiają sobie o mechanizmach władzy, a także i o… sensie istnienia. Przez chwilę nawet gdzieś tam zza dymu z komina po freudowskim erosie, wyłania się nawet tanatos. Ale… zanim gdziekolwiek dotrą  ci wybrańcy losu muszą się jeszcze poborykać z oporem materii, która bywa niepokorna, uciążliwa i brudna.  Zabiera także cenny czas, choć i ten jest iluzją. I ci państwo choćby nawet twierdzili, że WSZYSTKO jest iluzją i „NIC nie ma sensu”, to jednak na koniec takich dociekań - ktoś „w końcu” musi IM podać te iluzoryczne poranne śniadanko, dobrze zaparzoną kawusię, ulubionego drinka, a kogoś trzeba przecież jeszcze „wyruchać”. A potem wszystko znowu traci sens… Do kolejnego ranka… I znowu kawusia, śniadanko, ruchanko… I owszem… świat jest pełen równości, ale… ZAWSZE BYŁ i  musi być ktoś mniej „równy”, ten kto to umie tak zrobić żeby statek jednak (w)płynął, ktoś kto musi pod pokładem ubrudzić się i sypnąć do paleniska szuflą węgla.

A może niewolnictwo przestało istnieć? Właśnie na terenach przez które przewaliła się wolnościowa „arabska zielona rewolucja” wymierzona w „tyranię” (i pokłady ropy miejscowych właścicieli, które właśnie zmieniły właściciela na tajemniczego nowego właściciela) - jak donoszą nieliczni korespondenci, odrodził się rynek handlu niewolnikami, kultywują go ci…, których my chcieliśmy wyzwolić od miejscowych satrapów. Ale… Ale powiedzmy w takim City of London to już nie ma niewolnictwa? Fakt nie ma. Jego starej formy - była mało elastyczna i nieopłacalna. Teraz jest „liberalizm”, a nawet „neo”, czyli wariacja oparta na „dłużnym” pieniądzu, tzn. elity elit produkują ten pieniądz z powietrza i... reszcie… pożyczają za sowity procent. Owszem, owszem… zawsze możesz „odmówić” pożyczki i „czegoś” szefowi, ale… Jest tylko to „ale”. Jest też wolność, „ale”. Jest i demokracja, „ale”. Jest godność człowieka „ale”. Jest i „sprawiedliwość „ale”.

W zasadzie my widzowie, wiedzieliśmy w jakim kierunku to WSZYSTKO w spektaklu płynie już po 10 minutach, ale postanowiłem zostać do końca, czerpiąc nawet uczucie ulgi, że nie zostanę już niczym „zaskoczony”, albo zaproszony do „zabawy”.  Mogłem się zatem długimi momentami cieszyć dowcipnym tekstem Demirskiego, a to teraz rzadkość, bo większość tzw. dramaturgów i dramaturżek produkuje, coś co tradycyjnie nazywało się grafomanią. Żeby jednak nie popaść w jakąś przesadę – nie oszukujmy się, że jeszcze ktoś kiedyś wystawi „Ciemności” w takim słownym opakowaniu, ponownie na scenie. Czasy Mrożków, Becketów już chyba minęły. (Tak nota bene autor tekstu skojarzył mi się z Krytyką Polityczną (wydawcą jego dramatów). Czy czasem to nie guru tego środowiska S.S., mający usta i szpalty pełne bitów słów o równości, nie zatrudniał u siebie na symboliczne „czarno” jak się mawia – dziewczynę, która sprzątała jego domostwo? Dziewczynę z „biednego kraju”?).

Jak pokazuje sztuka „Ciemności”,  rozważania o naturze zła, są rozważaniami, mechanizmy zła mechanizmami etc., ale zawsze ktoś chce żeby to jego obsłużono, a nie on sam siebie, żeby ktoś podał dobre jedzonko chociażby nawet wegańskie, a jak tradycyjne, to żeby ktoś „inny” zatłukł te zwierzęta i przerobił je na wykwintne befsztyki, żeby ktoś inny (bo my się brzydzimy przemocą, a i  mdlejemy na widok krwi, mamy też pacyfistyczne poglądy), trzymał jednak „porządek”. Bo porządek musi być.

A może znowu rewolucja? A czyż nie wywoła jej czasem, ktoś kto ma moc jej sfinansowania? To chyba zatem nie rewolucja… A może…
Jeśli komuś jeszcze chodzą po głowie mrzonki o tym, że trzeba uważać na kogo się głosuje przy urnie wyborczej, żeby znowu się np. jakiś „faszyzm” nie powtórzył, to chyba nieuważnie czytał Marka Twaina. A ten powiedział wyraźnie, że gdyby wybory mogły coś zmienić to by ich zabroniono.

Owszem elity elit niekiedy mają kilka uwag w kontekście „równych”… Po pierwsze żeby ci byli jak najdalej od nich, a jak już są, jak już muszą być, żeby zrobili co trzeba i zniknęli z oczu. A jako wyraz „demokratyzacji” współczesnego świata może łączyć elity z „równymi”, np. jakiś element ubioru, jakaś kurteczka przekomponowana przez znanych projektantów mody, wykonana rączkami dzieci z Wietnamu, z emblematem znanej marki, wbrew lekturze „No logo”.

O czym zatem może być ten spektakl? A może to rzecz o pozornie niespójnym dryfowaniu mas i Sterniku w tle. Ten stary podobno umarł, ale zanim umarł, trzeba było wymyślić system, który zagłuszy u tych sumienie, którzy je miewają, a tych jest nie tak znowu mało. Wymyślono zatem opowieści o „predystancji” i o silnych i silniejszych. A później o „rozumie”, który zawiódł, albo o braku „rozumu”, który przysnął i się coś „wyprodukowało” potwornego. Np. wyprodukował się jakiś Auschwitz. Sam zapewne.

Słabością tej propozycji jest jednak pytanie dokąd „idzie ta Europa”. Bo… Nie ma czegoś takiego jak Europa (podobnie nie „Europa” kolonizowała Afrykę, podbijały przecież elity Europy).  Europa to nie jakiś jeden organizm, czy raczej mechanizm, które jak się wydaje freudystom trzeba przejrzeć i może uda się „naprawić”. A jednak lepsza ta smutna wiedza o tym, że się nie da zrealizować utopii, niż brnięcie w szaleńcze iluzje.

O tym kto grał i że grała tylko dwójka (trójka?) „kieleckich” aktorów tutaj:

A tutaj moja opowieść o moim przyjacielu Dramanie. To jego przodkom odrąbywano ręce, za to, że pracowali za „wolno”.

http://bezprzeginania.blogspot.com/2013/01/draman-z-mali-ja-z-polski-z-kieszeniami.html


poniedziałek, 8 stycznia 2018

stalowe grzebienie. wiersz na rok 2018

(pokoleniu polskich hipisów)

kiedyś.

leniwie rozparci przy murku.

nikt nam nie zagrażał, a my mogliśmy wszystkim.
lubiliśmy tę władzę, ten zaułek. to było nasze pięć wieczności.

roiło się nam w głowach.
każdy z nas nosił wir energii pod błękitnymi jeansami,
nieco poniżej klamry w której odbijał się rój afrodyt.

i nawet stalowy grzbień nie był w stanie
przeczesać naszych myśli.

a o przechodzącym skurczonym sąsiedzie mówiliśmy z kpiną:
"ten łysy chuj" i "trzeba wyruchać jego żonę, babka jeszcze niczego sobie".


teraz i nam zgrzyta stalowy grzebień i rani nagie czaszki.
a żadna z nich nie stanie obok Gilgamesza, Rolanda.

a zamiast niecierpliwej ekspresji, uprawiamy ciche negocjacje:
"o bezbolesną resztę życia i lekką śmierć prosimy Cię Panie",


wiedząc już, że wieczna jest tylko prośba.

niedziela, 17 grudnia 2017

Kiedy słyszę słowo faszyzm…


Do pogromu w Kielcach mogło dojść  dużo wcześniej, czego na pewno nie wiedzą dramaturg Tomasz Śpiewak i reżyser Remigiusz Brzyk, autorzy „1946” najnowszej  propozycji Teatru Żeromskiego, osnutej na przerażających wydarzeniach związanych z zamordowaniem tuż po wojnie, w Kielcach, grupy Żydów oczekujących na wyjazd do Palestyny. W zasadzie archiwalne zdjęcia tych ofiar z 1946 r., są już wystarczająco nośne, reszta spektaklu może by postrzegana jako dobrze dokomponowany do nich dodatek.

To wydarzenie, jak się mawia, położyło się tzw. cieniem nad tym miastem i jego mieszkańcami. Nie wiem dokładnie co ten cień znaczy i jak można poddać teatralnej psychoterapii jego współczesnych mieszkańców (i tę geograficzną przestrzeń), z których  nie tylko świadkowie tamtych wydarzeń, ale i sprawcy już dawno umarli. Zwłaszcza, że o zaproponowanym narzędziu tej terapii, psychoanalizie, jeden z jej twórców Carl Jung powiedział, że to nie nauka, ale kolejne mitologia, tym razem ich autorstwa.

Moja znajoma dziennikarka po spektaklu mówi, że ona bierze ten pogrom na ”klatę”. A ma super klatę, nie ma co ukrywać. Nie wiem i ona też pewnie nie wie co się z tym „braniem” mogłoby wiązać. Spytałem czy ktoś z jej krewnych uczestniczył w pogromie po stronie napastników, powiedziała, że jej dziadkowie już dawno umarli i ona nic nie wie o takich przekazach w swojej rodzinie. ”Ale przecież mogli… - argumentowała”. To mi uświadomiło jak młode pokolenie dało sobie wdrukować freudyzm – skrypt o neomarksistowskiej proweniencji, oparty na profetyzmie – w myśl którego np. zawsze kogoś można podyscyplinować nawet za to co mógł zrobić, albo co może potencjalnie zrobić. Słowem - mamy do czynienia z poczuciem winy za niepopełnione czyny i zapowiedź wobec "opornego" stosowania prewencji (Matrix). A jak się ktoś buntuje przeciwko swojej roli, to można go przecież też skutecznie gasić tzw. „wyparciem”.

Czy czasem nie to samo robią twórcy spektaklu?

I moja koleżanka bierze na „klatę”. Ok. Jej decyzja. Ja jednak jestem przeciwnikiem odpowiedzialności zbiorowej, odpowiedzialności „całego miasta”.

Co prawda. Jestem w dosyć „luksusowej” sytuacji – moi rodzice byli za mali, żeby chociaż przywalić komuś jakąś deską, albo rzucić kamieniem. Moja babcia ofiara niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, dopiero - wówczas niedawno wróciła do domu (który notabene był zajęty przez inną rodzinę, co chyba nie było wówczas czymś wyjątkowym), po powrocie ważyła jakieś 34 kilogramy i przewracała się pod ciężarem swojego cienia, a cóż dopiero jakiegoś solidniejszego narzędzia. Jej mąż nie wrócił w ogóle, dwa dni przed końcem wojny, skrajnie już wycieńczony, został zamordowany przez niemieckiego żołnierza w niemieckim obozie zagłady Gross-Rosen.  Przy okazji rozmów przed spektaklem, dowiedziałem się dlaczego moi dziadkowie zostali aresztowani przez niemieckiego oficera formacji  nazywanej SS (mówię to, żeby pokazać, że jednak nie „wszyscy”, albo „prawie wszyscy”) – jak mi powiedział brat cioteczny - dziadek (przedwojenny działacz robotniczy PPS i  KPP) z babcią aresztowani zostali w 1941 roku za „zbyt bliskie kontakty” z Żydami. Wywieziona do obozu zagłady  została także moja ciotka i jej narzeczony (jak widać totalitaryzm lubi się żywić odpowiedzialnością zbiorową), który przyszedł w odwiedziny „nie w porę”. Dwójka pozostałych dzieci (w tym mój ojciec), wyskoczyła w ostatniej chwili przez okno i całą wojnę szczęśliwie przeżyli w lichym, ale całym kawałku bez rodziców – opiekowali się nimi ludzie z AK. Zbyt wielu szczegółów nie znam. W Kielcach na symbolicznym grobie dziadka jest informacja, że jest ofiarą faszyzmu. Powiedziałbym raczej, że jego niemieckiej daleko bardziej brutalnej wersji, o marksistowskim, (który teraz w przebraniu „neo” , zgrywa ostatniego i jedynie sprawiedliwego), rodowodzie – nazizmu.

Mój drugi dziadek i babcia przez całą wojnę mieszkali kilkaset metrów od miejsca pogromu i w czasie wojny wraz z mieszkańcami swojej ulicy przyczynili się do uratowania żydowskiej dwójki przedwojennych sąsiadów. Więcej szczegółów też nie znam. Bowiem dziadek umarł zanim mogłem zadać jakiekolwiek pytanie, a tuż za nim babcia.  Zresztą, nie interesowały mnie tamte czasy. Zachowała się tylko fotografia zrobiona tuż po wojnie – stoi na nim para wycieńczonych, wygłodzonych starców, chociaż  z metryki wynikało, że starcami jeszcze nie są, zwłaszcza moja babcia. Wiele lat później wyszedłem z kina po pierwszych scenach ”W ciemności”,  filmu Agnieszki Holland – jeden z kadrów filmu pokazywał okupację, jak ulicami Generalnej Guberni przechadzają się dobrze odżywieni Polacy z siatami pełnymi zakupów, jakby przed chwilą wyszli z Lidla, albo Tesco. Mój kolega powiada zawsze w takich przypadkach, że to przecież tylko film. (W państwach „poważnych” jednak nazywa się to budowaniem pozytywnego wizerunku, żeby nie być gołosłownym, mamy z tym do czynienia np. w niemieckim filmie relatywizującym nazizm - „Nasi ojcowie. Nasze matki”. W państwach poważnych studenci czytają "Sztukę wojny" Sun Tzu, poznają tajniki manipulacji, nie ironizują wobec "spiskowych teorii", ale je badają). Ok. Niech będzie. Jasne – bezinteresowna niewinna forma rozrywki.

Reasumując, prawdopodobieństwo, że byli oprawcami na Plantach w czasie pogromu jest bliska zeru, co wiem zresztą od innych osób. Dziadek i jego mały syn – owszem poszli w tamtą okolice, ale jak wielu innych gapiów (wg ich relacji) zostali przegonieni kolbami karabinów.

Więc jestem w „luksusowej” sytuacji, dodając do tego, że duży procent mojej rodziny został wymordowany przez niemieckiego okupanta, przez „faszystów”. Jestem nawet szczęściarzem. Ale może powinienem wziąć jednak ten pogrom na klatę? Może identyfikować się także z TAMTĄ władzą, która nie zapobiegła, choć oddziały wojska, które to mogły zrobić stacjonowały, w najgorszym wypadku, o kilkadziesiąt minut marszu?   I czuć się odpowiedzialnym za wprowadzane przez nią porządki, mimo tego, że w tym czasie ta „władza” zrywała paznokcie, znowuż kilkaset metrów od miejsca pogromu, w ubeckiej katowni przy ul. Zamkowej, innemu szesnastoletniemu mojemu wujkowi, jednemu z najmłodszych żołnierzy AK na Kielecczyźnie. Wujkowi, który najpierw dostał wyrok śmierci  jako „faszysta”, zamienione później na długoletnie więzienie, które w końcu opuścił w czasie „odwilży”. Może i te działania tej władzy, która często nawet nie mówiła po polsku powinienem wziąć na klatę? W końcu i ona, jej zbrojne ramię zakładało czapkę z orzełkiem (to nic, ze orzełek miał nad głową stalinowski młot, pod szyją sierp). O orzełku na czapkach siepaczy pisze w swoim wierszu Julian Kornhauser i który to tekst wiersza na koniec spektaklu prawie wszyscy odczytaliśmy za kierującą zbiorową lekturą aktorką.  Jako, że nie lubię zbiorowych „seansów”, nie czytałem.
Nie wiem czy z tego zaniechania i we mnie może odrodzić się „faszyzm”, przed którym przestrzegają autorzy „1946”? A może się już wykluwa?

Dowiedziałem się, że chociaż dramaturg Tomasz Śpiewak oparł się na wielu dokumentach, studiował wiele materiałów z kilku tomów,  z ipeenowskiego archiwum, w którym zakreślono kilka hipotez tamtej zbrodni, to skupił się w swoim tekście na wybranej przez siebie, którą ja słyszę od wielu lat – o rozszalałym antysemickim tłumie, który z nienawiści zabił Żydów mieszkańców  kamienicy przy ulicy Planty. Jego prawo. Prawo twórcy. Autor tekstu zbudował „przestrzeń”, którą wyznaczają pierwszy pogrom Żydów w budynku teatru w Kielcach w 1918 r., sięga także po ten z 1946 r., i po czasy współczesne – sugerując, że to co stało się możliwe wówczas, możliwe jest i dzisiaj, zwłaszcza przy aktualnie wybranej władzy. Ja jestem jednak przeciwnikiem wszelkiej monoprzyczynowości i determinizmu, dlatego, kiedy w trakcie spektaklu aktorka rozdawała styropianowe kolanka kaloryferów (m.in. przy pomocy takich, ale metalowych przygotowanych wcześniej mordercy zabijali swoje ofiary) widzom i prosiła, żeby jeden podawał drugiemu, w drodze tych przedmiotów na scenę, ja swoje rzuciłem na ziemię. Po pierwsze nie chcę w teatrze być formatowanym i manipulowanym przez twórców spektaklu, po drugie na osobisty użytek przerwałem, nawet ten symboliczny łańcuch przemocy. Fakt. Nie był to czyn szczególnie bohaterski. No i po raz kolejny okazało się, że nie umiem się „bawić”.

Ok. Wiem też, że para twórców nie „kręciła” dokumentu. Jak mówił reżyser Remigiusz Brzyk on tylko zadawał pytania, ale muszę przyznać, że w tym spektaklu zawarł także wiele podpowiedzi. Z czego wynika, że jego teatr – nie jest aż tak niewinną rozrywką, i niekoniecznie urządzeniem do poszukiwania obiektywnej prawdy.

Moment temu dawny nauczyciel Brzyka, Krystian Lupa, pokazał na scenie rzecz, którą nawet przychylne mu media skrytykowały za łopatologiczny i publicystyczny styl i ton. Aktualnie Krystian Lupa widzi wokół siebie metaforycznie rzecz ujmując – w Polsce „odradzający się” i „podnoszący głowę” „faszyzm”.  Jakoś mu jednak nie przeszkadzały poprzednie rządy, którego funkcjonariusze tak chętnie miażdżyli każdą niezależną opinię, czy opór „populistów”, jak nazywano masowe, wielokrotne obywatelskie próby wyartykułowania własnego „NIE!” -  pacyfikowane pod hasłem m.in. „mowy nienawiści”, „ksenofobii”, czy „poprawności politycznej”. A przecież prawo do wyrażania dowolnej opinii to fundament demokracji? Czy się mylę? A jednak tolerancja zwana represywną ją unieważnia i czyni wszystko parodią. Ale jakoś nie przeszkadzało. Pewnej klasie twórców zupełnie to nie przeszkadzało. Może i o nich jakiś przyszły Miłosz napisze współczesny „Zniewolony umysł”, który Jaspers spointował jako studium „rozbicia człowieka na dwie osoby”. Teraz będzie zapewne rozbicie na wiele więcej. Oczywiście to pisanie hipotetycznej książki, w ramach przerwy w produkowaniu kolejnych odcinków prowokujących do wyrażenia „słusznego gniewu”, „buntu obywatelskiego”, „obrony konstytucji” etc.  i „przestrogi”.

Zdaje się spółka autorska Brzyk  i Śpiewak, podziela opinie słynnego reżysera.  Na szczęście na tego typu publicystkę pozwolili sobie tylko w trzech ostatnich monologach i paru napisach rzuconych na ścianę sceny. Jako, że jak podpowiadał Roman Ingarden, tzw. dzieło sztuki jest maszyną do produkowania interpretacji, więc i ta propozycja może mieć wiele takich potencji.  Ale jakoś mimo tego na wierzch wypływała jedna – przestroga-opowieść o „banalności zła” – do którego potrzeba „innych”, szczyptę wrodzonej brutalności, koniecznie Polaków i… katolicyzmu (to echo koncepcji tzw. szkoły frankfurckiej,  w miejsce Polak, można wstawić dowolnego etnicznego Europejczyka). Tyle, że zdecydowanie więcej na ten temat wnoszą rozważania żydowskiej filozofki Johanny H. Arendt. Wszystko po niej jest jakoś wtórne.

Ale dziękuję twórcom  za przypomnienie ofiar tej zbrodni. To sceny pokazujące plany na przyszłość, ostatnie chwile życia niedoszłych mieszkańców kibuców są najmocniejszym łapiącym za gardło punktem tej propozycji. O przypomnieniu, chociaż nie wprost, o zapomnianej przedwojennej tradycji prawicowych Żydów polskich. Bo cała narrację o polskich Żydach zdominowali potomkowie socjalistycznego Bundu. I przypomnienie mi o modlitwie za umarłych. Co niniejszym czynię.

Acha… Przypomniałem sobie. Dostało się w spektaklu i biskupowi Kaczmarkowi, autorowi raportu na temat pogromu, który przekazał ambasadzie amerykańskiej i zapłacił wielką cenę za swój czyn. Dostało się katolicyzmowi, którego stanowisko i winy wobec Żydów m.in. mają reprezentować antysemickie zapisy księdza Skargi.

Ale, że nie tak zawsze było świadczy taka historia opisana przez kieleckiego historyka Marka Maciągowskiego („Kielce we wspomnieniach Mosze Nachuma Jerozolimskiego”, 2015). Szóstego sierpnia 1914 r. do Kielc wkroczyła I Kampania Krajowa powstała przy poparciu Austro-Węgier, przeciwnika Rosji. Wielu młodych Polaków w Kielcach wyraziło potrzebę zgłoszenia się do polskiego wojska, deklarowali się także, ale tylko nieliczni Żydzi. Oddział tłumnie wyszli widać na ulicach jednak tylko Polacy. Żydzi opowiadali się po stronie wypartych Rosjan, mimo, że ci też niekiedy represjonowali i tę społeczność. Generalnie jak zanotowano w ówczesnym Dzienniku Urzędowym w Kielcach: "[...] Żydzi traktują sprawę wyzwolenia kraju z zupełną obojętnością". Potwierdza to także zapis miejscowego rabina. Dwa narody, dwie różne racje. Kiedy znowu Rosjanie odzyskali Kielce, młodzi Żydzi wskazywali adresy Polaków kandydatów do polskiego wojska, których żandarmeria rosyjska zakuwała w kajdany i wysyłała natychmiast na Sybir. Tych Żydów przestrzegał przed takimi działaniami przywódca religijny rabin Mosze Nachum Jerozolimski. Wśród Polaków donosy sąsiadów wywołały gniew. Kiedy wojska austro-węgierskie odbiły znowu Kielce, jak opisuje rabin Jerozolimski (to jego zapisy są źródłem tej wiedzy), w Kielcach Polacy zażądali odwetu. 11 listopada 1918 r. tłum wyszedł na ulice. Rabin widząc, że sytuacja się robi naprawdę groźna, z prośbą o wyciszenie tych nastrojów zwrócił się do Augustyna Łosińskiego, ówczesnego biskupa kieleckiego. To temu kościelnemu dostojnikowi,  jego postawie i proboszczów zawdzięczamy, że wówczas nie doszło do pierwszego pogromu Żydów w Kielcach.

I na koniec o formie… Początek długi – nuda… Koszmarna nuda. Ale dzięki, za to, że się twórcy zmieścili poniżej trzech godzin. (Pamiętam męki z ośmiogodzinnym Lupą).

Dobra. Oddam teraz głos komuś komu ufam. Powiem szczerze – lubię bardzo recenzje Ryszarda Kozieja z Polskiego Radia Kielce, są takie precyzyjne i taktowne, zatem pozwolę sobie go przytoczyć „….Ze scen symboli mieszających porządki czasowe i przestrzenne oraz ingerujące w umowność teatru zbudowane jest całe przedstawienie które […], ma niezwykłą moc oddziaływania głównie na emocje widzów”. Później Ryszard pisze o doskonałej grze aktorów. Zgadzam się! Naprawdę doskonale grali. Niektórzy nawet „za dobrze”. Ogarniały ich emocje, w tym te „słuszne”. A byli nawet tacy (raczej takie), które popadły w - z trudem kontrolowaną - histerię. I może to im właśnie autorzy projektu zafundowali katharsis, z „walking dead”? Tylko szkoda było mi pewnej części premierowych odbiorców. Biedni starcy…, przyszli na coś wzniosłego jak kadisz, a otrzymali… Przez moment jak aktorzy zmieniali kostiumy na scenie, przestraszyłem się nawet, że znowu jakimś gołym przyrodzeniem dokona się przełamywanie „tabu”.

A… że to wypis z tekstu Ryszarda Kozieja, pochodzi z jego recenzji „Rasputina”, a nie „1946”? A cóż z tego? Nie szkodzi. Pasuje jak ulał. Ta sama metoda twórcza. To samo „myślenie”. Ta sama „szkoła” reżyserska. Ten sam efekt. Kiedyś "starzy" marksiści tworzyli także na deskach teatru - socrealistyczne produkcyjniaki, dziś postępowi marksiści produkują socfreudyzmy. Fakt ten "1946" jest najlepiej skomponowanym jaki dotychczas widziałem. 

k.s.

PS. Po przeczytaniu mojej "recenzji", napisał do mnie Janusz Sowiński, prawnik, mój brat cioteczny: "Krzysztof gdybyś chciał spointować nasz wątek rodzinny to warto dodać, że w 1938 r. nasz dziadek był sądzony w Sądzie Grodzkim w Kielcach i usłyszał od sędziego taki tekst: <Sowiński co ty z tymi Żydami? Nie możesz zadawać się z przyzwoitymi ludźmi?>. [Był sądzony za działalność w KPP, przyp. k.s.]. To "zadawanie się" z Żydami według Sądu miało swoją cenę - wyrok na 2 lata pobytu w Berezie Kartuskiej. Dalszą konsekwencją tego zadawania była zsyłka rodziny do Auschwitz. Tak to się skończyło. Teza, którą polakożercy głoszą, że Polacy powszechnie mordowali ŻYDÓW jest głęboko i moralnie niesprawiedliwa. Niektórzy Polacy za współdziałanie z Żydami płacili cenę NAJWYŻSZĄ, cenę życia jak nasz DZIADEK. My jesteśmy świadkami na to, że użycie sylogizmu POLACY jest antypolskie - ponieważ duże rzesze Polaków żyły w przyjaźni i zgodzie ze swoimi żydowskimi sąsiadami". Pokazuje też jego szerszy, jego zdaniem cel: "Natomiast ta narracja jakichś tam najmitów typu pan B. ma niewątpliwie uzasadnić roszczenie polonofobów izraelskich chcących na Polsce i Polakach wymusić KONTRYBUCJE w wysokości 70 miliardów dolarów".