czwartek, 5 lipca 2018

Spektal "sezonu"

Zakończył się sezon teatralny w "Żeromskim". Wybrano "najlepszych aktorow". Super! Wg mnie najlepszym spektaklem minionego sezonu byl ten... Wystąpili gościnnie w Kielcach. A aktorem też ten... Fragment mojego starego tekstu.

"Dla mnie spektaklem numer jeden był „Pamiętnik wariata”, według tekstu Mikołaja Gogola, w reżyserii Viktora Bodo, Teatru Kantony z Budapesztu. Kunszt węgierskiego aktora Tamása Keresztesa, wgniótł nie tylko mnie w fotel, nie było w jego grze jednego „prywatnego” w jego interpretacji nie tylko gestu, ale nawet przyruchu. To niezwykle precyzyjny i pomysłowy pod każdym względem organizacji sceny, scenografii, muzyki, towarzyszących innych dźwięków etc. – pomysł na propozycję teatralną. Spektakl przypomniał mi dlaczego niekiedy w przeszłości podziwialiśmy aktorów – po prostu za profesjonalizm, o którym my przeciętniacy mogliśmy sobie tylko pomarzyć, za spotkanie z nienazwanym.
Na pewno nie za poszukiwanie na scenie przez twórców kolejnych szczebli tzw. samorealizacji, etapów psychoterapii, etapu dojrzewania od zera i przekraczania na scenie, z ideologicznego klucza, dawno przekroczonych tzw. tabu.

I jeszcze jedno - twórcy spektaklu zadziwili mnie niepomiernie jeszcze czymś szczególnym, zaufali – co teraz niezwykle rzadkie - tekstowi Gogola. Nie „poprawił” go jakiś kumpel, albo kumpela reżysera. No i dzięki twórcom tej propozycji odkryłem, że na okoliczność jakiś dwóch godzin - znam język węgierski, chociaż się go nigdy nie uczyłem! Zachwycił mnie ten węgierski. I jeszcze ten tekst Gogola… uświadamia jaka otchłań dzieli współczesnych polskich dramaturgów i dramaturżki i ich propozycje od dzieł paru klasyków, rów którego nie zasypią opowieści o tym, że dziś wszystko wolno, nawet uprawiać inteligentną grafomanię".

ks

niedziela, 17 czerwca 2018

Pot nie ma zapachu perfum



Czego się dowiedzieliśmy ze spektaklu Mai Kleczewskiej? Że ciała ludzkie, reprezentowane także i przez te aktorów rzadko bywają piękne? Że zamiast dreszczu zainteresowania i pożądania, budzą niekiedy ciarki abominacji i zażenowania? Że przeciętne męskie genitalia daleko odstają rozmiarami od tych, które prezentują gwiazdy porno? Że na damskich są włosy, a to owłosienie przy odpowiednim powiększeniu jawi się niczym Guliwer w krainie liliputów? Że można przebierać się w dowolne osobowości, w tym w inną płeć? A faceci dają radę chodzić w szpilkach i sukienkach?

I na koniec – że postmodernizm w zasadzie skrytykowany tak precyzyjnie i totalnie, zmiażdżony tak, że nic – wydaje się – z niego już nie zostało, nadal jest aktywnie rezonowany przez twórców?

A może cała ta droga poprzez ten spektakl, długimi momentami nużąca (zaprojektowano to nasze widza znużenie, czy też nie?) jest tylko po to, żeby pokazać rozwój i upadek „stylu”.  I żeby w finale sztuki powiedzieć może nie zbyt odkrywczo, ale szczerze wyrażając to tradycyjną metaforą – że nie ma co się „obcyndalać”; z życiem trzeba się wziąć za bary. A przy tej czynności można doznać dyskomfortu, zmęczyć się, zranić, a na pewno spocić. A pot nie ma zapachu ekskluzywnych perfum.

To zacznijmy od postmodernizmu.  Jego krytyki dokonał Edward O. Wilson w pracy pt. „Postomodernizm intelektualna czkawka Zachodu”. Wychodzi od tezy, że „myśliciele Oświecenia sądzili, że możemy poznać wszystko, radykalni postmoderniści uważają, że wszelka wiedza jest niemożliwa”.  Po czym stwierdza Wilson, że odwiecznie obserwujemy zmagania ładu z chaosem i to zawsze zwycięża jednak ten pierwszy.

Krytyki czołowych gwiazd postmodernizmu wykazując luki w ich rozumowaniu, a i brak wykształcenia skrywany za nowomową nurtu wykazali  Alan Sokal i Jean Bricmont w „Modnych bzdurach”.  O nonsensach, jakie tuzinami wychodziły spod klawiatury  Judith Butler nie raczyli nawet wspomnieć. Woleli krytykować m.in. guru, czy nadguru, słowem równiejszego spośród równych; Deridę.

Miazgi postmodernizmu, na poziomie którego nie może zlekceważyć nikt, kogo interesuje problem poznania, dokonał Jordan B Peterson. Wyszedł od główniej przesłanki kierunku: „Istnieje nieskończenie wiele sposobów na interpretację skończonego zestawu zjawisk”. I trzeba tutaj przyznać „prawdę” „ojcom” postmodernizmu Derridzie i Foucault. Zauważmy przy okazji, że filozofowie ci skonstruowali sprytne narzędzie – przy pomocy którego można zaatakować nieskończenie wiele możliwości interpretacji czegokolwiek. Bowiem każdy z nas może wysnuć wniosek, że żadna z tych interpretacji nie powinna być uprzywilejowana wobec innych.  „Sęk w tym, że to nieprawda” – unieważnia dogmat Peterson. Zatem „postmodernizm ma rację w głównym założeniu lecz myli się, w drugorzędnym”. I, że chociaż – dodaje filozof – jest nieskończenie wiele interpretacji świata, to jednak nie istnieje  równie wiele wykonalnych interpretacji świata. Decyduje ewolucja, która z interpretacji jest wykonalna – „poprzez zabicie wszystkiego co interpretuje świat na tyle źle, żeby umrzeć”. Słowem wykonalne interpretacje to te, które pozwalają nam przeżyć. Musieliśmy przekazać też geny, które to umożliwiają. To śmierć jest rozwiązaniem problemu interpretacji. (Kto jak kto, ale – nie łudźmy się – to jak wynika z praktyki, to m.in. wielu reżyserów teatralnych doskonale zna tę prawdę i zawsze odnajdzie właściwą interpretację, która prowadzi do źródeł przetrwania, a nawet daje „co nieco” więcej). Jak dodaje profesor – „Twoja interpretacja powinna cię uchronić przez cierpieniem i śmiercią”.  Konkluzja ogólna – decyduje zatem sama natura, a nie „konstrukt społeczny”. Współdziałanie i rywalizacja z innymi też ograniczają liczbę interpretacji świata, przynajmniej przez jakiś czas. W tym momencie pojawiają się także jakieś cele.

W dziwny alians postmodernizm na tym etapie wchodzi z neomarksizmem. Naczelną zasadą starego marksizmu jest spoglądanie na świat poprzez pryzmat oprawców i ofiar. Tę zasadę, tę interpretację świata postmodernizm przyjmuje jako… jedną z ważniejszych interpretacji. Co jest już paradoksem samym w sobie. Walkę burżuazji z proletariatem w neomarksizmie zastąpiono walką między grupami tożsamości, opresyjnej tłuszczy z „wykluczonymi”.

Tym problemem właśnie zajmuje się reżyser Kleczewska w najnowszym spektaklu Teatru Żeromskiego w Kielcach zatytułowanym „Jak wam się podoba”, jak napisano w materiałach promocyjnych towarzyszących wydarzeniu – opartym na sztuce W. Szekspira. Oczywiście Szekspirowi w tej realizacji „pomagał” jak mógł dramaturg Łukasz Chotkowski. Głównie wspomógł tego angielskiego pisarczyka wulgaryzmami osadzonymi w tradycji języka polskiego.

Na scenie pojawiają się kolejno „wykluczeni” – niedorozwinięta osoba, „obiekt” polowania pedofila, przemocy domowej i inne persony o ustalonej i nieustalonej płci. Wszyscy oczywiście są czyimiś ofiarami. Każda  z nich może wykorzystać na okoliczność wypowiedzenia się scenę teatralną jak kozetkę freudowskiego psychoanalityka. Zaciera się granica między faktem, a zmyśleniem, między odgrywaną rolą, a życiem prywatnym, między grą, a osobistymi emocjami. Na dodatek „akcja” na scenie jest egzemplifikowana prywatnymi filmikami jednej z aktorek z rodzinnego „albumu”, a podkład muzyczny i odpowiednia manipulacja kadrami – powodują, że ze sceny momentami wieje grozą – że plenią się w umysłach widzów koszmarne interpretacje.

Nie chce mi się pisać o gender. Tyle razy już zasadnie to zjawisko krytykowano. Ograniczę się do jednego – jeśli rzeczywiście płeć jest konstruktem kulturowym (pomijając „drobiazgi” natury biologicznej), to… Czy – mówiąc za Petersonem – głos lewicy i nie jest tożsamy z głosem tzw. radykalnej prawicy – która chciałaby leczyć np. osoby homoseksualne? Przecież lewica chce „leczyć”  z „faszyzmu”,  „homofobii”, a ostatnio nawet z „islamofobii”? Zastanówcie się  twórcy… Zanim władzy nie przejmie kapryśny towarzysz mauser.
Zresztą „poprawność polityczną” unieważnili na kieleckiej scenie sami aktorzy, kiedy „po” domagali się na scenie obecności Kleczewskiej, krzycząc; „reżyser”.

Profesor Ryszard Legutko napisał: „Czytanie tekstów postmodernistycznych średniaków piszących do rozmaitych czasopism literaturoznawczych czy quasi-filozoficznych należy do najnudniejszych zajęć intelektualnych, gdzie element niespodzianki jest całkowicie wykluczony”.

Ile było tych niespodzianek w tej propozycji? Czy pisząc o najnowszej sztuce Kleczewskiej powinienem słowo tekst zamienić na spektakl? Może bym to zrobił, gdyby nie ostatnie jakieś 20 minut widowiska. Oto każdy bohater „spojrzał” w lustro (Lacanowskie?) i znalazł do zapasów przeciwnika. Swoje, jakieś „swoje”. Nie chcę celowo pisać o jakimś „ego”, czy innych jego wariantach.  To „swoje”, zagrali sportowcy, zapaśnicy z LKS Znicz Chęciny. To oni zmusili – swoich  aktorskich odpowiedników do blisko 20 minutowej walki. Mimo, że konfrontacja była „na niby” – jak obserwowałem – niektórzy aktorzy byli bliscy „zejścia”. To w takich momentach, walki, totalnego zmęczenia człowiek sobie  uświadamia bez słów, co jest czym i czym nie jest.  Co bywa istotne. To w takich momentach hołubione abstrakty tracą swoją pozycję dominanta. A my „coś” poznajemy – „coś” co trudno zwerbalizować.  „Coś” co nie da się zwerbalizować. „Coś” o czym można wymienić wiedzę, ale tylko z kimś, który „coś” doświadczył. „Coś” o czym się będzie mówić do końca prze-trwania. „Coś" o czym można tylko pomilczeć. Warunkiem uruchomienia tego jest wola działania i zwykła szczerość.

O fascynacjach reżyserki kodami popkultury nie będę pisał. Na pewno napisze ktoś inny.

Napiszę za to jeszcze kilka zdań o grze wybranych aktorów.

Bartłomiej Cabaj zagrał Orlando. Miałem kontakt nie raz i nie dwa z osobami upośledzonymi, udanie imitował jedną z nich. Chwała mu za to. Za umiejętność podpatrywania rzeczywistości. To wielka zaleta.

Jego brata Oliwiera kreował Wojciech Niemczyk. Jest to postać, szorstkiego „kibola”.  Main stream, który czuje, że takie figury są trudne do zmanipulowania potrafi je stygmatyzować z wielką regularnością i siłą. Są zatem umniejszane także i na scenie. Scenie, która współbrzmi z main streamem, a zdaje się nie powinna.  Jak się okazuje Wojciech Niemczyk potrafi „chodzić” nie tylko we fraku, ale i wyśmiewanym przez „elitę” dresie z kilkoma paskami na rękawach. To on otwierał spektakl i go kończył – zapewne dzięki sprawności fizycznej najdłużej wytrwał na „macie”. To aktor u którego nie pierwszy raz podziwiam – skupienie, precyzję i… szacunek do widza.

Niemałe wrażenie robi Kamil Studnicki (Amiens). Jest nawet jak na mój gust nazbyt realny. Nie wiem czy tylko dzięki charakteryzacji, czy także własnej umiejętności ogniskowania energii. Okaże się. Do tego w tym małym ciele (och… Boże, czy go to „wyklucza”, czy wprost przeciwnie „wklucza”? Oto jest pytanie) tkwi wielki wokal. Jakoś mi się skojarzył z młodym Tadeuszem Łomnickim z „Niewinnych czarodziei”.
k.s.
p.s.

Link do książki A. Sokala: https://fptbsp.files.wordpress.com/2011/04/modne-bzdury-a-sokal-j-bricmont1.pdf
Do artykułu R. Legutko: http://www.ipsir.uw.edu.pl/UserFiles/File/Katedra_Socjologii_Norm/TEKSTY/RLegutko_Postmodernizm.pdf


niedziela, 22 kwietnia 2018

Roz-pętlenie



„Z Przemyśla do Przeszowy” i „Teraz” – to dwie mało znane sztuki pióra Aleksandra Fredry, które można zobaczyć od TERAZ w Teatrze Żeromskiego. Wyreżyserował jej znany w Polsce od kilkudziesięciu lat operator filmowy, reżyser światła i multimediów i twórca teatralny Mikołaj Grabowski. Na szczęście nie silił się na „przełamujące tabu” odczytanie tekstu dawnego autora, za to pozostał wierny staroświeckiej „intencji autora”. Po prostu zrobił co swoje. Co trzeba. I tyle ile trzeba.

Na deskach kieleckiego teatru pokazuje nam innego Fredrę, nie tego od „Zemsty” i „Ślubów panieńskich”, do którego przyzwyczailiśmy się, ale Fredrę bystrego, choć nie oskarżającego i nie wbijającego w poczucie winy, obserwatora  ludzkich charakterów. Za życia pisarzowi zarzucano, co zrozumiałe w jego epoce, że jego sztuki nie są zbyt głębokie i nie poruszają problematyki patriotycznej. W późnym okresie, kiedy pisał także i te dwie już wspomniane, zmienił swoją sztukę pisarską  – zamiast umownej konwencji komediowej jakiej oczekiwał ówczesny odbiorca, mającej nikły związek z rzeczywistością, wprowadził do swoich tekstów… realizm, na dodatek krytyczny, ale nie tendencyjny. Jego komedie tracą swoje lukrowane opakowanie. Za to pojawiają się w nich gorzkie, jak już jesteśmy w kręgu metafor kulinarnych, refleksje na temat kondycji człowieka równoległego Fredrze.

Grabowski pokazuje jednak, że ci ludzie z epoki autora „Teraz”, jak się współczesny odbiorca już oswoi z tamtym językiem pełnym konwenansów i obyczajów, co zresztą trwa tylko chwilę -  dostrzeże, że tamte figury, nie różnią się aż tak bardzo jak chcielibyśmy wierzyć - od wielu ludzi współczesnych. A okazją do wykazania tego są banalne, ale istotne w perspektywie osobistej, sytuacje jakie zdarzają się w każdej epoce – rozwód, gry, które prowadzą ze sobą rozstający się rodzice, do których wykorzystują wspólnie spłodzonego potomka, interesowność, koniunkturalizm i na dodatek  pragmatyzm w stylu o który byśmy nigdy – w swojej większości - nie podejrzewali 19. wieku. To nam się wydaje, że to dopiero teraz chwieje się system wartości z wielu nas.  Że teraz w to miejsce pojawia się np. kult pieniądza. A tu już u Fredry mamy zapowiedź… dominacji korporacjonizmu, bezwzględnego rynku finansowego, który wszystko relatywizuje i wszystko poddaje wątpliwości (nazywa ponowoczesnością) oprócz samego siebie. Sobie przydaje atrybuty nieuniknionego heglowskiego postępu, w którym zajmuje miejsce dawnych państw.

Na dodatek Fredro dyskretnie pokazuje dawną kulturę, która szybciej niż sądzili jej użytkownicy, już odchodzi. Pojawiają się bowiem nowe wynalazki, pozornie zmniejszające tylko odległości – kolej żelazną i telegraf – a w istocie budujące nowe nośne metafory opisujące dotychczasowy świat. Zmienia się ludzkie życie – zwłaszcza postrzeganie czasu, którego symbolem jest na scenie zap…. jak obłąkane wskazówki ściennego zegara.

Jest też smutna i wesoła wiadomość płynąca z tego spektaklu – ludzie się nie zmieniają. Jesteśmy zapętleni i tylko sami od czasu do czasu swoim osobistym wysiłkiem od-pętlamy siebie i „się”. I takie zmiany nie bywają skutkiem działań inżynierów społecznych.

Na koniec, jak się okazuje, co jest bardzo cenne, mamy kogoś od refleksji typu Gogolowskiego.

Gratkę mieli i aktorzy, mogli się ubrać w kostiumy i sobie pograć, zamiast pokazywać na scenie „swoje wnętrze”, czy „swoją osobowość”. Wystąpili także ci dawno niewidziani na kieleckiej scenie – Mirosław Bieliński, Janusz Głogowski, Beata Pszeniczna, Łukasz Pruchniewicz. Także Andrzej Plata. Miło było i ich także widzieć odnalezionych w akcji.

niedziela, 25 lutego 2018

Metaświętoszek?



„Świętoszek” w Żeromskim to polski debiut Ewy Rucińskiej, reżyserki tzw. nowego pokolenia. I dzięki wielosieczności tekstu Moliera, która ujawniła się na scenie, być może nawet wbrew woli reżyserki, ten start jest udany. Ba… Taki rodzaj spektaklu był od jakiegoś czasu nawet oczekiwany. I choć jest „utkany” według znanego wzoru, otworzył wiele możliwych perspektyw odczytania. A to już w dzisiejszym teatrze przecież nie mało. Zaproponuję zatem moje.

A jest ono m.in. sprowokowane tekstem pióra kulturoznawcy Jana Sowy, zawartym w Gazecie Teatralnej towarzyszącej premierze. Zabawnie i strasznie zarazem jest słyszeć rozczarowanie płynące ze środowiska ludzi, którzy przez ostatnie kilkadziesiąt lat zwalczało i tresowało w poprawności politycznej polskich „katoli”. Wykazywało anachroniczność ich wiary, która nie jest – jak dowodzi socjolog – w żadnym razie „ostoją całości oraz pewności”. By w końcu zamiast się ucieszyć, co by było zrozumiałe  – „zapłakało”, konstatując – oto „jesteśmy” (czyli Oni są) krajem bardziej „pogańskim niż chrześcijańskim”. Dlaczego płacz, rozczarowanie i zapowiedź dalszej „pracy” nad opornymi? Bo… w większości odmówiliśmy gościny muzułmańskim „uchodźcom”. Nie spodobali się „środowiskom” Polacy, co wolą jednak pracować dla siebie, a nie na obcych i jednak groźnych dla naszej cywilizacji ludzi. (Obcy, biegnę z wyjaśnieniem, to taka figura, pomagająca w kontroli mających inne na istotne tematy zdanie, niż „elity”, niekiedy w podobnym miejscu pojawia się inna figura retoryczna tzw. populizm). A może ta decyzja większości Polaków nazywa się  pragmatyzmem?  I czy czasem nie powinno się pogratulować mieszkańcom kraju także nad Silnicą, że idąc tropem św. Augustyna potrafili oddzielić sprawy wiary od spraw rozumu? A może pomogę i przypomnę za Einsteinem, że głupotą jest robić wciąż to samo i tak samo, oczekując innych rezultatów. Przybysze bowiem nie wiadomo dlaczego (a może wiadomo?), chcą zawsze w każdym miejscu stwarzać opresyjny świat który opuścili, niestety wciągając w to autochtonów…

A przy okazji… Warto wspomnieć także, że chrześcijaństwo wysoko ceni sobie… roztropność. "Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. (...) Roztropność jest "prawą zasadą działania", za Arystotelesem pisze jeden z ojców kościoła zwany św. Tomaszem.  A „człowieka roztropnego (mądrego) charakteryzuje przenikliwość i przewidywanie” – można wyczytać w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tyle cytatów.

Propozycja Ewy Rucińskiej  jest być także narracją o… braku… roztropności. Przynajmniej jest taka dla mnie w tej chwili. Na szczęście ta rzecz nie jest łopatologiczną krytyką chrześcijańskiej hipokryzji.  Pozwala nam to zatem pospekulować na temat Moliera. Np.  jakby się zachował dziś… Byłby kimś w rodzaju  pisarza Michela Houellebecqa, z jego „Uległością”? Pokazałby, że w miejsce wypieranych religii, pojawiają się inne – np. te świeckie, ze swoimi dogmatami jak np. neomarksizm?  (A czy zamiast posążka Maryi postawiłby na scenie – popiersia Spinnellego i Gramsciego?)  Pokazałby, że te dogmaty podane „ludowi”, to tylko narzędzie manipulacji, użyte do ich kontroli… Do zdobycia i utrzymania władzy. O tę kontrolę i o to kto kontroluje pyta dramatycznie w kontekście tego spektaklu jego autorka. Cóż.. przywilej młodości. Ale o tym później.  Czy raczej podzielałby Molier poglądy ludzi pokroju cytowanego socjologa?

Teraz kilka zdań o tej mojej interpretacji. Do domu Orgona przybywa, człowiek znikąd chciałoby się powiedzieć „uchodźca” – Tartuffe. Potrafi manipulować nowym środowiskiem, odwołuje się do jego dogmatów – zwłaszcza miłosierdzia i pojęcia grzechu, chociaż nie podziela tego systemu wartości. Ba.. Nawet nim gardzi i uważa to za zachowania ludzi słabych. Zyskuje zaufanie. Przejmuje  majątek gospodarza,  gwałci jego żonę Elmirę i symbole tego świata (scena na „kratce”). By w końcu z „gościa” stać się właścicielem majątku i przy pomocy „pożytecznych idiotów” i hipokrytów (Pan Układny) narzucić dyktat także prawny dawnym mieszkańcom, czyni ich „uchodźcami” we własnym kraju, unieważnia jego historię, świętości i mity.

Jak to wszystko możliwe? Przecież intryga – widzimy to – jest szyta aż nazbyt grubymi nićmi… Uwłacza elementarnej logice, sprawiedliwości i przyzwoitości. A od czego jest propaganda? Od czego?! Dzieje się to wszystko, w imię kolportowanego domniemanego „kryzysu” wartości, w imię opowieści o degeneracji sytych, chociaż widzimy, że „syte” są tylko „elity”, w imię likwidacji opresyjnego systemu patriarchalnego, w imię utopi postępu i zmiany.  A cóż dostajemy za to? To samo… Tylko w wersji z którą nie da się już dialogować. W wersji, która być może dojrzeje do tolerancji za kilkaset lat, a może nigdy… Ba… Nawet wszystkim tym ruchom przyklaskują seniorzy typu Pani Perelle.  Przez moment wydaje, że ten absurd przerwie nowe pokolenie reprezentowane przez Walerego, ten gdzieś pod dresem przez moment poczuł, że ma nawet, coś co nasi przodkowie nazywali „jajami”, ale gdzieś się gubi w swoim własnym światku, zawiesza... Nawet Marianna zamienia „narzucony” przez ojca strój harcerki (militarny), na nowy niby wolnościowy, a jednak precyzyjnie zaprojektowany dla  takich jak ona  uniform i ulega… syndromowi sztokholmskiemu. Brutalna siła jest bowiem… pociągająca.

Reżyserka Ewa Rucińska na szczęście, jak to czyni już niewielu nic nie „dośpiewała” do tekstu Moliera. Chwała jej za to. Zrezygnowała tylko z pewnej partii tekstu, warto osobiście zobaczyć z której. Okazało się, że ten stary Molier w nowym „silnicznym” i ślicznym opakowaniu jednak się obronił.

A… i obiecana kontrola. Kto kontroluje? Jak masz jakiekolwiek i kiedykolwiek wątpliwości – zawsze idź jak podpowiadają mądrzy – śladem pieniędzy. Kontroluje ten, u którego po „rewolucji” znajdziemy zagubiony kuferek ze złotem poprzednich właścicieli. Proste? Prawda?

Teraz z gry aktorów. Okazuje się, że ja też mogę podziwiać kreacje Magdy Grąziowskiej,  zwłaszcza kiedy narzuci się jej precyzyjne granice roli. Jej Elmira jest równie zblazowana, co i tragiczna. Justyna Janowska – świetnie rozegrała słowem i ruchem, postać rodzinnej pacynki Marianny. To niewolnica patriarchy, czy tylko swojego umysłu? Ta scena z jej udziałem zapada w pamięć, także i przez to, że rozgrywa się na przekór grawitacji. Bartłomiej Cabaj… Wiem… Nadużywam słowa – wiarygodny, ale oglądam jego rolę po raz kolejny i jakoś mi teraz, to do niego pasuje. Edward Janaszek (Molier, Kleant), Jacek Mąka (Orgon) i Beata Wojciechowska (Pani Pernelle) – nie… nie wypominam wieku… Przypominam tylko ich warsztat (chyba nie lubię tego słowa, kojarzy mi się ze smutnym stolarzem Józefem, chodzi mi o tzw. kulturę teatralną, świadomość technik i konwencji, czyli pozbywanie się na scenie rzeczy… zbędnych), nienaganną dykcję  i  myślę, że… to już się nie wróci. Nie wiem jeszcze czy ze smutkiem. Dawid Żłobiński (snuje się w masce przez pół spektaklu, przestawia krzesła etc.), ale kiedy ma „swoje” jako Pan Układny jak często – porywa. Jeszcze Jakub Sasak, jako współczesny Walery. Bez tej kreacji nie byłoby transferu Moliera z czasów dawnych na te dzisiejsze – hiphopowa artykulacja tekstu dawnego mistrza i gest, który temu towarzyszy wciągają i bawią. Czy wszyscy już? Nie. Antonina Antoniewicz, fascynuje jako buntownicza i sprytna Doryna. Przypomina ta postać różniej maści współczesne aktywistki-hipokrytki. I na koniec Wojciech Niemczyk… Ciężko mi się pisze na jego temat, wielu wie, że się znamy. Więc powiem tak – ktoś miał, a może to przypadek (?), przewrotny pomysł obsadzenia w roli manipulatora Tartuffe, właśnie aktora, który ma w dorobku filmową kreację prawego i „niezłomnego”, z różańcem w ręku wypełniającego swoją straceńczą, tragiczną misję. Co z tego wynikło można zobaczyć w Żeromskim. Sądzę, że warto.

Zapomniałem o orkiestrze w harcerskich mundurkach, dziewczynkach. Czy czasem nie zostały wprowadzone w sieć manipulacji? Kontroli? Pani Reżyserko…





niedziela, 18 lutego 2018

Nadsłuchiwanie - ani wiersz ani proza


Pamięci mojej babci
Stanisławy Sowińskiej,
nr 46499, 
więźnia niemieckiego obozu zagłady.


Tej nocy miałem sen. Wiem, że nie dam rady odtworzyć sennej logiki panującej w TAM. Nawet się nie będę starał. Skupię się na TYM co pamiętam i trochę na melodii języka. A pamiętam, (to taka próba racjonalizacji, zgodzimy się?), że zanim usnąłem oglądałem dokument o ostatnich pięciu latach życia Davida Bowie. Słuchałem jego ostatniej płyty – Blackstar. I… pomyślałem nawet WÓWCZAS, że nawet on musiał STĄD odejść.

Także we śnie słyszałem jego muzykę, zdaje się Lazarusa. Znalazłem się w jakiejś jadalni przypominającej szkolną (pamiętacie?), z takim okienkiem w ścianie, malowanej do „pasa” na zielono, błyszczącą farbą olejną, a od góry spadała na nas kredowa biel. Ale to nie ma znaczenia. Chyba była moja już kolej przy tym okienku, byłem właśnie „pierwszy”, a z kimś w tej kolejce rozmawiałem o śmierci.

- Widzisz – mówiłem nie wiem po co i komu, bo nie często się zwierzam z czegoś, chociaż robię wrażenie, że owszem – mój ojciec tak młodo umarł… Samobójstwo.

A na to, chyba jakaś pani, a może pan z drugiej strony okienka, widziałem tylko spracowane dłonie. Chyba kobieta jednak: – Nie mów o tym tak głośno… Bo tamta pani płacze…

Spojrzałem do środka przez to okienko. Stała tam w głębi, przy rzeźbionym we floresy, które także przeminęły, kredensie, przy blacie. Starannie uczesane siwe włosy. To moja babcia nr 46 499! Przeżyła niemiecki obóz zagłady. Tyfus. Leżała już naga w „trupiarni”. A nawet WTEDY prze-żyła jak się rzuciła na obozowe druty w Boże Narodzenie, po tym kiedy na placu apelowym na kilka różnych języków, na setki takich samych głosów, w ten nadzwyczajny mróz – śpiewali „Cichą noc” . Niestety, tak sądziła WÓWCZAS, nie wiadomo dlaczego wyłączono na ten wieczór prąd, a strażnik na wieżyczce z karabinem w dłoni, zagapił się na tę CHWILĘ. Przeżyła także „marsz śmierci”. I TAKŻE ten moment, kiedy już po wojnie, jej szpitalne koleżanki, włamały się cichą nocą do magazynu z jedzeniem, i jadły dotąd aż umarły z prze-jedzenia. (Piszę o tym, bo pewnie nie będę miał już drugiej okazji. Piszę dla Ciebie Ty, który przyszłaś po mnie).

Wspominała PÓŹNIEJ: „Zrozumiałam, że będę żyć. Że muszę żyć. Bo w domu, w Kielcach, czekali na mnie moi mali synowie. Wiedziałam, że jestem im potrzebna. Tyle lat byli bez matki”.

Kiedy ich znowu spotkała, chociaż byli nadal jeszcze dziećmi, to oczy mieli już ludzi dorosłych.

A w tym śnie… Stała przy ścianie, na której wisiała makata z napisem: „Pan Bóg kocha dziadki, które słuchają ojca i matki”. Rąbkiem fartucha ocierała łzy. Płakała, bo… syn posłuchał, a właśnie WTEDY nie powinien. Wygarnęła mu bowiem: „Jak masz tak pić i żyć tak jak dalej teraz… to lepiej żebyś….”. Przynajmniej jest taka na ten temat w mojej rodzinie opowieść. Ale we śnie milczała, tylko szloch wstrząsał jej okrąglutkim, babcinym ciałem. Zawsze mi się dziwiła, że nie chcę jeść. Dostała wnuczka niejadka… Niepłaczka… Ludzie jak można nie chcieć, po tym wszystkim, jeść! Jak można!

„Zjedz jeszcze jedno jajeczko! Zobacz to takie małe jajeczko, na miękko! Babcia prosi…”

Nie wiem dlaczego nie pobiegłem jej utulić w moich męskich ramionach. Jaki ja jestem oschły! A może już nie miałem ramion? Wiem, jak bolesne były dla niej te chwile przez te długie lata, kiedy sobie przypominała, że jej najmłodszy syn nie żyje, a syn jej syna  tylko trochę przypomina ojca. I głupio i nieszczerze się uśmiecha z tego powodu. I nie chce się przytulać.

W końcu, żeby już nie wspominać tej śmierci i śmierci innych dzieci, babcia KIEDYŚ postanowiła umrzeć. Kupiła trumnę i wstawiła do pokoju. Uszyła sobie na maszynie Singer, jej bliźniaczą siostrę karmicielce rodziny, czarną sukienkę. Pożegnała się. Także ze mną. Ale ja wyjechałem WTEDY. Nie wierzyłem, że odchodzi „naprawdę”. A ona. Ubrała się. Położyła i… umarła. Dotarło do mnie (WTEDY?), że to jednak już „na zawsze”.

- Przepraszam babciu, że rozgadałem się w moim śnie o tej śmierci ojca. Nie powinienem Ci tego przypominać. Może nazbyt długo nie zdawałem sobie sprawy, że ty nadal możesz nadsłuchiwać kroków. Jego kroków na schodach. Na ostatnim stopniu. Dźwięku naciśniętej OD TAMTEJ STRONY klamki.

niedziela, 14 stycznia 2018

Przepraszam czy płynie z nami Sternik?

Czy to zapowiedź zmiany paradygmatu w polskim teatrze, (czy tylko TA RZECZ pokazuje głębszy niż u innych twórców, etap rozwoju reżyserki i dramaturga)? Czyżby nadeszła era teatru, który już nie rezonuje i nie utrwala mainstreamowych „jedynie słusznych” matryc? Chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Korzystamy z wolności wyboru… Czytamy te same książki, skupiamy swoją uwagę na tych samych newsach, żyjemy emocjami związanymi z tymi samymi problemami – bo mamy też te same źródła informacji i te same kanały reakcji. Jesteśmy zatem świetnie poinformowani. I… Ale zamiast głębszej refleksji, chociażby zadania sobie pytania – kto jest tym, który nadaje i po co to nadaje, dryfujemy do kolejnego tematu, czy narzuconego nam filmiku.  Rok za rokiem. Popłaczemy sobie nad ściętym drzewem, skrzywdzonymi zwierzaczkami i dziećmi, obudzimy w sobie „słuszny gniew”, wyślemy złotych 2.46 esemesem na konta ratujących świat, pobiadolimy nad losem „uchodźców”, wyśmiejemy „spiskowe teorie”, a nawet w chwili heroizmu wstrzymamy na chwilę oddech, żeby nie produkować niepotrzebnie co2. Bo wiadomo, największy problem to jest to co2, bo to gaz niebezpieczny i zbędny. No i pytamy - jakie mamy granice? Jakie? Kim jesteśmy? I na pewno odkryjemy też nasze prawdziwe „ja”. I czym jest ludzkość. A może nie ma co odkrywać? Ale po drodze przynajmniej jeszcze się samozrealizujemy. Ok. Poironizowałem.

Zatem nic nowego o otaczającym nas świecie czego byśmy nie wiedzieli, my zebrani w kieleckim teatrze, nie powiedzieli nam twórcy „Ciemności” - dramaturg Paweł Demirski i reżyserka Monika Strzępka. Ale… chwała im za ten ich autorstwa spektakl.

Bo najważniejsze jest to, że pozwolili sobie na dyskretną krytykę absurdów poprawnościowo-politycznych dogmatów – takich jak postkolonializm, feminizm, nawet freudyzm oczywiście w lacanowskim ujęciu, z jego opowieściami o tzw. Innym, który jednak jak wynika z praktyki ma w d... dialog z nami i chce być takim jak „my”, czyli niektórzy „my” z „nas”. A „my” to oznacza klasę , która „ma”. I nie oszukujmy się, że takie „nasze klasy” nagle zniknęły wraz z dziewiętnastym, czy końcem dwudziestego wieku i tak łatwo znikną.

Spektakl „Ciemności” (nawiązuje do „Jądra ciemności”, powieści Józefa Korzeniowskiego, która zadaje wiele pytań w tym te o granice człowieczeństwa), zbudowany jest  z luźnych fragmentów, w których przenikają się dwa plany dziewiętnastowieczny i ten współczesny, całość łączy motyw podróży parostatkiem do miasta najbardziej mrocznego z mrocznych. Jego pasażerowie dwie pary; ta „kolonialna” i ta „postkolonialna” rozmawiają sobie o mechanizmach władzy, a także i o… sensie istnienia. Przez chwilę nawet gdzieś tam zza dymu z komina po freudowskim erosie, wyłania się nawet tanatos. Ale… zanim gdziekolwiek dotrą  ci wybrańcy losu muszą się jeszcze poborykać z oporem materii, która bywa niepokorna, uciążliwa i brudna.  Zabiera także cenny czas, choć i ten jest iluzją. I ci państwo choćby nawet twierdzili, że WSZYSTKO jest iluzją i „NIC nie ma sensu”, to jednak na koniec takich dociekań - ktoś „w końcu” musi IM podać te iluzoryczne poranne śniadanko, dobrze zaparzoną kawusię, ulubionego drinka, a kogoś trzeba przecież jeszcze „wyruchać”. A potem wszystko znowu traci sens… Do kolejnego ranka… I znowu kawusia, śniadanko, ruchanko… I owszem… świat jest pełen równości, ale… ZAWSZE BYŁ i  musi być ktoś mniej „równy”, ten kto to umie tak zrobić żeby statek jednak (w)płynął, ktoś kto musi pod pokładem ubrudzić się i sypnąć do paleniska szuflą węgla.

A może niewolnictwo przestało istnieć? Właśnie na terenach przez które przewaliła się wolnościowa „arabska zielona rewolucja” wymierzona w „tyranię” (i pokłady ropy miejscowych właścicieli, które właśnie zmieniły właściciela na tajemniczego nowego właściciela) - jak donoszą nieliczni korespondenci, odrodził się rynek handlu niewolnikami, kultywują go ci…, których my chcieliśmy wyzwolić od miejscowych satrapów. Ale… Ale powiedzmy w takim City of London to już nie ma niewolnictwa? Fakt nie ma. Jego starej formy - była mało elastyczna i nieopłacalna. Teraz jest „liberalizm”, a nawet „neo”, czyli wariacja oparta na „dłużnym” pieniądzu, tzn. elity elit produkują ten pieniądz z powietrza i... reszcie… pożyczają za sowity procent. Owszem, owszem… zawsze możesz „odmówić” pożyczki i „czegoś” szefowi, ale… Jest tylko to „ale”. Jest też wolność, „ale”. Jest i demokracja, „ale”. Jest godność człowieka „ale”. Jest i „sprawiedliwość „ale”.

W zasadzie my widzowie, wiedzieliśmy w jakim kierunku to WSZYSTKO w spektaklu płynie już po 10 minutach, ale postanowiłem zostać do końca, czerpiąc nawet uczucie ulgi, że nie zostanę już niczym „zaskoczony”, albo zaproszony do „zabawy”.  Mogłem się zatem długimi momentami cieszyć dowcipnym tekstem Demirskiego, a to teraz rzadkość, bo większość tzw. dramaturgów i dramaturżek produkuje, coś co tradycyjnie nazywało się grafomanią. Żeby jednak nie popaść w jakąś przesadę – nie oszukujmy się, że jeszcze ktoś kiedyś wystawi „Ciemności” w takim słownym opakowaniu, ponownie na scenie. Czasy Mrożków, Becketów już chyba minęły. (Tak nota bene autor tekstu skojarzył mi się z Krytyką Polityczną (wydawcą jego dramatów). Czy czasem to nie guru tego środowiska S.S., mający usta i szpalty pełne bitów słów o równości, nie zatrudniał u siebie na symboliczne „czarno” jak się mawia – dziewczynę, która sprzątała jego domostwo? Dziewczynę z „biednego kraju”?).

Jak pokazuje sztuka „Ciemności”,  rozważania o naturze zła, są rozważaniami, mechanizmy zła mechanizmami etc., ale zawsze ktoś chce żeby to jego obsłużono, a nie on sam siebie, żeby ktoś podał dobre jedzonko chociażby nawet wegańskie, a jak tradycyjne, to żeby ktoś „inny” zatłukł te zwierzęta i przerobił je na wykwintne befsztyki, żeby ktoś inny (bo my się brzydzimy przemocą, a i  mdlejemy na widok krwi, mamy też pacyfistyczne poglądy), trzymał jednak „porządek”. Bo porządek musi być.

A może znowu rewolucja? A czyż nie wywoła jej czasem, ktoś kto ma moc jej sfinansowania? To chyba zatem nie rewolucja… A może…
Jeśli komuś jeszcze chodzą po głowie mrzonki o tym, że trzeba uważać na kogo się głosuje przy urnie wyborczej, żeby znowu się np. jakiś „faszyzm” nie powtórzył, to chyba nieuważnie czytał Marka Twaina. A ten powiedział wyraźnie, że gdyby wybory mogły coś zmienić to by ich zabroniono.

Owszem elity elit niekiedy mają kilka uwag w kontekście „równych”… Po pierwsze żeby ci byli jak najdalej od nich, a jak już są, jak już muszą być, żeby zrobili co trzeba i zniknęli z oczu. A jako wyraz „demokratyzacji” współczesnego świata może łączyć elity z „równymi”, np. jakiś element ubioru, jakaś kurteczka przekomponowana przez znanych projektantów mody, wykonana rączkami dzieci z Wietnamu, z emblematem znanej marki, wbrew lekturze „No logo”.

O czym zatem może być ten spektakl? A może to rzecz o pozornie niespójnym dryfowaniu mas i Sterniku w tle. Ten stary podobno umarł, ale zanim umarł, trzeba było wymyślić system, który zagłuszy u tych sumienie, którzy je miewają, a tych jest nie tak znowu mało. Wymyślono zatem opowieści o „predystancji” i o silnych i silniejszych. A później o „rozumie”, który zawiódł, albo o braku „rozumu”, który przysnął i się coś „wyprodukowało” potwornego. Np. wyprodukował się jakiś Auschwitz. Sam zapewne.

Słabością tej propozycji jest jednak pytanie dokąd „idzie ta Europa”. Bo… Nie ma czegoś takiego jak Europa (podobnie nie „Europa” kolonizowała Afrykę, podbijały przecież elity Europy).  Europa to nie jakiś jeden organizm, czy raczej mechanizm, które jak się wydaje freudystom trzeba przejrzeć i może uda się „naprawić”. A jednak lepsza ta smutna wiedza o tym, że się nie da zrealizować utopii, niż brnięcie w szaleńcze iluzje.

O tym kto grał i że grała tylko dwójka (trójka?) „kieleckich” aktorów tutaj:

A tutaj moja opowieść o moim przyjacielu Dramanie. To jego przodkom odrąbywano ręce, za to, że pracowali za „wolno”.

http://bezprzeginania.blogspot.com/2013/01/draman-z-mali-ja-z-polski-z-kieszeniami.html


poniedziałek, 8 stycznia 2018

stalowe grzebienie. wiersz na rok 2018

(pokoleniu polskich hipisów)

kiedyś.

leniwie rozparci przy murku.

nikt nam nie zagrażał, a my mogliśmy wszystkim.
lubiliśmy tę władzę, ten zaułek. to było nasze pięć wieczności.

roiło się nam w głowach.
każdy z nas nosił wir energii pod błękitnymi jeansami,
nieco poniżej klamry w której odbijał się rój afrodyt.

i nawet stalowy grzbień nie był w stanie
przeczesać naszych myśli.

a o przechodzącym skurczonym sąsiedzie mówiliśmy z kpiną:
"ten łysy chuj" i "trzeba wyruchać jego żonę, babka jeszcze niczego sobie".


teraz i nam zgrzyta stalowy grzebień i rani nagie czaszki.
a żadna z nich nie stanie obok Gilgamesza, Rolanda.

a zamiast niecierpliwej ekspresji, uprawiamy ciche negocjacje:
"o bezbolesną resztę życia i lekką śmierć prosimy Cię Panie",


wiedząc już, że wieczna jest tylko prośba.