wtorek, 16 października 2018

Jeden krok



„…ani kawał powroza”

- Dużo pracuję. Naprawdę bardzo ciężko ćwiczę… Od tamtego czasu… Chcę znowu chodzić i już być z wami na zawsze – mówisz do mnie. I robisz dwa kroki. W moim kierunku. I kiedy wykonujesz kolejny na dowód tej uzyskanej sprawności, jedna noga, zresztą chudziutka i sztywna ugina Ci się i o mało co, nie upadasz małą główką na kamienie. Udaję, że tego nie zauważam. Na takie same kocie łby, jakie były na części podwórka  z mojego dzieciństwa. Wyślizgane przez czas kamienne czaszki. Z ich oczodołów wyrastały garstki zielonej trawy.
Jestem trochę przerażony, a w zasadzie rozczarowany, nic się w Tobie od tamtego czasu nie zmieniło, jesteś  nadal chwiejącym się wysuszonym szkielecikiem obciągniętym skórą. Nadal taki staruteńki. I patrzysz na mnie tym umęczonym wzrokiem. Myślę sobie – co jest k..? Miało być zupełnie inaczej. Miałeś być znowu mocny, zwarty, pełny i szybki jak wiatr. Co jest k…?! Ogarnia mnie smutek. Taki żal, że łkam i ten płacz mnie właśnie budzi.

Krzysztof Sowiński

PS. Uśpiliśmy go już przeszło trzy lata temu. Już nie widział. Nie słyszał. Nie poznawał nikogo. Miał często ataki lęku. Nie mógł już chodzić także na przednich łapkach. Nie chodził nawet już z czyjąś pomocą. Mógł tylko jeść. Więc go nakarmiliśmy. Jadł łapczywie. Ostatni raz wziąłem go na ręce i ostatni przeszliśmy już o zmroku wokół naszego budynku. Znaną mu najkrótszą trasą. Doktor powiedział, że tak będzie lepiej. Przyszedł do nas. Niestety pacjentowi pękały żyły i doktor wbił mu strzykawkę prosto w serce. Ustał oddech. Pomyśleliśmy – koniec.
Padał ulewny deszcz, a ON nieruchomo leżał przy naszych głowach. Szeptaliśmy do niego: „Już Cię nie boli biedaku… Nie boli… Nie bój się. Wszystko jest ok. Nie bój się. To zdaje się tylko śmierć. Umarłeś. I idź tam gdzie Cię prowadzi instynkt”. Tak do rana. Było słonecznie. Zawieźliśmy go i wsadziliśmy do mokrego dołu. I znowu powiedzieliśmy: „Nie bój się. Wszystko jest ok. Nie bój się. To zdaje się tylko śmierć. Umarłeś. I idź tam gdzie Cię prowadzi instynkt”. A tu się okazuje, że nigdzie nie poszedł. I, że cały czas był przy nas. I wciąż jest oddalony o jeden krok.

niedziela, 14 października 2018

"I śmiech niekiedy może być nauką"



„Szalone nożyczki” to dawno oczekiwany przez kielecką publiczność, spektakl  w reżyserii Jerzego Bończaka zrealizowany w Teatrze Żeromskiego. Bowiem widzowie mogą liczyć tym razem, po kilku praniach mózgów jakich doświadczyli w Kielcach, na dużą dawkę… rozrywki. Ma ta komedia kryminalna i swoje drugie mroczne dno, z którego niekoniecznie wszyscy jednak zdają sobie sprawę.


To sztuka z 1965 roku autorstwa Paula Portnera, przypomniana  w l. 70. XX wieku w USA. Jak się okazało od tego czasu jest grana na scenach całego świata i jest jedną z najbardziej popularnych propozycji teatralnych wszechczasów.

Warto się zastanowić jak ta w zasadzie przeciętna literacko propozycja, niezbyt oryginalna jeśli chodzi o intrygę i… nieco nudnawa, osnuta na banalnym wątku kryminalnym osiągnęła taki sukces. No jak? Jej fenomen polega na tym, że jest to pierwsza w historii sztuka interaktywna.

O co w tym chodzi? Po pierwsze ta propozycja, zgodnie z zaleceniem jej właścicieli, jest zawsze przykrajana (w ramach identyfikacji) do  miejscowej publiczności – stąd i w Kielcach padają ze sceny m.in. nazwy ulic, okolicznych miejscowości związane z tym miastem. Po drugie aktorzy w części drugiej wchodzą w dialog z publicznością, wykorzystując znany z wielu kryminałów schemat – polegający na tym, że prowadzący śledztwo policjant zatrzymuje wszystkich podejrzanych i rekonstruuje przebieg wypadków, ustalając kto mógł być mordercą. W tych działaniach przedstawiciel prawa zwraca się do publiczności.

To widzowie przypominają o pewnych wydarzeniach, których byli „świadkami” w części pierwszej. Reżyser musi przewidzieć te uwagi, czy pytania i na tę okoliczność skonstruować kilka alternatywnych mini scenariuszy. Zmusza to aktorów występujących w takiej propozycji nie tylko do wygłoszenia swojej kwestii, ale także do częstych improwizacji, bo jak wynika z historii dotychczasowych inscenizacji widzowie bywają w swoich pomysłach nieobliczalni. I to oni w końcu głosując decydują kto jest winny. Jak się okazało w Kielcach, różni widzowie wskazywali na… innego podejrzanego. Chętnie w tym uczestniczą, bo też… niczego nie ryzykują, nie są „gwałceni”, czy stawiani w roli oprawców (może co najwyżej dyskretnie ośmieszani) przez twórców przedstawienia, pozostają w strefie komfortu, mogą za to wyluzować się i błysnąć spostrzegawczością. I błyszczą.

Jak już napisałem mamy do czynienia z komedią, więc co rusz widzowie wybuchają zdrowych śmiechem, fakt niekoniecznie wszyscy w tych samych momentach.

Tzw. ludzkość doczekała się wielu sentencji związanych ze śmiechem. Jedni myśliciele chwalą tę czynność, inni jej nadmiar uważają za oznakę głupoty. „I śmiech niekiedy może być nauką,/ Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa” – pisał przed laty Ignacy Krasicki. W tej sztuce w Kielcach dość często ten „śmiech” natrząsa się jednak z osób. Jednym z głównych bohaterów tej propozycji jest Antoni (energetyczna rola Dawida Żłobińskiego), fryzjer gej. Twórcy spektaklu niemiłosiernie eksploatują stereotypy związane z wyobrażeniami o gejach. Niekiedy to przybiera postać dowcipów nie za wysokich lotów. Ale skoro sama persona Antoniego uważa te okoliczności za śmieszne, to i publiczność po jakiejś dłuższej chwili na zastanowienie się czy czasem „nie uprawiają śmiechu nienawiści”, albo jakiejś formy „gejofobii”, też coraz śmielej sobie porechotuje.

Śmieją się też aktorzy i widzowie z… ludzi z prowincji, a i śmieją ze stereotypu niezbyt lotnego policjanta niższej rangi (realistyczny Bartłomiej Cabaj, będzie z nim kreował tę postać na zmianę Łukasz Pruchniewicz), który zdradza milicyjny rodowód. Śmieją się też ludzie z żony (pokazująca pazur komediowy, w tej roli dawno niewidziana Teresa Bielińska, gra na zmianę z Joanną Kasperek), wpływowego lokalnego polityka, która ma inklinacje do kleptomanii. Fryzjerkę z wdziękiem i lekkością kreowała natomiast Beata Pszeniczna. Talent komediowy, łatwość w nawiązywaniu kontaktu  z publicznością pokazał także Andrzej Plata, w roli prowadzącego śledztwo komisarza. Był jeszcze Jacek Mąka, który jakby się zespolił z postacią, także podejrzanego o dokonanie zbrodni handlarza antykami. Wykorzystano także głosy Bogdana Gumowskiego i Marka Wtorka z Polskiego Radia w Kielcach. Tylko wciąż nie wiem, kto zagrał postać zamordowanej słynnej niegdyś pianistki.

Czuć było jednak w tym zabawę, odwieczną ulubioną zabawę elit (polskie też to lubią)… w panów z centrali i prostaczków z prowincji. Nieśmiertelna zabawa, która nawet doczekała się naukowych refleksji.

Aktorzy w kuluarach chwalili sobie pracę z Jerzym Bończakiem, chwalili jego profesjonalizm, precyzję z jaką, wykorzystując także swój talent aktorski, przekazywał swoje oczekiwania dotyczące kreowanych ról aktorom. Mogli sobie chwilę pograć, nawet jak już wspomnieliśmy, w określonych ramach, bo ramach, ale także po… improwizować.

W "Anatomy of Crticism" (1957) Northrop Frye omawiając problematykę związana z obecnością archetypów w literaturze, podsuwa wzorce fabularyzacji i nazywa je - mythoi. Według tego wzorzec romansowy potwierdza zwycięstwo dobra nad złem. Tragiczny – zła  nad dobrem. Satyryczny pokazuje panowanie zła i słabość człowieka. Komediowy – chwilowe pojednanie. To chwilowe pojednanie możemy dostrzec właśnie w „Szalonych nożyczkach”. Lubią to ludzie, zatem nagrody i festiwale (znając związane z tym praktyki i oczekiwania jurorów), nie będą udziałem tej propozycji, za to kielecki teatr zyskał maszynę do robienia frekwencji i dobrego wśród mieszkańców grodu wrażenia.

A teraz o niebezpieczeństwach płynących z tej sztuki. Była już grana tysiące razy i… utrwala niebezpieczny, wykorzystywany do manipulacji społecznej projekt… Antyplatoński projekt. Zdecydowanie sprzeczny z tradycją cywilizacji europejskiej, która jest ujawniana także chociażby w utworach giganta utworów kryminalnych Agathy Christie. Ta tradycja jest osadzona na prawie (o rzymskiej proweniencji), gdzie to śledczy na bazie faktów, rekonstruują przebieg wydarzeń, posługują się narzędziami logiki i dociekają tzw. prawdy. Ten spektakl propaguje inną wizję, gdzie pytanie o to co jest prawdziwe poddaje się głosowaniu. Zostawia się zatem przestrzeń do bełkotyzacji prawa i negocjuje prawdę, widzianą jako społecznie użyteczne narzędzie. A w takich okolicznościach głos  mędrca i głupca jest niestety liczony jednakowo. A głos manipulatora wielokrotnie.

Krzysztof Sowiński




niedziela, 16 września 2018

Neomarksistowski haram[1] i halal[2]

"Trzeba dyskutować o żydowsko-muzułmańskiej cywilizacji,
jako osi opozycji wobec cywilizacji chrześcijańskiej".

Slavoj Żiżek, ideolog, guru neomarksizmu


Fryderyk Nietzsche napisał, że nie ma faktów, są tylko interpretacje. Twórcy Bem! Powrót człowieka zwanego armatą poszli krok dalej, a nawet wprost przeciwnie. Wykazali na scenie kieleckiego Teatru Żeromskiego – że „dzieło sztuki”, już nie służy do zadawania pytań i tworzenia interpretacji, tylko… do zakomunikowania prostej dialektyki opartej na paru pojęciach „jak cepy”.

Niewiarygodnie nudną i infantylną diagnozę Polski przedstawiła spółka teatralnych, aktywistów politycznych, kooperacja Teatru Syrena w Warszawie, Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach oraz twórców z trupy Pożar w Burdelu. Po spektaklu 1946, wizji ideowych absolwentów liceum, teraz mamy wizję dyplomantów podstawówki imienia tego samego legendarnego Jacka K.

Na tekst tej propozycji składa się nie najwyższych lotów publicystka,  zlepek instrukcji podanych do wierzenia pospólstwu, który rezonowały przez lata tzw. lewicowe media (osobiście nie przyjmuję do wiadomości wewnątrz socjalistycznego podziału na lewicę i prawicę), w ramach tzw. pedagogiki wstydu, z powodu bycia… Polakiem. W założeniu, zdaje się to widowisko miało skompromitować tzw. patriotyzm i katoli. Ale czy może to zrobić używając frazesów – musical, którego wartością artystyczną jest to, że wszyscy nietaktownie „bzykają” głupoty do taktu?

Pretekstem  do wystawienia tego widowiska jest 100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę, ukazane przez pryzmat  postaci Józefa Bema. Na szczęście jednak nie mamy do czynienia z omszałą akademią. Na nieszczęście obcujemy… z nieustanną, mawiało się kiedyś – sztubacką zgrywą. Nawet z tych, którzy zapłacili cenę życia, za to, żeby dzisiejsze zgrywusy mogły się za publiczne pieniądze, pośmiać z kolegami (obserwowałem widownię). Bo głównie i to bardzo głośno śmiali się w czasie spektaklu licznie przybyli znajomi, występujących na scenie. Dostało się i śp. Piotrowi Szczerskiemu, który w ostatnim roku życia wystawił w Żeromskim Kordiana. Zapewne za to, że jego propozycja nie była… zgrywą. Tylko serio traktowała o nieustannym zagrożeniu, jakie wisi od wieków nad Polską – nizinie-drodze do niezmierzonych bogactw naturalnych na terenie Rosji, po które konsekwentnie sięga od dziesięcioleci tajemnicza ręka rynku, oferując w zamian szklane, zielone bity i kieszenie pełne „demokracji”.

W zasadzie Bemowi, przewodzi jedna "przewodnia" teza – Polska to nienormalność (prawda, że odkrywcze?), a polscy patrioci to hipokryci, prymitywne katolickie smutasy i cierpiętnicy, nawet obrzydliwi erotomani-zboczeńcy. Na scenie wyglądają jak bojownicy tzw. antify, tyle że na głowach mają biało-czerwone kominiarki i tych samych barw husarskie skrzydła. Oczywiście to brutale i na scenie kopią niewinnego, sympatycznego, przystojnego muzułmanina, „obcego”. A na dodatek oczywiście to typy egoistyczne, pozbawione empatii, zamiast jak inne „oświecone” kraje Europy Zachodniej powiedzieć: „Welcome refuges!”, „nie przyjęli” wraz z wrednymi nacjonalistycznymi Węgrami – „uchodźców”, w tym m.in. kilku milionów negroidalnych… Syryjczyków. „Uchodźcy” właśnie „ubogacają” nowych gospodarzy, powodując co rusz zamieszki. Ale te niepokoje, to tylko dzieją się dlatego, że ci ludzie znowu zostali „wykluczeni” przez Europejczyków – bowiem zamiast po luksusowej willi z basenem, ze służbą i porszaka na głowę – dostali tylko po miejscu do spania, wikt, opierunek i socjal. A np. niemieckie kobiety, jak dowodziła tamtejsza lewicowa „polityczka” – „wykluczają ich seksualnie”, toteż ci się słusznie wkurzyli np. w Kolonii i brali to co im się należy. Autorzy sztuki takie wykluczanie, zdaje się uważają za zbrodnię. I sięgając po zdobycze psychoanalizy Freuda (fakt trochę je czuć naftaliną), proponują terapię dla wszelkiej maści nazioli i naziolek, w tym polskich – uzdrowi ich jak sobie poswawolą. W ogóle świat się stanie „równiejszy”, jak wszyscy ze wszystkimi zaczną się „bzykać”. I w finale sztuki robi się frykcyjna atmosfera, radosna fiesta, a w stronę publiczności leci las poduszek, które są symbolem zacierania się granic w „(s)półkowaniu”.

Jeszcze o islamie. Na deskach w Kielcach jawi się jako radosny i „kolorowy”, „dżentelmeński”, a nawet „dżentelłumeński” – niczym sceny z głupawego serialu „Wspaniałe stulecie”. A nie system z haram i halal. Zastanawiałem się co może łączyć  neomarksistów z islamem? Oprócz tego, że na krótki czas głosy muzułmanów zapewnią tym pierwszym utrzymanie władzy. Jak wyliczają demografowie, za około 40 lat rządy w Europie przejmą (jeśli  nie tradycyjną siłą, to siłą „demokracji”) ludzie, którzy nie są wychowani na takich wartościach cywilizacji łacińskiej jak: jedna etyka i prawo dla wszystkich, tolerancja, demokracja, prawa zwierząt, człowieka, w tym także dla tych o różnej niż statystyczna orientacji seksualnej. A ta różna jest dla muzułmanów haram. A jak haram, to nie ma przeproś. Te dwie „religie”, tę świecką i nieświecką, łączy… zatem haram i halal – czyli zero-jedynkowy system nakazów i zakazów. W którym „autorytety” decydują, kto jest aktualnie „faszystą”, albo kto „niewierny”. Kto może być narodem, a kto musi być Europejczykiem… Kto może odwoływać się do swojej historii, a kto musi być „postępowy” i musi porzucić upiory „przeszłości” i śmiało patrzeć w jutrzenkę przyszłości… Młodzież jeszcze nie wie, że bez swojej historii, swoich prawd i zmyśleń są tylko przypadkowymi grupami ludźmi, z którymi można zrobić wszystko. Także zużyć w sprawie innej grupy, która… pielęgnuje swoją historię budując swoje świeckie świątynie.

Nietzsche dumny z polskich korzeni, do którego „filozofii podejrzeń” nawiązuje współczesna lewica, pisał tak:  „Kogóż najbardziej nienawidzę wśród dzisiejszej hołoty? Socjalistycznej hołoty, apostołów-czandalów, którzy podkopują instynkt, ochotę, uczucie zadowolenia robotnika ze swego małego istnienia – którzy zawistnym go czynią, którzy zemsty go uczą… Krzywda nie leży nigdy w nierówności praw, leży w roszczeniu sobie „równych” praw”.
Mam na koniec pytanie, czy kiedy w miejsce robotnik,  wstawimy pojęcie „wykluczony”, będzie to już „mowa nienawiści”?

Krzysztof Sowiński
Ps. Tutaj lista prac i płac: https://teatrzeromskiego.pl/spektakle/bem-musical-o-patriotach-i-renegatach



[1] „To co zakazane”.
[2] „To co nakazane”.

czwartek, 5 lipca 2018

Spektal "sezonu"

Zakończył się sezon teatralny w "Żeromskim". Wybrano "najlepszych aktorow". Super! Wg mnie najlepszym spektaklem minionego sezonu byl ten... Wystąpili gościnnie w Kielcach. A aktorem też ten... Fragment mojego starego tekstu.

"Dla mnie spektaklem numer jeden był „Pamiętnik wariata”, według tekstu Mikołaja Gogola, w reżyserii Viktora Bodo, Teatru Kantony z Budapesztu. Kunszt węgierskiego aktora Tamása Keresztesa, wgniótł nie tylko mnie w fotel, nie było w jego grze jednego „prywatnego” w jego interpretacji nie tylko gestu, ale nawet przyruchu. To niezwykle precyzyjny i pomysłowy pod każdym względem organizacji sceny, scenografii, muzyki, towarzyszących innych dźwięków etc. – pomysł na propozycję teatralną. Spektakl przypomniał mi dlaczego niekiedy w przeszłości podziwialiśmy aktorów – po prostu za profesjonalizm, o którym my przeciętniacy mogliśmy sobie tylko pomarzyć, za spotkanie z nienazwanym.
Na pewno nie za poszukiwanie na scenie przez twórców kolejnych szczebli tzw. samorealizacji, etapów psychoterapii, etapu dojrzewania od zera i przekraczania na scenie, z ideologicznego klucza, dawno przekroczonych tzw. tabu.

I jeszcze jedno - twórcy spektaklu zadziwili mnie niepomiernie jeszcze czymś szczególnym, zaufali – co teraz niezwykle rzadkie - tekstowi Gogola. Nie „poprawił” go jakiś kumpel, albo kumpela reżysera. No i dzięki twórcom tej propozycji odkryłem, że na okoliczność jakiś dwóch godzin - znam język węgierski, chociaż się go nigdy nie uczyłem! Zachwycił mnie ten węgierski. I jeszcze ten tekst Gogola… uświadamia jaka otchłań dzieli współczesnych polskich dramaturgów i dramaturżki i ich propozycje od dzieł paru klasyków, rów którego nie zasypią opowieści o tym, że dziś wszystko wolno, nawet uprawiać inteligentną grafomanię".

ks

niedziela, 17 czerwca 2018

Pot nie ma zapachu perfum



Czego się dowiedzieliśmy ze spektaklu Mai Kleczewskiej? Że ciała ludzkie, reprezentowane także i przez te aktorów rzadko bywają piękne? Że zamiast dreszczu zainteresowania i pożądania, budzą niekiedy ciarki abominacji i zażenowania? Że przeciętne męskie genitalia daleko odstają rozmiarami od tych, które prezentują gwiazdy porno? Że na damskich są włosy, a to owłosienie przy odpowiednim powiększeniu jawi się niczym Guliwer w krainie liliputów? Że można przebierać się w dowolne osobowości, w tym w inną płeć? A faceci dają radę chodzić w szpilkach i sukienkach?

I na koniec – że postmodernizm w zasadzie skrytykowany tak precyzyjnie i totalnie, zmiażdżony tak, że nic – wydaje się – z niego już nie zostało, nadal jest aktywnie rezonowany przez twórców?

A może cała ta droga poprzez ten spektakl, długimi momentami nużąca (zaprojektowano to nasze widza znużenie, czy też nie?) jest tylko po to, żeby pokazać rozwój i upadek „stylu”.  I żeby w finale sztuki powiedzieć może nie zbyt odkrywczo, ale szczerze wyrażając to tradycyjną metaforą – że nie ma co się „obcyndalać”; z życiem trzeba się wziąć za bary. A przy tej czynności można doznać dyskomfortu, zmęczyć się, zranić, a na pewno spocić. A pot nie ma zapachu ekskluzywnych perfum.

To zacznijmy od postmodernizmu.  Jego krytyki dokonał Edward O. Wilson w pracy pt. „Postomodernizm intelektualna czkawka Zachodu”. Wychodzi od tezy, że „myśliciele Oświecenia sądzili, że możemy poznać wszystko, radykalni postmoderniści uważają, że wszelka wiedza jest niemożliwa”.  Po czym stwierdza Wilson, że odwiecznie obserwujemy zmagania ładu z chaosem i to zawsze zwycięża jednak ten pierwszy.

Krytyki czołowych gwiazd postmodernizmu wykazując luki w ich rozumowaniu, a i brak wykształcenia skrywany za nowomową nurtu wykazali  Alan Sokal i Jean Bricmont w „Modnych bzdurach”.  O nonsensach, jakie tuzinami wychodziły spod klawiatury  Judith Butler nie raczyli nawet wspomnieć. Woleli krytykować m.in. guru, czy nadguru, słowem równiejszego spośród równych; Deridę.

Miazgi postmodernizmu, na poziomie którego nie może zlekceważyć nikt, kogo interesuje problem poznania, dokonał Jordan B Peterson. Wyszedł od główniej przesłanki kierunku: „Istnieje nieskończenie wiele sposobów na interpretację skończonego zestawu zjawisk”. I trzeba tutaj przyznać „prawdę” „ojcom” postmodernizmu Derridzie i Foucault. Zauważmy przy okazji, że filozofowie ci skonstruowali sprytne narzędzie – przy pomocy którego można zaatakować nieskończenie wiele możliwości interpretacji czegokolwiek. Bowiem każdy z nas może wysnuć wniosek, że żadna z tych interpretacji nie powinna być uprzywilejowana wobec innych.  „Sęk w tym, że to nieprawda” – unieważnia dogmat Peterson. Zatem „postmodernizm ma rację w głównym założeniu lecz myli się, w drugorzędnym”. I, że chociaż – dodaje filozof – jest nieskończenie wiele interpretacji świata, to jednak nie istnieje  równie wiele wykonalnych interpretacji świata. Decyduje ewolucja, która z interpretacji jest wykonalna – „poprzez zabicie wszystkiego co interpretuje świat na tyle źle, żeby umrzeć”. Słowem wykonalne interpretacje to te, które pozwalają nam przeżyć. Musieliśmy przekazać też geny, które to umożliwiają. To śmierć jest rozwiązaniem problemu interpretacji. (Kto jak kto, ale – nie łudźmy się – to jak wynika z praktyki, to m.in. wielu reżyserów teatralnych doskonale zna tę prawdę i zawsze odnajdzie właściwą interpretację, która prowadzi do źródeł przetrwania, a nawet daje „co nieco” więcej). Jak dodaje profesor – „Twoja interpretacja powinna cię uchronić przez cierpieniem i śmiercią”.  Konkluzja ogólna – decyduje zatem sama natura, a nie „konstrukt społeczny”. Współdziałanie i rywalizacja z innymi też ograniczają liczbę interpretacji świata, przynajmniej przez jakiś czas. W tym momencie pojawiają się także jakieś cele.

W dziwny alians postmodernizm na tym etapie wchodzi z neomarksizmem. Naczelną zasadą starego marksizmu jest spoglądanie na świat poprzez pryzmat oprawców i ofiar. Tę zasadę, tę interpretację świata postmodernizm przyjmuje jako… jedną z ważniejszych interpretacji. Co jest już paradoksem samym w sobie. Walkę burżuazji z proletariatem w neomarksizmie zastąpiono walką między grupami tożsamości, opresyjnej tłuszczy z „wykluczonymi”.

Tym problemem właśnie zajmuje się reżyser Kleczewska w najnowszym spektaklu Teatru Żeromskiego w Kielcach zatytułowanym „Jak wam się podoba”, jak napisano w materiałach promocyjnych towarzyszących wydarzeniu – opartym na sztuce W. Szekspira. Oczywiście Szekspirowi w tej realizacji „pomagał” jak mógł dramaturg Łukasz Chotkowski. Głównie wspomógł tego angielskiego pisarczyka wulgaryzmami osadzonymi w tradycji języka polskiego.

Na scenie pojawiają się kolejno „wykluczeni” – niedorozwinięta osoba, „obiekt” polowania pedofila, przemocy domowej i inne persony o ustalonej i nieustalonej płci. Wszyscy oczywiście są czyimiś ofiarami. Każda  z nich może wykorzystać na okoliczność wypowiedzenia się scenę teatralną jak kozetkę freudowskiego psychoanalityka. Zaciera się granica między faktem, a zmyśleniem, między odgrywaną rolą, a życiem prywatnym, między grą, a osobistymi emocjami. Na dodatek „akcja” na scenie jest egzemplifikowana prywatnymi filmikami jednej z aktorek z rodzinnego „albumu”, a podkład muzyczny i odpowiednia manipulacja kadrami – powodują, że ze sceny momentami wieje grozą – że plenią się w umysłach widzów koszmarne interpretacje.

Nie chce mi się pisać o gender. Tyle razy już zasadnie to zjawisko krytykowano. Ograniczę się do jednego – jeśli rzeczywiście płeć jest konstruktem kulturowym (pomijając „drobiazgi” natury biologicznej), to… Czy – mówiąc za Petersonem – głos lewicy i nie jest tożsamy z głosem tzw. radykalnej prawicy – która chciałaby leczyć np. osoby homoseksualne? Przecież lewica chce „leczyć”  z „faszyzmu”,  „homofobii”, a ostatnio nawet z „islamofobii”? Zastanówcie się  twórcy… Zanim władzy nie przejmie kapryśny towarzysz mauser.
Zresztą „poprawność polityczną” unieważnili na kieleckiej scenie sami aktorzy, kiedy „po” domagali się na scenie obecności Kleczewskiej, krzycząc; „reżyser”.

Profesor Ryszard Legutko napisał: „Czytanie tekstów postmodernistycznych średniaków piszących do rozmaitych czasopism literaturoznawczych czy quasi-filozoficznych należy do najnudniejszych zajęć intelektualnych, gdzie element niespodzianki jest całkowicie wykluczony”.

Ile było tych niespodzianek w tej propozycji? Czy pisząc o najnowszej sztuce Kleczewskiej powinienem słowo tekst zamienić na spektakl? Może bym to zrobił, gdyby nie ostatnie jakieś 20 minut widowiska. Oto każdy bohater „spojrzał” w lustro (Lacanowskie?) i znalazł do zapasów przeciwnika. Swoje, jakieś „swoje”. Nie chcę celowo pisać o jakimś „ego”, czy innych jego wariantach.  To „swoje”, zagrali sportowcy, zapaśnicy z LKS Znicz Chęciny. To oni zmusili – swoich  aktorskich odpowiedników do blisko 20 minutowej walki. Mimo, że konfrontacja była „na niby” – jak obserwowałem – niektórzy aktorzy byli bliscy „zejścia”. To w takich momentach, walki, totalnego zmęczenia człowiek sobie  uświadamia bez słów, co jest czym i czym nie jest.  Co bywa istotne. To w takich momentach hołubione abstrakty tracą swoją pozycję dominanta. A my „coś” poznajemy – „coś” co trudno zwerbalizować.  „Coś” co nie da się zwerbalizować. „Coś” o czym można wymienić wiedzę, ale tylko z kimś, który „coś” doświadczył. „Coś” o czym się będzie mówić do końca prze-trwania. „Coś" o czym można tylko pomilczeć. Warunkiem uruchomienia tego jest wola działania i zwykła szczerość.

O fascynacjach reżyserki kodami popkultury nie będę pisał. Na pewno napisze ktoś inny.

Napiszę za to jeszcze kilka zdań o grze wybranych aktorów.

Bartłomiej Cabaj zagrał Orlando. Miałem kontakt nie raz i nie dwa z osobami upośledzonymi, udanie imitował jedną z nich. Chwała mu za to. Za umiejętność podpatrywania rzeczywistości. To wielka zaleta.

Jego brata Oliwiera kreował Wojciech Niemczyk. Jest to postać, szorstkiego „kibola”.  Main stream, który czuje, że takie figury są trudne do zmanipulowania potrafi je stygmatyzować z wielką regularnością i siłą. Są zatem umniejszane także i na scenie. Scenie, która współbrzmi z main streamem, a zdaje się nie powinna.  Jak się okazuje Wojciech Niemczyk potrafi „chodzić” nie tylko we fraku, ale i wyśmiewanym przez „elitę” dresie z kilkoma paskami na rękawach. To on otwierał spektakl i go kończył – zapewne dzięki sprawności fizycznej najdłużej wytrwał na „macie”. To aktor u którego nie pierwszy raz podziwiam – skupienie, precyzję i… szacunek do widza.

Niemałe wrażenie robi Kamil Studnicki (Amiens). Jest nawet jak na mój gust nazbyt realny. Nie wiem czy tylko dzięki charakteryzacji, czy także własnej umiejętności ogniskowania energii. Okaże się. Do tego w tym małym ciele (och… Boże, czy go to „wyklucza”, czy wprost przeciwnie „wklucza”? Oto jest pytanie) tkwi wielki wokal. Jakoś mi się skojarzył z młodym Tadeuszem Łomnickim z „Niewinnych czarodziei”.
k.s.
p.s.

Link do książki A. Sokala: https://fptbsp.files.wordpress.com/2011/04/modne-bzdury-a-sokal-j-bricmont1.pdf
Do artykułu R. Legutko: http://www.ipsir.uw.edu.pl/UserFiles/File/Katedra_Socjologii_Norm/TEKSTY/RLegutko_Postmodernizm.pdf


niedziela, 22 kwietnia 2018

Roz-pętlenie



„Z Przemyśla do Przeszowy” i „Teraz” – to dwie mało znane sztuki pióra Aleksandra Fredry, które można zobaczyć od TERAZ w Teatrze Żeromskiego. Wyreżyserował jej znany w Polsce od kilkudziesięciu lat operator filmowy, reżyser światła i multimediów i twórca teatralny Mikołaj Grabowski. Na szczęście nie silił się na „przełamujące tabu” odczytanie tekstu dawnego autora, za to pozostał wierny staroświeckiej „intencji autora”. Po prostu zrobił co swoje. Co trzeba. I tyle ile trzeba.

Na deskach kieleckiego teatru pokazuje nam innego Fredrę, nie tego od „Zemsty” i „Ślubów panieńskich”, do którego przyzwyczailiśmy się, ale Fredrę bystrego, choć nie oskarżającego i nie wbijającego w poczucie winy, obserwatora  ludzkich charakterów. Za życia pisarzowi zarzucano, co zrozumiałe w jego epoce, że jego sztuki nie są zbyt głębokie i nie poruszają problematyki patriotycznej. W późnym okresie, kiedy pisał także i te dwie już wspomniane, zmienił swoją sztukę pisarską  – zamiast umownej konwencji komediowej jakiej oczekiwał ówczesny odbiorca, mającej nikły związek z rzeczywistością, wprowadził do swoich tekstów… realizm, na dodatek krytyczny, ale nie tendencyjny. Jego komedie tracą swoje lukrowane opakowanie. Za to pojawiają się w nich gorzkie, jak już jesteśmy w kręgu metafor kulinarnych, refleksje na temat kondycji człowieka równoległego Fredrze.

Grabowski pokazuje jednak, że ci ludzie z epoki autora „Teraz”, jak się współczesny odbiorca już oswoi z tamtym językiem pełnym konwenansów i obyczajów, co zresztą trwa tylko chwilę -  dostrzeże, że tamte figury, nie różnią się aż tak bardzo jak chcielibyśmy wierzyć - od wielu ludzi współczesnych. A okazją do wykazania tego są banalne, ale istotne w perspektywie osobistej, sytuacje jakie zdarzają się w każdej epoce – rozwód, gry, które prowadzą ze sobą rozstający się rodzice, do których wykorzystują wspólnie spłodzonego potomka, interesowność, koniunkturalizm i na dodatek  pragmatyzm w stylu o który byśmy nigdy – w swojej większości - nie podejrzewali 19. wieku. To nam się wydaje, że to dopiero teraz chwieje się system wartości z wielu nas.  Że teraz w to miejsce pojawia się np. kult pieniądza. A tu już u Fredry mamy zapowiedź… dominacji korporacjonizmu, bezwzględnego rynku finansowego, który wszystko relatywizuje i wszystko poddaje wątpliwości (nazywa ponowoczesnością) oprócz samego siebie. Sobie przydaje atrybuty nieuniknionego heglowskiego postępu, w którym zajmuje miejsce dawnych państw.

Na dodatek Fredro dyskretnie pokazuje dawną kulturę, która szybciej niż sądzili jej użytkownicy, już odchodzi. Pojawiają się bowiem nowe wynalazki, pozornie zmniejszające tylko odległości – kolej żelazną i telegraf – a w istocie budujące nowe nośne metafory opisujące dotychczasowy świat. Zmienia się ludzkie życie – zwłaszcza postrzeganie czasu, którego symbolem jest na scenie zap…. jak obłąkane wskazówki ściennego zegara.

Jest też smutna i wesoła wiadomość płynąca z tego spektaklu – ludzie się nie zmieniają. Jesteśmy zapętleni i tylko sami od czasu do czasu swoim osobistym wysiłkiem od-pętlamy siebie i „się”. I takie zmiany nie bywają skutkiem działań inżynierów społecznych.

Na koniec, jak się okazuje, co jest bardzo cenne, mamy kogoś od refleksji typu Gogolowskiego.

Gratkę mieli i aktorzy, mogli się ubrać w kostiumy i sobie pograć, zamiast pokazywać na scenie „swoje wnętrze”, czy „swoją osobowość”. Wystąpili także ci dawno niewidziani na kieleckiej scenie – Mirosław Bieliński, Janusz Głogowski, Beata Pszeniczna, Łukasz Pruchniewicz. Także Andrzej Plata. Miło było i ich także widzieć odnalezionych w akcji.

niedziela, 25 lutego 2018

Metaświętoszek?



„Świętoszek” w Żeromskim to polski debiut Ewy Rucińskiej, reżyserki tzw. nowego pokolenia. I dzięki wielosieczności tekstu Moliera, która ujawniła się na scenie, być może nawet wbrew woli reżyserki, ten start jest udany. Ba… Taki rodzaj spektaklu był od jakiegoś czasu nawet oczekiwany. I choć jest „utkany” według znanego wzoru, otworzył wiele możliwych perspektyw odczytania. A to już w dzisiejszym teatrze przecież nie mało. Zaproponuję zatem moje.

A jest ono m.in. sprowokowane tekstem pióra kulturoznawcy Jana Sowy, zawartym w Gazecie Teatralnej towarzyszącej premierze. Zabawnie i strasznie zarazem jest słyszeć rozczarowanie płynące ze środowiska ludzi, którzy przez ostatnie kilkadziesiąt lat zwalczało i tresowało w poprawności politycznej polskich „katoli”. Wykazywało anachroniczność ich wiary, która nie jest – jak dowodzi socjolog – w żadnym razie „ostoją całości oraz pewności”. By w końcu zamiast się ucieszyć, co by było zrozumiałe  – „zapłakało”, konstatując – oto „jesteśmy” (czyli Oni są) krajem bardziej „pogańskim niż chrześcijańskim”. Dlaczego płacz, rozczarowanie i zapowiedź dalszej „pracy” nad opornymi? Bo… w większości odmówiliśmy gościny muzułmańskim „uchodźcom”. Nie spodobali się „środowiskom” Polacy, co wolą jednak pracować dla siebie, a nie na obcych i jednak groźnych dla naszej cywilizacji ludzi. (Obcy, biegnę z wyjaśnieniem, to taka figura, pomagająca w kontroli mających inne na istotne tematy zdanie, niż „elity”, niekiedy w podobnym miejscu pojawia się inna figura retoryczna tzw. populizm). A może ta decyzja większości Polaków nazywa się  pragmatyzmem?  I czy czasem nie powinno się pogratulować mieszkańcom kraju także nad Silnicą, że idąc tropem św. Augustyna potrafili oddzielić sprawy wiary od spraw rozumu? A może pomogę i przypomnę za Einsteinem, że głupotą jest robić wciąż to samo i tak samo, oczekując innych rezultatów. Przybysze bowiem nie wiadomo dlaczego (a może wiadomo?), chcą zawsze w każdym miejscu stwarzać opresyjny świat który opuścili, niestety wciągając w to autochtonów…

A przy okazji… Warto wspomnieć także, że chrześcijaństwo wysoko ceni sobie… roztropność. "Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. (...) Roztropność jest "prawą zasadą działania", za Arystotelesem pisze jeden z ojców kościoła zwany św. Tomaszem.  A „człowieka roztropnego (mądrego) charakteryzuje przenikliwość i przewidywanie” – można wyczytać w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Tyle cytatów.

Propozycja Ewy Rucińskiej  jest być także narracją o… braku… roztropności. Przynajmniej jest taka dla mnie w tej chwili. Na szczęście ta rzecz nie jest łopatologiczną krytyką chrześcijańskiej hipokryzji.  Pozwala nam to zatem pospekulować na temat Moliera. Np.  jakby się zachował dziś… Byłby kimś w rodzaju  pisarza Michela Houellebecqa, z jego „Uległością”? Pokazałby, że w miejsce wypieranych religii, pojawiają się inne – np. te świeckie, ze swoimi dogmatami jak np. neomarksizm?  (A czy zamiast posążka Maryi postawiłby na scenie – popiersia Spinnellego i Gramsciego?)  Pokazałby, że te dogmaty podane „ludowi”, to tylko narzędzie manipulacji, użyte do ich kontroli… Do zdobycia i utrzymania władzy. O tę kontrolę i o to kto kontroluje pyta dramatycznie w kontekście tego spektaklu jego autorka. Cóż.. przywilej młodości. Ale o tym później.  Czy raczej podzielałby Molier poglądy ludzi pokroju cytowanego socjologa?

Teraz kilka zdań o tej mojej interpretacji. Do domu Orgona przybywa, człowiek znikąd chciałoby się powiedzieć „uchodźca” – Tartuffe. Potrafi manipulować nowym środowiskiem, odwołuje się do jego dogmatów – zwłaszcza miłosierdzia i pojęcia grzechu, chociaż nie podziela tego systemu wartości. Ba.. Nawet nim gardzi i uważa to za zachowania ludzi słabych. Zyskuje zaufanie. Przejmuje  majątek gospodarza,  gwałci jego żonę Elmirę i symbole tego świata (scena na „kratce”). By w końcu z „gościa” stać się właścicielem majątku i przy pomocy „pożytecznych idiotów” i hipokrytów (Pan Układny) narzucić dyktat także prawny dawnym mieszkańcom, czyni ich „uchodźcami” we własnym kraju, unieważnia jego historię, świętości i mity.

Jak to wszystko możliwe? Przecież intryga – widzimy to – jest szyta aż nazbyt grubymi nićmi… Uwłacza elementarnej logice, sprawiedliwości i przyzwoitości. A od czego jest propaganda? Od czego?! Dzieje się to wszystko, w imię kolportowanego domniemanego „kryzysu” wartości, w imię opowieści o degeneracji sytych, chociaż widzimy, że „syte” są tylko „elity”, w imię likwidacji opresyjnego systemu patriarchalnego, w imię utopi postępu i zmiany.  A cóż dostajemy za to? To samo… Tylko w wersji z którą nie da się już dialogować. W wersji, która być może dojrzeje do tolerancji za kilkaset lat, a może nigdy… Ba… Nawet wszystkim tym ruchom przyklaskują seniorzy typu Pani Perelle.  Przez moment wydaje, że ten absurd przerwie nowe pokolenie reprezentowane przez Walerego, ten gdzieś pod dresem przez moment poczuł, że ma nawet, coś co nasi przodkowie nazywali „jajami”, ale gdzieś się gubi w swoim własnym światku, zawiesza... Nawet Marianna zamienia „narzucony” przez ojca strój harcerki (militarny), na nowy niby wolnościowy, a jednak precyzyjnie zaprojektowany dla  takich jak ona  uniform i ulega… syndromowi sztokholmskiemu. Brutalna siła jest bowiem… pociągająca.

Reżyserka Ewa Rucińska na szczęście, jak to czyni już niewielu nic nie „dośpiewała” do tekstu Moliera. Chwała jej za to. Zrezygnowała tylko z pewnej partii tekstu, warto osobiście zobaczyć z której. Okazało się, że ten stary Molier w nowym „silnicznym” i ślicznym opakowaniu jednak się obronił.

A… i obiecana kontrola. Kto kontroluje? Jak masz jakiekolwiek i kiedykolwiek wątpliwości – zawsze idź jak podpowiadają mądrzy – śladem pieniędzy. Kontroluje ten, u którego po „rewolucji” znajdziemy zagubiony kuferek ze złotem poprzednich właścicieli. Proste? Prawda?

Teraz z gry aktorów. Okazuje się, że ja też mogę podziwiać kreacje Magdy Grąziowskiej,  zwłaszcza kiedy narzuci się jej precyzyjne granice roli. Jej Elmira jest równie zblazowana, co i tragiczna. Justyna Janowska – świetnie rozegrała słowem i ruchem, postać rodzinnej pacynki Marianny. To niewolnica patriarchy, czy tylko swojego umysłu? Ta scena z jej udziałem zapada w pamięć, także i przez to, że rozgrywa się na przekór grawitacji. Bartłomiej Cabaj… Wiem… Nadużywam słowa – wiarygodny, ale oglądam jego rolę po raz kolejny i jakoś mi teraz, to do niego pasuje. Edward Janaszek (Molier, Kleant), Jacek Mąka (Orgon) i Beata Wojciechowska (Pani Pernelle) – nie… nie wypominam wieku… Przypominam tylko ich warsztat (chyba nie lubię tego słowa, kojarzy mi się ze smutnym stolarzem Józefem, chodzi mi o tzw. kulturę teatralną, świadomość technik i konwencji, czyli pozbywanie się na scenie rzeczy… zbędnych), nienaganną dykcję  i  myślę, że… to już się nie wróci. Nie wiem jeszcze czy ze smutkiem. Dawid Żłobiński (snuje się w masce przez pół spektaklu, przestawia krzesła etc.), ale kiedy ma „swoje” jako Pan Układny jak często – porywa. Jeszcze Jakub Sasak, jako współczesny Walery. Bez tej kreacji nie byłoby transferu Moliera z czasów dawnych na te dzisiejsze – hiphopowa artykulacja tekstu dawnego mistrza i gest, który temu towarzyszy wciągają i bawią. Czy wszyscy już? Nie. Antonina Antoniewicz, fascynuje jako buntownicza i sprytna Doryna. Przypomina ta postać różniej maści współczesne aktywistki-hipokrytki. I na koniec Wojciech Niemczyk… Ciężko mi się pisze na jego temat, wielu wie, że się znamy. Więc powiem tak – ktoś miał, a może to przypadek (?), przewrotny pomysł obsadzenia w roli manipulatora Tartuffe, właśnie aktora, który ma w dorobku filmową kreację prawego i „niezłomnego”, z różańcem w ręku wypełniającego swoją straceńczą, tragiczną misję. Co z tego wynikło można zobaczyć w Żeromskim. Sądzę, że warto.

Zapomniałem o orkiestrze w harcerskich mundurkach, dziewczynkach. Czy czasem nie zostały wprowadzone w sieć manipulacji? Kontroli? Pani Reżyserko…