poniedziałek, 14 grudnia 2015

„O tym, na czym naprawdę mi zależy [...] nie ma i nie będzie żadnego mego pisma”


Obchody "40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego" dobiegły końca, poinformowały pod koniec listopada tego roku media. Ogarnął mnie smutek. Zakończyła się pewna epoka. Ale nie tylko w sensie czasu, propozycji artystycznych, ale zasadniczo w sensie kontynuacji pewnego rodzaju myślenia – o świecie, ludziach i twórczości. Bliskiego Piotrowi, jak sądzę myślenia, będącego niezbędnym składnikiem wolności osobistej i wolności możliwej dla innych.
W teatrze pokazano kilka spektakli w reżyserii Piotra Szczerskiego, pojawiła się książka na jego temat, wiele osób na różnych spotkaniach zabrało głos w kontekście artysty. Ale mam odczucie, że ledwo dotknęliśmy zjawiska kulturowego jakim w Kielcach (bo Kielce mnie teraz interesują) był Piotr Szczerski. I, że ten obraz będziemy jeszcze długo składać. A i że czas tutaj będzie niezbędnym elementem.
Oczywiście jak to zwykle bywa przy takich okazjach – kiedy odchodzi nietuzinkowy człowiek – pojawiały się rzesze ludzi, którzy najwięcej o Piotrze wiedzą, byli z nim najmocniej związani, znali jego zakamarki myśli. Byli źródłem sensownych rad. A w głosie niektórych słychać było przyganę, tyle razy go „zjechałem” i gdyby mnie bardziej słuchał... Nie ganię tego. Często przy takiej okazji wielu próbuje zaistnieć publicznie, przypomnieć o swoim żywocie, podleczyć swoje kompleksy, pogłaskać swoje ego, ogrzać się przy Tym, który miał odwagę - robił coś, raz mu wychodziło lepiej, innym razem gorzej. Artyści bowiem porzucają wygodną rolę krytyka i sami się mierzą z żywiołem życia i wystawiają na cudze oceny. Za tę odwagę wieczna im chwała. Ci pozostawieni przez artystów - są jakby ułomnym lustrem, ale i w to warto także spojrzeć, żeby zobaczyć - w tym przypadku - ile w takich miejscach zostało z Piotra.
Wspomnę też, bo to ważne dla nas tutaj na tym skrawku globu, na którym coraz trudniej o jakieś bezpieczne miejsce, bo po każde wyciągają swoje ręce globalni uzurpatorzy - to co już powiedziałem wcześniej: „Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Piotr sięgał do myślenia, które tkwiło w korzeniach kultury grecko-rzymsko-chrześcijańskiej. Myślenia, które początek ma w systemie edukacji, gdzie nauka zwana logiką byłą czymś oczywistym (Piotr przeszedł przez tę szkołę). Myślenia opartego na propozycji Platona, wobec którego jak powiedział Whitehead, reszta to tylko przypisy i komentarze.
Carl Popper zarzucał Platonowi tworzenie „społeczeństwa zamkniętego”. A jednak przecież ostatnia rzecz jaką można powiedzieć o teatrze Piotra, który zaakceptował podział świata na ten duchowy i materialny - to taka, że tworzył teatr „zamknięty”. Zwłaszcza dla widza.
Myślenia, którego narzędziem są prawa logiki. Myślenia, które było oparte na naturalnej hierarchii (nawet starsi wiekiem mówili w teatrze niekiedy o Piotrze - „Stary to...”, „Stary tamto...” - nawiązując z własnej woli – do nienarzuconego przez nikogo patriarchalnego modelu, w którym Piotr był ojcem, owszem niekiedy surowym), a jego konsekwencją jest cywilizacja jednej tylko etyki dla wszystkich. Myślenia, które umożliwia osobistą drogę, osobiste wybory i jest naturalną obroną przed zmasowaną propagandą. Przed światem w którym człowiekowi podaje się obraz wykreowanej rzeczywistości, zamiast niej samej. Takie myślenie – ok... jest owszem często nielinearne, jak bywa u ludzi - porwane, niekiedy porzucane na długo. Ale jest myśleniem, które daje możliwość rzeczywistego sprzeciwu i buntu, (a nie tego pozornego jak to często teraz u twórców bywa) – było obecne u Piotra i tego będzie mi brakować.
Ale pointa jest taka - jakbyśmy się nie starali tutaj, to obraz Piotra będzie niepełny. Zostają nam tylko wspomnienia i spekulacje. Być może za ważne trzeba uznać, to co napisał Platon: „O tym, na czym naprawdę mi zależy [...] nie ma i nie będzie żadnego mego pisma, bo nie jest to racjonalne, jak matematyka, i nie daje się ująć w słowa. Ale gdy długo zmagałeś się z rzeczą, nagle zapala się w duszy jakby światło”.
Krzysztof Sowiński



wtorek, 8 grudnia 2015

Między sztucznymi i prawdziwymi dreszczami

Oglądanie takich sztuk, ma coś z tej atmosfery, kiedy po raz setny, w swoim bezpiecznym na tę chwilę światku gdzie stoi telewizor, oglądamy ulubioną ramotę sprzed pół wieku. Znamy już wszystkie dialogi na pamięć, podziwiamy wykwintną, trzeszczącą od konwencji grę i klasę aktorów. Jesteśmy świadomi zabiegów reżysera. I... i nie możemy doczekać się kolejnej sceny. Podobnie jest z najnowszą propozycją Teatru Żeromskiego "Wrócę przed północą" Petera Colley'a w reżyserii Mirosława Bielińskiego.


Niby to jest horroro-komedia, ale kto by się tam na serio przestraszył. Peter Colley, autor dramatu, a za nim Mirosław Bieliński, co chwila podważają „fizyczny” udział widzów w tej propozycji, szanując naszą prywatność i ukryte motywacje z którymi przyszliśmy do teatru. I... Gra z...
konwencją. Wszystko ujęte jest dyskretnie w cudzysłów, a może nawet dwa – jeden w drugim.


Mirek Bieliński z przymrużeniem oka, bierze na warsztat uwagi z recepty mistrza Alfreda Hitchocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”.
U kieleckiego reżysera w zasadzie rzecz zaczyna się od... wybuchu piecyka w domu, do którego właśnie wprowadziła się niby zwykła para: ona - Jenny Sanderson kobieta z problemami psychicznymi (w tej roli Ewelina Gronowska) i on - jej mąż Greg Sanderson, safandułowaty niespełniony naukowiec, specjalista od kamieni (Łukasz Pruchniewicz). Kamieni, które wciąż jak życie wymykają się próbom, w najmniej odpowiednim momencie, kontrolowanej destrukcji i... niepokojąco sygnalizują przewrotną naturę przeciętniaka Grega.
Jest tu wszystko czego potrzebujemy – dom z mroczną historią na odludziu, drobnomieszczańskie problemy, nawyki i rytuały. Do tego jest - znowu pozornie zwyczajny, nieco chamowaty sąsiad George Willowboy (Janusz Głogowski), na dodatek trafia tam też, jak się okazuje (niby) siostra Grega – Laura Sanderson (Beata Wojciechowska). Zaciska się przestrzeń i czas.
Wydaje się, że może to być dramat „wykluczenia”, o sprawę którego swoje kopie ścierał
w zaściankowej Polsce, w swoim czasie prof. Jan Hartman. Oto Grega i jego siostrę łączy ukrywane nie tylko uczucie. A tu żona Grega Jenny stoi na przeszkodzie tej starej miłości, która „niezardzewiała”.
Wydawało się, że Bieliński, mawiało się stary wyga - w końcu zwąchał gdzie są przychylne: recenzje, festiwale, nagrody i pochwały, przekraczające ramy naszej wioski. Czeka przecież pustawe, opróżnione z większości śladów po Piotrze Szczerskim foyer w Żeromskim. I...


Tymczasem... Historia nabiera rozpędu. Trup co prawda nie ściele się gęsto, ale gęsto jest od atmosfery tajemnic. Widz wciągany jest w grę – w której ma odgadnąć, kto jest kim i kim nie jest. Atmosferę podkręca zachowanie Jennny - czy ma urojenia i powinien ją ktoś pilnować, żeby o odpowiedniej godzinie jednak brała porcję pigułek, a może to jest tzw. rzeczywistość? A na koniec co jest prawdziwe?
Mirosław Bieliński pointuje te dylematy na koniec swojej propozycji i opowiada się jednak po stronie zwolenników świata obiektywnego. Świata tradycyjnych związków przyczynowo-skutkowych, ale niestety i banalnego rozsądku, prymitywnych odwiecznych motywacji – w czym rozpoznajemy... siebie.


Lubię tę „konwencjonalną” grę jaką zaprezentowali aktorzy. A pokazali kawał dobrego rzemiosła, za które - jeszcze bywa – czasami zbiera się laury. Lubię grę Łukasza Pruchniewicza, który do swoich ról dodaje czasami nieco głębi swojej nieokrzesanej i ekstremalnej na szczęście natury, wzbogaca to jego kreacje tajemnicą przewrotności. Podobnie mogę powiedzieć o Ewelinie Gronowskiej – która z bezradnej ofiary (psychiatrii? systemu? można by pójść nieco za Facault, ale może to będzie już temat na inną okazję), uczyniła kobietę całkiem roztropną, która zachowała pierwotny rozsądek (jeśli ten jest pierwotny). Beata Wojciechowska i Janusz Głogowski – nie zostawili nam niedomówień kim są na scenie, zagrali to każdym gestem – ona sprytną manipulantką, on chytrym wieśniakiem. To się chyba nazywało kiedyś, o czym już kiedyś pisałem – stara dobra szkoła aktorska, kiedy jeszcze to co stare i sprawdzone, jeszcze ceniono.


„Jestem gotów dostarczyć publiczności całkowicie zdrowych wstrząsów emocjonalnych. Nasza cywilizacja stała się do tego stopnia opiekuńcza i troskliwa, iż nie mamy już możności odczuwać instynktownych dreszczy lęku. Tymczasem ażeby ocknąć się z odrętwienia i zapobiec bezwładowi, można jeszcze wywoływać owe dreszcze sztucznie” - dowodził niegdyś Hitchcock.


A jednak... Parę dni temu na stacji Leytonstone w Londynie, w miejscu gdzie bywał artysta, gdzie na muralu jest namalowany jego wizerunek, jakiś „szaleniec” (jak nam zawsze wmawia mainstream, chroniąc nas przed naszymi myślami o głębszej intrydze), gardząc wyrafinowanym scenariuszem i formułą suspensu, zaatakował innych podróżnych, wielu ciężko raniąc kuchennym nożem. Krzyczał coś, jeśli wierzyć „przekaziorom” o zemście za „okupowaną Syrię”.
Co na to powiedziałby mistrz?
Bo ja odnoszę wrażenie, że „nasza cywilizacja”, aż się kłębi od zagrożeń, ze strony... innej cywilizacji,
że czeka nas jeszcze w naszym kraju, naszym mieście, a może nawet teatrze – wiele zdarzeń, wobec, których wybierając propozycję Bielińskiego, będziemy szukali – nie wstrząsu po odrętwieniu, ale bezpiecznej, skontrolowanej w naszej skali przystani.


Krzysztof Sowiński

środa, 25 listopada 2015

Epoka nowa jest tuż tuż”....






Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”.
Platon

Wielu ludzi pyta mnie - już nie jakim był człowiekiem, ale - jakie poglądy (smutny znak czasu) miał Piotr Szczerski: lewicowe, czy prawicowe? Ostatnio przypisywano mu najczęściej, z naganą w głosie – te drugie. Moim zdaniem Piotr stał ponad tą – mówiąc nieco językiem Zbigniewa Herberta - parcianą dychotomią, tak zręcznie implementowaną nam (chcąc nas dzielić) przez współczesnych inżynierów ludzkich dusz.

A ci jednak przestali już dawno być nie tylko pisarzami, albo twórcami czegokolwiek, ograniczają się do produkowania służebności wobec ludzi najpotężniejszej z władz i do rezonowania poprawnościowych sloganów, kiedy nadchodzi właściwy moment. Piotrowi obca była taka postawa, nawet jeśli błądził i mylił się w swoich zamierzeniach, robił to zawsze na swój rachunek i nie „wykręcał” się nigdy tanim sofizmatem. A co najważniejsze nigdy (jak sądzę, cóż... to tylko są moje i tylko moje spekulacje na jego temat, których źródłem były nasze wspólne kontakty) – nie posługiwał się kategorią „rozsądku”, której ja szczerze osobiście najbardziej ze wszystkiego nienawidzę, widząc w tym bezpośrednią drogę do konformizmu, do „układania się”... kosztem innych - a to jest zarzewiem wszelkiego nieszczęścia, który toczy świat w skali globalnej.

Na naszych oczach, uszach i językach trwa współczesny zaciekły i nie nowy przecież spór o idee, nazywane także niekiedy uniwersaliami, czy powszechnikami. Piotr wsłuchiwał się w ten spór, ale – jako artysta – nie tylko w sensy wypowiadanych zdań, ale reagował także na ich formę i  temperaturę. Obca mu była podwójna etyka - jedna dla „swoich”, druga dla „innych”, w sporze o wartości opowiadał się za tymi niezmiennymi, być może zredukowanymi, ale zmiennie niezmiennymi (czym jestem starszy, to zdaje się bardziej oddaję honor Parminidesowi). By na koniec zaufać współczesnemu platonizmowi, czyli chrześcijańskiej wersji tej wizji uniwersum. Niektórzy uważają, że dał się będąc już u schyłku życia,  łamany przez chorobę „omotać czarnym”, jak się często nazywa w naszym kraju kapłanów obrządku rzymsko-katolickiego, kraju tak bardzo przecież z lewej i prawej strony miłującego „wykluczonego”, czy „bliźniego” i – przyjął z tego co słyszałem chrześcijańskie sakramenty. Moim zdaniem to wydarzenie było tylko prostą konsekwencją jego poglądów. I nie tylko ich, ale i towarzyszącego mu przeczucia, które wymyka się spekulacjom rozumu - transcendencji.

Według tradycyjnych odczytań, noszących piętno relatywizmu, naniesionego przez wykoślawiony marksizm (według czego lewicowość, to jest to, co pozwoli „naszym” zawsze wylądować na czterech łapach), Platon „wierzy” w „swoje” formy (idee) i jest twórcą totalitarnej propozycji. A jednak Voegelin w swoim wspaniałym studium na temat autora „Dialogów”, podsuwa nam inne tropy – prawda jest czystą logiką, wyłania się w opozycji do fałszu, a fałsz wobec prawdy. Takie postrzeganie było (choć czytał wiele, ale nie akurat Voegelina) dla Piotra oczywiste i nie dał się nigdy zwieść „zaciemniaczom” sensów. Coś co i można zdefiniować z biedy jako „konserwatyzm”, było w istocie u niego wołaniem o przyzwoitość.

Podziwiałem Piotra w zasadzie za trzy rzeczy – za ten rodzaj słuchu, który mu pozwalał wysłyszeć szybciej niż innym nawet wyobrazić sobie, każdy fałsz jaki rozgrywał się w przestrzeni publicznej, a zwłaszcza w tzw. polityce i szeroko pojętej sztuce. A ta druga (o trzeciej napiszę przy innej okazji), to odwaga z jaką nie patrząc na poprawności polityczne i obyczajowe – te fałsze komunikował.

Szybko dostrzegł, że coś nie jest tak z naszą zmianą ustrojową, która jakoby dokonała się w 1989 roku, choć widział tam ludzi godnych szacunku. W artystycznej formie wyraził swój sprzeciw wobec tego w „Hemarze”. „Ruszył” w tym spektaklu niektórych ze „świętych” main streamu, uczłowieczył, pokazał ich mroczne zakamarki, sprzeciwił się monolitycznemu obrazowi tych postaci i tak troskliwie przez 25 lat budowanym hagiografiom. O nie! Nie zyskał aplauzu. Ale... osiągnął jedno - ukazał, kto w istocie buduje współczesne narracje. Pokazał, że wbrew pozorom i sloganom o „postępie” i „nowoczesności”, które wokół słyszymy, trwa cicha, ale konsekwentna i brutalna walka o władzę nad historią, o jej interpretację, o zachowanie status quo.

Następnym etapem jego niezgody był „Kordian”. A powstawał, kiedy wyśmiewano wokół nawet samą myśl o jakimś zagrożeniu w Europie, a ethos bohaterstwa uważano za objaw abberacji umysłowej, powtarzając zaklęcia o współczesnych sojuszach i „wolnym rynku”. „Kordian” to dramatyczny głos Piotra w sprawie Polski, Polski współczesnej w którym pokazuje z całą jaskrawością, już bez ubierania w jakiekolwiek woale – miałkość naszej klasy politycznej i niepewność jutra. Co zdaje się (choć nie przeceniajmy, aż tak wpływu sztuki i twórców), też nie mogło się szczególnie spodobać, zwłaszcza tej grupie, która „uwierzyła” w „koniec historii”, więc i w „naturalny” koniec tzw. narodów. „Uwierzyła” i czerpie konkretne korzyści ze swojej wiary.

Summa summarum „Kordian” pojawił się, akurat w tym momencie, kiedy zagrożenia dla Polski stały się aż nazbyt realne.
Niegdyś Wojciech Młynarski napisał m.in. :
„Drugi inżynier twarz pełną natchnienia
I wzrok miał pełen błysków absolutu
Rzekł: "Wszczepmy duszy prototyp sumienia
Które w ogóle nie robi wyrzutów
Kładę na szalę potęgę mej wiedzy"
- Gulgotał głosem jasnym i ochoczym -
"No po co sumieniu wyrzuty, koledzy
Po co wyrzuty, kiedy nie ma po czym?"

Piotr podzielałby zapewne niepokój „tamtego” Młynarskiego. Nie chcę powiedzieć, że ten kielczanin z Krakowa – górnolotnie - był strażnikiem sumienia, ale na pewno był czuły na ten aspekt. Jak powiedział bowiem Paweł Sanakiewicz o Piotrze Szczerskim i była to dla mnie najpiękniejsza przemowa, o jakiej za życia mógł sobie pomarzyć, każdy człowiek, który odszedł i jego będący jeszcze chwilę tutaj bliscy: „Był to przyzwoity człowiek”. Piotr dostrzegał bowiem, że „wyrzuty sumienia”, są częścią naszego ludzkiego istnienia i powodują, że... ten świat jest wart tego cierpienia jakie na nim się rozgrywa.
W tym samym tekście („Inżynierowie dusz”), dodał Młynarski:
„Epoka nowa jest tuż tuż”...

Dziś kiedy powoli dostrzegamy różne niewidzialne ręce i tę współczesnych inżynierów dusz, pokłońmy się Piotrowi Szczerskiemu, który przeczuł ją już w teatrze „wczoraj”. Bo na serio traktował sentencję o tym, że do tego miejsca nie wchodzi się bezkarnie.

A już na koniec... Nawet jeżeli by miało się okazać, że mylił się Platon twierdząc, że  Śmierć jest jedynie przebudzeniem ze snu”, jestem wdzięczny Piotrowi za jego obecność TUTAJ, choćby i nawet to TUTAJ, też nie istniało. Więc dobrze było sobie z nim tę chwilę, której nie było - „ponieistnieć”.

Krzysztof Sowiński

poniedziałek, 19 października 2015

Unieważnił pojęcie "teatru prowincjonalnego"

Wspominamy Piotra. Wczoraj odbyło się spotkanie z Markiem Mikosem autorem książki "Z butami do nieba", kolejne w ramach obchodów "40 lat teatralnej drogi Piotra Szczerskiego".
Mikrofon trafił także między ludzi, publiczność - niektóre z wypowiedzi były żenujące, ich celem było zdaje się podbicie bębenka "ego" dyskutanta i nie warto o tym wspominać. Jedna z wypowiadających się aktorek mówiła także m.in. o "teatrach prowincjonalnych" - to taka deprecjonująca sceny w mniejszych ośrodkach wciąż ponawiana kalka prlowskiej proweniencji.
Mówiono wiele o Piotrze jako reżyserze i dyrektorze - dla mnie jego fundamentalną zasługą było to, że unieważnił w Kielcach pojęcie "teatrów prowincjonalnych".
Ale jak widać nie dla wszystkich i nie na zawsze.

Krzysztof Sowiński

niedziela, 20 września 2015

„Wielopoziomowo” - o bezsensie nudno i bez sensu, ale z widokami na kolejny sukces



Dawno nie byłem w teatrze – muszę to stwierdzić, bez radości - na czymś tak nudnym i… wyrachowanym, choć ciekawym w sferze języka. I w zasadzie na tym powinienem skończyć pisanie o „Hrabinie Batory”, najnowszej propozycji (premiera w Teatrze Żeromskiego w Kielcach) znanego w Polsce duetu – Wiktora Rubina, reżysera i Jolanty Janiczak, literatki.

Po prostu wszystko w tej propozycji jest spóźnione jakieś… 20 lat. Tak już dekomponowano. To zbiorowy sen, świetny w zapowiedziach, a w realizacji nudny, jednak muszę sięgnąć po ten wytarty zwrot - „przegadany”, zaledwie fragmentaryczny fragmentarycznie. Sen w którym jednak nie ma najważniejszej rzeczy w życiu ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) życia, bez czego wszystko jest w istocie bez sensu – empatii.
Choć przyznam uczciwie, dla paru kreacji, nie można nie iść na tę sztukę do teatru. No i warto zobaczyć, co będzie nagradzane. A że będzie to nie mam żadnych wątpliwości, bo para twórców to naprawdę świadomi ludzie.
A ja… zwyczajnie, że tak powiem - ontologicznie się z tym, co pokazują na deskach teatru dotychczas - nie zgadzam. Żeby była jasność - nie zgadzam się z tym „nurtem” w teatrach. Zarzucam temu uświadomioną lub nie – służbę opresyjnej ideologii.

Dla wyjaśnienia pewnego, jakże często obecnie obserwowalnego sposobu myślenia o świecie, chciałoby się rzec podanego z premedytacją i odpowiednią częstotliwością (Goebbelsowską?) do wierzenia -  posłużę się peryfrazą. Oglądałem z moimi „brytyjskimi” przyjaciółmi doniesienie filmowe – tzw. „uchodźcy” szli ławą przez jakieś włoskie miasteczko i niszczyli wszystko, co było możliwe do unicestwienia (pełna dekonstrukcja), plądrowali cudze domy, „gospodarze” roztropnie zwiali wcześniej. Moi przyjaciele najpierw stwierdzili, że to na pewno jakiś filmik zmontowany przez „nacjonalistów”. A kiedy uznali prawdziwość źródła przekazu, konkludowali – „Ci ludzie mieli na pewno przyczynę, żeby tak się zachowywać”.
Podobnie jest z Elżbietą Batory i jej dworem propozycji pary twórców – na pewno mieli jakąś przyczynę, mordując w sposób okrutny, dla zabawy, dla zabicia nudy i bez sensu istnienia – wielu spośród swoich poddanych. A spektakl tak jest „pociągnięty”, że nieomalże współczujemy okrutnej, ale i „zagubionej”, płaczliwej hrabinie (w tej roli super płaczliwa, boleśnie namacalna i rażąco obecna - Agnieszka Kwietniewska) i dociekać – jaka była przyczyna jej zachowania, co jest z jej duszą uwięzioną w ciele, albo lepiej, ona nie ma zdaje się duszy -  co jest z ciałem uwięzionym w biologii - przemijaniu. (To ślad zaimplementowanej freudowsko-lacanowskiej wizji człowieka, tak chętnie ponawianej przez neomarkistów, będących aktualnie przy władzy w Europie, maszerujących do nas, i po nas - poprzez nasze, a może tylko iluzorycznie nasze -  instytucje kultury). Tylko pisk obdzieranych ze skóry dziewcząt, które w spektaklu symbolizują sukienki z grzecznymi kołnierzykami, na chwilę rozdziera uszy widzów, ale nie serca. Na moment pokazuje grozę i właściwe proporcje zdarzeń.

W tej propozycji punkt ciężkości kładziony jest na ciało, dylematy związane z przemijaniem, zwłaszcza kobiety, wizerunkiem, władzy mężczyzn etc. To hasła-klucze podawane razem, obowiązujące od kilku dziesiątków lat na tzw. Zachodzie.
Zdaje sobie sprawę, nie wszystko z tego odeszło w niepamięć. Koncepcji biowładzy powinniśmy się uważnie przyglądać, bo jest rozwijana i kultywowana. Niestety - manipuluje się ciałem ludzkim, życiem jak nigdy dotąd („odczytana” – śmieszy i irytuje mnie ten nadużywany wyraz -  w tym kontekście „Hrabina Batory”, mogłaby wiele wnieść i pokazać w jakim kierunku to będzie zmierzać. Sądzę, ze jednak bardziej w kierunku „Orwella” niż koncepcji Huxley’a). Nadal rządzą nami inżynierowie, ale już nie dusz, z duszą w zasadzie narzędzia propagandy się już uporały, a zwłaszcza z duszą jako miejscem…. logiki – więc inżynierowie ciał. Ciał „wierzących” w każdy sklecony naprędce absurd. Marzą o takim momencie (niczym niegdyś Bernard Shaw przed drugą apokalipsą – o humanitarnym gazie, który bezboleśnie będzie zabijał nieproduktywnych i niepotrzebnych), kiedy będą mogli naciśnięciem jednego klawisz w centralnym komputerze, nie tylko unieważniać konta w banku, czyli podstawę egzystencji, bez tego bowiem nie istniejemy już prawie i dziś. I ich marzenie jest bliskie realizacji. Mogą też, kiedy zechcą unicestwiać, albo rozpraszać i przenosić w inne miejsca całe narody. Mogą unicestwiać ślady kultury materialnej  minionych epok – np. kościoły chrześcijańskie i buddyjskie świątynie – i nic tutaj nie pomogą rankingi takich na liście UNESCO.

A my niepomni tego dywagujemy o roli, „nowoczesnej” roli mężczyzn, o stereotypach męskości - niczym Wiktor Rubin, który przed premierą m.in. powiedział: „Może to wynikać z pewnej odpowiedzialności, jaką mężczyźni czują, jaką się obarczyli. Ona wynika z władzy. Mężczyźni mieli do niej łatwiejszy dostęp. Trudniej im uwolnić się od wizerunku i od posiadania władzy nawet dla samej władzy. Myślę że mężczyźni muszą sobie od nowa opowiedzieć kim są, czego się boją, co ich więzi, jakie obsesje, jakie nałogi, schematy myślowo-czuciowe”.
W spektaklu „stereotypowy” jest Ferenc, choć też ubrany w „sukienkę”, a „próbuje sobie powiedzieć kim jest”, co kończy się jego… łzami – nieokreślony co do płci Ficzko, prezentujący się we wdzianku zrobionym na szydełku (świetny po raz któryś tam raz - Dawid Żłobiński). Na pytania te nie ma jednak odpowiedzi. Przyniesie je dopiero sytuacja graniczna.

A oto właśnie wchodzi do nas (Europy) zupełnie przez „przypadek” (kiedyś, żeby mogli wejść musieliby wielu z nas zabić, a resztę zniewolić), na swoich własnych nogach, jakby specjalnie dla Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak - masa ludzka, zdrowe i silne ciała. Potrzebujące „wszystkiego” ciała, głównie dobrze odżywione, wytrenowane, nieskrępowane zbyt zawiłą ideologią, gotowe do walki, czego nawet za bardzo nie kryją. (Jak my będziemy walczyć z tymi ciałami, jak zechcą, a zechcą - nam odebrać wolność i życie naszym ciałom, kiedy nasze ciała, prawie be wyjątku wyglądają jak ciała kobiet na początku trzeciego trymestru ciąży? Ich egzemplifikacja są ciała nieomalże wszystkich aktorów zaangażowanych w ”Hrabinę…”). A tu maszerują ciała młodych mężczyzn, za przyzwoleniem tzw. lewej strony sceny politycznej i artystycznej depczą obowiązujące nas nadal, ale dla nich zawieszone (?) prawa. Jest to cywilizacja, która ma gotowe wzorce dla roli kobiety i mężczyzny, ba… psa i kota, i jakiekolwiek żywego ciała, a nawet receptury (performatywy także) na wydobycie z niego ostatniego tchnienia, nie gorsze od tych, których mogła użyć hrabina Batory. Cywilizacja z którą – jestem jakby niespokojnie spokojny - będzie ciężko dialogować Jolancie Janiczak i Wiktorowi Rubinowi.

Biopolityka stała się faktem. Nie sądzę, że potrafi nas uratować jedyny Ferenc (w tej roli jak zwykle – nie chcę być źle zrozumiany, ale co zrobię, że dotychczas zawsze jest taki na scenie – wciągająco wiarygodny, niepokojąco obsesyjny w swej roli -  Wojciech Niemczyk). Ferenc wie, o co idzie w świecie – o podbój, terytorium, bogactwa – te nie przemijają, wiedzą o tym nadzorcy podatników. W tym nie ma żartów, złudzeń, ideologicznych wolt. Choć obywatelom wciąż opowiadają baśnie - o zaprojektowanej przyszłości, która będzie już za rogiem, tylko jeszcze raz trzeba chwilowo znowu zacisnąć pasków i praw, zasznurować usta. Z radością tokują o wolności, równości, z przyganą o „słowach nienawiści”, o tym co podlega falsyfikacji, a za ruszenie czego idzie się w niebyt. Wciąż reinterpretują co jest złe, a co teraz dobre. A wszystko okraszone dużą dawką strachu, ten jest niezmienny w tej zmienności, zawsze przewidywalny i użyteczny – ale to wszystko służy jednemu – skuteczniejszemu mówiąc językiem Facault - nadzorowaniu. I nie zapominają o kluczu do panowania w tym niespokojnym zbyt pełnym ciał świecie (z tym też już COŚ robią, a zrobią jeszcze więcej) – devide et impera.

„Proponujemy jak zwykle wielopoziomową grę z odbiorcą (…) – zapowiadała przed premierą Jolanta Janiczak.  Ale kończy się na wielu luźnych monologach (niekiedy, przyznam miejscami odkrywczo eksploatujących język), a jest w tym mało teatralnego „dziania się”. Słowem nie ma ani jednej sceny, która zapada w pamięć. Nie można przecież za taką uznać tej, kiedy aktorzy stoją przed widzami i śmieją się, wymuszając na publiczności rechot. Albo Anna (w tej roli Dagna Dywicka, która się zwija się, uwija i rozwija z roli na rolę, ale…. Czy też, powiedzmy to na przekór - nie istnieje na scenie dzięki jednak ciału, jeszcze nie tkniętemu (nadmiernie) przemijaniu i stereotypowi „piękna”?) – wmawia widzom, że na pewno każdy by ją „chciał”. Może by ktoś chciał, albo i nie chciał. Ale niewątpliwie to też część „wielopoziomowej” gry z publicznością. Naprawdę było to… mało śmieszne i dzięki facebookowi zainstalowanemu na „komórkach” można było przetrwać, te żenujące minuty. (Aż mi szkoda historycznej hrabiny, że nie miała takiej możliwości. Może by ocalało parę istnień? Zadowoliłaby się paroma wirtualnymi?)

„Interesuje nas ten stan niezgody na siebie, wynikającej z tego frustracji. Ten spektakl mocno dotyczy frustracji i dajemy sobie i widzom realną możliwość jej rozładowania. To właściwie jest spektaklo-performens nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi, pewnie każdego dnia gdzie indziej”.
W scenie finałowej postaci rozdają bejzbole widzom. Na scenie leżą pełne ziemi worki – można w nie sobie uderzać do woli, niby z własnej woli. To „uderzanie”, to też jedno z nośnych implementacji, które stały się częścią kultury masowej. (Cytatów z niej jest bardzo wiele w „Hrabinie…”). Chwycili za nie (kije-maczugi) głównie aktorzy, bohaterowie poprzednich propozycji Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak. Widać, że chcą się „bawić”, uczestniczyć i „zaistnieć” tyle, ile można, a nawet trochę więcej.
Ale… Ile byśmy nie bili w te worki – to te uderzenia są tylko świadectwem… agresji i produkują dalej tylko agresję, a nie przekształcają frustracji. A takie przecież jest – wiemy o tym – możliwe. W końcu nienawykłe do wysiłku ciałka mogą się jedynie tylko nieco spocić, a ten zapach, który powstanie -  już nie będzie tylko faux pas. A na koniec, kiedy już zgasną światła,  przyjdą przedstawiciele rzeczywistych "wykluczonych" i... posprzątają za najniższą krajową.
Krzysztof Sowiński

PS. Żeby nie było, że się do…. (Zresztą kim ja jestem, żeby się do TAKICH twórców do…!!!). Więc moje małe, prowincjonalne ja, „zaściankowe”, „zapieckowe” - będzie czekało z wielką nadzieją, na kolejne propozycje Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina – bo choć wszystko już zostało opowiedziane, zawsze można coś jeszcze lepiej lub gorzej opowiedzieć. (I zresztą nie każdy sobie jeszcze opowiedział). Potrzebujemy, każda epoka, kraj, dla nich pewnie region - potrzebuje tych narracji, niezależnie od tego, ile ich wyprodukowały poprzednie.

http://www.teatr-zeromskiego.com.pl/application/images/gazeta/HrabinaBatory_program.pdf

wtorek, 5 maja 2015

Kogo widzicie? Sami siebie widzicie!

W teatrze COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem (w końcu) bezkarnie. Bałem się tego spektaklu, choć bardzo cieszyłem, że Piotr Szczerski podjął się realizacji „Kordiana”, wychodząc przeciwko tym, którzy sądzą, że ten dramat i jego konotacje, to szacowne zabytki. A dzieło Słowackiego udowodniło, że wbrew wieszczykom, co wrzeszczyli jego koniec, pokazuje swoją uniwersalną, choć nadal swojską, NASZĄ niezmienną twarz.

Niestety to jest możliwe tylko dlatego, że bezpośrednia zinstytucjonalizowana przemoc, która jak „wierzyliśmy” (żyjemy bowiem w czasach „laickiej” wiary, która zastąpiła logikę, wierzymy, że banki mają pieniądze, rządy rządzą w naszej sprawie, wszystkie leki leczą, a media mówią prawdę, i wierzymy, że wątpiących trzeba reedukować) - odeszła w niepamięć, dając miejsce „przymusowi ekonomicznemu i poprawności politycznej”, jest znowu faktem. Jest nim naga, brutalna siła, która zawsze się zjawia się jako ostatnie zdanie.

O Słowacki wielkim znawcą ludzkiej psychiki był!

Reżyser musiał dokonać skrótów tekstu, skoncentrował się na warstwie politycznej. Polska w jego kreacji to dom wariatów (świetni w ich roli: Teresa Bielińska, Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński i Janusz Głogowski). Chorzy psychicznie obywatele wiodą dysputy na szpitalnych łóżkach, m.in. o tym co się dzieje z ich przywódcami i przywódcami przywódców, a nawet tych jeszcze wyżej. Szef szpitala-premier (energetyczny Edward Janaszek), podaje im tworzywo do myślenia – mainstreamową gazetę, która od dawna już tylko wieszczy trzymając się (bo już dawno dogoniła) za swój własny ogon. Rzuci też im łaskawie pilota od telewizora, żeby lud wiedział, co jest ważne w świecie, żeby lud wiedział, kto jest ważny, kto jest równiejszy i co ma myśleć i co mówić ma lud. To bowiem mainstream dzierży prawdziwy rząd dusz, który się marzy młodemu Kordianowi (w tej roli nieśmiały, chwilami zagubiony, jednak nie dotknięty jeszcze manierą, czasami zwaną doświadczeniem, która (na szczęście) nie może mu przyjść z odsieczą, a jednak mimo tego dostrzegalnie charyzmatyczny Mateusz Rzeźniczak z PWSFTviT w Łodzi). Kordiana chciałoby się rzec współczesnym językiem „wykreowały” upadłe anioły, świetni w tych rolach: Imaginacja - Wiktoria Kulaszewska (co za wokal!), Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna - Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda, z liderującym im w roli Szatana – hipnotyzującym Dawidem Żłobińskim. Wydobywają Kordiana z kotła, w którym niektórzy widzowie dopatrywali się urny wyborczej, a inni „smoleńskiego” wraku.

Najbardziej jednak obawiałem się tych szpitalnych łóżek. To znany, często eksploatowany motyw, z pacjentami ubranymi w groteskowe, upokarzające ich koszule, odsłaniające tyłki, wskazujące na człowieka jako bezpośredniego krewnego pewnego gatunku braci mniejszych. Motyw tworzący szeroką panoramę - od wielkiego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, po mało, delikatnie mówiąc, śmieszny serial „Daleko od noszy”. Na szczęście te sceny skropione światłem ironii, groteski, korespondowały w sprawie i stały się jej istotnym głosem. Głosem sterowanej i niekiedy wymykającej się manipulacji ulicy. Czasami „arką przymierza”, kiedy w obłąkańczym szale, z drewnianymi mieczykami, intonują pieśń z Powstania Warszawskiego.

A ponad tym głosem widać Piotr Szczerski, choć nie bez osobistych emocji, wiedzie nas – chciałoby się powiedzieć ku odwiecznemu platońskiemu sporowi (tym razem ukazanego w formie chrześcijaństwa, o którym wielki immoralista Nietzsche mówił jako platoniźmie dla ubogiego plebsu), ze współczesnymi sofistami, nauczycielami PR. Idealistów z pragmatykami. Tych pierwszych utożsamiał Kordian, gotowy dla idei młodo umrzeć, tych drugich emanacją był stary człowiek, marzący o śmierci we własnym sytym po grdykę domu, nazywanym współcześnie życiem na „godnym” poziomie (przekonywujący Mirosław Bieliński). Ale – oto pojawia się pytanie - jednak jak żyć na „godnym poziomie”, na niegodnych warunkach? Ale znajdzie się zapewne stosowny sofizmat i jakiś problem zastępczy, który zaćmi sprawę, zwany np. „wykluczeniem” i uspokoi skołatane resztki sumienia.

Być może w chwilach uniesienia, wielu z nas by chciało być Kordianami, ale w praktyce zwycięża jednak pierwiastek zdrowszego rozsądku. Czegoż byśmy to bowiem, nie zrobili nawet dla iluzji świętego spokoju? Gotowiśmy podpowiada Szczerski wybrać inną iluzję – obietnicę łaski i nagrody, gotowi brnąć w kłamstwo, w obietnicę sojuszu, mimo, że ten nigdy w naszej historii nie okazał się faktem. Dlaczego niby tym razem miało być inaczej? Dlaczego?

W końcu Kordian pada zmęczony własnymi wizjami i nie zabija Cara (jak wynika z tego Polacy słabo odrobili lekturę z „Księcia” Niccolo Machiavelliego, który bezpowrotnie przerwał starożytny Platoński mit, o prawie i porządku jako filarach polis, jak widać nie wszędzie).

A, że władzy nie sprawują potomkowie sprawiedliwych, dowiadujemy się z dramatycznego dialogu Cara (w tej roli bezbłędny, na wskroś wiarygodny i wyalienowany niczym „ruscy szachiści” Wojciech Niemczyk z Wielkim Księciem Konstantym (brawurowy i przerażający Krzysztof Grabowski). Ta scena dopełnia ten utrzymany w dobrym tempie spektakl. Po niej następuje sekwencja, którą widzimy na wielkim ekranie (z filmu Konrada Łęckiego), ukazująca egzekucję polskich żołnierzy w Katyniu. Skończyły się żarty, dywagacje i sojusze. Przemówił towarzysz mauzer. Odpowiedziała mu śmierć, cisza... tzw. cywilizowanego świata i… brutalne kłamstwo.

A wieńczy moment, kiedy Szatan chwyta za kamerę i zwraca ją w stronę publiczności, która na gigantycznym ekranie może też zobaczyć i siebie. Kogo widzicie – jakby pytał parafrazując Piotr Szczerski – sami siebie widzicie. I mało z tego tutaj jest do śmiechu.

Wspomnę jeszcze znakomitą, w starej stylistyce, budującą klimat całości i zamykającą kompozycyjnie - muzykę Zygmunta Koniecznego i zenistyczną (żeby była jasność – jestem wciąż początkującym, bez nadziei na progres, kryptozenistą i lubię ten rzeczownik, wracając do meritum tzn. tyle ile trzeba i nic więcej ponad to) scenografię Jurka Sitarza.

Pisałem już wcześnie. Chodziło mi po głowie i języku, że teatry nazbyt często podejmują się wciąż na nowo rzeczy błahych, wartych co najwyżej korekty u psychoterapeuty, popadają w schematyzm, w propagandę, uczestniczą w produkowaniu starych w nowym opakowaniu dyktatów, zamykają debatę, zamiast ją inicjować, a życie – istotne życie – przetacza się jak huragan w zupełnie innym miejscu. A teatr go nawet nie dotyka.

A teraz w teatrze Żeromskiego, a w zasadzie Szczerskiego COŚ się wydarzyło. Nie wszedłem tam karnie i nie wyszedłem stamtąd bezkarnie.

„Kordian” to jest takie zwierciadło, które chcę postawić przed publicznością” – zapowiadał Piotr Szczerski. Jest głosem w sprawie współczesnej Polski – dramatyczną, jak przystało na teatr dramatyczny diagnozą i moralitetem. Bezlitośnie wskazującym kieszonkowy wymiar polskiej klasy rządzących. Tak małych, że nawet siły zła kreują je bez szczególnej atencji. Ale jednak na tyle skutecznych, że gotowi są przerwać spór o „Kordiana” już na zawsze.


I na koniec końca, pozwolę sobie powtórzyć, dedykuję i sobie:

„Lecz jeśli nie zaświeci nic? ... i ból przeminie?

Jeśli się wszystko z chwilą boleści rozpryśnie?

A potem ciemność ... potem nawet ciemność ginie,

Nic nic i sobie nawet nie powiem samemu,

Że nic nie ma - i Boga nie zapytam, czemu

Nic nie ma? Ha więc będę zwyciężony niczym?”


Krzysztof Sowiński